Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 255 059 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Niezwykłe przypadki Karolka Gratki - (I/IV część opowiadania fantasy)

niedziela, 10 stycznia 2010 12:22


12  lutego 2010r.

Kto już wcześniej przeczytał I/III część opowiadania i interesują go dalsze losy bohaterów, proszę myszką pojechać w dół - aż do gwiazdek i daty 12 lutego 2010r. - tam  zaczyna się IV część.


 

 

Niezwykłe przypadki Karolka Gratki

(część I-IV)


 


  Siedząc na pniu drzewa, z łokciami na kolanach i brodą wspartą na rękach, Karolek z głębokim niesmakiem patrzył na las. Niezadowolenie i rezygnacja malowały się w jego oczach.

  - No jakże to tak, zbliża się noc, a ja jeszcze nie dotarłem do miasteczka, a tylko krążę ciągle po lesie? - zastanawiał się głośno z lekka już przerażony. - Jak duży ten las może być? Co ja zrobię? Boję się nocy w lesie.

  Karolek rozglądał się dookoła i próbował sobie przypomnieć z książek, które czytał, jak powinien się zachować w nocy w lesie, i gdzie powinien szukać schronienia przed dzikimi zwierzętami. Wściekał się na siebie, bo jakoś nic nie potrafił sobie przypomnieć. A przecież wiele książek przeczytał. Najpierw w swoim ukochanym  rodzinnym domu, a potem w znienawidzonym przez siebie domu dziecka.

   Domu dziecka Karolek nie cierpiał i zawsze myślał o nim ze  wstrętem, ponieważ znalazł się tam, wraz z dwójką swojego młodszego rodzeństwa, po wielkiej tragedii rodzinnej. Kiedy zginęli jego kochani rodzice. Rodzice zginęli podczas pracy w polu od uderzenia pioruna. Młodsze rodzeństwo Karolka było tam razem z nimi, ale na szczęście, w tym tragicznym momencie, bawiło się w niewielkim oddaleniu od rodziców i nic mu się nie stało. Natomiast Karolek, w tym czasie, spędzał krowy z pastwiska. Rodzice go o to prosili, gdyż już wcześniej zauważyli nadciągającą burzę. Kończyli akurat podkopywanie ziemniaków i zamierzali za chwilę zwołać młodsze dzieci, no i w porę zejść z pola. I wtedy to właśnie - stała się rzecz straszna... A wydawało się przecież, że do burzy jeszcze daleko, że zdążą przed burzą spokojnie wrócić do domu. Niestety! Bo tu nagle, ni stąd, ni zowąd, potężna eksplozja przeszyła niebo i ogromny słup ognia uderzył w ziemię... Po tej tragedii, Karolka i jego rodzeństwo zabrano do domu dziecka. Karolek nie chciał tam iść. Błagał wszystkich tych ludzi, co po nich przyjechali, żeby ich zostawili w domu. Że on ma już 12 lat i jest na tyle duży, iż sam może zaopiekować się swoim braciszkiem i siostrzyczką. Że dobrzy sąsiedzi mu pomogą. Ale nie, o tym ci ludzie nawet słyszeć nie chcieli. Zabrali ich, i już. I to zaraz po pogrzebie rodziców. Kiedy ich prowadzili do samochodu, Karolek widział, że wszyscy płakali. Ciotki, wujkowie,  sąsiedzi. Płakali nawet jego koledzy i koleżanki. Zaś ksiądz proboszcz, co rusz, ręką robił znak krzyża w powietrzu. Nikt nic jednak nie mówił. Nikt nie protestował. Każdy jak gdyby godził się na ich zabranie. A przecież mieli swój dom rodzinny. Przecież nie zdążył go nawet zamknąć! Cóż stanie się z nim, gdy ich tam nie będzie? Co stanie się z ich dobytkiem? Co stanie się z ich zwierzętami domowymi?

  Kiedy ich ci obcy ludzie zabierali do auta, trzyletnia siostrzyczka Krysia i czteroletni braciszek Pawełek płakali cichutko. Szli jednak spokojnie, nie rozumiejąc w ogóle, co się stało, i gdzie jest ich mama i tato. Nie wiedzieli też, co ich czeka, i gdzie pojadą tym dużym autem. Karolek zaś, który doskonale rozumiał ogrom tragedii, jaka ich spotkała, i domyślał się, że te obce osoby chcą zabrać ich do domu dziecka, zapierał się nogami i krzyczał wniebogłosy. Krzyczał, że nie mają prawa ich tak po prostu zabrać. Że on się na to nie zgadza. Że bez jego zgody ni jak nie jest to możliwe. Krzyk jego na nic się jednak zdał, bo nikt się jego krzykiem nie przejmował. Wręcz przeciwnie. Jeszcze bardziej stanowczo zaczęto popychać go w stronę auta. W stronę starego, rozklekotanego mikrobusu. A kiedy nagle do Karolka podszedł znajomy mu policjant z ich wiejskiego posterunku i złapał go pod ramię, wtedy Karolek przestał krzyczeć. Nie przez to, że się wystraszył policjanta, o nie, lecz przez to, że wreszcie sam doszedł do wniosku, iż ten jego krzyk na niewiele się zda, a jedyne co, to przestraszy tylko młodsze rodzeństwo. Zrezygnowany, dał się poprowadzić policjantowi do otwartych drzwi mikrobusu, po czym sam już, bez słowa, wszedł do środka. Usiadł między Krysią i Pawełkiem, i szlochając bezgłośnie, mocno ich do siebie przytulił. Kiedy mikrobus ruszył, oglądnął się natychmiast za siebie i patrzył za oddalającym się cmentarzem. Patrzył za oddalającymi się ludźmi tam zebranymi. Za oddalającą się coraz bardziej wsią. Oczami szukał swojego domu. Pragnął chociażby jego dach zobaczyć. I kiedy udało mu się go dostrzec pomiędzy dwoma olbrzymimi kasztanami, połyskującego w słońcu czerwienią dachówek, poprzysiągł sobie, że na pewno do niego wróci, i to razem ze swoim rodzeństwem. Potem przechylił się w stronę okna i popatrzył na - piękne tego dnia - błękitne niebo. Wpatrywał się w nie intensywnie, tak jak by chciał oczami prześwidrować jego błękit i ujrzeć gdzieś tam, w jego bezkresie, swoją ukochaną mamę i tata. Nie zobaczył tam jednak nic, ale poczuł nagle jakieś dziwne ciepło w swym skołatanym i wylęknionym sercu. Od tej pory, już zawsze, kiedy tylko było mu smutno i źle, patrzył w niebo. Za każdym razem czuł wtedy bliskość rodziców. Ba, czuł nawet ich spojrzenie na sobie. A w nocy, we śnie, widział ich bardzo często. Jak na jawie. Widział ich, jak stoją koło niego i uśmiechają się serdecznie. Czasami nawet czuł ich ciepły dotyk.

  Mijały miesiące, minął rok, a Karolek ciągle nie umiał się w domu dziecka zaaklimatyzować. Malutka siostrzyczka Kysia i niedużo większy braciszek Pawik (maluchy same siebie tak nazywały), czuli się w domu dziecka całkiem dobrze. Polubili swoją panią Justynę i czasami nawet, w rozpędzie, zwracali się do niej mamo. A do pana woźnego, za którym wręcz przepadali, zwracali się tato. Karolka drażniło to bardzo, i kiedy tylko był w ich pobliżu, i słyszał to, za każdym razem zwracał im uwagę, że to nie jest ich mama, ani ich tato. Że ich mama i tato są tam, wysoko, i wskazywał na niebo. Maluchy posłusznie patrzyły wtedy do góry, i robiły naburmuszone minki, wołając za każdym razem: - „Przecie tam nikogo nie ma... Nawet Bozi nie widać!" - Karolek wiedział, że właściwie to powinien być zadowolony, iż oni czują się dobrze w domu dziecka, że nie cierpią tak jak on z powodu braku rodziców i domu rodzinnego. Że są zbyt mali, aby rozumieć co stało się z ich rodzicami. Podejrzewał, że ich już nawet nie pamiętają. Jeszcze na początku pobytu w domu dziecka czasami go pytali, gdzie jest mama i tato, lecz z czasem przestali. Czas zatarł w ich dziecięcej pamięci obraz ukochanych istot. Karolek ubolewał nad tym bardzo. Nie miał jednak na to większego wpływu. Wiedział, że są za mali, aby zapamiętać rodziców. Zdawał sobie jednak sprawę, że jakkolwiek by się nie potoczyły ich losy, to na nim właśnie spoczywa odpowiedzialność by im o rodzicach ciągle przypominać. A kiedy będą już na tyle duzi, by zrozumieć wszystko, to on musi im o życiu i śmierci rodziców opowiedzieć. Nigdy też nie przestał myśleć o wydostaniu się z domu dziecka i powrotu do domu rodzinnego. Czuł się dorosły, i uważał, że potrafi zaopiekować się młodszym rodzeństwem. Że nie muszą być w domu dziecka, gdzie pełno było różnych dzieci, w większości smutnych i zagubionych. Nie brakowało w nim też złych dzieci, które mu dokuczały i nierzadko pastwiły się nad nim psychicznie, a zdarzało się, że i fizycznie. Zwłaszcza te starsze od niego. A tych było w domu dziecka najwięcej. Karolek domyślał, że to w pewnym sensie i jego wina, że tak jest traktowany przez inne dzieci. Czuł, że swoim zachowaniem i postępowaniem, stworzył jakąś niewidzialną barierę, którą oddziela się od reszty. Że zamknął się w sobie, i że, bardziej podświadomie niż świadomie, nikogo do siebie nie dopuszcza. Nawet te dobre dzieci. Wcale go to nie dziwiło, że wszystkie dzieci miały go za odludka. I że jedne, te dobre, go unikały, a inne, te złe, mu dokuczały. W większości było mu wszystko jedno. Bo też sam nie mógł zrozumieć, dlaczego zrobił się taki niedostępny i ponury. Przecież zawsze był otwartym i wesołym chłopcem... To znaczy, wiedział, dlaczego, ale wiedział też, iż nieraz starał się wykrzesać w sobie choć odrobinkę wesołości. Próbował też czasami zbliżyć się do innych mieszkańców domu dziecka. Jak do tej pory, bez powodzenia. Po prostu nie potrafił. I to go dodatkowo dobijało. Zbyt duży ogrom nieszczęścia, zbyt mocno go przytłaczał. Nikt nie umiał mu pomóc. On sam, niczyjej pomocy zresztą nie pragnął. Wręcz ją odrzucał. Ani jego wychowawca, ani pani dyrektor, ani też pani psycholog, jak dotychczas, nie znaleźli właściwej drogi, aby dotrzeć do jego obolałej duszy. Karolek nie chciał się otworzyć przed obcymi. Uważał, że to jego osobista sprawa i nikomu nic do tego. A że do tego wszystkiego jeszcze, czuł się winny śmierci rodziców, na samą myśl, że musiałby komuś o tym opowiadać, kurczył się aż w sobie z rozpaczy. Tysiące razy w myślach analizował ten tragiczny wypadek, i zawsze dochodził do wniosku, że to jego wina... Bo gdyby wtedy, on sam w porę zauważył nadciągającą burzę, i szybciej spędził bydło z pastwiska, to by też szybciej wrócił na pole i pomógłby rodzicom zebrać się do powrotu do domu... A tak? Karolek był pewien, że te myśli będą go prześladować już przez całe życie. Że nigdy nie będzie umiał sobie wybaczyć. Wiedział też, że nie może bezczynnie siedzieć w tym nieszczęsnym domu dziecka i czekać na boskie zmiłowanie. Że dłużej tego nie zniesie. Że musi zacząć działać, bo inaczej zwariuje. Pojął, że to jedyna droga, aby pomóc sobie w cierpieniu. Postanowił uciec z domu dziecka i wrócić do domu rodzinnego, aby zająć się nim i przygotować wszystko na powrót rodzeństwa. Marzyło mu się, że jak wszystkim pokaże, że sam potrafi zająć się całą gospodarką i zarobić na życie, to mu w końcu dadzą rodzeństwo pod opiekę. Tak, to była myśl! Myśl, którą Karolek żył, i już po roku pobytu w domu dziecka, wprowadził w czyn. Uciekł. Jednak ta jego ucieczka, nie na wiele się zdała, gdyż jeszcze w tym samym dniu był z powrotem w domu dziecka. I to jeszcze bardziej załamany i nieszczęśliwy. Okazało się, że jego dom rodzinny był już zajęty, i to zajęty przez jego wujka z rodziną, którego on w ogóle nie znał. Nawet na pogrzebie rodziców nikogo z tej rodziny nie widział. Był to starszy brat mamy (ze swoją żoną i dwójką synów), który na jego widok strasznie się zdenerwował i wykrzyczał mu, że ma wracać skąd przyszedł, bo to już nie jest jego dom i nigdy jego już nie będzie. Że teraz on jest jego prawowitym właścicielem, gdyż to był jego dom rodzinny już wcześniej i do jego zmarłych rodziców należał. Karolek tą hiobową wieścią był tak zdruzgotany, że nawet nie pamiętał, co z nim się wtedy działo. Przez mgłę przypominał sobie tylko, że z krzykiem na ustach puścił się biegiem przed siebie. I kiedy spamiętał się już trochę, spostrzegł, że leży na grobie swoich rodziców. Poczuł też wtedy, że jest mokry od łez, na wskroś zziębnięty i wycieńczony. Z domu dziecka uciekł przed świtem. Cały dzień bez jedzenia przedzierał się przez las, by dotrzeć do swojej wsi. Ale wtedy nie czuł, ani głodu, ani zmęczenia. Myśl, że przed nocą powinien dotrzeć do domu, dodawała mu sił i otuchy... A tu taki zawód go spotkał. Takie nieszczęście. Przecież on tego wujka nigdy na oczy nie widział. Co to za wujek, skoro ich nigdy nie odwiedzał, ani nawet swoich rodziców za życia? Przecież dziadkowie mieszkali z nimi w tym domu do końca. Karolek dokładnie pamiętał ich pogrzeby, i na żadnym z nich tego wujka nie widział. Co to za wujek wreszcie, skoro kazał mu iść precz z jego własnego domu? Karolkowi to wszystko nie mieściło się w głowie. Chciał umrzeć. I to natychmiast. Ale wtedy przypomniał sobie nagle o Krysi i Pawełku. Poczuł też w tym samym momencie jakieś dziwne ciepło, jak gdyby z grobu rodziców promieniujące. Zastanowiło go to bardzo. Nie zdążył jednak dojść do jakiegokolwiek wniosku, gdyż ni stąd, no zowąd, usłyszał donośny głos: - „Czy to Karol Gratka?!" - Zerwał się wtedy na równe nogi i zobaczył przed sobą policjanta. Nie, nie wystraszył się go. Było mu już wszystko jedno. Spokojnie dał się zawieźć z powrotem do domu dziecka. W domu dziecka przez kilka dni chodził jak nieprzytomny. Po tym, co przeżył w swojej rodzinnej wsi, nie mógł dojść do siebie. Na nic się zdały próby wychowawców przeprowadzenia z nim rozmowy. Karolek milczał jak zaklęty. Nikt go za ucieczkę nie skrzyczał. Nie dostał też żadnej kary. Ale Karolka w ogóle to nie obchodziło. Zupełnie zamknął się w sobie.

  I tak mijał dzień za dniem. Wreszcie i parę miesięcy minęło, zanim Karolek jako tako doszedł do siebie. Doszedł jednak na tyle, by podjąć następną decyzję. Przemyślał sobie wszystko dokładnie i wywnioskował, że skoro nie ma już domu i nie ma dokąd wracać, ucieknie za granicę. Tam będzie pracować w pocie czoła i zarobi dużo pieniędzy. A kiedy będzie już pełnoletni, wróci do kraju. Wybuduje nowy dom i zabierze swoje rodzeństwo z domu dziecka. Wtedy będzie miał już takie prawo. Nikt i nic nie stanie mu już na przeszkodzie. Karolek pamiętał z przeczytanych książek, że taką dobrą na pracę zagranicą, jest Ameryka. Postanowił więc dotrzeć do Ameryki. Nie wiedział jeszcze jak, ale że tego dokona, był pewien.    

  Każdego następnego dnia od podjęcia tej decyzji, przygotowywał się do ucieczki i zbierał różne informacje na temat możliwości tam dotarcia. Przeszkodą był brak pieniędzy i dokumentów. Karolek nie zrażał się jednak tym i postanowił dostać się do Ameryki nielegalnie. W myślach układał sobie jak ta jego nielegalna podróż będzie przebiegać. Najważniejsze było wydostać się z domu dziecka i nie dać się złapać. Potem, dotrzeć przez las do następnego miasteczka, w którym znajduje się olbrzymia fabryka samochodów osobowych. I tam, niezauważonym przez nikogo, wsiąść do jakiegoś TIR-a wywożącego te samochody w świat i dostać się nim nad morze. A może przy odrobinie szczęścia, uda mu się nawet tym samym TIR-em dostać na statek do Ameryki? To byłby fart! Karolkowi tak bardzo spodobała się ta myśl, że postanowił nie zwlekać, tylko jak najszybciej swój życiowy plan wprowadzić w czyn... No i wreszcie przyszedł taki upragniony dzień. Dzień ucieczki. Z Kysią i Pawikiem pożegnał się wieczorem dnia poprzedniego. Nic im o swoich planach oczywiście nie wspominając. Nie chciał, żeby go w swej dziecięcej naiwności, co nie daj Bóg, przed kimkolwiek z domu dziecka zdradzili. Powiedział im tylko, że ich bardzo, ale to bardzo kocha, jak nikogo innego na świecie, i że zawsze będą dla niego najważniejsi. Że całe życie będzie się starał o to, aby byli szczęśliwi. Potem ich mocno  do siebie przytulił, i połykając po kryjomu łzy, gorąco wycałował... Skoro świt, dobiegał już do ściany gęstego lasu.

  Cały dzień przedzierał się przez gęstwinę leśną. Z dala od ścieżynek. Kierując się jedynie słońcem, starał się przed nocą dotrzeć do miasteczka, gdzie mieściła się fabryka samochodów. Słońce, niestety, jak na złość, często chowało się za chmurami. Karolek musiał wędrować więc na wyczucie. Był zły z tego powodu. Liczył na bezchmurny dzień. Przecież synoptycy w telewizji zapowiadali piękną, słoneczną pogodę. Od tygodnia sprawdzał pogodę na najbliższe dni, i właśnie dlatego, akurat ten dzień, wybrał na ucieczkę. Chciał bez problemów pokonać las, który według mapy miał jakieś dwadzieścia kilometrów długości, a zaraz zanim, rozciągały się zabudowania fabryki samochodów... A tu taki pech! Słońce najwyraźniej kpiło sobie z niego. Albo synoptycy byli do kitu. Karolek jednak nie w ciemię bity, próbował też wykorzystać umiejętności z harcerstwa i sprawdzał kierunek wędrówki po mchu na drzewach. Wiedział, że mech obrasta drzewa tylko od strony północnej, gdyż nie lubi słońca, łatwo mu było więc określić północ, ale on musiał iść akurat na południowy wschód. I choć ciągle zaglądał za mchem, to najwyraźniej musiał jednak zboczyć z drogi.  

  Kiedy Karolek, błądząc po lesie, spostrzegł, że słońce zaczyna chylić się już ku zachodowi a on ciągle nie widzi końca lasu, zmartwił się bardzo. Coraz bardziej odczuwał zmęczenie, a co gorsza, zaczął odczuwać też i lęk. Starał się jednak zachować zimną krew. Usiadł na pniu drzewa i wyciągnął z plecaka kawałek suchego chleba oraz butelkę z wodą. Jedząc powoli, i popijając, usilnie się starał przypomnieć sobie z przeczytanych książek, jak w ogóle jest w nocy w lesie, i co powinien zrobić, by czuć się w nim bezpiecznie. Nigdy jeszcze nie był w nocy w lesie. Ani sam, ani z nikim. Dumał i dumał i jakoś nic konkretnego do głowy mu nie przychodziło. W końcu nawet jeść mu się odechciało. Schował do plecaka resztkę chleba, łyknął jeszcze trochę wody, i butelkę też schował. Podparł rękami swą ociężałą głowę i dumał dalej... I nic. W głowie pustka. Za nic nie umiał sobie przypomnieć chociażby jednej książki przyrodniczej. Wreszcie wkurzył się na siebie i z lękiem rozglądnął dookoła. W lesie robiło się coraz ciemniej.

  - Co robić, co robić? - zastanawiał się gorączkowo. - A jak mnie zaatakuje wilk, albo jakiś inny dziki stwór? - Wystraszył się samej swojej myśli i popatrzył natychmiast w niebo.

  Długo wpatrywał się w granatowy już bezkres, wyłaniający się miedzy koronami drzew. I nagle, ni stąd, ni zowąd, przypomniał sobie, że ma w plecaku finkę harcerską. Od razu poczuł się trochę raźniej. Zaczął rozglądać się za jakąś solidną gałęzią. Przyszło mu na myśl, żeby wystrugać sobie coś na kształt dzidy. Szybko podniósł się z pnia i chwycił najbliżej leżącą gałąź. Nie była zbyt imponująca, ale w poszukiwaniu odpowiedniejszej, lękał się zapuszczać dalej w las. Wolał pozostać w tym miejscu, które już za dnia poznał. Miał wprawdzie w plecaku latarkę, ale nawet świadomość jej posiadania, niewiele mu otuchy dodawała. Zdecydował, że właśnie w tym miejscu przeczeka noc. W pośpiechu wystrugał szpic na jednym końcu gałęzi. Przejechał po nim dłonią. Był ostry. Znów poczuł się nieco lepiej. Wyciągnął z plecaka swoją ciepłą kurtkę, położył ją na ściółce tuż obok pnia i usiadł na niej, opierając się plecami o pień. Plecak postawił obok i wsparł na nim prawe ramię z dzidą w dłoni. W lewej dłoni trzymał finkę. Dziwnie się czuł tak uzbrojony i w takiej scenerii, ale lęk tak jakby zelżał. A kiedy jeszcze wyciągnął z plecaka latarkę i położył ją między nogami, gotową do użycia, prawie przestał się bać.

  Wprawdzie zanim Karolek doszedł do takiego stanu wewnętrznego, spoglądał też co chwilę w niebo, ale i tak przyznać trzeba, że był to jego niezaprzeczalny sukces. Siedział przecież sam w ciemnym lesie i dookoła widział tylko ciemność. Nawet niebo było przerażająco ciemnie, choć miała być pełnia księżyca. Tak przynajmniej stało w kalendarzu, w którym zaznaczone były fazy księżyca, a który Karolek dokładnie przed ucieczką przeglądnął. Gdzieniegdzie, między koronami drzew, Karolek widział tylko zamglone migotanie gwiazd. Księżyca zaś, ani widu ani słychu. Ale Karolkowi było już wszystko jedno... Byle do świtu.

  Karolek siedział już tak dobrą godzinę, kiedy poczuł, że zaczyna ogarniać go senność. Za wszelką cenę nie chciał usnąć. Musiał przecież mieć oczy szeroko otwarte na wszystko dookoła. Na tę bezkresną ciemność. A nuż, gdyby usnął, jakiś wilk, albo inny zwierz do niego podejdzie? Albo, co gorsza jeszcze, jakiś duch nieczysty? Karolkowi znów zrobiło się nieprzyjemnie, tym bardziej, że zewsząd uszu jego dochodziły niezbyt miłe odgłosy. Jakieś popiskiwania, pohukiwania, pomrukiwania, chrząkania, trzask łamanych gałęzi. A kiedy nagle, tuż nad głową, usłyszał głośny łopot i jeszcze głośniejsze: „huhuhuuuu!" - zerwał się na równe nogi, i w odruchu bezwarunkowym, natychmiast przyjął pozycję „do boju". Nikt, ani nic, jednak go nie atakowało. Mimo to, Karolek, trzęsąc się ze strachu na całym ciele, postał w takiej pozycji jeszcze chwilkę. Tak na wszelki wypadek. W końcu opuścił dzidę i finkę i zaczął się zastanawiać, co też to mogło być.

  - Oż ty głupku - wysyczał do siebie przez zęby po chwili zastanowienia. - Toż to tylko sowa na nocnych łowach.

  Na tę myśl, Karolek od razu przestał się trząść, lecz wspomnienie tak ogromnego przerażenia w nim pozostało. Postanowił, że wdrapie się na jakieś drzewo. Nie chciał podobnego przerażenia więcej przeżyć. Był pewien, że na drzewie będzie się czuł bezpieczniej, i gdyby nawet sen go zaczął morzyć, to oprze się o jakiś konar i będzie mógł nawet chwileczkę się zdrzemnąć.

  Jak postanowił, tak zaczął robić. Najpierw założył na siebie kurtkę, gdyż znów poczuł dreszcze na całym ciele. Nie, nie ze strachu, tylko z najnormalniejszego chłodu. Rozglądnął się wokół siebie, i przebijając wzrokiem ciemność, zastanawiał się, które by drzewo wybrać. Wybrał najbliższe. I to nie dlatego, że było najbliżej, ale dlatego, że było potężne, o grubych konarach i mocno rozgałęzione. W ciemnościach, Karolek nie rozpoznał, co to za drzewo. Może klon, a może leszczyna. Zresztą, co to za różnica? Ważne, że było odpowiednie. Karolek był zadowolony. Podszedł do drzewa i popatrzył do góry. Chciał sprawdzić, z której strony będzie mu wygodniej na niego wejść. Wtedy zobaczył też, że niebo nieco pojaśniało. A to by oznaczało, że jednak księżyc próbuje przebić się przez nocne chmurzyska i rozjaśnić świat swą pełnią. Karolek na ten widok, uśmiechnął się do siebie. Od razu zrobiło mu się cieplej na duszy. Włączył latarkę i przyświecił sobie drogę wdrapywania się na drzewo. Szybkim ruchem podniósł z ziemi plecak i zarzucił na plecy. I już miał się zacząć wdrapywać, gdy nagle, uszu jego dobiegł jakiś nieziemski głos, jakby ze studni się wydobywający:

  - Hej, coś ty za jeden, i co tu robisz, sam po nocy?!

  Karolek stanął jak wryty. A kiedy ten sam głos, powtórzył to samo pytanie, wpadł w panikę. Nogi wrosły mu w ziemię i nie mógł ruszyć się z miejsca. Przez głowę przeleciała mu potworna myśl: - Nic, tylko duch nieczysty! O Boże! Mamo, tato, ratujcie! - Karolek nie miał nawet siły ruszyć głową by popatrzeć w niebo. Ustami jednak mógł poruszać, zaczął więc mamrotać wkoło:

  - Wszelki duch Pana Boga chwali... Wszelki duch Pana Boga chwali...

  - Co ty tam mamroczesz? - znów się odezwał ten sam głos. - Odwróć się w końcu do nas i gadaj jak człowiek.

  - Do nas? Powiedział, „do nas?" - wymamrotał półgłosem Karolek, stojąc tak jak stał. - Mamusiu, tatusiu, to ich jest więcej? Ratujcie. Błaaagaaam...

  - Skoro nie chcesz się do nas odwrócić, to my podejdziemy do ciebie - usłyszał Karolek za plecami, ale tym razem, jak gdyby nieco mniej dudniący głos.

  - Nie... nie, poczekajcie, duchy drogie! - wrzasnął w odpowiedzi Karolek. - Ja ... ja... ja już się odwracam...

  Karolek był tak przerażony, że choć chciał się natychmiast odwrócić, nie mógł. Nagle, nie wiedzieć skąd, przyszła mu do jego skołatanej głowy stara maksyma babci Zosi. Nabrał w płuca głęboki łyk powietrza, i zamykając oczy, wyszeptał:

  - Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadać trzeba* - i z mocno zaciśniętymi powiekami, powoli zaczął się odwracać.

------------------------------------------------------------------------------------------

*„Niech się dzieje wola nieba..." -  maksyma Rejenta Milczka

                                                          w „Zemście" A. Fredry

------------------------------------------------------------------------------------------

  - Pewnie, że z niebem zgadzać się trzeba, bo niebo, to wszechświat. A wszechświat rządzi się prawami godnymi zaufania, niezmiennymi, absolutnymi, uniwersalnymi, których pochodzenie nie jest znane... Dlatego trzeba nam w niebo wierzyć, no i bez żadnych ale, zgadzać się z nim - zadudnił głos tuż przed Karolkiem.

  - No co tak zaciskasz oczy? Otwórz je wreszcie - dodał mniej dudniący głos.

  - Już otwieram, już otwieram... Tylko nie róbcie mi krzywdy, duchy szlachetne - zaskomlał Karolek ciągle okrutnie przerażony.

  - Że co, że duchy? I to szlachetne? - zachichotał jakby ze studni ten bardziej dudniący głos. - Szlachetni, to my może czasami jesteśmy. Ale duchami nie... Tak że śmiało możesz otworzyć oczy. Teraz akurat jesteśmy szlachetni i możemy ci nawet przysiąc, że nic złego ci nie zrobimy.

  Karolek nie miał innego wyjścia, musiał w końcu oczy otworzyć. Otwierał je powoli. Bardzo powoli. I kiedy już je wreszcie otworzył, wrzasnął na cały las:

  - Ratunkuuuu!!! A wy... wy... wy... co za jedni?!

  - Czego się wydzierasz? To my pierwsi zadaliśmy tobie takie pytanie - zadudnił bardziej dudniący głos należący do wyższego osobnika, którego, ku wielkiemu przerażeniu, Karolek miał przed oczami.

  - Ja... ja... ja jestem Karol Gratka - wysapał wreszcie Karolek, spoglądając niepewnie raz na wyższego osobnika, raz na niższego, stojącego nieco z tyłu.

  - Hi, hi, hi...! A to ci nie lada gratka, zapoznać w ciemnym lesie Karola Gratka! - zachichotał dudniąco ten sam osobnik.

  Karolek uśmiechnął się delikatnie, ale strach go ciągle jeszcze trzymał w swoich szponach. Bo też widok, jaki miał przed oczami, był  niesamowity. Nie jednego z nóg by powalił. Otóż przed oczami miał dwóch osobników, którzy się niczym między sobą nie różnili. Tylko wzrostem. Ubrani byli w takie same, mocno obcisłe, i przedziwnie połyskujące srebrem kombinezony. Na głowach mieli coś na wzór pilotek, tyle, że jeszcze bardziej zakrywających twarze, ukazujących jedynie niewielki ich owal. Pilotki te również rozsiewały wokół blask. A same twarze, obydwaj mieli... no, dość powiedzieć, niezbyt ziemskie. Ogromne i lekko wyłupiaste czarne oczy. Małe, prawie niewidoczne nosy. I grube usta, układające się w kształcie serca. Tak ich Karolek widział. A że ogromna tarcza księżyca prześwitywała akurat pomiędzy koronami drzew, widział ich dokładnie. I ta dokładność widzenia, co tu dużo mówić, skołowanego już z kretesem Karolka, przerażała tym bardziej.

  - Już dobrze. Już dobrze! Niech Karol Gratka z takim lękiem nam się nie przygląda, jakby duchy co najmniej zobaczył - odezwał się niższy osobnik i rozciągnął w uśmiechu swoje serduszko. - My też się przedstawimy...

  - No właśnie! - wszedł w słowo wyższy niższemu. - Ja jestem  JuPI, a to mój brat TeR.

  - Miło was poznać, Jupi i Ter - wydukał Karolek, lekko się kłaniając. - Bardzo miło.

  - Cieszymy się, że jest ci miło. Nam też jest miło. Naprawdę! - powiedział JuPi już mniej dudniącym głosem. - A skąd ty jesteś?

  - Z domu dziecka - wypalił Karolek, ale zaraz się zreflektował i powiedział: - To znaczy ze wsi Wilczepędy.

  - Wilcze... co?

  - Wilczepędy.

  - Aha, Wilczepędy, powiadasz - zastanowił się TeR i zrobił jeszcze bardziej okrągłe oczy. Po chwili dodał: - Chyba nawet wiem, gdzie jest ta twoja wieś.

  - No, ja też wiem - dorzucił JuPi i rozjechał swoje serduszko w uśmiechu, pokazując przy tym nad wyraz białe zęby.

  - A wy skąd jesteście? - spytał Karolek, zdobywając się na odwagę widokiem serdecznie uśmiechniętej twarzy JuPi.

  - A my jesteśmy z Jowisza - odpowiedział TeR i również się uśmiechnął, pokazując takie same, nad wyraz białe zęby.

  - Z Jowisza? Nie znam takiej miejscowości - rzekł Karolek w zadumie. - A gdzie ta miejscowość leży?

  - A co ty za ocenę masz w szkole z...

  - Z geografii? Z geografii miałem zawsze piątkę - dumnie i zgodnie z prawdą odpowiedział Karolek, przerywając JuPi.

  - Nie pytam o geografię, tylko astro...

  - Astro... co? - zdumiał się Karolek, po raz wtóry przerywając JuPi. - Masz na myśli astrologię?

  - Nie, mam na myśli astronomię.

  - Astro... że... nomię, powiadasz? - Karolek rozdziawił aż buzię ze zdziwienia.

  - Właśnie, tak powiadam. Chodzi mi o bardzo ważną dziedzinę nauki, jaką jest astronomia. Bo widzę, że nie wiesz, iż Jowisz, to nie miejscowość, a planeta - zachichotał pociesznie JuPi.

  - Planeta? - jeszcze bardziej zdziwił się Karolek.

  - No co cię tak dziwi? - zdziwił się tym razem i JuPi. - Ziemia jest przecież też planetą, tak jak Jowisz. Tyle że Jowisz jest dużo, dużo większą planetą.

  Karolek zdębiał z kretesem. Nie wiedział już, czy tych dwoje sobie z niego żartuje, czy co? I to właśnie owe: - „czy co?" - było dla Karolka najgorsze, gdyż Karolek już prawie że był pewien, iż są to harcerze z jakiegoś pobliskiego obozu harcerskiego, albo koloniści z jakiejś kolonii wypoczynkowej, którzy w takim dziwnym przebraniu bawią się w nocne podchody. Że specjalnie w tym celu wymyślili sobie nawet takie śmieszne imiona. W końcu były wakacje... A tu masz! Całe jego wyobrażenie o tych dwóch, i sytuacji, w jakiej mu przyszło się z nimi znajdować - wzięło w łeb. Nie, to nie możliwe! To, co przed chwilą usłyszał, nie chciało mu się w głowie pomieścić. - O rany! - wrzasnęła nagle jego dusza. - A jeżeli to prawda, co ten cały Jupi mówi...? Mamusiu moja kochana, tatusiu mój, to trzeba mi jak najszybciej brać nogi za pas i uciekać stąd dalej niż pieprz rośnie. - Karolkowi na tę okropną myśl włosy dęba stanęły, oczy dostały wytrzeszczu, a buzia sama się otworzyła i zrobiła bezdźwięczne: „O".

  Bracia JuPi i TeR przypatrywali się kalejdoskopowi zmian zachodzących na twarzy Karolka, i nie wiedzieli już, czy mają się śmiać, czy może martwić. Wreszcie TeR pierwszy odzyskał rezon i odezwał się:

  - A cóż w tym dziwnego, że my jesteśmy z innej planety? Może myślisz, że przez to jesteśmy źli i groźni? Nie obawiaj się nas. My nie jesteśmy źli. My chcemy się z tobą zaprzyjaźnić.

  - Naprawdę? - spytał Karolek bliski już obłędu.

  - Ale co „naprawdę?" To, że jesteśmy z innej planety, czy to, że nie jesteśmy źli i chcemy się z tobą zaprzyjaźnić? - spytał JuPi.

  - Obydwa... - wydusił z siebie Karolek.

  - Obydwa „naprawdę" są naprawdę - zachichotał JuPi i poklepał Karolka po ramieniu na potwierdzenia swoich słów.

  Karolek poczuł nagle, że staje się wiotki, jakby całe powietrze z niego uszło. Klapnął bez sił na ziemię i wycedził przez zęby:

  - Naprawdę?

  - Naprawdę! - odpowiedzieli obydwaj bracia jednocześnie i usiedli obok Karolka..

  - Naprawdę, że naprawdę? - bezmyślnie zapytał znów Karolek.

  - Co ty z tym „naprawdę" - zachichotał jeszcze głośniej JuPi. - No to powtórzę jeszcze raz: Nie jesteśmy źli. Chcemy się z tobą zaprzyjaźnić. Przybyliśmy z Planety Jowisz.

  - Na... na...prawdę? - zająknął się Karolek, ale zaraz wziął głęboki oddech i już spokojniej zapytał: - To co wy tu robicie?

  - No jak to, co? Zwiedzamy Planetę Ziemia - odpowiedzieli jednocześnie bracia JuPi i TeR.

  - Zwiedzacie?

  - Zwiedzamy. I to już nie pierwszy raz - odrzekł łagodnym dudnieniem TeR. - Naprawdę... Ojej, znów to „naprawdę!" Ale nic, niech będzie! Naprawdę nie musisz się nas obawiać. To, że z tobą jesteśmy tak blisko i rozmawiamy, to też dla nas niezwykłe. Jeszcze nigdy do tej pory nie odważyliśmy się podejść tak blisko Ziemianina. Zawsze woleliśmy wszystkich Ziemian obserwować z ukrycia i na dystans. Też mieliśmy różne obawy. Ale kiedy dzisiaj zobaczyliśmy ciebie, samotnie wędrującego po lesie, szliśmy za tobą, bo wydałeś się nam być dobrym Ziemianinem. Wyczuliśmy, że jesteś smutny i w jakimś konkretnym celu błądzisz tu po lesie. Zastanawialiśmy się, jak ci pomóc. I kiedy zrobiło się już całkiem ciemno, postanowiliśmy się tobie ujawnić... Ot i cała prawda... Naprawdę!

  - Naprawdę? - znów z tym swoim „naprawdę" wyskoczył Karolek jak Filip z konopi, ale w mig się zreflektował, i powiedział: - To to by znaczyło, że możemy się zaprzyjaźnić?

  - Nie inaczej. Naprawdę! - zadudnili w duecie bracia JuPi i TeR, aż wreszcie huknęli potężnym śmiechem.

  Karolek, siedząc na ziemi pomiędzy braćmi z Jowisza, patrzył raz na jednego, raz na drugiego, i ciągle nie mógł otrząsnąć się z szoku, jaki w ostatnich minutach przeżywał. Ciągle też nie mógł uwierzyć, że to co przed chwilą usłyszał, jest prawdą. Lecz kiedy usłyszał, ten strasznie dziwnie brzmiący, ale bardzo radosny śmiech obu braci, nie mógł nie zareagować tym samym. Zresztą jego usta same zaczęły składać się do śmiechu. I choć były odzwyczajone od takiej czynności już od dawna, to jednak powoli, powoli, zaczęły się rozciągać w kierunku uszu. Po chwili przepuściły już przez siebie nawet cichutki chichot, by za moment, aż furkotać od potężnej, wewnętrznej salwy śmiechu. Karolek śmiał się. I to śmiał się głośnym i serdecznym śmiechem, dziwiąc się samemu sobie, że się śmieje, i że w ogóle jeszcze potrafi się śmiać. Przecież od przeszło półtora roku się nie śmiał. Karolek czuł, że śmiech bardzo mu pomaga. Jest jak balsam na umęczoną duszę. Jest jak uzdrawiająca gimnastyka na obolałe i spięte ciało. Śmiał się więc ochoczo i za nic nie chciał przestać się śmiać. I kiedy jego nowi przyjaciele śmiać się już przestawali, on buchał nową salwą śmiechu, zarażając ich śmiechem od nowa. Śmiali się więc we trójkę dalej. Głośno i radośnie. Aż echo niosło po lesie.

 

                                                                                                         

****************************************************************

 

  Ciąg dalszy - z 25 stycznia 2010r.


  Kiedy wreszcie przestali się śmiać, chwilkę pomilczeli. Z zadowolonymi minami spoglądali tylko po sobie, trzymając się za obolałe od śmiechu brzuchy.

  Karolek wreszcie mógł spokojnie, bez strachu, przyglądnąć się obu przybyszom z Jowisza. Widoczność była całkiem dobra. Bo nie dość, że księżyc uparcie rzucał promieniami w prześwit między koronami drzew, oświetlając miejsce, w którym we trójkę siedzieli, to jeszcze jego latarka, porzucona przez niego na ziemię w chwili największej trwogi, dawała światło. No a jeszcze do tego wszystkiego, obaj bracia samoistnie rozsiewali wokół siebie blask. Karolek miał więc możliwość bardzo wyraźnie ich widzieć. I gdy tak im się  przyglądał, z każdą chwilą, podobali mu się coraz bardziej. Wreszcie poczuł wielką sympatię do nich. Bardzo pragnął, aby naprawdę była to prawda, że będą mogli zostać przyjaciółmi. Bo czego jak czego, ale przyjaźni, Karolkowi było najbardziej potrzeba.

  Bracia JuPi i TeR również przyglądali się Karolkowi. Wprawdzie oni znali Karolka z widzenia już od wczesnych godzin popołudniowych, bo to właśnie wtedy przyuważyli go w lesie i zaczęli za  nim podążać, lecz co innego widzieć prawdziwego Ziemianinem z krwi i kości z daleka, a co innego z tak bliska. Dla nich też taka sytuacja była wielkim zaskoczeniem. Świdrowali więc Karolka swymi olbrzymimi oczami co rusz. W międzyczasie też zerkali na siebie porozumiewawczo i dawali sobie wyraźne znaki, że ten oto siedzący pomiędzy nimi Karol Gratka, przypadł im do gustu. Mało tego, że  spróbują mu nawet pomóc. Wreszcie TeR przerwał milczenie i odezwał się pierwszy:

  - A powiedz nam Karol, dlaczego ty taki smutny chodziłeś cały dzień po lesie? Gdzie szedłeś? Bo chyba nie chciałeś sobie tylko tak w samotności po lesie pochodzić?

  - Aaa...  to długa historia - odrzekł Karolek.

  - To nic. Opowiadaj. Mamy czas i chętnie posłuchamy tej twojej długiej historii - ożywił się JuPi. - Prosimy, opowiadaj!

  - Jasne, że nie chodziłem po lesie dla przyjemności. Chodziłem w konkretnym celu. A właściwie, to wcale nie chciałem chodzić po lesie, tylko przez las przejść... Do celu przejść. Ma się rozumieć. No! Tak było. - Karolek popatrzył jeszcze raz na obu braci, i kiedy wyczuł po wyrazie ich twarzy, że naprawdę chcą go wysłuchać, wtedy przeniósł swój wzrok, i patrząc w ciemność, zaczął opowiadać.

  Karolek dokładnie opowiadział JuPi i TeR gdzie szedł przez las i po co. Opowiadał szczerze, gdyż nie miał żadnej obawy, że oni mogą mu przeszkodzić w ucieczce za granicę. Jakoś dziwnie szybko poczuł do nich zaufanie. Wierzył więc, że go przed nikim nie zdradzą. A kiedy obaj zaczęli go wypytywać w jakim celu chce uciec do Ameryki, bez najmniejszego zastanowienia opowiedział im już całe swoje życie. O swoim kochanym domu rodzinnym. O swoich ukochanych rodzicach i rodzeństwie. O tragedii jaka spotkała ich rodziców. O domu dziecka, w którym po tej tragedii znalazł się wraz ze swoim młodszym rodzeństwem. O bólu, który zawładnął nim po utracie rodziców i trawił dzień po dniu. O wielkiej i nieustającej tęsknocie za rodzicami. O nieznajomym wujku, który wyrzucił go z jego własnego domu rodzinnego. O obawie o przyszłość swoją i swego rodzeństwa. Opowiadając, czuł, że przygniatający go do tej pory ogromny ciężar - znika. A kiedy skończył opowiadać, poczuł się zupełnie lekko. Wreszcie się otworzył. Wreszcie wyrzucił z siebie cały swój ból. Wreszcie go ktoś wysłuchał. Zamilkł i rozpłakał się cichutko. W  momencie był mokry od łez. Przez łzy spojrzał na swych nowych przyjaciół, i kiedy zauważył, że oni płaczą również, ocierając ogromne łzy spływające im po twarzach, rozpłakał się na dobre. Po chwili jednak przestał płakać. Uśmiechnął się serdecznie i głośno westchnął. Poczuł się oczyszczony.

  JuPi i TeR, słuchając tej smutnej historii swojego nowego przyjaciela, nie mogli się opanować by się nie rozpłakać. Płakali bezgłośnie, a łzy im same ciekły strugami. Tak bardzo żal było im Karolka. Każdy z nich poprzysiągł sobie w duchu, że go nie zostawi bez pomocy. Że zrobi wszystko, co tylko w jego mocy, by mu ulżyć w życiu. By mógł być wreszcie szczęśliwy.

  Pod olbrzymim klonem, miejscem zawiązania się nowej przyjaźni, zapanowała cisza. Karolek siedział pomiędzy nowymi przyjaciółmi bez ruchu, wyciszony, z przyklejonym uśmiechem na twarzy. JuPi i TeR siedzieli również bez ruchu, ale spod oka obserwowali Karolka. Cieszyli się, że widzą uśmiech na jego twarzy. Nie śmieli się jednak odzywać, gdyż nie byli pewni, czy on, po wyznaniu całej tej smutnej prawdy o swoim życiu, nie potrzebuje teraz trochę więcej czasu na wyciszenie emocji. Czekali aż on sam się odezwie.

  Karolek był wdzięczny swoim nowym przyjaciołom, że milczą razem z nim. Tak, potrzebował w tym momencie ciszy. Ciszy, która pozwoli mu rozkoszować się jego wewnętrznym stanem. Spokojem ducha, którego nagle zaznał. Błoga to była chwila. Karolek wręcz się nią upajał. Pragnął, by trwała jak najdłużej... Ale że nic nie może wiecznie trwać, tak i ta jego błoga chwila nie trwała. Została nagle przerwana. I to brutalnie. Bo oto, ciszę pod klonem, zakłóciły jakieś dziwne dźwięki dobiegające z oddali. Karolek natychmiast wrócił do rzeczywistości. I nie ma co ukrywać - z wielkim niezadowoleniem. Nastawił uszu, chcąc ustalić, co to za dźwięki i skąd dobiegają. Jakie było jego zaskoczenie, kiedy stwierdził, że brzmią jakoś tak, jak gdyby się z głębokiej studni wydobywały. Popatrzył zdziwiony na  JuPi i Tera, i z lekką obawą w głosie, spytał:

  - To was jest więcej?

  - Och, nie obawiaj się. To nikt groźny. To tylko nasza siostra -  pośpiesznie odpowiedział TeR. - Zapomnieliśmy ci powiedzieć, że z nami, tu, na Planecie Ziemia, jest też nasza siostra. Moja bliźniacza siostra, TeRka. Teraz w lesie nie było jej z nami, gdyż jak zwykle siedziała w jakiejś bibliotece i książki pożerała, to znaczy, czytała. Bo musisz wiedzieć, że ta nasza TeRka, to okropny mól książkowy. Wszędzie, gdzie tylko jesteśmy, poluje na książki, i jak się do nich dorwie, wczytuje się w nie godzinami, zapominając o Bożym Wszechświecie. A że na żadnej planecie, nie ma aż tylu książek, co na Ziemi, kiedy tylko tu przybędziemy, mamy TeRkę z głowy. My robimy swoje, to znaczy, co chcemy, a ona czyta, czyta i jeszcze raz czyta. Zawsze wynajdzie sobie jakąś bibliotekę, księgarnię, albo czasami, nawet zakradnie się do czyjegoś domu, jeżeli wywęszy tam duże ilości farby drukarskiej... To na pewno ona buczy tam gdzieś za drzewem. Z pewnością podsłuchiwała, kiedy ty opowiadałeś o swoim smutnym życiu i na płacz jej się zebrało. Zresztą, nic w tym dziwnego, skoro i my nie mogliśmy się od płaczu powstrzymać... Ani chybi, stoi tam gdzieś w ukryciu, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Boi się podejść do nas, gdyż też po raz pierwszy z tak bliska widzi Ziemianina, i jeszcze do tego nas przy nim. Poczekajcie, pójdę po nią, bo się tam na amen jeszcze zaryczy.

  TeR poderwał się z ziemi i zniknął w ciemnościach lasu. Karolek, z buzią rozdziawioną ze zdziwienia, odprowadzał go wzrokiem po samą ciemność. I kiedy TeR wsiąkł już w ciemność zupełnie, poczuł nagle tak wielkie podekscytowanie, że w mig zerwał się z siedzenia. Pragnął na stojąco, godnie przywitać następnego przybysza z Jowisza. Czuł się też nieco onieśmielony, bo bądź co bądź, miała to być przecież Jowiszanka.

   JuPi, widząc podekscytowanie Karolka, zaczął się komicznie chichotać:

   - Hi, hi, ha! Hi, hi, ha-ha! Nie przejmuj się TeRką aż tak. To całkiem fajna kumpela... Choć potrafi czasami zaleźć i za skórę. Rozumiesz, jak każda baba! Zwłaszcza, kiedy usilnie próbuje wciskać nam do głowy te wszystkie mądrości, które wyczytała w książkach. Albo, kiedy cytuje kogoś lub coś przy byle okazji. Wiesz, ostatnio rozkochała się w łacinie i morduje nas różnymi łacińskimi powiedzeniami albo sentencjami. Ale wiesz, w sumie, to też można jakoś znieść. Trzeba się tylko nauczyć w danym momencie wyłączyć i po prostu jej nie słuchać. A tak poza tym, jest w porządku. Można z nią nawet, jak to się mówi po waszemu: konie kraść.

  - No, to fajowo - zachichotał Karolek, zupełnie już rozluźniony. - Bo ja do realizacji swoich planów potrzebuję właśnie koni, tyle że mechanicznych.

  Po niedługiej chwili, oczom Karolka ukazały się dwie połyskujące postacie, wyłaniające się z ciemności. Postacie te były tego samego wzrostu, ale jakże różniły się między sobą. Już z daleka można było zaobserwować różnicę w poruszaniu się i w figurze. Karolek od razu odgadł, która z tych postaci to TeR, a która TeRka. I kiedy rodzeństwo bliźniaków zbliżało się coraz bardziej, Karolek wyszedł im naprzeciw. Nagle jednak znieruchomiał i stanął jak wryty. Tak bardzo onieśmielił go widok przepięknej twarzy TeRki.

  TeRka była identycznie ubrana jak jej bracia: w srebrzysty, obcisły kombinezon, i miała podobną pilotkę na głowie. Jednak pilotka nie zakrywała jej aż tak dużej części twarzy. Karolek mógł wyraźnie zobaczyć jej cudowne rysy. Piękne, czarne, duże oczy, oprawione gęstymi i długimi rzęsami. Usta jak malowane, w kształcie wydatnego, czerwonego serduszka. Na czubku zaś pilotki, wystawały gęste, złociste włosy, upięte w koński ogon, i sięgające ramion.

  Ta piękna z wyglądu Jowiszanka, podobnie jak Karolek, zatrzymała się nagle, i stanęła bez ruchu. I to w tym samym momencie. Na widok Karolka z tak bliska, poczuła nie tylko onieśmielenie, poczuła też i lęk. W momencie zapomniała o tym, co jej TeR do głowy nawkładał, kiedy ją znalazł ukrytą za rozłożystym dębem. A braciszek mówił jej przecież, iż nie powinna się lękać. Zapewniał ją, iż Karol Gratka, to dobry Ziemianin. Zdążył jej też na szybko opowiedzieć, jak Karolka spotkali. I o tym, jak go od popołudnia dokładnie obserwowali, zanim odważyli się do niego podejść. TeRce niestety na tak bliski widok prawdziwego Ziemianina, wszystko co od TeRa usłyszała, natychmiast wyleciało z głowy. Wpadła w panikę. Stała jak sparaliżowana i nie mogła się ruszyć, choć ją TeR uparcie popychał do przodu. Wreszcie się ruszyła. A właściwie została do tego zmuszona, gdyż dostała od TeRa bolesnego kuksańca pod bok. Z bólu w mig zapomniała o obezwładniającym ją uczuciu i ruszyła do przodu. Zatrzymała się tuż przed Karolkiem i śpiewnie dudniącym głosem zawołała:

  - Witam cię, Karolu Gratka! - A podając Karolkowi drżącą dłoń na przywitanie, cichutko dodała: - Miło mi jest ciebie poznać.

  - Mi też jest miło - odrzekł Karolek wibrującym głosem i delikatnie ujął dłoń TeRki. Ściskał ją leciutko przez chwilę, i z zawstydzenia, nie wiedział co by tu jeszcze powiedzieć. Wreszcie dodał: - Nawet bardzo, ale to bardzo jest mi miło, że może być mi miło... O rany! Co ja gadam...? Wybacz mi TeRka. Nie wiem, co mam powiedzieć.

  - A nic nie musisz gadać. W gadaniu to TeRka celuje - odezwał się JuPi, chichocząc. - Ale widzę po jej minie, że w tym momencie jakoś zatraciła swoją zdolność... Ejże, we dwójkę macie takie miny, jakbyście się zjełczałego oleju napili.

  - Daj im spokój, JuPi! - TeR stanął w obronie Karolka i siostrzyczki. - Już zapomniałeś, jakie my mieliśmy miny? Udawaliśmy chojraków, jak podchodziliśmy do Karola, ale miny mieliśmy nietęgie, a nogi jak z sypkiego rzepaku... Przecież to wielkie przeżycie zawrzeć przyjaźń ziemsko-jowiszową.

  - Jasne, że wielkie - potwierdził JuPi. - Dlatego czas, abyśmy wreszcie tę naszą przyjaźń zaczęli przeżywać, a nie kontemplować... No, chodźcie tu pod drzewo. Pogadamy sobie.

  Po chwili już wszyscy w czwórkę siedzieli pod olbrzymim klonem i rozmawiali. Na początku najwięcej gadała TeRka. Musiała nadrobić swoje długotrwałe milczenie przy książkach. Ale kiedy wreszcie się w miarę nagadała, opowiadając gdzie była, co widziała, a co przeczytała, dopuściła do głosu też i chłopców. Chłopcy, kiedy TeRka gadała jak najęta, uśmiechali się do niej, a w międzyczasie porozumiewawczo spoglądali na siebie. Zwłaszcza TeR i JuPi. W końcu gdy dziewczyna umilkła, odsapnęli i zaczęli rozmawiać. Rozmowa toczyła się swobodnie. Każdy zabierał głos, kiedy chciał się o coś zapytać, albo gdy odpowiadał na zadane pytanie. Na początku rozmowy, Karolek spytał swoich nowych przyjaciół w jakim są wieku. No i okazało się, że wszyscy są w podobnym. To znaczy TeR i TeRka, jak i Karolek, mają po trzynaście lat, a JuPi jest o rok starszy i ma lat czternaście. Wspólnie wyrazili szczerą radość z tego powodu i przeszli do konkretnych tematów. JuPi dopytywał się Karolka, jak żyją na co dzień ich rówieśnicy na Ziemi. Czym się lubią zajmować. Co ich cieszy, a co wkurza. Karolek chętnie opowiadał o swoich kolegach i koleżankach ze szkoły, z sąsiedztwa, z całej wsi Wilczepędy, i nawet z pobliskich wsi, ale o rówieśnikach z domu dziecka nie wspominał... Wiadomo, wszyscy i wszystko, co było związane z domem dziecka, mierziło go okrutnie. Przyjaciele z Jowisza wyczuli to i żaden z nich nawet nie próbował pytać o życie w domu dziecka. TeR spytał tylko o jego młodsze rodzeństwo pozostałe w domu dziecka. Chciał wiedzieć, jak się tam czują, co robią, i czy im nie będzie smutno bez Karolka. Kiedy Karolek opowiadał o Kysi i Pawiku, miał łzy w oczach. Ale też i uśmiech na twarzy. Opowiadał o ich psotach i przeróżnych, wymyślonych przez siebie zabawach. O ich radosnym i ufnym podejściu do wszystkich i wszystkiego. O ich dziecięcej umiejętności zjednywania sobie sympatii wychowawców i innych pracowników domu dziecka. A na koniec, mówił jak bardzo ich kocha, i że dla nich gotów jest poświęcić nawet swoje życie, byleby zapewnić im przyszłość z dala od domu dziecka. Że ma zamiar napisać do nich list, jak już będzie w Ameryce, i w tym liście, wyjaśnić im swoją nieobecność i zapewnić, że do nich wróci i zabierze ich do domu. Kiedy Karolek skończył opowiadać o swoim rodzeństwie, spytał swoich nowych przyjaciół, jak żyją z kolei ich rówieśnicy na Planecie Jowisz. Niestety, odpowiedzi nie uzyskał.

  - Eee tam, Karol, co tam nasze życie... - rzekł JuPi z serdecznym uśmiechem na twarzy. - Dużo by opowiadać o naszym życiu na Jupiterze, ale teraz nie czas, by o nas rozmawiać. Teraz twoje życie jest ważniejsze. Ale obiecuję ci, że jeszcze ci dużo o nas opowiemy.

  - Nie wiem, czy zdążycie. Skoro świt muszę przecież udać się w drogę do Ameryki - powiedział Karolek w głębokiej zadumie i z lekkim smutkiem w głosie.

  - Nie, nie, nie puścimy cię samego w tak daleką podróż - zakwiliła płaczliwym głosem TeRka.

  - A przecież muszę - dodał Karolek.

  - Nie, nie musisz - odezwał się tym razem TeR.

  - Właśnie! - poparł brata JuPi. - Wspólnie się zastanowimy, co zrobić, i jak, by ci pomóc, byś nie musiał jechać w nieznane...

  - O to to! - zawołała TeRka, przerywając bratu. - I też to, byś mógł pozostać blisko Kysi i Pawika, bo oni ciebie potrzebują, a ty ich.

  Słowa przyjaciół, bardzo wzruszyły Karolka. A już najbardziej słowa TeRki, tak ciepło przez nią wypowiedziane. Zaś gdy usłyszał, jak pięknie brzmią imiona jego ukochanego rodzeństwa w jej ustach, aż się roztkliwił. Znów mu się łezka w oku zakręciła. Nie chciał jednak po sobie pokazać, że jest bliski płaczu. Ale gdy spostrzegł na TeRki kombinezonie ogromne łzy, perlące się w promieniach księżyca, nie wytrzymał i w końcu uronił kilka łez. Szybko je jednak otarł rękawem i popatrzył na twarze swoich przyjaciół. Nie odzywał się jednak. Chciał się głębiej zastanowić nad ich słowami. Przemyśleć, czy to w ogóle możliwe, aby mogli mu pomóc.

  - No dobrze, zastanowimy się później nad tym - odezwał się po chwili, kiedy doszedł do wniosku, że z jego przemyśliwań nic konkretnego nie wychodzi. - Ale najpierw powiedz mi JuPi, bo teraz sobie przypomniałem, dlaczego przedtem nazwałeś waszą planetę jakoś inaczej? Bo na pewno nie Jowisz.

  - Aaa, chodzi ci o Jupitera? - zachichotał JuPi.

  - Właśnie.

  - Jupiter, to inaczej Jowisz. Wiesz, nasza planeta jest największą planetą Układu Słonecznego i bardzo mocno świecącą...

  - A jego łacińska nazwa to: Luppiter Lovis... - wtrąciła się TeR-ka z zadowoloną miną.

  - TeRka, ty znów zaczynasz z tą swoją łaciną? - wkurzył się JuPi.

  - No co? Ja tylko tak, dla ścisłości. Przecież to tak ładnie brzmi: Luppiter Lovis... Ha! Mam pomysł! Od dziś ty będziesz się nazywał JuPi-Lup, a ty, TeR-Piter. Natomiast ja, TeRka-Lovis. Fajnie wymyśliłam, nie?

  - W rzeczy samej, fajowo wymyśliłaś! - głośno wyraził swą opinię Karolek. - A jak po łacinie nazywa się Ziemia?

  - A właśnie, twoja planeta nazywa się Terra i ty, Karolu, będziesz się nazywał Karol-Gratka-Terra.

  - Ekhm, ekhm... - chrząknął Karolek i zrobił zaskoczoną minę. - Nie, myślę, że to trochę za długie. Ja już wolę Karolek. Tylko Karolek... Po prostu Karolek, i nic więcej. Tak, jak mnie moi rodzice nazywali.

  - Tak, masz rację Karolku - zawstydziła się TeRka. - Ja tylko żartowałam sobie. Piękne imię: Karolek, i nic do niego nie trzeba dodawać.

  - Też tak myślę - zgodził się Karolek. - Ale nasza Ziemia po łacinie też pięknie brzmi: Terra... No i widzicie, to właśnie Terra tu i teraz, jest też i waszym światem, bo Jupiter, teraz nie jest. Tylko Terra jest teraz... Cha, cha, cha...! Ale wymyśliłem!

  Karolek roześmiał się w głos. A po chwili, wręcz pękał ze śmiechu. I choć zdawał sobie sprawę, że nic aż tak śmiesznego nie wymyślił, jednak śmiał się i śmiał, i nie mógł przestać. Sam był tym zdziwiony. Miał takie odczucie, że śmieje się mimowolnie. Że śmiech, niczym jakiś stwór, nim zawładnął, i samowolnie miota całym jego ciałem. Ale miota przyjemnie. Nawet bardzo przyjemnie. Choć mimo jego woli. Wreszcie, ciągle się śmiejąc, popatrzył na swoich jowiszowych przyjaciół. Na ich twarzach zobaczył wielką konsternację. Natychmiast przestał się śmiać.

  - Śmiej się śmiej, Karolku. Nie przeszkadzaj sobie... Śmiej się do woli! - zawołała TeRka, widząc zakłopotanie w oczach przyjaciela.

  - Przepraszam was - wysapał Karolek. - Coś mi się wydaje, że śmieję się jak głupi do sera... I pewnie mnie też macie za głupiego.

  - Ależ skąd! - zawołał JuPi, robiąc pocieszną minę. - Cieszymy się bardzo, że widzimy ciebie radosnego. Dość smutku widzieliśmy na twojej twarzy. Śmiej się do woli. Śmiech, to wspaniałe lekarstwo.

  - Żebyś wiedział. Teraz też to czuję - zachichotał Karolek. - Wierzcie mi, nie pamiętam już, kiedy się ostatni raz śmiałem... Dziękuję! Bo to dzięki wam, znów poczułem się radosny.

  - I tak trzymaj! - zaśmiał się TeR. - Tak bardzo się cieszymy, że spotkaliśmy ciebie.

  - Ja też się bardzo cieszę - poważnym już głosem rzekł Karolek. - Nawet nie macie pojęcia, jak bardzo.

  - No, to wszyscy razem się cieszymy. To całkiem miłe uczucie, cieszyć się - powiedziała TeRka i złapała się za brzuch. - Ale wiecie co, oprócz radości, odczuwam też i głód. Może pójdziemy się gdzieś zatankować?

  - Że co? Że zatankować? - zdziwił się ogromnie Karolek.

  - Och, nie dziw się aż tak Karolku - zaśmiał się JuPi. - Nie zapominaj, że my jesteśmy z innej planety, więc siłą rzeczy, nie wszystko może być dla ciebie zrozumiałe. Wiesz, my już jesteśmy na Ziemi nie pierwszy raz, ale jeść, tak jak Ziemianie, i tak się nie nauczyliśmy. Widocznie w naszym przypadku jest to niemożliwe. Po prostu my nie jemy, my tankujemy.

  - O rany, a co? - Karolek zdziwił się jeszcze bardziej.

  - A olej.

  - A jaki?

  - A różny. Ale ostatnio stwierdziliśmy, że bardzo dobrze służy nam olej rzepakowy. Stąd też wiemy, gdzie leży twoja wieś Wilczepędy, gdyż dookoła tej wsi, rosną ogromne łany smakowitego rzepaku.

  - A co, ty Karolku nie lubisz oleju rzepakowego? - zaciekawiła się TeRka.

  - Nie wiem. Może i lubię, a nie wiem. Moja mama używała jakiegoś oleju w kuchni, ale nie wiem, czy był to akurat olej rzepakowy - odpowiedział Karolek ze zadziwioną ciągle miną. - Ale to dobrze, że lubicie olej.

  - No widzisz? Sam przyznajesz, że to dobrze - odezwał się TeR. - Może jednak ty też go lubisz, a nie wiesz.

  - Nie, to nie to. Mówiąc dobrze, miałem na myśli, coś innego. Bo wiecie, ja mam w plecaku jeszcze kawałek chleba, ale zbyt mały, i już się martwiłem, czy wystarczy wam, abyście zaspokoili głód. Ale teraz wiem, że nie chleba wam potrzeba, a oleju... No właśnie, to co z tym olejem? Teraz po nocy chcecie szukać pola z rzepakiem?

  - A nie, szukać nie musimy, bo my bardzo dokładnie wiemy gdzie jest bardzo dużo rzepaku - odpowiedział JuPi. - Zaraz za lasem jest taka fabryka, gdzie zawsze o tej porze suszą się ziarna rzepaku. Pójdziemy tam po prostu i się zatankujemy jak trzeba... To znaczy, do syta.

  - No tak, ale czegoś tu nie rozumiem. Wy mówicie o tankowaniu, a ziaren rzepaku, jak wiem, nie można przecież tankować. Olej tak, ale ziarna? Jak chcecie ziarnami rzepaku się zatankować? To nielogiczne, tego się przecież nie da zrobić.

  - Da, da, da! - zachichotał TeR. - Już my mamy swoje sposoby.

  - Ach tak. Powinienem się domyślić. W końcu JuPi mówił, że siłą rzeczy nie wszystko może być dla mnie zrozumiałe. No ale teraz, po ciemku, chcecie iść do tej suszarni rzepaku?

  - Teraz, i po ciemku - odpowiedział JuPi.

  - A co to znaczy, po ciemku? - zdziwił się TeR. - Nam nigdy nie jest ciemno.

  - Aha, mogłem się tego domyślić. - Karolek podrapał się po czole.    - No dobra, więc chodźmy już tam, moi wy Jowiszanie, bo martwi mnie to, że głód was morzy.

  - No, to zasuwamy! - ucieszyła się TeRka. - A po drodze  będziemy sobie dalej opowiadać.

  Wszyscy jak na komendę zerwali się z ziemi. Karolek pozbierał swoje rzeczy i włożył do plecaka. Plecak zarzucił na ramiona i z dzidą w ręce, stanął wyprostowany przed swoimi przyjaciółmi z Jowisza.

  - Prowadźcie więc - powiedział, patrząc na każdego po kolei. - Domyślam się, że już wy dobrze wiecie, jak tam dotrzeć. A już na pewno, lepiej niż ja.

   - Wiemy, wiemy, co byśmy mieli nie wiedzieć - zaśmiał się JuPi. - Przecież bez papusiania nie można żyć. Więc aby żyć, to to, gdzie jest życiodajne papusianie, jako pierwsze trzeba wiedzieć.

  - Chodźmy więc, bo mi już wnętrzności marsza grają z głodu - zachichotała pociesznie TeRka. - Tak to się na Ziemi mówi, nie?

  - Tak. Tylko z małą różnicą. Mówi się kiszki, a nie wnętrzności.

  - A po co ci ten kij? Nogi Cię bolą? - spytał nagle TeR, spoglądając na dzidę w ręce Karolka.

  - Nie, nie bolą. A ten kij, to nie jest taki sobie zwykły kij, to dzida. Moja broń przed dzikimi zwierzętami. Zwłaszcza wilkami. W tym lesie jest ich mnóstwo - odpowiedział Karolek z zakłopotaną miną.

  - Lupus, tutaj? - zdziwiła się TeRka.

  - Nie lupus, tylko wilki - uściślił Karolek.

  - TeRka skończ! - zezłościł się JuPi. - Nie słuchaj jej Karolku. Ona znów wyjeżdża z tą swoją łaciną. Lupus, to wilk po łacinie.

  - Aha, nie wiedziałem. Fajnie się nazywa.

  - Ale tutaj, w tym lesie, rzeczywiście nie ma wilków. Dużo wilków widzieliśmy natomiast w lesie za wsią Wilczepędy - poinformował Karolka JuPi.

  - A to wiem. Dlatego nasza wieś tak się ponoć nazywa, bo zawsze u nas mnóstwo wilków pędzi po polach i lasach - ucieszył się Karolek, że też coś wie, i na moment się zastanowił. - A skąd wy to wszystko wiecie? - spytał po chwili.

  - Sam nie wiem. Wiemy i już - odrzekł JuPi.

  - Karolku, ale są też przecież inne wilcze pędy, takie, co wyrastają na przykład od pnia chorych drzew - powiedziała TeRka w zadumie. - Czytałam niedawno o nich w książce przyrodniczej.

  - A wiesz, że ja o nich przez moment też pomyślałem, ale zaraz odrzuciłem tę myśl, gdyż te akurat wilcze pędy z naszą wsią nie mają nic wspólnego. Tego jestem pewien. Bo i dlaczego? - odrzekł Karolek z miną znawcy i popatrzył na swoją dzidę. I już ją chciał wyrzucić, ale w końcu postanowił zatrzymać. Bo też się już przyzwyczaił do niej.  No i, nie ma co ukrywać, pewniej się z nią czuł. - Cieszę się TeRka, że czytasz książki o naszej kochanej ziemskiej przyrodzie - dodał po chwili, przenosząc wzrok z dzidy, na przyjaciółkę.

  - Wy tu rozprawiacie o wilkach i wilczych pędach, a mi już te kiszki, co to Karolek powiedział, do stelaża z głodu przyrosły - stwierdził z rozbrajającą miną TeR.

  - Chyba miałeś na myśli... do kręgosłupa - zaśmiał się Karolek.

  - Tak czy siak, umieram z głodu. - TeR złapał się za brzuch.

  - Nie udawaj TeR - skrzywił się JuPi. - Jeszcze ci nic nigdy z głodu nie przyrosło, a już zwłaszcza kiszki.

  - A skąd ty możesz wiedzieć? - nie odpuszczał TeR.

  - A to akurat wiem - parsknął śmiechem JuPi i zakomenderował: - No to jazda! Idziemy!

 

*******************************************************************

 

(Ciąg dalszy - z 1 lutego2010r.)


 


  Ruszyli. Szli gęsiego. Na przedzie JuPi, za nim Karolek, za Karolkiem TeRka, a na końcu TeR. Szli raźnym krokiem, w dobrych humorach i bardzo rozgadani. Rozmawiali jednak półgłosem, ażeby nie wystraszyć leśnej zwierzyny i niepotrzebnie jej nie płoszyć. Ani tej, która w nocy śpi, ani tej, która w nocy poluje. Wszyscy byli tego samego zdania, że należy uszanować prawa natury. Tym bardziej, że to właśnie leśna zwierzyna jest u siebie, a nie oni. Temat zwierząt okazał się być bardzo ciekawym tematem, gdyż prawie całą drogę rozmawiali właśnie o zwierzętach. Karolek o zwierzętach mógł opowiadać godzinami. Wiele przecież książek przyrodniczych przeczytał. I kiedy wcześniej, za nic nie mógł sobie czegokolwiek o zwierzętach przypomnieć, to teraz, wiadomości o nich, pojawiały się w jego pamięci niemalże lawinowo. Opowiadał więc z wielką przyjemnością o wszelakiej zwierzynie, i z wielką przyjemnością też, odpowiadał na każde pytanie przyjaciół związane z ich tematem. Rodzeństwo Jowiszanów też wiele pytań zadawało, gdyż każdy z nich wręcz uwielbiał zwierzęta. Zgodnie uważali, że zwierzęta, to wspaniały dar Wszechświata dla Planety Ziemia, gdyż na żadnej innej planecie tak wspaniałych zwierząt nie widzieli. Podziwiali zwierzęta za ich różnorodność gatunków i ras, za ich niewiarygodne wręcz przystosowanie do warunków życia, wreszcie, za ich ogromny instynkt samozachowawczy. Mówili, że zawsze, kiedy są na Ziemi, z wielką pasją obserwują zwierzęta, i dla tych właśnie obserwacji, poświęcają najwięcej czasu. Oprócz TeRki oczywiście, bo ta, więcej czasu poświęca na czytanie o zwierzętach. Ale, jak mówili, i to ma swoje dobre strony, ponieważ TeRka to nie tylko mól książkowy, to też wielka gaduła, i nad wyraz chętnie dzieli się swoimi wyczytanymi wiadomościami. A bracia, jej teoretyczną wiedzę, zawsze skrzętnie wykorzystują do późniejszych obserwacji.

  Miło się wszystkim szło i rozmawiało. Szli ciągle gęsiego, ale nie ścieżynką, lecz na przełaj przez las. Jednakże całkiem wygodnie im się szło. Widoczność była dobra. Księżyc, tak jakby chciał nadrobić spóźnienie, nieustannie rzucał promieniami w szczeliny pomiędzy koronami drzew i jasno oświecał drogę. A i rodzeństwo Jowiszanów samoistnie emanowało światłem. Pięknym, niebieskawym i dziwnie rozproszonym.

  Karolek momentami zastanawiał się, czy jest to rzeczywiście ich własne światło, czy tylko efekt odbicia promieni księżyca od ich srebrnych kombinezonów. Nie pytał jednak, gdyż uznał, że w tym przypadku - nie wiedzieć, jest ciekawiej. Jeszcze jedno Karolka bardzo zastanawiało. A mianowicie to, że jakoś dziwnie lekko mu się idzie. Wydawało mu się, że nie czuje w ogóle własnego ciała. Tak jakby był w stanie nieważkości. Swoimi spostrzeżeniami nie podzielił się jednak z przyjaciółmi. Też uznał, że tak będzie ciekawiej. Ważne, że czuł się przyjemnie. Bardzo przyjemnie. Szedł więc raźnym krokiem, i w skrytości ducha, rozkoszował się swoim niezwykłym odczuciem.

  Po drodze Karolek usłyszał od swoich przyjaciół, że to tylko ze względu na niego oni idą, bo gdyby nie on, to oni dawno byliby już na miejscu i pożywiali się już, czyli tankowali. Karolka bardzo to zdziwiło. Zdziwienie jego jednak szybko ustąpiło miejsca ciekawości, i Karolek (pomny tego, co mu JuPi powiedział), poprosił przyjaciół, aby mu wytłumaczyli, już nie, jak to jest możliwe, ale jak by to zrobili. Trójka rodzeństwa zademonstrowała mu to natychmiast. Karolek mało szoku nie dostał. Bo nagle, ni stąd, ni zowąd, znalazł się sam w głębi lasu, i to w zupełnych ciemnościach. Nawet księżyc, jakimś dziwnym trafem, przestał nagle świecić. Karolek zatrzymał się momentalnie, i stojąc bez ruchu, zacisnął zęby i dzidę w ręku. Wreszcie, strwożony już na dobre, zaczął się rozglądać dookoła. Nikogo jednak nie zobaczył. Przyjaciele z Jowisza zniknęli tak nagle, jakby się pod ziemię zapadli. Karolek, szepcąc cichutko pod nosem, zaczął prosić ich, aby wrócili, bo dziwnie się czuje sam, i nie wie, w którą stronę ma iść. I wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jupiterowe rodzeństwo zmaterializowało się z powrotem.

  - Ależ mnie wystraszyliście! - zawołał Karolek, ucieszony, że przyjaciele stoją koło niego i dookoła pełna jasność znów zapanowała.

  - Nie chcieliśmy ciebie wystraszyć - zdziwionym głosem powiedziała się TeRka.  

  - Wiem. Ale mnie tak zaskoczyliście tym nagłym zniknięciem, że trochę się jednak wystraszyłem - uśmiechnął się Karolek. - Teraz już  będę wiedział, jak docieracie do celu... Jak w czapce niewidce.

  - Podobnie - zachichotała TeRka. - Czytałam o tej waszej bajkowej czapce.

  - Ale podobało ci się, co? - spytał JuPi.

  - Jeszcze jak! - zawołał w odpowiedzi Karolek, speszony nieco swoim kłamstwem. - Z tym, że teraz martwię się jeszcze bardziej, iż przeze mnie musicie tak długo znosić głód.

  - A nie, tym się wcale nie musisz martwić - uspokoił Karolka TeR. - My mamy w sobie jeszcze rezerwy. Ja przedtem tylko tak sobie żartowałem. Wierz mi, jeszcze długo moglibyśmy wytrzymać bez tankowania.

  - Właśnie! - wtrącił się JuPi. - Chcemy tylko nasze rezerwy zwiększyć, by potem, w szczególnym celu, móc jeszcze dłużej bez tankowania wytrzymać... O, patrzcie, las się rozrzedza i widać już światła suszarni rzepaku. O, tam, widzicie, jak prześwitują pomiędzy ostatnimi drzewami lasu?

  Po chwili cała czwórka stała już przy ogromnym ogrodzeniu, a Karolek zastanawiał się, co to za fabryka.

  - Ejże, to nie jest suszarnia rzepaku, tylko cukrownia - wyszeptał, kiedy rozpoznał zabudowania.

  - Jak zwał, tak zwał, ale że tam w środku suszy się rzepak, tego jesteśmy pewni - odrzekł JuPi. - Tankowaliśmy już tu nieraz.

  - Dziwne. Rzepak w cukrowni? - zastanawiał się Karolek. - Ale wiecie co, teraz tak sobie myślę, że to całkiem możliwe, bo w lecie cukrownia stoi, kampania cukrownicza rozpoczyna się dopiero na jesień. Może więc w lecie suszarnię wysłodków, no wiecie, tych odpadów buraczanych przy produkcji cukru, rzeczywiście wykorzystują do suszenia rzepaku.

  - Myślę Karolku, że całkiem mądrze to wydedukowałeś - zgodził się JuPi. - Też to zauważyliśmy, że ludzie na Ziemi potrafią dobrze organizować. No, może nie zawsze, ale w dużej mierze.

  - To znikajcie już - powiedział Karolek, rozglądając się dookoła. - Ja tu zostanę i poczekam na was.

  - Ach, coś ty. Chodź z nami - nalegała TeRka.

  - Nie chcę was niepotrzebnie narażać - tłumaczył Karolek. - Wy możecie niezauważeni przez nikogo wejść na teren cukrowni, a ja niestety nie. Przecież czapki niewidki nie mam. A tu na pewno jest straż  nocna.

  - A nie, nie obawiaj się. Nikt o tej porze do suszarni nie zagląda - zapewnił TeR. - Nigdy nikogo jeszcze tam nie spotkaliśmy. Na pewno straż chrapie sobie smacznie w strażnicy. Bo to akurat widzieliśmy nieraz, a i słyszeliśmy... Chrapią, aż echo między zabudowaniami niesie.

  - Jak tak, to jazda, wchodzimy - zgodził się Karolek i chwycił dzidę w zęby.

  - Poczekaj, przesadzę cię przez płot - powiedział JuPi, i splótłszy dłonie w koszyczek, schylił się przed Karolkiem.

  - Fajnie, już przeskakuję - wycedził przez zęby Karolek i jedną nogą stanął na splecionych dłoniach JuPi, a drugą na płocie.

  Jakie było Karolka zaskoczenie, kiedy ledwie przesadził płot i  stanął po drugiej stronie na ziemi, a nagle obok niego, jak grzyby spod ziemi, z rozciągniętymi w uśmiechu serduszkami, wyrośli jego przyjaciele.

  - Chyba się nie wystraszyłeś, co? - spytała TeRka, widząc minę Karolka.

  - Nie, skąd.

  - Ani też zaskoczony nie jesteś? - dociekał JuPi z szelmowskim uśmieszkiem.

  - Też nie - skłamał Karolek. - Niczym mnie już nie zaskoczycie, bo w końcu do mnie dotarło, że jesteście z innej planety.

  - To dobrze - ucieszył się TeR. - Bo szkoda by było czasu na zastanawianie się, co i jak, po co i dlaczego, skoro razem mamy tyle do zrobienia. My już taką postawę przyjęliśmy, i niczym nas już nie zaskoczysz. Nawet tą twoją dzidą.

  - A co jest z moją dzidą nie tak? - zdziwił się Karolek. - Nie, wróć. Nie ma sprawy. Nie musicie odpowiadać. Zapomniałem, że dla was ja też jestem z innej planety. Tak że wszystko gra. Precz z zaskoczeniem. Precz ze zdziwieniem. O tej pory wszystko staje się dla nas jasne... Cokolwiek by to nie było.

  - O to to! - ucieszyła się TeRka.

  Wszyscy razem z zadowolonymi minami ruszyli w stronę ogromnego zabudowania, gdzie mieściła się suszarnia rzepaku. Po chwili byli już w środku. Hala suszarni była słabo oświetlona, lecz ni stąd, ni zowąd, zupełna jasność w niej zapanowała. Karolek uśmiechnął się tylko i palcem wskazał na olbrzymią hałdę wysuszonego ziarna rzepaku. Jupiterowe rodzeństwo odpowiedziało mu serdecznym uśmiechem i natychmiast rzuciło się na hałdę. Karolek pozostał nieco w tyle i się im przyglądał. JuPi z głośnym pomrukiem zadowolenia szybkim krokiem zaczął wchodzić na szczyt hałdy. To samo zrobił TeR. Po chwili też i TeRka maszerowała już w górę po zboczu hałdy, mlaskając przy tym pociesznie swoimi serduszkowymi ustami. Kiedy we trójkę znaleźli się już na szczycie, stanęli obok siebie, i znieruchomieli. Uszu Karolka dobiegł dziwny szum, który po chwili zamienił się w jeszcze dziwniejszy odgłos... Odgłos pracującej młockarni. Tak się on przynajmniej Karolkowi kojarzył. Lecz i ten odgłos szybko zamienił się w inny. Karolek tym razem skojarzył go sobie ze świszczącym odgłosem pras. Nieraz taki słyszał w tłoczarni blach, sąsiadującej z jego domem dziecka. Tyle, że w tłoczarni był nieco głośniejszy. Karolek z rozdziawioną buzią wpatrywał się w jupiterowych przyjaciół. Był pełen dla nich podziwu. Żałował tylko, że stali na hałdzie tyłem do niego i nie mógł zobaczyć ich twarzy. Szybko jednak przestał żałować, gdyż nagle zobaczył niesamowite zjawisko. Otóż zobaczył, że każdy z nich zaczyna rosnąć, i dookoła nich, też zaczyna coś rosnąć. Od razu domyślił się, że to coś, to nic innego, jak kupki łusek z ziaren rzepaku. - A więc, to  tak odbywa się to ich tankowanie - pomyślał zaskoczony, rozdziawiając buzię jeszcze bardziej. I choć zaskoczonym miał już nie być, był, i to bardzo. Bo też wrażenie było niesamowite. W końcu od tego rozdziawiania buzi, poczuł zupełną suchość w gardle. Sięgnął ręką do kieszonki plecaka i wyciągnął butelkę z wodą. Zrobił kilka łyków i schował butelkę z powrotem. Oczu od swoich tankujących przyjaciół jednak nie odrywał. Nagle, wszystkie odgłosy ucichły, i Karolek spostrzegł, że przyjaciele powolutku odwracają się w jego stronę. A kiedy całkiem się już odwrócili, znów znieruchomieli. Karolek wystraszył się, bo nagle silne wstrząsy zaczęły targać ich ciałami. Coraz częstsze i coraz silniejsze. Aż tu nagle, wstrząsy ustały w momencie. Jak na zawołanie. Coś zaszumiało, coś zasyczało, coś zaświszczało... Jak gdyby powietrze z nich uchodziło. Po chwili jeszcze raz wstrząsnęło nimi potężnie. Aż podskoczyli. I nagle, cisza, bezruch, spokój. Wszystko ustało. Żadnych wstrząsów, żadnych odgłosów. Tylko jakiś żółtawy obłoczek unosił się nad ich głowami.    

  Jupiterowe rodzeństwo trwało w bezruchu i ciszy dobrą chwilę. Aż wreszcie, z nagła, jak nie huknie potężną salwą dudniącego śmiechu. Karolek zdębiał z kretesem i wytrzeszczył oczy. W końcu zrozumiał wszystko i również huknął śmiechem. Głośnym i radosnym.

 - No, jestem syty! - zawołał JuPi, śmiejąc się ciągle. - Chodź tu do nas Karolku, pozjeżdżamy sobie trochę ze szczytu. Zobaczysz, jaka to fajowa zabawa.

  Karolkowi aż się w głowie kręciło od natłoku wrażeń, ale na słowa JuPi, zareagował natychmiast. Zdjął plecak z ramion i wraz z dzidą położył na posadzce. Po czym jednym susem podskoczył do hałdy i zaczął się wspinać. Jednak ta wspinaczka coś mu nie bardzo wychodziła. Ciągle zapadał się w sypkim ziarnie po kolana. Zdziwiło go to. Przecież widział, z jaką łatwością weszli na hałdę jego przyjaciele. Wreszcie TeRka, widząc Karolka mordęgę, zbiegła do niego z góry i podała mu rękę. Karolek poczuł nagle, że idzie po zboczu hałdy jak po twardej i prostej drodze. Śmiać mu się chciało z tak zadziwiającego zjawiska. Znów czuł się lekko i przyjemnie, jak wcześniej.

  - Ojej, ale wy urośliście! - zawołał, kiedy stanął już wraz z TeRką na szczycie hałdy.  

  - A tym się nie przejmuj, stopniowo będziemy wracać do poprzedniej wielkości - poinformował Karolka JuPi.

  - Nie, ja się nic a nic nie przejmuję. Uważam nawet, że wasz wzrost bardzo wam pasuje. W końcu jesteście z innej planety... I wszystko wam pasuje - stanowczym głosem powiedział Karolek, pełen podziwu dla potęgi przyjaciół. - Teraz wyglądacie jak prawdziwi kosmici.

  - Ty też jesteś kosmitą - zachichotał JuPi i tak jak stał, puścił się w dół.

  Za JuPim, pięknym ślizgiem zjechał TeR, śmiejąc się jak szalony. TeRka zawtórowała braciom piskliwym śmiechem, i nie czekając dłużej, szarpnęła Karolka za rękę. Karolek przez moment poczuł lęk, bo dopiero z góry zobaczył jak stroma jest ta hałda. Nie zdążył się jednak głębiej wczuć w swój lęk, gdyż w szalonym tempie jechał już po zboczu. TeRka ciągle trzymała Karolka za rękę, a to spowodowało, że Karolkowi zaczęło się nagle wydawać, iż stał się jednym z nich. I że wszystko, co niemożliwe, stało się dla niego możliwe. Że może robić już wszystko zupełnie inaczej niż normalnie. Nic go już nie dziwiło. Ani to, że zjeżdża na stojąco po hałdzie sypkiego rzepaku i w ogóle się nie zapada, ani to, że wchodzi z powrotem na szczyt hałdy jak po normalnej, prostej drodze. Ani też to, że nie czuje żadnego zmęczenia. Wydawało mu się wreszcie, że może sobie tak zjeżdżać i zjeżdżać, i że nic, ani nikt, nie może mu w tym przeszkodzić.

  Po pewnej chwili okazało się jednak, że to, co się wydaje, to się wydaje, i prawdą być nie może. Niestety. Do Karolka dotarło to momentalnie, kiedy usłyszał, pomimo głośnych śmiechów i chichów w suszarni, dochodzące z zewnątrz szczekanie psa. Przykre, ale natychmiast musiał wrócić do rzeczywistości. A w tym niemiłym momencie powrotu do rzeczywistości, zjeżdżał akurat już chyba z dziesiąty, wspaniały raz z TeRką, i był już prawie na dole. Od razu puścił rękę TeRki, i w odruchu bezwarunkowym, chciał skoczyć po dzidę. Ku jego ogromnemu przerażeniu, zapadł się nagle w rzepaku po sam pas i nie mógł się ruszyć.

  - Uciekajcie! - krzyknął, kiedy zdał sobie sprawę z sytuacji. - Uciekajcie! To pies strażnika ujada. Na pewno zaraz tu będzie. A i strażnik też.

  Popłoch się zrobił w suszarni niesamowity. Karolek szarpał się w rzepaku i nie mógł wyciągnąć nóg. TeRka piszczała ze strachu i biegała po hałdzie, to w górę, to w dół. JuPi i TeR, wprawdzie zachowali zimną krew i nie wpadli w panikę, ale w pierwszym momencie nie wiedzieli co mają zrobić. Nie mogli się przecież zdematerializować i zostawić Karolka samego na pastwę psa i strażnika. Biegali więc również, aby w biegu móc się szybciej zastanowić nad wyjściem z sytuacji. Wreszcie podbiegli do Karolka i podali mu ręce. Karolek natychmiast stanął na powierzchni rzepaku. Otrzepał się odruchowo jak kaczka po wyjściu z wody, i jednym susem skoczył z hałdy na posadzkę. W głowie mu się kręciło, w skroniach waliły młoty, ale nie zważał na to, tylko pędem pobiegł po dzidę. Ledwie złapał za swoją broń, a w bramie suszarni stał już ogromny wilczur. Karolek się go jednak nie wystraszył. W ogóle przestał już odczuwać jakikolwiek lęk. Ściskając w ręku dzidę, zaczął podchodzić do psa, który, choć szczekał nadal, z bramy się nie ruszał.

  Pies zachowywał się bardzo dziwnie. W każdym bądź razie nie tak, jak przystało na psa obronnego. Najwyraźniej zbaraniał na widok kosmitów. A może bardziej na ich zapach?

  - Uciekajcie teraz! - Karolek krzyknął do przyjaciół. - Ja go tu w bramie przytrzymam, a wy wyskakujcie przez okno. Szybko!

  - O nie, nigdzie nie będziemy uciekać! - zawołał JuPi. - Zostajemy z tobą.

  - Na psa urok! - wrzasnął Karolek, podchodząc jeszcze bliżej psa. - Uciekajcie, mówię. Zaraz tu będzie strażnik.

  - Nie zostawimy ciebie samego. Prawda, JuPi i TeR? - piskliwym głosem zawołała TeRka, zbiegając już po raz któryś ze zbocza hałdy. - Ja się już nie boję i też zostaję.

  JuPi i TeR chwycili wystraszoną TeRką za ręce, i nie bacząc na rozwścieczonego psa, zaczęli podchodzić z nią do Karolka. I kiedy podeszli do niego całkiem już blisko, stała się rzecz dziwna. Bo oto, olbrzymi wilczur, na ich tak bliski widok, nagle znieruchomiał i  przestał ujadać. Wreszcie padł w progu bramy i zaczął żałośnie skomleć. 

  - Teraz, wychodźcie - wyszeptał Karolek. - Nie możemy zaprzepaścić takiej szansy.

  - Bez ciebie nie wychodzimy - powiedział JuPi świszczącym z przejęcia szeptem.

  - Właśnie - dopowiedziała płaczliwym szeptem TeRka.

  - Ależ wy uparci - syknął Karolek. - No dobra, idę z wami. Ale wy pierwsi. Ja będę dzidą przetrzymywać psa, a wy bez obawy przechodźcie za moimi plecami. Ale powoli i spokojnie.

  - Dobrze, Karolku - zakwiliła wystraszona TeRka i mocniej ścisnęła ręce braci. - Ale ty zaraz za nami. Bo jak nie, to my tu i tak po ciebie wrócimy... Słyszysz? A wtedy ten dziki pies może mnie zjeść - dodała jeszcze, bliska już płaczu.

  - Idźcie już. - Karolek odwrócił głowę i popatrzył na JuPiego, piorunując go wzrokiem.

  - Poczekaj. Wezmę tylko twój plecak - powiedział JuPi.

  Po krótkiej chwili jowiszowe rodzeństwo przechodziło już za plecami Karolka przez bramę suszarni. Powoli, spokojnie, stanowczo, choć z duszą na ramieniu ze strachu. Karolek w tym czasie stał bez ruchu, i wbijając wzrok w ślepia leżącego psa, przemawiał do niego:

  - Dobry piesek, dobry. Leż, leż, i ani się nie ruszaj... Dobry piesek, dobry. Leży, leży, spokojnie leży...

  Wilczur leżał posłusznie i ani drgnął. Skomlał tylko cichutko. A w tym momencie, kiedy jowiszowe rodzeństwo, przechodząc przez bramę, było bardzo blisko niego, zaskomlał głośniej i ze strachu wcisnął łeb pod przednie łapy. I tak leżał nieborak, znów w bezruchu, i znów skomlał tylko cichutko.

  Karolkowi żal się zrobiło psa, ale cóż miał zrobić, przecież trzeba mu było jak najszybciej brać nogi za pas i uciekać. Karolek zdawał sobie sprawę, że lada moment zjawi się strażnik. I kiedy jowiszowe rodzeństwo było już na zewnątrz, powoli zaczął się wycofywać z bramy suszarni, wkoło powtarzając do psa: - „Dobry piesek, kochany piesek. Nie bój się. Zostań, zostań..." - Będąc już na zewnątrz, postanowił biec po rampie, aby z góry lepiej widzieć, z której strony nadejdzie strażnik. Wbiegł na rampę po schodkach, i pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to to, że dzień się budzi. Niebo na horyzoncie wyraźnie jaśniało czerwonawą pożogą. Karolek zastanowił się na moment, czy to dobry znak, czy zły. Nie znalazł jednak odpowiedzi. Przestał się więc zastanawiać. Rozglądnął się tylko czy nie widać gdzieś strażnika. Na szczęście nikogo nie zobaczył. Przyśpieszył wtedy biegu i pognał za przyjaciółmi, którzy biegli po betonowej drodze wzdłuż rampy i ciągle się za nim oglądali. Przy końcu rampy, Karolek rozpędził się i poderwał do wyskoku. Poleciał w powietrzu na znaczną odległość i wylądował tuż za biegnącymi przyjaciółmi. Ledwie zdążył ich dopaść, a usłyszał krzyk strażnika:

  - Stój, bo strzelam!

  Karolek bez namysłu rzucił się wtedy na TeRkę i powalił na ziemię, zasłaniając ją swoim ciałem.

  JuPi i TeR zatrzymali się natychmiast, i patrząc na Karolka z podziwem, ściągnęli go z TeRki.

  - Znikajcie, proszę was! - zawołał Karolek, wodząc wystraszonym wzrokiem po twarzach przyjaciół. - Strażnik nie może was zobaczyć. Słyszycie?! Grozi wam wielkie niebezpieczeństwo. Mi może on nic nie zrobi, ale wam z pewnością tak. No, zniknijcie wreszcie. Proszę. Błagam... A sio! - wrzasnął rozpaczliwie, słysząc krzyk strażnika po raz drugi.

  - Nie zostawimy ciebie samego. Nawet nie myśl! - huknął dudniącym głosem JuPi. - Teraz nasza kolej... Patrzcie, tam na torach stoi jakiś pojazd. Wskakujemy na niego i jazda. Uciekamy!

  - JuPi, przecież to stara, zardzewiała, ręczna drezyna - wycedził przez zęby Karolek, czując nagły szczękościsk ze strachu o przyjaciół.

  - No i co z tego, że stara, zardzewiała i ręczna? Ma koła? Ma. A to wystarczy. Biegiem! - zakomenderował JuPi, podnosząc TeRkę i Karolka z ziemi.

  Wszyscy puścili się pędem w stronę torów, gdzie stała stara, zdezelowana drezyna. Dobiegli akurat do torów, kiedy nagle usłyszeli świst kuli nad głowami. Wszyscy jednocześnie, jak piorunem rażeni, z impetem rzucili się na drezynę. TeRka piszczała jak oszalała. Karolek w ruchu bezwarunkowym powalił ją na podłogę drezyny i przykrył sobą. JuPi i TeR chwycili za dźwignię napędu, i naciskając w podskokach za jej ramiona, wprowadzali drezynę w ruch. Drezyna skrzypiała niesamowicie, ale ruszyła i jechała coraz szybciej i szybciej. JuPi i TeR coraz szybciej też i z coraz to większą siłą napędzali dźwignię. A kiedy ponownie usłyszeli świst kuli nad głowami, dostali takich obrotów, że Karolek, który z podłogi obserwował ich poczynania, aż oniemiał z wrażenia. Nawet następny  świst kuli, odbijającej się rykoszetem od koła drezyny, nie wywarł na nim tak silnego wrażenia, jak ten obrazek, który miał przed oczyma. Przyciskając swym ciałem TeRkę do podłogi, leżał w bezruchu, i nie mógł wydusić z siebie słowa. Był wręcz oczarowany widokiem śmigających w powietrzu świetlisto-srebrnych postaci przyjaciół. Wydawało mu się, że widzi przed sobą dwa srebrzyste ogniki, drgające z częstotliwością pulsujących gwiazd. Nieziemski był to widok. Karolkowi aż dech zapierało. Niestety, nie było mu dane trwać w tym, bądź co bądź, miłym stanie oczarowania, ponieważ zobaczył nagle coś, co mu zmroziło krew w żyłach. Otóż na tle jaśniejącego nieba, którego skrawek widział pomiędzy słupkami dźwigni, w oddali zobaczył ogromną, metalową bramę. Bramę, która zamykała bieg torów, a tym samym i drogę ich ucieczki. Karolek w mig odzyskał głos i zaczął wrzeszczeć jak opętany:

  - JuPi, TeR, hamujcie! Brama, brama przed nami! Rozbijemy się!

  - Trzyyymaaajcieee sięęę mooocnooo! - usłyszał w odpowiedzi świszcząco-drgający głos, któregoś z jowiszowych braci.

  Karolek z rosnącym przerażeniem pojął, że oni wcale nie zamierzają hamować przed bramą, a wręcz przeciwnie, że rozpędzają drezynę jeszcze bardziej, i zamierzają bramę staranować. Karolek mało nie oszalał ze strachu. Nie o siebie się bał, lecz o TeRkę. No i o nich samych. Nic jednak nie mógł zrobić. I to było dla niego najgorsze. W desperackim odruchu przycisnął TeRkę jeszcze mocniej do podłogi i osłonił jej głowę swoją głową. Rękami złapał się wystających z podłogi słupków dźwigni i rozstawił szeroko nogi. Obiema stopami zaczął szukać po omacku jakiegoś punktu zaczepienia. Bał się odwracać do tyłu, bo od tej zawrotnej szybkości nie dość, że mu się w głowie kręciło, to jeszcze TeRki koński ogon smagał go boleśnie po twarzy. Karolek zdawał sobie sprawę, że wystarczy jego mała nieuwaga, albo jeden fałszywy ruch, a tak silny pęd powietrza, może go zmieść z drezyny razem z TeRką. Wymacał wreszcie jakieś metalowe pręty. Domyślił się że są to nóżki przytwierdzonej do podłogi ławeczki. Zaczepił się stopami o te nóżki najmocniej jak umiał, i znieruchomiał. Odczuł nagle nieodpartą potrzebę popatrzenia w niebo. Niestety nie mógł popatrzeć. Z tej pozycji widział jedynie skrawek horyzontu pomiędzy słupkami dźwigni. Nawet bramy tym razem nie widział. Najwyraźniej drezyna jechała akurat po łuku. Kątem oka widział uciekające betonowe kanały, do których w czasie kampanii cukrowej wodne „elfy" pod dużym ciśnieniem spłukują z wagonów i przyczep buraki cukrowe. Znał to miejsce doskonale. Nieraz z ojcem przyjeżdżał tutaj traktorem z ich kontraktowanymi burakami. Karolek był już pewien, że lada moment skończy się plac cukrowniczy i nastąpi to, co nieuniknione. Wstrzymał oddech i jeszcze mocniej przywarł do TeRki. TeRka ciągle piszczała przeraźliwie, ale Karolek nawet nie próbował jej uspokajać. Na to nie miał już siły. Sam najchętniej zacząłby piszczeć. Zacisnął mocno powieki i czekał najgorszego.

  Minęło jeszcze parę sekund, kiedy nagle, potworny huk rozdarł powietrze i rozległ się przeciągły zgrzyt metalu. Brama rozpadła się na kawałki. Drezyną szarpnęło okrutnie i poderwało do góry. Znów dał się słyszeć zgrzyt metalu. Koła drezyny tarły o szyny. Przeraźliwy pisk, świst, i znów zgrzyt. Iskry leciały na wszystkie strony. Niesamowita gorąc. Karolek nie czuł już jednak nic i nic też nie słyszał. Stracił przytomność. Po chwili ocknął się jednak. Ale nie na tyle, by wróciła mu trzeźwość myślenia. Nie wiedział co się stało i gdzie jest. Kiedy wreszcie zaczął sobie coś przypominać, pierwsze, co przyszło mu do głowy, to to, że już po nim. Pod zamkniętymi powiekami przesunęły mu się smutne twarze rodziców i rodzeństwa. Spazm rozpaczy targnął jego ciałem. Aż tu nagle, niewiadomo skąd, uszu jego doleciał histeryczny śmiech. - „Mamo, tato, jestem w piekle. Ratujcie!" - wrzasnęła jego dusza. - Karolek spodziewał się bodajże chóry anielskie usłyszeć, ale nie chichot diabłów. Zawył z rozpaczy jak potępieniec i automatycznie otworzył oczy. To, co nagle przed sobą zobaczył, sparaliżowało go strachem jeszcze bardziej. Otóż zobaczył dwa ogromne, krwistoczerwone płomienie, które drgając chaotycznie, raz szybciej, raz wolniej, lizały powietrze swoimi długimi i szpiczastymi jęzorami. Karolek doznał szoku. Był już przekonany, że nie żyje, i że znalazł się w czeluściach piekielnych.

  Niewiadomo jak długo jeszcze Karolek trwałby w takim przekonaniu, gdyby nie nagłe, dudniące i gromkie: - „Huuurrraaa! Huuurrraaa! Udało się!" - Wtedy to Karolek zaczął wreszcie kontaktować i powoli powracać do rzeczywistości. A kiedy jeszcze usłyszał pod sobą przeraźliwy pisk, wszystko już sobie przypomniał.

  - Och, dzięki ci moja kochana mamusiu i tatusiu! Żyję... żyję...  Wszyscy żyjemy! - krzyknął, uszczęśliwiony piskiem TeRki.

  - No jasne, że żyjemy! A coś ty myślał? - zawołała TeRka. - Karolku, ale zejdź już ze mnie, bo mnie udusisz, i w końcu nie będę żyła.

  Karolek pośpiesznie zsunął się z TeRki na podłogę drezyny. Podniósł do góry głowę i popatrzył jeszcze raz na dwa płomienie. Płomienie powoli przygasały. Nagle przypomniał sobie, że przecież nie miał się niczemu dziwić. Ze szczęścia, zaśmiał się w głos. Popatrzył na boki i stwierdził z radością, że nie pędzą już na złamanie karku, tylko jadą sobie spokojnie pomiędzy pachnącymi polami. Odwrócił głowę do tyłu i odsapnął z wielką ulgą. Zabudowania cukrowni znikały z pola widzenia jedno po drugim. Nawet wysoki komin stawał się coraz mniej widoczny. TeRka leżała spokojnie i chichotała wesoło. Karolek ze szczęścia cmoknął ją w policzek. Och, jakże był szczęśliwy.

 

*******************************************************************

 

(Ciąg dalszy - z 12 lutego2010r.)

 

  Po kilku zaledwie minutach okazało się, że szczęście Karolka, choć było ogromne, uleciało nagle jak bańka mydlana. Niestety, ze szczęściem tak już jest - bywa ulotne. I tym razem też było. Bo kiedy Karolek tak upajał się swoim szczęściem, usłyszał nagle szczekanie psa. A właściwie dwóch psów. Odwrócił się momentalnie do tyłu i zobaczył, że po torach gnają dwa wilczury. I to gnają tak szybko, że zbliżają się do nich coraz bardziej. - „Strażnicy puścili psy w pogoń za nami" - pomyślał przerażony i odruchowo zaczął się rozglądać za swoją dzidą. Nigdzie jej jednak nie zobaczył. Z żalem przyszło mu się pogodzić z jej utratą. W tak szalonym pędzie, nie mogło być inaczej. Popatrzył wtedy do przodu, i ku jego ogromnemu zaskoczeniu, nie zobaczył tam nikogo, ani też niczego. Żadnych nawet najmniejszych płomyczków nie było widać. Zastanowiło go to bardzo. Nie miał pojęcia, co też to może oznaczać. Szybko musiał jednak przestać się zastanawiać, gdyż nagle usłyszał jeszcze głośniejsze ujadanie psów. Znów oglądnął się do tyłu i ze zgrozą stwierdził, że psy są już tuż-tuż. Nie wytrzymał napięcia i wrzasnął w przestrzeń ochrypłym głosem:

  - Psy, psy, psy za nami!

  - Nie obawiaj się Karolu, już JuPi i TeR dodadzą gazu i zgubimy te groźne canes... to znaczy, groźne psy... Choć skądinąd kochane przecież! - zawołała niepewnym głosem TeRka, wpatrując się w twarz Karolka.

  - Jak?! - wrzasnął Karolek. - Przecież ich nie ma!

  - Są, są... Tylko może za potrzebą zniknęli - odpowiedziała TeRka, siląc się na spokojny ton głosu. - JuPiii, TeRkuuu, wracacie już?! - wrzasnęła nagle, widząc przerażoną twarz Karolka.

  Nieoczekiwanie, oczom przerażonego Karolka, w powietrzu ukazały się dwie srebrzyste postacie, niczym dwa ogromne ptaki nadlatujące od pola.

  - Uspokójcie się! Czemu się wydzieracie? - Karolek rozpoznał w nadlatujących głos JuPiego i wnet zobaczył go wraz z TeRem na stanowisku, czyli przy dźwigni napędowej.

  - Psy za nami! - krzyknął wtedy jeszcze raz na wszelki wypadek.

  - Przecież widzimy! - zawołał tym razem TeR. - Trzymajcie się mocno!

  Drezyna zaskrzypiała i w mig poderwała się do szaleńczej jazdy. JuPi i TeR ponownie zamienili się w dwa świetlisto-srebne punkciki i śmigajali w powietrzu z coraz to większą szybkością.

  Karolek znów był pełen podziwu dla swych przyjaciół. Wpatrywał się w te dwa śmigające punkciki i oczu nie mógł od nich oderwać. Z wrażenia zapomniał nawet o goniących ich psach. Dopiero krzyk TeRki: - „Psy, psy! Gdzie są psy?!" - przypomniał mu o nich, lecz nie czuł już strachu przed nimi. Wręcz przeciwnie, czuł do nich narastającą wdzięczność. Bo to też dzięki nim znów ma okazję podziwiać ten niezwykły napęd drezyny. - „Kochane pieski" - szepnął pod nosem i dalej trwał w podziwie. Teraz już mógł temu wspaniałemu widowisku przyglądać się zupełnie bez strachu. Goniące psy nie są przecież tak groźne jak świszczące kule. Nie są też tak niebezpieczne jak zawalidroga - brama. Są zresztą z tyłu, a nie z przodu. No i wreszcie, są istotami żywymi, więc może się w końcu zmęczą i odpuszczą. Tak Karolek myślał i nie miał zamiaru przejmować się więcej goniącymi ich psami, i dalej z zapartym tchem obserwował JuPi i TeRa w akcji. Niestety, wkrótce się okazało, że i tym razem nie mógł oka długo nacieszyć. Musiał zaprzestać ciekawej obserwacji, ponieważ z nagła poczuł silny ból na przedramieniu.

  - Och, na psa urok! A to co było?! - wrzasnął z bólu.

  - To na razie tylko ja gryzę, ale za chwilę będą psy! - wrzeszczała TeRka. - Co z tobą Karolku, ogłuchłeś, czy co? Pytam, co z canes? Gdzie są?

  - Aaa... psy masz na myśli? - Karolek wrócił do rzeczywistości i popatrzył do tyłu. - Psów nie widać. Nie zniosły tempa i odpuściły.

  - Jak to dobrze - ucieszyła się TeRka. - Biedne pieski. Na pewno bardzo się zmęczyły - dodała po chwili zastanowienia.

  - Pewnie, że się zmęczyły. Takiego tempa, jakie nadali JuPi i TeR, nikt by nie zniósł - powiedział Karolek, rozcierając dłonią bolące miejsce. - Ale za to ty, potrafisz gryźć jak nie jeden pies - zaśmiał się wreszcie, widząc żałosną minę TeRki. 

  - Och, przepraszam cię. To mi jakoś tak samo wyszło. - TeRka zrobiła jeszcze bardziej żałosną minę.

  - Już dobrze. Nic się takiego nie stało. Poboli, poboli, i przejdzie. Zresztą, nawet nie musi przestawać. Będę miał pamiątkę po tobie - zachichotał Karolek, szczęśliwy, że ich ucieczka się powiodła i dookoła widać już tylko szczere pole i nic więcej.

  - Czy to znaczy, że lubisz mnie troszeczkę? - spytała kokieteryjnym głosem TeRka.

  - Lubię. Nawet bardzo - odpowiedział Karolek i zaraz się zawstydził, i żeby ukryć swe zawstydzenie, odwrócił głowę w stronę JuPi i TeRa, i zawołał: - Hejże! Przyhamujcie trochę. Już wszystko, co złe, za nami.

  Śmigające punkciki stawały się coraz bardziej podobne do postaci JuPi i TeRa. Bracia najwyraźniej posłuchali Karolka i zwalniali tempa. Po krótkiej chwili drezyna pędziła po torach spokojnym już i miarowym tempem. Tempem wręcz wycieczkowym.

  - Ale była przygoda, no nie? - zachichotał JuPi i puścił ramię dźwigni napędowej. - Widzisz Karolku, stara drezyna, a jaka sprawna?

  - Tak, tak, widzę - zaśmiał się Karolek. - Ale to tylko w waszych rękach taka sprawna.

  - E tam, przesadzasz Karolku - powiedział TeR i też puścił ramię dźwigni. - Trochę mnie ramiona bolą, bo nie dość, że JuPi jest cięższy ode mnie, to jeszcze na plecach ma twój plecak. Miałem co podnosić.

  - Powiedz TeR, że to odczuwałeś? - niedowierzał JuPi. - Pieścisz się ze sobą, i tyle.

  - A gdzie my sobie teraz tak przyjemnie jedziemy? - spytała nagle TeRka, przerywając braciom.

  - No właśnie. Muszę się wam przyznać, iż nie wiem, dokąd te tory prowadzą - wtrącił się Karolek i wyciągnął szyję by zobaczyć co jest przed nimi. - Teren cukrowni znam dobrze. Drogę dojazdową też. Ale tory poza terenem cukrowni są mi obce, przeto pojęcia nie mam, dokąd zajedziemy.

  - Nie obawiaj się Karolku, już gdzieś zajedziemy. Popatrz, jak drezynka sobie spokojnie sama śmiga. Byle do przodu - powiedział JuPi, i też wyciągnął szyję by zobaczyć co jest przed nimi. I nagle, jak nie wrzaśnie: - TeR, do roboty!

  Karolek wystraszył się nie na żarty, gdyż po minie JuPi poznał, że coś bardzo niebezpiecznego musi im zagrażać.

  Bracia natychmiast chwycili za ramiona dźwigni napędu i zatrzymali jej samoczynny ruch. Potem zaś w pośpiechu chwycili za  ręczny hamulec, chcąc wyhamować szybkość drezyny. Niestety, jakoś im to hamowanie nie wychodziło. Dźwigienka hamulca najwyraźniej musiała być zbyt mocno przeżarta rdzą, gdyż w ogóle nie chciała się dać ruszyć, a co dopiero zadziałać. Wreszcie, kiedy JuPi zaparł się i nacisnął w nią ze zdwojoną siłą, odłamała się w połowie i została mu w rękach. JuPi ze złości cisnął nią w powietrze, i krzyknął:

  - Na podłogę! Leżcie i mocno się trzymajcie! Przed nami przeszkoda!

  Karolek, zanim wykonał rozkaz JuPiego, podniósł się do klęczek i zaglądnął jeszcze raz do przodu. To, co w oddali zobaczył, w momencie zmroziło mu krew w żyłach. Od razu sobie przypomniał, gdzie kończy się bieg torów, po których jechali.

  - Bunkier! Mamo, tato, ratujcie! - wrzasnął przerażony okrutnie i natychmiast rzucił się na piszczącą od nowa TeRkę, osłaniając ją własnym ciałem.

  Karolek ze zgrozą przywołał sobie w pamięci słowa ojca, który mu dawno temu opowiadał, iż w czasie wojny, w obecnej cukrowni, mieściła się fabryka broni. I że to właśnie tymi torami wyprodukowaną broń przewożono do ukrytego w skałach bunkra. Że pod koniec wojny bunkier ten został częściowo zniszczony przez wycofujące się wojska wroga, a po wojnie, wejście do niego zawalono gruzem i zabito deskami, by nikt tam dla własnego bezpieczeństwa nie wchodził. Karolek był strasznie przerażony, bo zdał sobie sprawę, że skoro jego przyjaciele nie potrafią zahamować pędzącej drezyny, to przyjdzie im się zderzyć z zawalonym wejściem. A wtedy będzie już na pewno po nich. Bo jakże można przeżyć takie zderzenie, przy takiej prędkości? Karolek w wielkiej trwodze intensywnie myślał, co by tu zrobić, jak znaleźć wyjście, aby do zderzenia nie doszło. Same jednak najgorsze myśli przychodziły mu tylko do głowy. Bo jak miał znaleźć wyjście, leżąc na podłodze pędzącej drezyny? Nijak, tylko liczyć na cud, albo na jakieś nieznane mu możliwości przyjaciół z Jowisza. Sekundy leciały jedna za drugą i nic się nie działo. Drezyna dalej pędziła. No może trochę już wolniej, ale jednak pędziła. TeRka znów piszczała przeraźliwie jak wcześniej, a może jeszcze bardziej przeraźliwie. W Karolku narastała panika z sekundy na sekundę. Wreszcie nie wytrzymał i podniósł głowę by zaglądnąć na JuPi i TeRa. Wtedy spanikował już zupełnie. Bo też nikogo przy napędzie drezyny nie zobaczył. Ani nigdzie w pobliżu. Na drezynie był tylko on i piszcząca TeRka. Karolek poczuł, że jest bliski obłędu. Resztkami sił przekręcił głowę na bok by choć kątem oka zobaczyć niebo.

  - Mamusiu, tatusiu, ratujcie - wyszeptał, widząc skrawek cudownie błękitnego już nieba. Po czym zacisnął mocno powieki... i czekał najgorszego.

  Minęło jeszcze kilkadziesiąt sekund, kiedy nagle, drezyną poderwało i rozległ się potwornie głośny i przeciągły łomot, pisk, zgrzyt, i po chwili, jeszcze raz łomot, pisk i zgrzyt. Ale tym razem, odgłosy te były o wiele głośniejsze, dziwnie dudniące i jeszcze bardziej przeciągłe. A co gorsza, powtarzające się echem. Jakimś straszliwie hałaśliwym echem, które niosło te dźwięki z zapamiętałą wręcz zawziętością, potęgując chwile grozy jeszcze bardziej. Zapanował istny horror, który trwał i trwał. W końcu wszystkie te  makabryczne odgłosy w momencie ustały i nastała cisza. Przeraźliwa cisza... i ciemność.

  Karolek leżał cały odrętwiały i zastanawiał się czy jest to już jego koniec, czy jeszcze nie. Oczu nie otwierał, bo bał się widoku jaki go czeka. Nagle poczuł, że ciało jego obsuwa się w dół. W odruchu bezwarunkowym chwycił się czegoś rękami i otworzył automatycznie oczy. Aż zawył ze zgrozy. Panująca dookoła ciemność przeraziła go do granic wytrzymałości. Przecież jeszcze przed chwilą widział cudownie błękitne niebo. A teraz co widzi? Widzi ciemność. Gryzącą w oczy, przerażającą, gęstą ciemność. Karolek nie chciał widzieć tej straszliwej ciemności. Strach tak bardzo nim zawładnął, że było mu już wszystko jedno co się z nim stanie, byleby tylko nic nie widzieć. Jednak dziwnie jakoś, oczu zamknąć nie mógł. Jak gdyby mu coś kazało mieć je szeroko otwarte. Był zdruzgotany, bo czuł, że nic nie może zrobić. Wszak próbował usilnie zacisnąć powieki, i to wiele razy, i nic. Oczy piekły niemiłosiernie, ale zamknąć się nie dały. Karolek, chcąc nie chcąc, patrzył w ciemność, i oprócz gęstej i zawiesistej ciemności, nie widział nic. Jednak po krótkiej chwili, która wydawała mu się być wiecznością, coś zobaczył. Coś bardzo osobliwego. Jakieś jaskrawo-szmaragdowe oczka przedziwnie połyskujące w ciemnościach. I chociaż oczka te od razu skojarzyły mu się z fosforyzującymi w ciemnościach oczami diabłów, o dziwo, wcale się bardziej nie przeraził. Zobojętniał już na wszystko. Jedyne, czego w tym momencie pragnął, to tego, aby panujący wokół horror wreszcie się skończył i by móc wreszcie przestać cierpieć ze strachu i niepewności. Resztkami sił trzymał się czegoś kurczowo, nie wiedząc nawet czego, i jak urzeczony, nieustannie patrzył w zielonkawy blask, który przebijał się coraz bardziej przez ciemność. W pewnym  momencie zaczęło mu się wydawać, że blask ten tężeje i powoli otacza go z każdej strony. Wreszcie poczuł się nim wręcz osaczony. - „Niech się to natychmiast skończy" - wyszeptał ledwie słyszalnym głosem. Czuł, że dłużej tego wszystkiego nie zniesie. A nade wszystko, że siły go opuszczają i słabnie coraz bardziej. Że lada moment, runie z bezsilności w czeluści ciemności. Tej straszliwej, zawiesistej i przepastnej ciemności, która przez to, że była teraz opasana dookoła zielonkawą poświatą, wydawała mu się tym straszniejsza i tym bardziej przepastna. Będąc już u kresu wytrzymałości, zaczął mamrotać wkoło: - „mamusiu... tatusiu... mamusiu... tatusiu..." - i nagle, ni stąd, ni zowąd, przypomniał sobie o swoich przyjaciołach z Jowisza. - „Jak mogłem o nich zapomnieć?" - pomyślał zły na siebie, iż rozczula się nad sobą, zamiast zająć się ich ratowaniem. I ta jego myśl, ta złość na siebie, to był impuls, który spowodował, że w mig poczuł przypływ energii i odzyskał zdolność do działania. Natychmiast wziął się w garść, nabrał głęboki łyk powietrza, i już chciał zawołać przyjaciół, gdy nagle się zakrztusił, i kaszląc okropnie, wystękał tylko, między jednym kaszlnięciem a drugim:

  - TeRkaaa... JuPiii... TeeeR...

  - Ciii... nic nie mów - usłyszał nagle jakiś straszliwie chrapliwy głos jak nie z tego świata.

  Karolek jednak wcale się nie wystraszył, a wręcz przeciwnie, odzyskał nawet nadzieję, że nic nie jest jeszcze stracone, że jego przyjaciele żyją i nic im się nie stało. Niemalże był pewien, że głos ten należy do któregoś z jego przyjaciół. To nic, że nie był podobny do głosu żadnego z nich, wszak u nich wszystko jest inne, zmienne i nieprzewidywalne. Kaszląc ciągle, Karolek uspokajał się coraz  bardziej, i świdrując wzrokiem zielonkawą poświatę, czekał na następną reakcję swoich przyjaciół. Na szczęście nie musiał długo czekać, bo nagle znów usłyszał jakiś głos:

  - Nie bój się, wszystko będzie dobrze...

  - Już się nie boję - odpowiedział, krztusząc się od kaszlu.

  I znów nastała chwila ciszy. Ciszy, która nie była już przerażająca. Wręcz przeciwnie, była zapowiedzią otuchy i spokoju.

  Karolek poczuł nagle, że coś go dotyka. Zauważył też, że otaczająca go zielonkawa poświata, zaczyna przybierać dziwaczne kształty. W pierwszej chwili zaniepokoił się, ale tylko na krótko, bo zaraz nabrał nadziei, że wszystko to ma związek z jego przyjaciółmi. Nie mylił się. Za moment okazało się, że to ręce JuPi i TeRa, świecąc na zielono, zdejmują go z wiszącej pozycji i stawiają na twarde podłoże. Karolek nie wiele jeszcze widział, ale to, że ta wszechobecna zielona poświata przybiera coraz bardziej kształty przyjaciół, widział wyraźnie. Och, jakże szczęśliwy się poczuł. Stojąc już twardo na nogach, wpatrywał się w zieleń i próbował rozpoznać w niej kształty każdego przyjaciela z osobna. Pierwszego rozpoznał JuPi, a potem TeRa. A kiedy wreszcie rozpoznał też przepiękne kształty TeRki, to aż westchnął ze szczęścia i cichutko wydukał:

  - Jesteście. Jesteście cali i zdrowi. Jakże się cieszę - i znów się rozkaszlał.

  - Nie mów jeszcze nic, Karolku. Zbyt dużo kurzu i pyłu się tutaj wciąż unosi - spokojnym i normalnym już głosem odezwał się JuPi.

  - Właśnie. I nie bój się już Karolku. Już ci nic nie grozi - dodała cieplutko TeRka. - Już my się teraz tobą zaopiekujemy.

  - A o nas martwić się nie musisz - odezwał się też i TeR. -  Nam  się nic nie stało. Ani przedtem, ani teraz. Wszystko mieliśmy pod kontrolą. Daj ręce, zaprowadzimy cię w lepsze miejsce. Tam gdzie nie ma tyle kurzu. Abyś mógł wreszcie normalnie oddychać i nie dusić się.

  Uszczęśliwiony Karolek, wyciągnął ręce przed siebie, i dał się poprowadzić przyjaciołom w niewiadomym kierunku. W niewiadomym, ale też i w niewidocznym. Wszak oprócz zielonkawej poświaty w kształcie przyjaciół, dalej nic nie widział. Czując jednak mocny uścisk dłoni JuPi i TeRa, szło mu się zupełnie dobrze. Ba, nawet przyjemnie. I choć potykał się co chwilę o coś, był pewien, że nie upadnie. Skąd miał tę pewność? Sam nie wiedział. Po prostu tak czuł, i już. Bo też czuł się znów zupełnie spokojnie i bezpiecznie. Jak przy mamie i tacie. Chwilami wydawało mu się, że idąc, nie czuje własnego ciała, jak gdyby w próżni się poruszał. Bardzo przyjemne było to uczucie. Spokój, bezpieczeństwo, lekkość. Karolek pragnął tak iść i iść bez końca... Było to niestety niemożliwe. Wszak dotrzeć gdzieś musiał. Do jakiegoś celu był przecież prowadzony. Do miejsca, gdzie będzie mógł normalnie oddychać. Taki moment w końcu przyszedł, wraz z przyjaciółmi dotarł do celu. I choć Karolek miał świadomość, że tak być musi, niemniej jednak, czuł się zawiedziony. Bo jakżeby inaczej, skoro zawsze uważał, że najpiękniejsza jest droga do celu, a nie sam cel. A w tym akurat przypadku, droga do celu była nie tylko piękna, była spokojna, bezpieczna i lekka. Idąc tą wspaniałą drogą, Karolek czuł się tak dobrze i tak lekko, że nawet uporczywy kaszel przestał mu przeszkadzać. W ogóle go nie czuł.

  - No, jesteśmy na miejscu - odezwał się JuPi. - Wchodź Karolku do tej wnęki w skale, tam będziesz mógł już nie tylko normalnie  oddychać, będziesz mógł też wszystko widzieć. Wnęka jest wolna od kurzu i pyłu.

  Karolek, choć ciągle żałował, iż dotarli już do celu, bez słowa wszedł do skalnej wnęki. A kiedy znalazł się już w jej wnętrzu, oniemiał z wrażenia. Zobaczył nagle swoich przyjaciół w takich samych srebrzysto-świetlistych postaciach, jakich ich znał. Ucieszył się bardzo, bo nie dość, że wygląd ich wrócił do normy, to jeszcze oświetlali sobą całe wnętrze wnęki i dzięki nim mógł wszystko normalnie widzieć. Oczy przestały piec, kaszel minął całkowicie.

  - Och, jakże się cieszę, że jesteście ze mną - powiedział.

  - My też się cieszymy - zaświergoliła TeRka.

  - Mam nadzieję, Karolku, że się zbytnio nie wystraszyłeś, kiedy drezyna wjechała do bunkra? - spytał TeR, siadając na dużym kamieniu pod ścianą wnęki.

  - Gdybym powiedział, że się nie wystraszyłem, to bym skłamał - odpowiedział Karolek z uśmiechem na straszliwie brudnej twarzy. - Wystraszyłem się, i to porządnie. Bo skąd mogłem wiedzieć, że wy sobie poradzicie z tym zawalonym wejściem. Myślałem, że... że... A zresztą, nieważne. Ważne, że wszystko się dobrze skończyło i jesteśmy cali i zdrowi.

  - I o to chodzi - zachichotał JuPi.

  - A swoją drogą, to jak wy to zrobiliście? - dociekał Karolek. - Bo w cuda, to ja nie bardzo wierzę.

  - A czy to ważne, Karolku? - zachichotał znów JuPi. - Dla nas to nic nadzwyczajnego. Wszak jesteśmy z innej planety. Ale tak na poważnie, to musisz wiedzieć, że Jowisz w przeciwieństwie do Ziemi, jest w większości planetą ciekłą, więc my żyjemy głęboko pod powierzchnią planety, w jej twardym, złożonym z krzemianów i żelaza jądrze. Stąd też mamy doświadczenie w przebijaniu się przez różne warstwy, i to nie tylko naszej planety, ale wiele innych planet. Wszak wędrówki po planetach naszego Układu Słonecznego, to nasza pasja. A Ziemia, jak ci już wspominaliśmy, to nasza najukochańsza planeta. Wiemy więc, z czego jest zbudowana skorupa ziemska i jak się do niej dobrać. No i na szczęście, w porę udało nam się przebić przez zawalisko przy wjeździe do bunkra i zabezpieczyć drezynie swobodny wjazd i wyhamowywanie szybkości. Domyślamy się, że hamowanie było niezbyt przyjemne dla ciebie, bo drezyna parę razy obijała się od porozrzucanych głazów i zwałów ziemi. Ale  najważniejsze, że w końcu się zatrzymała na zboczu hałdy ziemi, którą w tym celu, na szybko, w trójkę usypaliśmy.

  - O rany, to rzeczywiście musieliście się mocno napracować. I to jeszcze w takim tempie, i w tak krótkim czasie - powiedział Karolek pełen podziwu, a po chwili zastanowienia, podskoczył aż z wrażenia. - Zaraz, jak to we trójkę?

  - A tak to... - parsknęła śmiechem TeRka.

  - Nic z tego nie rozumiem. Przecież leżałaś ze mną na podłodze drezyny.

  - To prawda, ale do czasu. Bo potem, to już zajęta byłam usypywaniem kopca.

  - „Zajęta byłam..." mówisz? - prychnął Karolek. - Przecież to były sekundy, a to twoje: „zajęta byłam" brzmi tak, jakbyś się tej czynności oddawała co najmniej przez parę godzin... No tak, miałem się niczemu nie dziwić.

  - A właśnie, drogi nasz przyjacielu! - TeRka była ubawiona Karolka zadziwioną miną.

  - Pojęcia  nie  mam,  kiedy  ty  się  wymsknęłaś  spode  mnie  i zniknęłaś w ślad za JuPi i TeRem. Bo że ich na drezynie nie było, to już wcześniej zauważyłem.  

  - Bo też pojęcia mieć nie miałeś - wtrącił się JuPi, i śmiejąc się, trzasnął Karolka przyjacielsko po plecach. - Ważne, że wszystko odbyło się sprawnie i TeRka nam trochę pomogła w usypywaniu kopca z ziemi.

  - No, faktycznie, wszystko odbyło się sprawnie...  nawet bardzo sprawnie... i w mgnieniu oka! - Karolek zaśmiał się wreszcie i usiadł obok TeRa. - A TeRka spode mnie wyfrunęła cichutko i delikatniutko niczym zwiewny motylek.

  - Och, Karolku, jak ślicznie to ująłeś... - roztkliwiła się TeRka, i siadając obok niego, czule musnęła go dłonią w policzek. - Ja wprost uwielbiam papillionis.

  - Ty, i ta twoja łacina! - ofuknął siostrę JuPi.

  - To nic, to nic! Daj JuPi TeRce spokój. - Karolek stanął w obronie przyjaciółki. - Papillionis naprawdę pięknie brzmi... Wiecie co, skoro wszystko jest już dla mnie jasne... no, powiedzmy, że jest, to żadnych pytań nie będę więcej zadawał, tylko powiem wam, że jesteście wspaniali, moi drodzy Jowiszanie jupiterowi.

  - Wow! Co za jupiterowy komplement! - huknął śmiechem JuPi, i nagle, stając w szerokim rozkroku przed siedzącym Karolkiem, rozbłysnął gamą przepięknych, świetlistych kolorów.

  - Nawet nie myśl, że mnie sprowokujesz, abym cię o cokolwiek jeszcze zapytał - buchnął śmiechem Karolek, wtórując JuPiemu.

  - Ha! Widzisz JuPi?! - zaśmiała się TeRka piskliwym głosem. - Więc wyłącz się lepiej, i siadaj. Musimy się zastanowić, co robimy dalej. A przede wszystkim, musimy zadbać o pożywienie dla Karolka. My się już spokojnie zatankowaliśmy, a Karolek jeszcze do tej pory nic nie tankował... to znaczy, nie posilał się.

  - TeRka ma rację - podłapał temat TeR, wyhamowując dudniący śmiech. -  JuPi, słyszysz?! Wyłączaj się wreszcie i skończ rechotać... Halo, słyszysz? Karolek jest głodny!

      - Nie, nie, nie czuję wcale głodu. - Karolek przestał się śmiać, wpatrując się w blednące kolory na kombinezonie JuPiego. - Jadłem już, zanim tam, w lesie, do mnie podeszliście.

  - No tak, ale kiedy to było? - TeRka popatrzyła ze zdziwioną miną na Karolka. - Z przeczytanych książek wiem, że Ziemianie jedzą cały dzień. To znaczy kilka razy w ciągu dnia. I że dla Ziemianina najważniejsza jest caena... Już, już, JuPi, nie patrz tak na mnie... chciałam powiedzieć, że obiad jest najważniejszy. Musimy się więc o ten obiad dla ciebie Karolku postarać.

  - Och, nie, nie róbcie sobie kłopotu - odrzekł Karolek. - Ja jeszcze mam w plecaku kawałek chleba i butelkę z wodą, to mi wystarczy.

  - Aha, ja mam twój plecak - zreflektował się JuPi i natychmiast ściągnął go z ramion. - Proszę, wyciągnij swoje pożywienie i posil się, żebyśmy byli pewni, że nie osłabniesz. Mamy przecież jeszcze dużo do zrobienia.

  Karolek wyciągnął z plecaka niedojedzony kawałek chleba, i gryząc go, popijał wodą z butelki. W trakcie jedzenia, przypatrywał się swoim przyjaciołom, którzy rozprawiali między sobą o czymś w swoim jowiszowym języku. Kiedy skończył jeść, pozbierał ze spodni wszystkie okruszki chleba i wsypał je sobie na język. Potem spojrzał na butelkę by sprawdzić ile zostało w niej wody. Zrobił jeszcze jeden łyk i schował butelkę do plecaka. Plecak postawił na kamieniu i dalej z wielkim zainteresowaniem przyglądał się przyjaciołom. 

 


                                                                                                                 (c.d.n.)

 




komentarze (14) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zaczarowany Dino-Ruazonid

wtorek, 11 sierpnia 2009 22:02

 

Zaczarowany Dino-Ruazonid

      

Zaczarowany Dino-Ruazonid (ok. 3 arkuszy wydawniczych), to bardzo wesoła opowieść dla dzieci  o niezwykle spektakularnych przygodach fantasy dziesięcioletniej dziewczynki, która w nagrodę za wzorowe świadectwo szkolne otrzymuje od mamy pluszowego dinozaura. Cecylka (bo tak się nazywa owa dziewczynka) w pierwszym dniu wakacji dowiaduje się, że jej pluszowy dinozaur, którego nazwała Dino, jest zaczarowany przez wróżkę Szedar i ma do spełnienia pewną misję. A ona najprawdopodobniej razem z nim. Już w tym samym dniu przyjdzie jej się przekonać, że tak jest. Na wakacjach Cecylka wraz z Dino przeżywa wiele niesamowitych przygód. Świadkiem wielu z nich, a niekiedy nawet i ich uczestnikiem jest Cecylki najlepsza przyjaciółka Emilka. Cecylka niestety nie może wtajemniczyć Emilki w swój zaczarowany świat. Zmuszona jest mieć przed nią tajemnice. Nawet przed rodzicami. Ba, musi nieraz najbliższych wręcz okłamywać. Cecylka nie czuje się z tym najlepiej. Ale skoro dobro misji tego od niej wymaga, to zapewne musi tak być.

No właśnie, cóż to za misja? Cóż to za niezwykłe przygody przeżywa Cecylka wraz z Dino, o których nie może rozmawiać nawet z najbliższymi? Aby się o tym dowiedzieć warto przeczytać tę opowieść. Może dzięki niej rozbudzimy w sobie uśpione marzenia i fantazje? Może zapragniemy być jeszcze lepszym człowiekiem niż jesteśmy?


**************************************************************************

 


Zaczarowany

Dino-Ruazonid


 

   - Cecylko obudź się! Dziś jest pierwszy dzień wakacji! - rozległ się dziwny głos w pokoju, budzący śpiącą dziewczynkę.

  - No przecież wiem, że nareszcie wakacje. I nawet się bardzo cieszę... - zawołała Cecylka spod kołdry zaspanym głosem, i nagle wyskoczyła spod niej jak z procy, bo coś jej tu nie pasowało. - O rety! Kto to mówi?! Czyj to głos? Przecież nikogo nie ma u mnie w pokoju.

   - A ja, to nikt?! - rozległ się znów ten sam głos, zabarwiony tym razem nutką zdziwienia. - Jestem twój Dino. Co to, zapomniałaś już o mnie? Dostałaś mnie wczoraj w prezencie od swojej mamy.

   Poprzedniego dnia było zakończenie roku szkolnego i Cecylka jak co roku, dostała od rodziców prezenty za bardzo dobre wyniki w nauce. Trzeci raz już Cecylka przyniosła do domu wzorowe świadectwo szkolne. No bo Cecylka to wzorowa uczennica. I właśnie wczoraj, kiedy Cecylka wróciła ze szkoły dostała od mamy i taty wszystkie tomy Harry'ego Potter'a i kilka książeczek o Pippi Langstrump. Cecylka bardzo się ucieszyła, bo chociaż większość z tych książek już przeczytała, wypożyczając je z biblioteki, to jednak zawsze pragnęła je mieć na własność, aby móc zawsze po nie sięgnąć, gdy tylko przyjdzie jej na to ochota. Cecylka biegała szczęśliwa po swoim pokoju, ściskając w ramionach wszystkie książeczki, i wtedy weszła jej mama i wyciągnęła zza pleców ogromnego pluszaka. Cecylka aż się przeraziła, bo pluszak był naprawdę ogromny. Ale kiedy dotarło do niej, że to jest tylko zabawka-przytulanka, od razu się ucieszyła. Był to zielony dinozaur. Dinozaur ten miał bardzo miły uśmiech i ogromne, wesołe oczka. A na głowie sterczało mu coś, co było podobne do berecika z pomponem, przekrzywionym śmiesznie na bakier. Cecylce tak bardzo się spodobał ten dinozaur, że natychmiast odłożyła książki na półkę i chwyciła go w ramiona. Mama Cecylki też się bardzo ucieszyła, że sprawiła córce jeszcze jedną miłą niespodziankę. Cecylka mocno przytuliła do siebie pluszowego dinozaura i powiedziała, że od tej pory on będzie jej największym pokojowym przyjacielem i nazwała go Dino.

   - Nie mogę uwierzyć, to ty potrafisz mówić?! - zawołała Cecylka, siedząc na krawędzi łóżka, i wytrzeszczając oczy.

   - Nie tylko mówić. Potrafię się też ruszać. Sama widzisz. Skoro stoję przed tobą. Wczoraj wieczorem zostawiłaś mnie na biurku, więc musiałem chyba z niego zejść, no nie? - z szerokim uśmiechem odezwał się Dino, pokazując swoje ogromne zębiska. - No nie dziw się już tak. I nie wytrzeszczaj tak oczu, bo ci jeszcze tak zostanie. No i jak będziesz wyglądała?

   - Dino proszę cię, ugryź mnie... tylko delikatnie, bo ja już nie wiem, czy ja widzę cię na jawie, czy we śnie. Nie, ja chyba jednak ciągle śnię, bo to przecież niemożliwe, żeby pluszaki gadały... no i się ruszały. Och, ratunku! A może ja zwariowałam?!

   - Celciu, co ty tam tak wykrzykujesz? - spytała mama zza zamkniętych drzwi pokoju córki.

   - Nic, nic mamusiu, ja tylko tak z radości, że są wakacje! Za chwileczkę wyjdę z pokoju! - odpowiedziała w pośpiechu Cecylka, a po chwili, patrząc na stojącego przed nią dinozaura, sama do siebie wyszeptała: - Co jest grane, czy ja rzeczywiście zwariowałam?

   - Uspokój się Cecylko. Ani nie zwariowałaś, ani nie śnisz. To wszystko dzieje się naprawdę i ja też jestem prawdziwy. - Dino próbował uspokoić dziewczynkę. - No, czujesz? Głaszczę cię po nodze.

   - Ojejej! Czuję! - stłumionym głosem krzyknęła Cecylka. - Dino, jak to jest możliwe? Prziecież ty jesteś zwykłym pluszakiem...

   - O, przepraszam, tylko nie zwykłym!

   - Och, to ja cię przepraszam. Nie chciałam cię urazić... tylko to wszystko nie mieści mi się w głowie. Jak to jest możliwe?

   - Nie przejmuj się aż tak. Zaraz ci wszystko opowiem i wytłumaczę i sama zobaczysz, że jest to możliwe.

   Dino zaczął opowiadać. Na początku przyznał rację Cecylce, iż rzeczywiście do niedawna był zwykłym pluszakiem, wyprodukowanym w małej fabryczce pana Hipolita Bellatrix'a. I chybaby tak zostało, gdyby nie to, że pan Hipolit obdarzył go ogromnymi oczami w ładnej oprawie czarnych i długich rzęs. I właśnie ten fakt zaważył na tym, że ze zwykłego pluszaka, stał się niezwykłym.

   A było to tak. Kiedy bezimienny jeszcze wtedy Dino, stał sobie wśród innych pluszaków na szerokim regale w magazynie pana Hipolita Bellatrix'a i czekał na kupca, w magazynie coś się wydarzyło. Otóż do ciemnego pomieszczenia weszła piękna postać w świetlistej sukni, ze złotym diademem na głowie i czarodziejską różdżką w ręku. Była to wróżka Szedar. Wróżka Szedar to jedna z tych dobrych wróżek, które czasami przybywają z gwiezdnych przestworzy i stąpają po ziemi. Wróżka przybyła do magazynu pana Hipolita ze specjalną misją. I to już nie po raz pierwszy. Miała z nim tajemniczą umowę, że niektóre zrobione przez niego zabawki, za dotknięciem czarodziejską różdżką ożywia i nadaje im czarodziejską moc. Ale które to są zabawki, nawet sam pan Hipolit Bellatrix nie może wiedzieć. I kiedy tak krążyła po magazynie zabawek, przypatrując się stojącym na regale zabawkom, zwróciła szczególną uwagę na pluszowego dinozaura. Jego ogromne oczy tak bardzo jej się spodobały, że postanowiła właśnie jego zaczarować. Dotknęła go różdżką i wypowiedziała zaklęcie: - „Abra-rua-kadabra-zonid-Ruazonid!". Wtedy Dino poczuł najpierw dziwne dreszcze na całym ciele, a potem takie miłe ciepełko pod swoją pluszową skórą. Jeszcze szerzej otworzył oczy i wodził nimi po pięknej wróżce Szedar. Wróżka uśmiechnęła się do niego i przy dźwiękach cichutkich dzwoneczków opuściła magazyn zabawek. Po prostu zniknęła, rozpłynęła się w powietrzu. Dino miał ogromną ochotę podejść do tego miejsca, gdzie wróżka Szedar zdematerializowała się, ale coś go trzymało i nie mógł zeskoczyć z regału. Na chwilę smutno mu się zrobiło, ale zaraz poczuł w sobie ogromną i bliżej nieokreśloną moc, która dawała mu siłę fizyczną i jednocześnie rozum. I to właśnie rozum, nakazywał mu dalej pozostać na tym samym miejscu i... czekać. Dino nie musiał jednak długo czekać, bo za kwadrans w magazynie zjawił się uśmiechnięty pan Hipolit Bellatrix i spośród wielu zabawek wybrał dwie małpki, jednego kota, trzy psy, no i właśnie jego. Powkładał wszystkie zabawki do wiklinowego kosza i zaniósł je do przyfabrycznego sklepiku. W sklepiku zaś poukładał je na pięknie ozdobionej półce. Potem pogładził je ręką po łepkach, i podśpiewując sobie, poczłapał otworzyć drzwi sklepiku. Prawie natychmiast rozległ się dzwoneczek przy drzwiach i do środka weszły cztery osoby. Byli to stali klienci pana Hipolita. Pan Hipolit wszystkich serdecznie pozdrowił i zaczął oprowadzać ich między regałami,  służąc dobrą  radą. I kiedy  klienci z zadowolonymi minami opuszczali już sklepik, wtedy do środka weszła mama Cecylki. Zaczęła rozglądać się po pięknym, kolorowym wnętrzu i po wszystkich półkach, na których aż się roiło od przeróżnych zabawek. Pan Hipolit ucieszył się bardzo na widok nowej klientki i zaproponował jej swą pomoc w wybraniu odpowiedniej zabawki. Ale najpierw wypytał ją dla kogo to ma być zabawka i z jakiej okazji. I kiedy już się dowiedział, że to dla jej córeczki Cecylki, z okazji ukończenia trzeciej klasy, zaczął pokazywać jej przeróżne gry, maskotki, a nawet mówiące lalki. Lecz mama Cecylki wciąż była niezdecydowana. Chętnie słuchała rad pana Hipolita, ale stale miała jakieś dziwne wrażenie, że te wszystkie zabawki, które pan Hipolit jej proponował, to jeszcze nie to, o co by jej chodziło. A co było szczególnie dziwne, sama nie bardzo wiedziała, co by to za zabawka miała być. I kiedy już pomału zaczynała być sama na siebie zła, za to swoje niezdecydowanie, nagle jej wzrok padł na pluszowego dinozaura. Zaśmiała się na głos, i tak jakby ją coś olśniło, sama podeszła do regału i zdjęła pluszaka. Pan Hipolit pochwalił ją za dobry wybór i mama Cecylki, po zapłaceniu, z zadowoloną miną wyszła ze sklepu, niosąc pod pachą dinozaura.

   Takim to sposobem pluszowy dinozaur trafił do domu Cecylki, a potem do jej pokoju. A dlaczego tak się stało? No cóż, to pozostanie tajemnicą wróżki Szedar.


   Cecylka po wysłuchaniu opowieści Dino bardzo się ucieszyła, że to właśnie jej trafił się ten zaczarowany dinozaur. Ale miała też pewne obawy, które nieco mąciły jej radość. Otóż Cecylka obawiała się, czy wróżka Szedar nie będzie aby zła z tego powodu. Może ona chciałaby, aby to inne dziecko dostało tego wspaniałego dinozaura? Na szczęście obawy te szybko odrzuciła od siebie, bo doszła do wniosku, że wróżka nie po to jest wróżką, aby nie mieć na to wpływu. Uznała więc, że widocznie tak musiało być. No i wreszcie radość wzięła górę nad wszelakimi obawami. Cecylka z promienistym uśmiechem przyklękła przy wpatrzonym w nią Dino, mocno przytuliła go do piersi i szepnęła:

   - No i co teraz z nami będzie?

   - A co ma być? Będziemy żyć, a życie nam samo podpowie co i jak. Ale przede wszystkim ty musisz tak żyć, jak gdyby mnie tu w ogóle nie było, to znaczy, musisz robić wszystko to, co miałaś zamiar robić zanim ja zostałem ci sprezentowany.

   - No właśnie, o coś chciałam cię jeszcze spytać. Jak myślisz, moja mamusia wie o tobie, no wiesz... o tym, że jesteś zaczarowany?

   - Nie. Oprócz tego jej niezrozumiałego odczucia, że „coś" jej kazało akurat mnie kupić, nic ją nie zastanawia i niczego się nie domyśla.

   - A to dobrze, czy źle?

   - No wiesz, w końcu jestem tylko zabawką. I to dla dzieci, a nie dla dorosłych. No nie? Dlatego też nie o wszystkim mogę wiedzieć - z szelmowskim uśmieszkiem odpowiedział Dino. - A tak na poważnie, to myślę, że wróżka Szedar już wie co robi, po co to robi, i jak to robi. Musimy jej zaufać. A swoją drogą, to muszę ci się przyznać, iż jestem ogromnie zadowolony, że to właśnie mnie wróżka Szedar zaczarowała. I jestem niezmiernie też ciekaw co mnie czeka. A tak w ogóle, to bardzo, ale to bardzo... mi się u ciebie podoba. Mówię serio!

   - A myślisz Dino, że będą mogła kiedyś zobaczyć wróżkę Szedar?

   - Wybacz, ale na to pytanie nie umiem ci odpowiedzieć.

   - Celuniu, co z tobą? Dlaczego nie wychodzisz z pokoju? - zawołała nagle mama, uchylając lekko drzwi i zaglądając do pokoju córki. - No nie, ty ciągle jeszcze siedzisz w piżamie? Celka, co z tobą? Myślałam, że dzisiaj wyskoczysz z łóżeczka skoro świt, aby powitać pierwszy dzień wakacji, a ty co? Siedzisz jakaś taka dziwna i wpatrujesz się w swojego Dino jak w obraz... Ojej, a może ty jesteś chora?

   - Ach nie mamusiu... coś ty. Pierwszy dzień wakacji i ja miałabym być chora? To by było okropne i niesprawiedliwe. Jestem zdrowa jak ryba. Chciałam sobie tylko trochę „pognić" w ciepłym łóżeczku i porozkoszować się myślą, że nie muszę iść do szkoły. Ale już wyskakuję z pokoju, tylko pościelę jeszcze to miejsce mego rozkosznego gnicia.

   - Oj, Celka, Celka, no przecież lubisz chodzić do szkoły - rzekła mama, wpatrując się badawczo w swoją jedynaczkę. - No ale masz rację. Czasami też trzeba sobie, jak to powiedziałaś: „pognić" i odpocząć, nawet od tego co się lubi. Aha, zapomniałabym. My tu sobie gadu-gadu, a czas leci i niebawem przyjdzie Emilka. Dzwoniła już  prawie godzinę temu, i prosiła, żebym ci przekazała, że o godzinie dziesiątej zjawi się u ciebie, aby zabrać cię na basen. Więc chodź na śniadanie, bo została ci tylko godzinka do jej przyjścia.

   Kiedy mama wyszła z Cecylki pokoju, Dino zaczął podskakiwać jak ping-pong, odbijając się od podłogi swoimi potężnymi, tylnymi łapami. Podskakiwał i podskakiwał, aż mu berecik z pomponikiem zjechał na oczy.

   - Jak ja się cieszę, że idę na basen! Nie wiem, skąd ja wiem co to jest basen. Ale to też mnie cieszy, że nie wiem, skąd wiem. Hura! Ale to fajne uczucie!

   - No coś ty? Z pluszakiem mam iść na basen?

   - A to jest pewne, że tak. Czuję to całym sobą. Wszędzie mnie musisz brać ze sobą. Widocznie to jest moje przeznaczenie: być tam, gdzie i ty... i na odwrót. Tak chce wróżka Szedar. Czuję to wyraźnie.

   - Tak chce wróżka Szedar? O matko, to nie mamy wyjścia. Musimy razem iść na basen.

    Po chwili Cecylka po porannej toalecie siedziała już przy stole w kuchni i kończyła jeść śniadanie. Robiła sobie jednocześnie kanapki na basen. Mama zaś przygotowała coś do picia i wymyła trochę owoców. Potem razem spakowały plecak i Cecylka była już gotowa do drogi. Wnet rozległ się dzwonek u drzwi. Przyszła Emilka.

   - No fajnie, jesteś już gotowa i nie muszę na ciebie czekać - zawołała od progu Emilka. - No to chodźmy. Im wcześniej, tym lepiej. Zajmiemy lepsze miejsce.

   - Poczekaj momencik, muszę tylko zabrać jeszcze coś z pokoju - powiedziała Cecylka i pobiegła przez przedpokój.

   - Czyś ty oszalała? Z pluszakiem chcesz iść na basen? - krzyknęła mama na widok córki, niosącej pod pachą dinozaura.

  - Jaki fajowy! Skąd go masz? - Emilka również zareagowała natychmiast na widok przyjaciółki z pluszakiem pod pachą.

   - Wczoraj dostałam go od mamusi - powiedziała Cecylka, robiąc smutną minę w kierunku mamy.

   - Celuniu, już ci mówiłam, iż bardzo się cieszę, że aż tak polubiłaś tę zabawkę-przytulankę, ale żeby od razu iść z nią na basen? Przecież ona jest z pluszu, a nie z gumy. Więc co za pożytek będziesz miała z niej na basenie? Tylko nosić ją będziesz musiała. A do noszenia to ona nie jest zbyt wygodna.

   - Och, mamusiu, to nic. Ja tak bardzo pokochałam mojego Dino, że chcę go zawsze mieć przy sobie - słodziudkim głosikiem powiedziała Cecylka i rzuciła błagalne spojrzenie w kierunku Emilki.

   - Proszę, niech jej pani pozwoli wziąć tego cudaka - poprosiła Emilka. - Ja jej pomogę go nosić.

   - No już dobrze. Co mam z wami zrobić - zgodziła się w końcu mama. -  Idźcie, ale uważajcie na siebie i najpóźniej o szesnastej macie być z powrotem w domu. Obydwie. Emilko, ty zostaniesz u nas na obiedzie. Tak uzgodniłam z twoją mamą. No, to przyjemnej kąpieli wodnej i słonecznej. Odmaszerowały...! Raz, raz... raz, dwa, trzy, cztery, lewa, lewa...!!!

   No i dziewczynki odmaszerowały z plecakami na plecach, niosąc  dinozaura za  przednie łapy. A kiedy znalazły się już na klatce schodowej, Emilka natychmiast chciała wiedzieć o co Cecylce chodziło z tym pluszakiem. Dlaczego tak się uparła, by go wziąć ze sobą na basen. Cecylka świadoma tego, że nie może wszystkiego opowiedzieć, opowiedziała jej tylko tyle ile mogła. Podkreślała przede wszystkim fakt, że tak bardzo pokochała tę przytulankę, iż będzie ją ze sobą wszędzie taszczyć... i już... i kropka. Cecylka żałowała oczywiście, iż nie może swą najlepszą przyjaciółką wtajemniczyć w prawdziwą historię Dino. Ale co było robić? Tajemnica jest po to, aby ją zachować. Wróżka Szedar jest tajemnicza, więc i historia Dino musi tajemnicza pozostać.

   Emilce wystarczyło wyjaśnienie Cecylki. Znała swoją przyjaciółkę od lat i wiedziała, że jak ona się na coś uprze, to nie ma zmiłuj się. Więc uznała, że pluszak na basenie, to jeszcze jeden z objawów jej upartości i fanaberii, nad którymi nie ma co się zastanawiać. Po prostu szkoda czasu.

   Dziewczynki w drodze na basen postanowiły iść na skróty, czyli przez miejski park. Właśnie wchodziły do parku, gdy nagle usłyszały głośny pisk jakiegoś dziecka. Przechodzący tamtędy ludzie rozglądali się dookoła, ale nie reagowali. Każdy podążał w swoją stronę, puszczając rozpaczliwy pisk dziecka mimo uszu. Zero reakcji. Natomiast dziewczynki natychmiast nastawiły uszu i wzrokiem zaczęły szukać miejsca skąd dochodził ten pisk. Z przerażeniem stwierdziły, że w centrum parku, w stawie, topi się jakieś dziecko. Cecylka nie wiele się zastanawiając zrzuciła z pleców plecak i z Dino pod pachą pobiegła w tamtą stronę. Emilka zaś podniosła Cecylki plecak z ziemi i pobiegła za nią. Gdy Cecylka dobiegła do stawu i najbliżej tego miejsca, w którym parę metrów od brzegu topiło się jakieś dziecko, postawiła na ziemi Dino i sama wskoczyła do wody. Na szczęście Cecylka umiała znakomicie pływać. Płynęła w kierunku topiącego się dziecka, kiedy nagle, przed jej nosem „wyrosła" jakaś deska, podobna do deski surfingowej. Cecylka przeraziła się, ale wtem zobaczyła dwa czerwone promienie, padające od brzegu wprost na tę deskę. Domyśliła się że to sprawka zaczarowanego Dino, więc natychmiast się uspokoiła. Jedną ręką chwyciła deskę i jeszcze szybciej zaczęła pruć wodę. Za parę sekund była już przy topiącym się dziecku. Złapała go mocno za rękę i wciągnęła na deskę. Sama zaś jak szalona zaczęła kopać nogami wodę, a rękami popychać deskę wraz z dzieckiem do brzegu. Przy brzegu, gdzie było już całkiem płytko, chciała wziąć go na ręce i zanieść na brzeg, ale malec (okazało się, że był to mały chłopczyk) kurczowo trzymał się deski i nie chciał jej puścić. Cecylka zaczęła łagodnym głosem do niego przemawiać:

   - No nie bój się już. Już jesteś uratowany. Zaniosę cię na brzeg i pójdziemy poszukać twojej mamusi.

   - Nie, nie, nie... - w kółko powtarzał tylko chłopczyk, dzwoniąc przy tym niemiłosiernie zębami.

   Nie było wyjścia. Cecylka, choć sama była niewielkiego wzrostu, postanowiła jakoś zanieść malca na brzeg, i to razem z deską. Zaparła się nogami o muliste dno i nabrała ogromny łyk powietrza. Po czym chwyciła malca od tyłu pod pachy (z przodu nie mogła, gdyż ten wciąż zawzięcie trzymał przed sobą deskę) i z gromkim okrzykiem: - „hooop!" - podniosła go do góry... jak piórko. Cecylka była zaskoczona swoją nagłą siłą, ale gdy znów zobaczyła takie same dwa czerwone promienie jak poprzednio, zrozumiała wszystko.

   Brzeg stawu był nieco spadzisty, a ociekająca z Cecylki woda i z niedoszłego topielca oraz deski, uczyniła go do tego śliskim. Dlatego Cecylka nie mogła wyjść na brzeg. Ciągle ślizgała się po nim i zjeżdżała z powrotem do wody. Ale chłopczyka nie upuściła, wciąż trzymała go wraz z deską przed sobą.

   Emilka w tym czasie biegała po brzegu tam i z powrotem i nie wiedziała co robi, a co dopiero co ma zrobić. Niestety, zaistniała sytuacja przerosła ją, a lęk o przyjaciółkę i o tonącego ogarnął ją tak mocny, że aż jej mowę odjęło. Wreszcie się zatrzymała i zaczęła chaotycznie machać rękami i wydawać z siebie jakieś nieartykułowane dźwięki:

  - Ce... cho... da... re... ja... po... -  charczało w gardle wystraszonej dziewczynki.

   - Dino, no zrób coś. Z Emi coś nie gra - zawołała półgłosem Cecylka przy kolejnym zjeździe z brzegu do wody. - Pomóż wyjść.

   - Sie robi - również półgłosem zawołał Dino.

   Po krótkiej chwili Cecylka wraz z chłopczykiem stała już pewnie na brzegu. I kiedy tam się już znalazła, przez moment zastanawiała się kto bardziej potrzebuje pomocy: chłopczyk, czy Emilka. Chłopczyk trząsł się niesamowicie na całym ciele i ciągle powtarzał to swoje: „nie i nie", i dalej trzymał się kurczowo deski. A Emilka z wybałuszonymi oczami wpatrywała się to w Cecylkę, to w chłopczyka, i nic, ani słowa nie potrafiła z siebie wydusić. Wreszcie Cecylka jak nie huknie:

  - Haloooo! Oprzytomnijcie już w końcu, bo ja nie jestem siostrą miłosierdzia i nie wiem co mam z wami zrobić... Haloooo! No już!

   Chłopczyk się rozpłakał i wypuścił z rąk deskę, która z głośnym „pac" upadła na Dino. Emilka też się rozpłakała i usiadła na ziemi obok przykrytego deską Dino. A Cecylka natychmiast podskoczyła do deski i zdjęła ją z Dino. Natomiast Dino, cichaczem odsapnął i puścił do Cecylki oczko.

   - Ufff!!! Nareszcie! - z bezgraniczną ulgą odsapnęła Cecylka. - Nareszcie jakiś ludzki odgłos. I choć mi ulżyło, to i tak proszę cię Emi skończ już buczeć, bo trzeba się zająć malcem. Musimy odnaleźć jego mamę.

   - Już... już... już dochodzę do siebie - płaczliwym głosem wydukała Emilka.

   Cecylka w oczekiwaniu na dojście przyjaciółki do siebie, podskoczyła do chłopczyka i zaczęła go wycierać wyciągniętym z plecaka ręcznikiem. Chłopczyk płakał już coraz ciszej. W końcu przestał płakać i wyszeptał: - „Ja chcę do mamy". Cecylka ucieszona, że chłopczyk w końcu przemówił normalnie, przytuliła go do siebie i bardzo łagodnym głosem powiedziała:

   - No pewnie, że czas już do mamy. Zaraz ciebie do niej zaprowadzę, ale musisz mi najpierw powiedzieć, jak ty się nazywasz. Bo ja się nazywam Cecylka, ale możesz mi mówić Cela. A to jest moja przyjaciółka Emilka, ale możesz jej mówić Emi. A tu, widzisz? To jest moja najukochańsza przytulanka. To jest dinozaur Dino. Ładny, nie? No a teraz powiedz, jak ty się nazywasz.

   - Ja się nazywam Stasiu, a moja mama nazywa się Hela, i ona ma na głowie taki słomkowy kapelusik od babci Zosi. - Malec wyrzucił z siebie jednym tchem.

   - Aha, to dobra informacja - pochwaliła Stasia Cecylka. - A powiedz mi, co ty tu robiłeś sam bez mamy?

   - Nie sam. Mama była ze mną, ale ona tam została z jakąś panią, a ja chciałem iść na basen. Chciałem mamie pokazać jak ja już umiem pływać, bo nasza pani z przedszkola nas uczyła na takim zakrytym basenie, wtedy kiedy było dużo śniegu na dworze. Ale mama powiedziała, że jutro, a ja chciałem dzisiaj. I jak mama stała z tą panią, to ja szybciutko potuptałem do wody... bo ja wiedziałem gdzie jest woda, no i, no i... nie wiem czemu ja nie pływałem. Ja bardzo się bałem, bo woda wleciała mi do noska... Ja chcę do mamy! - Stasiu na powrót się rozpłakał.

   - No nie płacz już Stasiu. Zaraz znajdziemy twoją mamę. - Cecylka pocieszała chłopczyka, zdejmując z niego mokrą koszulkę. - Tylko muszę zdjąć z ciebie twoje mokre i zimne ubranko, bo cały się trzęsiesz z zimna. I wiesz co? Założę ci mój dres, no, przynajmniej bluzę z dresu, bo spodnie to będą za duże na ciebie. Poczekaj, wyciągnę go tylko z plecaka. No popatrz, ładna bluza, nie? Pasuje do koloru twoich niebieskich oczek... O, widzisz, wyglądasz jakbyś był w pięknym płaszczyku. Poczekaj, tylko podwinę ci rękawki, bo są za długie... No, teraz wyglądasz znakomicie. A gdzie są twoje buciki? Chyba nie przyszedłeś tutaj na bosaka?

   - Co ty mówisz? W bucikach przecież się nie pływa. Moja mama tak mi mówiła. Buciki najpierw trzeba zdjąć, a potem można iść do wody. Dlatego ja moje buciki zdjąłem.

   - Aaa, no to bardzo dobrze. A gdzie zdjąłeś te twoje buciki? - spytała Cecylka, rozglądając się po brzegu. - O, chyba widzę! Tam leżą takie niebieskie sandałki, są to twoje...? Stasiu, Stasiu, popatrz tam biegnie jakaś pani. Może to twoja mama?

   Okazało się, że to rzeczywiście była mama Stasia. Stasiu na jej widok zerwał się z ziemi i pobiegł naprzeciw z płaczem i krzykiem: - „Mama, mama, mama!" A mama Stasia w biegu chwyciła swojego syneczka na ręce, i płacząc również, podeszła z nim do dziewczynek.

   Cecylka opowiedziała jej co się stało. A mama Stasia, słuchając Cecylki, ściskała malca i płakała bezgłośnie. Potem wyściskała Cecylkę i nawet Emilkę, która w międzyczasie już całkowicie doszła do siebie.

   Emilka powiedziała jej wtedy, że jest szczęśliwa, iż ma tak odważną przyjaciółkę, bo to dzięki niej Stasiu żyje. Gdyż ona sama, była tak przerażona, że nawet krzyczeć i wzywać pomocy nie umiała.

   Mama Stasia była bezgranicznie wdzięczna Cecylce. Powiedziała jej, że od tej pory będzie kimś bardzo ważnym w jej życiu. Że zawsze będzie o niej pamiętać, i że zawsze będzie służyć jej swoją pomocą. Nawet wtedy, kiedy Cecylka będzie już dorosła. Dlatego też poprosiła Cecylkę o jej adres i numer telefonu. Potem przebrała Stasia w suche ubranko, jakie miała na szczęście w koszyku, pożegnała się z dziewczynkami, i niezmiernie szczęśliwa, tuląc synka w ramionach, odeszła.

   Dziewczynki pozostały same. Usiadły z powrotem na ziemi i wzrokiem odprowadzały mamę Stasia i jego samego, wtulonego w maminych ramionach. A kiedy odchodzący byli już przy alejce prowadzącej do wyjścia z parku, obydwie usłyszały głos Stasia: - „Kocham cię Cela! I Emi też kocham! Nawet Dino kocham!".

   - Celuśka, ty naprawdę jesteś niesamowicie odważna - stwierdziła Emilka, kiedy Stasio ze swoją mamą zniknął już zupełnie. Po czym objęła przyjaciółkę i dodała: - Jesteś jak Batman, albo i lepsza!

   - Emi, Emi, nie przesadzaj! - zaśmiała się Cecylka. - Ale muszę ci się przyznać, że sama jestem zaskoczona swoją odwagą. Teraz tak myślę, bo przedtem nie zastanawiałam się nad tym. Wiedziałam tylko jedno, że muszę uratować tonącego, i to za wszelką cenę... No, już po wszystkim. I na szczęście wszystko się dobrze skończyło. A więc idźmy na ten basen. Przebiorę się tylko, bo moja mokra sukienka mnie ziębi. Dobrze, że moja mama zapakowała mi do plecaka mój dres. Widzisz, jak się przydał?

   Było już południe, kiedy dziewczynki dotarły na basen. Na basenie było sporo dzieci. Wiadomo, pierwszy dzień wakacji. Dziewczynki rozglądały się za jakimś w miarę dobrym miejscem na rozłożenie koca. I wtedy kilku chłopców doskoczyło do nich i zaczęło się naśmiewać z Cecylki, że pomyliła plusz z gumą. Dwóch chłopców próbowało jej nawet wyrwać Dino spod pachy. Chcieli go wrzucić do  wody, by sprawdzić jego umiejętności utrzymywania się na powierzchni. Na szczęście Dino cichaczem puścił dwa krótkie promyczki... i chłopcy odskoczyli jak piorunem rażeni.

   Cecylka słyszała wyraźnie jak Dino zamruczał cichutko i wnet zobaczyła jak z jego oczu wyskoczyły dwie czerwone „kreski". Z jednego oka dla jednego chłopaka, z drugiego oka dla drugiego. I kiedy chłopcy odskoczyli od niej natychmiast, poczuła się pewniej. Po chwili jednak przyszła jej do głowy niepokojąca myśl. Otóż Cecylka obawiała się, że te ognistoczerwone promienie, które tym razem miała okazję zobaczyć z bliska bardzo wyraźnie, widzieli też wszyscy dookoła. Wtedy Dino jak gdyby odgadł jej myśli i ledwie słyszalnym szeptem powiedział:

   - Nie martw się Cecylko. Moją moc widzisz tylko ty i ja.

   - I wróżka Szedar - na głos dokończyła Cecylka.

   - Coś ty powiedziała? - zapytała zaskoczona Emilka. - Jaka wróżka?

  - Nie powiedziałam wróżka, tylko... no wiesz, skłamałam i powiedziałam... ważka siada, bo chciałam przestraszyć tych wstrętnych chłopców, żeby mi Dino nie wyrwali.

    Cecylka wymyśliła na poczekaniu małe kłamstewko, lecz wcale nie była z siebie zadowolona. Nie lubiła nikogo okłamywać, a co dopiero najlepszą przyjaciółkę. No ale jak mus, to mus.

   Dziewczynkom nie udało się niestety zająć dobrego miejsca. Wszystkie miejsca w pobliżu niecki basenu były już zajęte. Rozłożyły więc koc w lewym rogu basenu, w cieniu ogromnego kasztana. Ale Cecylka była nawet zadowolona z takiego obrotu sprawy, bo dopiero teraz zaczęła odczuwać zmęczenie po przedpołudniowych emocjach. Wolała się więc schować przed wrzawą dzieciaków. No bo w wodzie było głośno, a przy wodzie jeszcze głośniej. Ale było jeszcze coś, co zaważyło na tym, iż Cecylka wolała być mało widoczna. Po prostu nie chciała się narażać więcej na kpiny ze strony dzieci, no i w razie czego... oszczędzić moc Dino.

   Dziewczynki usiadły na kocu, i pierwszą rzeczą do jakiej się zabrały, było jedzenie. Obydwie poczuły się tak okropnie głodne, że wszystkie kanapki i owoce, jakie tylko miały w plecakach, zjadły od razu. W trakcie jedzenia Cecylce przyszło na myśl, że Dino też musi być głodny. Dlatego kiedy Emilka nie patrzyła, podsunęła mu pod pyszczek kawałek jabłka. Ale Dino uśmiechnął się tylko i pokręcił przecząco łebkiem.

   Dzień był upalny, ale Cecylka nie miała ochoty na kąpiel. Emilka rozumiała ją doskonale, dlatego nie nalegała i sama poszła popływać. I kiedy Cecylka została na kocu sama, mocno przytuliła do siebie Dino i słodziutko szepnęła mu pod berecik:

   - Kocham cię Dino.

   - Wiem, i też cię kocham - odpowiedział Dino i figlarnie zamrugał oczkami.  

   Po chwili umęczona Cecylka zapadła w głęboki sen. Wtulona w Dino, z przyklejonym uśmiechem na twarzy, spała w najlepsze. Gdy Emilka wróciła na koc, nie budziła przyjaciółki. Położyła się cichutko obok i zajęła się czytaniem swojej ulubionej książki o przygodach Pippi Langstrump.

   - Ejże, Emi, ty też dostałaś od swoich rodziców Pippi Langstrump? - spytała Cecylka, kiedy po półgodzinnym głębokim śnie, otworzyła oczy.

   - A to wcale nic dziwnego. Oni przecież często kupują te same książki - odpowiedziała Emilka. - Ale wyobraź sobie, moja mama mówiła, że jak była w naszym wieku, to też czytała o przygodach tej szalonej dziewczynki z warkoczykami, ale wtedy ona nie nazywała się Pippi Langstrump, tylko Fizia Pończoszarka. Śmieszne, nie?

   Dziewczynki opuściły basen już o godzinie piętnastej, aby spacerowym krokiem móc jeszcze przejść przez park i w ciszy porozmawiać o wakacyjnych planach. Za tydzień dziewczynki wraz z rodzicami wyjeżdżały na wczasy nad morze. Musiały więc omówić jaki sprzęt powinne wziąć ze sobą, aby jeszcze bardziej umilić sobie czas spędzany na plaży, na morskich falach i na wędrówkach wzdłuż linii brzegowej morza. Szły powoli. A przez park, całkiem powoli. Noga za nogą. Spoglądały chwilami na staw, ale nic nie wspominały o tym co się w nim przed południem wydarzyło. Każda na swój sposób przeżyła to wydarzenie. I każda na swój sposób doświadczyła czegoś innego. Więc każda też na swój sposób (i to każda z osobna) musiała najpierw przetrawić w sobie to wszystko. I tak rozmawiając, przeszły park, dwie ulice, i już dochodziły do kamienicy Cecylki, gdy nagle zauważyły niemal jednocześnie, że w przeciwległej kamienicy, na pierwszym piętrze, w otwartym oknie stoi mała dziewczynka i niebezpiecznie się wychyla. Cecylka bez zastanowienia przebiegła przez ulicę i podskoczyła pod okno. I już chciała zawołać do malutkiej dziewczynki, aby się cofnęła, lecz było już za późno. Dziewczynka wypadła z okna... i spadła wprost w ramiona Cecylki. A Cecylka zdążyła tylko zauważyć dwa czerwone promienie. Jeden lecący wraz z dziewczynką z pierwszego piętra, a drugi gdzieś na niej samej. Wszystko to działo się w ułamkach sekund. Cecylka, widząc wypadające dziecko, odruchowo opuściła Dino spod pachy i rozłożyła ramiona. A Dino, spadając na ziemię, już w locie wysłał dwa zaczarowane promyki. No i wszystko zakończyło się szczęśliwie.

   Cecylka z płaczącą dziewczynką na rękach odwróciła się i zawołała do Emi, by podeszła do nich i podniosła Dino z ziemi. Lecz Emilka stała bez ruchu i nie reagowała. Wpatrywała się tylko w Cecylkę z rozdziawioną buzią i z wytrzeszczonymi oczami.

  - No co tak stoisz?! - zawołała przez ulicę Cecylka. - Masz minę jakbyś kijankę połknęła. Długo mam jeszcze tak czekać?! Rusz się wreszcie!

  Trochę to trwało zanim Emi doszła do siebie i pojęła o co Cecylce chodzi. Wreszcie się ruszyła. Przechodziła przez ulicę jak gdyby w zwolnionym tempie. Szczęście, że akurat żadne auto nie przejeżdżało. W końcu stanęła przed Cecylką, i świdrując ją oczami, i jąkając się niesamowicie, wymamrotała:

   - Baaa-ttt-maaaan...

  - Emi, postraszyło cię, czy jaka choinka? - zawołała Cecylka, przytulając do siebie płaczącą dziewczynkę. - Skończ z tym fantazjowaniem i podnoś z ziemi Dino. No i chodź za mną.

   Dziewczynki dotarły po schodach na pierwsze piętro. Cecylka popatrzyła na Emi i doszła do wniosku, że ona znów potrzebuje trochę czasu, aby się otrząsnąć. Nie prosiła jej więc o nic, tylko sama nacisnęła nosem przycisk dzwonka u drzwi. W drzwiach stanęła dziewczyna nie wiele starsza od nich. Wtedy Cecylka podała jej do rąk uśmiechniętą już małą i powiedziała:

  - Powinnaś lepiej uważać na swoją siostrzyczkę... i będzie lepiej, jak zamkniesz okno.

  Dziewczyna wzięła małą z rąk Cecylki i stała z nią w ramionach bez jakiejkolwiek reakcji. Patrzyła tylko szeroko otwartymi oczami, to na poważną Cecylkę, to znów na ciągle oniemiałą Emi. Cecylka nie powiedziała już nic więcej, odwróciła się tylko do Emi i zabrała jej z rąk Dino. Po czym szarpnęła ją za rękę i pociągnęła po schodach w dół.

   Kiedy dziewczynki na powrót znalazły się na ulicy, Emilka doszła już do siebie na tyle, by objąć Cecylkę i wyszeptać:

   - Cela, co to wszystko ma znaczyć? Zaczynam się ciebie bać.

   - No to pięknie! To mi przyjaciółka. Ja myślałam, że ty mnie kochasz. A ty się mnie boisz? Pięknie, wspaniale...!

   - Och, Celuśka, to nie tak. Pewnie, że cię kocham, ale te twoje dzisiejsze akcje ratunkowe mnie przerosły. Jeszcze po jednej nie doszłam do siebie, a ty już mi drugą zaserwowałaś... Istny Batman, mówiłam...

  - Posłuchaj Emi. Sama jestem zaskoczona tym co się dzisiaj wydarzyło, ale ty zaś nie przesadzaj i przyjmuj rzeczy takimi, jakimi są. Ot, pomogłam dwóm maluchom, i tyle. Widocznie tak miało być.

   - Masz rację. Przecież ty zawsze i wszędzie pomagasz innym. Już tak masz. Tylko przykład brać z ciebie. Ale... ale dzisiaj, nie tylko pomagałaś... ty uratowałaś dwa życia...

   - No i dzięki Bogu, że mi się udało - Cecylka przerwała przyjaciółce. - Emi obiecaj mi, że nie będziesz się już niczemu dziwiła, tylko w razie... jakby gdyby... no wiesz, jakby przyszło co do czego, to będziesz mi pomagała.

   - Obiecuję! Moja ty kochana Batmanko w spódnicy.

   Punktualnie o godzinie szesnastej obydwie dziewczynki weszły do domu Cecylki. Mama Cecylki już w progu rzuciła się na córkę i wyściskała ją z każdej strony.

  - Nie masz pojęcia jaka dumna jestem z ciebie, moja ty kochana bohaterko! - wołała mama. -  Pani Hela, mama Stasia, zadzwoniła do mnie przed chwilą i wszystko mi opowiedziała. Jesteś wspaniałą dziewczynką...! Wspaniałym człowiekiem!

   - Mamuś, puść mnie, bo mnie udusisz - śmiała się Cecylka. - Przecież to nic takiego. Każdy na moim miejscu zrobiłby to samo.

   - Nie, nie zgadzam się. Nie każdy - zawołała Emilka. - A pani nie wie jeszcze o jednym...

   - Że my jesteśmy głodne jak dwa wilki - szybko dopowiedziała Cecylka, przerywając przyjaciółce, i dając jej znaki mimiką twarzy, by zamilkła.

   Po obiedzie dziewczynki zmyły naczynia, a potem poszły do pokoju Cecylki pograć trochę na komputerze. Ale to granie jakoś nie bardzo im wychodziło. Emilka ciągle myślała o tym co się do tej pory wydarzyło za sprawą przyjaciółki i nie mogła tych myśli od siebie odpędzić.

   - Emi, albo ty grasz, albo gadaj w końcu co ci leży na sercu, bo widzę przecież, że nie bardzo jesteś obecna - zagaiła Cecylka, obserwując przyjaciółkę.

   - No dobrze, powiem - zaczęła Emi. - Dlaczego ty...

   - Dlaczego ja nie chcę, aby moja mama wiedziała o wszystkim? - Cecylka dokończyła za Emi. - Byłam pewna, że o to ci chodzi. A więc powiem ci, że sama dokładnie nie wiem. Może dlatego, żeby się o mnie na zapas niepotrzebnie nie martwiła. A może też dlatego, żeby mi nieświadomie nie przeszkodziła w razie jakby... gdyby, no wiesz w razie czego... Tak czy owak, myślę że lepiej będzie dla wszystkich, gdy nie o wszystkim będzie wiedziała.

   - Chyba masz rację. Tak będzie lepiej - zgodziła się wreszcie Emilka i poczuła się dużo, dużo lepiej.

   Emilka wpatrywała się w swoją wspaniałą przyjaciółkę i czuła jak ogarnia ją miłe uczucie. Czuła się ważna. No bo to tylko ona była wtajemniczona we wzniosłe sekrety przyjaciółki.

   Późnym wieczorem, Cecylka leżała w łóżku wraz z Dino i szeptem rozmawiała z nim na temat minionego dnia.

   - Myślisz Dino, że wróżka Szedar jest z nas zadowolona? - spytała nagle.

   - Myślę, że tak. Ale myślę też, Cecylko, że jeszcze mamy wiele do zrobienia. Po prostu czuję to, o tu - odpowiedział Dino, wskazując łapką na swe pluszowe ciałko w miejscu, gdzie powinno być serce.


   Minął tydzień. Cecylka i Emilka szczęśliwe siedziały na ciepłym piasku i chłodziły sobie stopy w nadbiegających morskich falach. Słońce świeciło przecudnie. Błękit nieba odbijał się w falującym morzu, tworząc jak gdyby błękitny, bezkresnych rozmiarów dywan wodny, przetkany złotem promyków słonecznych. Wszystko dookoła pulsowało na wietrze. Pulsowało własną energią, własnym życiem. Wspaniale było tak sobie siedzieć i podziwiać tę cudowną naturę i wsłuchiwać się w szum fal, krzyk mew... a krzyk wczasowiczów puszczać mimo uszu. Cudowny czas, cudowne i niezapomniane chwile. Lato. Wakacje.

   Dino siedział na kocu pomiędzy rodzicami obydwu dziewczynek i bacznie obserwował Cecylkę, i siedzącą obok niej Emilkę. Jemu również bardzo się spodobało morze i nagrzany słońcem piasek na plaży. Ale było jednak coś, co mu się nie podobało. A mianowicie to, że Cecylka akurat weszła sama do wody, zostawiając Emilkę na brzegu, a fale co rusz, przysłaniały mu widoczność. Raz widział Cecylki głowę, a raz fale ją zakrywały i nie widział nic. Po chwili Emilka sama wróciła do rodziców na koc, a Cecylka pływała dalej, i to coraz dalej od brzegu. Wszyscy siedzący na kocu zajęli się rozmową i nikt nie zwracał uwagi na pływającą Cecylkę. Każdy był pewien jej zdolności pływackich. Dino zaś szalał wewnętrznie z niepokoju. Gdyby mógł z pewnością zacząłby krzyczeć. Niestety, nie mógł.

  Cecylka pływała wyśmienicie. Ale tym razem przeceniła swoje umiejętności. Pływanie w morzu jest o wiele trudniejsze niż w basenie. Morze „wciąga" pływającego w swoją dal i wrócić do brzegu jest bardzo trudno. Cecylka płynęła i płynęła. I kiedy się odwróciła, żeby popatrzeć na swych bliskich siedzących na kocu i pomachać im z wody, z przerażeniem stwierdziła, że nie widzi brzegu. Spanikowała. Zamknęła oczy i zaczęła szybko płynąć w kierunku plaży. Tak jej się przynajmniej wydawało, że w takim kierunku płynie. Pruła wodę niczym strzała. I zamiast zbliżać się do brzegu, oddalała się od niego. Cecylka zupełnie straciła orientację. Gdy otworzyła oczy z nadzieją, że ujrzy już brzeg, zamarła. Dookoła woda. Wodny bezkres. Doznała szoku, a jej ręce i nogi ogarnął paraliż. Poszła pod wodę. Pod wodą nieco oprzytomniała i przypomniała sobie o Dino. Wypłynęła na powierzchnię i resztkami tchu zaczęła go wzywać... Ale nic, zupełnie nic się nie działo. Cecylka oczami wyobraźni zobaczyła swoich zrozpaczonych rodziców. Położyła się na plecach, by choć trochę odsapnąć i zebrać skołatane myśli. I wtedy popatrzyła w niebo, na słońce. Doznała olśnienia. Przypomniała sobie, że gdy siedziała z Emi na brzegu morza, to słońce świeciło jej w twarz, więc od razu skojarzyła sobie, że aby płynąć w kierunku brzegu, musi mieć słońce z tyłu. Cecylka odzyskała nadzieję, a wraz z nią siły. Postanowiła płynąć zupełnie spokojnie i według słońca sprawdzać kierunek. Po niedługiej chwili z radością stwierdziła, że gdy płynie na fali i przez jakiś czas razem z nią, widzi już całkiem wyraźnie gęsto zaludnioną plażę. Ale niestety, fala morska była szybsza i wyprzedziła ją i Cecylka znów znalazła się pomiędzy falami, tracąc z oczu upragniony brzeg. Na szczęście nie załamywała się. Dalej spokojnie płynęła. Trochę kraulem. Trochę żabką. I aby odsapnąć i nabrać sił - grzbietem. Aż tu nagle: - „Brzeg! Plaża!" - głośno krzyknęła gdzieś w przestrzeń. Skąd miała jeszcze tyle siły, aby tak głośno krzyknąć? Sama nie wiedziała i sama sobie się dziwiła.

   Po chwili Cecylka leżała już na brzegu i pozwalała falom przelewać się przez siebie. Była wyczerpana zupełnie. Ale była uratowana. Nie wiadomo jak długo by tak jeszcze leżała, gdyby nie jej świadomość, której na szczęście nie utraciła. A świadomość nakazywała jej pozbierać się jakoś i jak najszybciej odszukać swoich bliskich, póki oni sami nie zaczną jej szukać. A tego Cecylka chciała im oszczędzić. Cecylka straciła zupełnie poczucie czasu i nie miała pojęcia jak długo była w morzu. Dlatego postanowiła niezwłocznie wstać i dotrzeć do swoich. Zdawała sobie sprawę, że dopłynęła na brzeg w niewiadomym miejscu. Tym bardziej musiała się pośpieszyć. Powoli podniosła głowę i popatrzyła na radośnie bawiące się w pobliżu dzieci oraz ludzi leżących pokotem i zażywających kąpieli słonecznej. Potem przewróciła się na plecy i popatrzyła w niebo. I znów słońce przyszło jej z pomocą. Wiedziała gdzie słońce wschodzi, a gdzie zachodzi. Podniosła się z wielkim trudem, i krok po kroku, udała się wzdłuż linii brzegowej na zachód. Po drodze, z każdym krokiem, Cecylce przybywało sił. Szła coraz raźniej i szybciej. Po głowie krążyły jej różne myśli. Jedne nakazywały jej jak najszybciej rzucić się mamie w ramiona i się wypłakać. Inne zaś, trzymać się mocno i nie zdradzić się swoją nierozwagą, a właściwie głupotą. Wolałaby pozostać twardą i nie martwić rodziców. Dlatego w końcu postanowiła - nie wymiękać. Gdy tak szła po piasku, coraz bardziej drżąc z zimna na całym ciele, i marząc o cieplutkim płaszczu kąpielowym nagrzanym promieniami słonecznymi, nagle gdzieś w oddali usłyszała nawoływania swojej przyjaciółki: - „Celaaa! Celkaaa! Celuniaaa!!!" - Cecylka zaczęła biec w kierunku wydm, skąd dochodził ten wspaniały dźwięk, a który wydawał jej się coraz bardziej podobny do dźwięku chóru anielskiego. Wreszcie nie wytrzymała i zaczęła wrzeszczeć wniebogłosy jak nowonarodzona:

   - Tu jestem! Tu jestem! Już idę do ciebie! - wrzeszczała wkoło, nawet jeszcze wtedy, kiedy Emi stała już przy niej.

   - Jak mogłaś zostawić mnie samą na tak długo?! - spytała Emilka, przechodząc poślizgiem z anielskiego tembru głosu do wrzasku z piekła rodem. - Tyś już chyba całkiem zwariowała! Najpierw sobie pływasz tak długo, a potem jeszcze urządzasz samotne wędrówki po plaży. A ja sterczę sama na kocu i nudzę się już jak stary mops. A ty co? Ale z ciebie przyjaciółka!... Ty, poczekaj, poczekaj... A może ja ciebie nudzę już swoją osobą i dlatego wolałaś być sama?

   - No coś ty, Emi? - zawołała Cecylka. - Niech ci nigdy takie myśli nawet do głowy nie przychodzą. Ale masz rację, że tak na mnie nawrzeszczałaś. Zasłużyłam sobie na to swoją głupotą... bo w morze tak daleko wypłynęłam. Wyobraź sobie, że ledwie wróciłam. Z morzem nie ma żartów. Zapamiętam to do końca życia... Lecz rodzicom ani mru-mru!

   - Oj matko, biedna Cela! I co, jak się czujesz? - Emilka natychmiast doskoczyła do przyjaciółki i przytuliła ją. - Przepraszam, nie powinnam tak na ciebie naskakiwać.

   - Nie przepraszaj. Zasłużyłam sobie na paternoster - Cecylka uspokoiła Emi. - Nawet nie wiem jak długo mnie nie było. Rodzice niczego nie zwęszyli?

   - Nie. Tylko twoja mama powiedziała, że ty jak zwykle przesadzasz z wodą i na pewno wrócisz na koc granatowa z zimna.

   - No, to w porządku. Bo najbardziej się bałam, że będą się okropnie o mnie martwić. Chodź Emi, muszę jak najszybciej założyć mój ciepluni płaszcz kąpielowy, bo stracę wszystkie zęby. Brrrr...! Ale mi zimno!

   Dziewczynki dochodziły do rodziców. Ale nikt z nich je jeszcze nie zauważył. Natomiast Cecylka już z daleka spostrzegła czerwone dwa punkciki, czyli oczy Dino. Trochę się zaniepokoiła, bo to na pewno coś oznaczało. Zła była na siebie, że go zostawiła samego na tak długo. Zaczęła biec. Emilka za nią.

   Mama Cecylki na ich widok natychmiast poderwała się z koca i podniosła z piasku córki płaszcz kąpielowy, po czym głośno zawołała:

   - Mówiłam... mówiłam, że ten mors wróci granatowy. Och, Celcia, czy ty zawsze musisz aż tak przesadzać z wodą? Widzę, że jesteś zmarznięta do szpiku kości. No, wkładaj szybciutko płaszcz i nie trzep się już tak, bo nas wszystkich zachlapiesz wodą ociekającą z twoich włosów. O, popatrz, zachlapałaś nawet Dino... Ojej, patrzcie, patrzcie... wygląda jakby płakał. Niesamowite. Odsuń się Cela, bo zachlapiesz go całego.

   Cecylka wskoczyła w płaszcz kąpielowy i natychmiast podniosła Dino z koca. Odeszła z nim kawałek i przytuliła go mocno do twarzy.

   - Jesteś, jesteś... kochana Cecylko. Jak ja się cieszę - Dino szepnął od razu.

   - Przepraszam Dino, że tak długo kazałam ci na siebie czekać - powiedziała Cecylka również szeptem.

   - Szalałem z niepokoju. Straciłem cię z oczu i nie wiedziałem, czy potrzebujesz pomocy. Zresztą, nie widząc ciebie, i tak nie mógłbym ci pomóc. I to było dla mnie najgorsze... Kocham cię Cecylko. Tak bardzo cię kocham jak nikogo na świecie.

   - Ja też cię kocham. Pogadamy o wszystkim wieczorem w łóżku...

   - Hej, Celka, co ty tam robisz z tym twoim pluszakiem?! - zawołał tato. - Chodź tu na koc zjeść coś. Patrz, jakie pyszności mama przyniosła z baru.

   - Naleśniki! Hura!!! Jestem głodna niczym mors po tygodniowym poście. Zjadłabym końskie kopyta nawet, a co dopiero naleśniczki. Zjem cztery naraz... Mniam, mniam... pychota!

   Wszyscy na kocu z wielką przyjemnością zabrali się za pałaszowanie chrupiących naleśników, popijając je herbatką miętową z sokiem cytrynowym. I wszystkim tak bardzo smakowały te przysmaki nadmorskiego baru, że tym razem mama Emilki musiała zrobić jeszcze jeden kurs na bar i kupić podwójne porcje dla każdego. A kiedy najedli się już do syta i co nieco odsapnęli po posiłku, grając piłką plażową, tato Cecylki zaproponował pływanie na czas. Od boi do boi. Wszyscy ochoczo zaakceptowali taty pomysł, oprócz Cecylki.

  Cecylka wykręciła się od pływania zbyt pełnym brzuchem z przejedzenia. Mama w takim razie kazała jej pozostać na kocu. A że Emilka wiedziała więcej i ciągle było jej szkoda przyjaciółki, została razem z nią dla towarzystwa.

   Tego dnia Cycylka nie weszła już ani razu do wody. Miała wody dość. Nawet linię brzegową omijała szerokim łukiem. Nic w tym dziwnego. Jednak Cecylka była zła na siebie. Przecież tak bardzo chciała popływać z tatą na czas... No i co? No i psińco! Po prostu nie miała siły. Wiedziała dlaczego, ale wiedziała też, że sama sobie jest winna.

   Emilka, patrząc na smętną minę przyjaciółki, domyśliła się od razu co ją trapi, zaczęła ją więc szeptem pocieszać:

   - No coś ty, Celka, no nie martw się. Tyle jeszcze dni przed nami nad morzem. Zdążysz jeszcze popływać, że ho, ho... albo i jeszcze więcej - dodała, parskając śmiechem prosto w jej ucho.

  - Rety! Zwariowałaś?! - wrzasnęła Cecylka i zacząła się rechotać.  - Zaplułaś mi całe ucho! A ja mam dość wody na dzień dzisiejszy!

   Późnym wieczorem dziewczynki leżały razem w łóżku Cecylki i długo jeszcze rozmawiały. Wreszcie Emilka pierwsza poczuła się senna i wróciła do swojego pokoju, który zajmowała tuż obok wraz z rodzicami. Cecylka też była okrutnie senna. Nic dziwnego. Po takim niespodziewanym i niebezpiecznym maratonie pływackim, miała wszelkie prawa usnąć nawet na stojąco. Cecylka nie mogła jednak jeszcze spać. Musiała przecież porozmawiać z Dino.

   - Och, Cecylko, nie mogę zaznać spokoju. I cały czas myślę i myślę. - Dino natychmiast odezwał się, gdy tylko drzwi za Emilką się zamknęły. - Nie podoba mi się to wcale a wcale, że ja, gdy cię nie widzę nie mogę ci pomóc. Wszystko to piękne i bardzo szlachetne, że mogę pomagać tobie, gdy ty pomagasz innym. Ale ja chcę też i tobie samej być pomocnym... Wielki, zaczarowany Dino...! Aha, akurat... jestem do niczego!

  - Przestań Dino! - zawołała Cecylka. - Jesteś najukochańszym moim przyjacielem. I nawet niech ci na myśl nie przyjdzie, że ja mam do ciebie żal za to, że tam, w morzu, wołałam ciebie i prosiłam o ratunek...

   - O to to! O to to! Jednak tak było! - Dino przerwał Cecylce i aż podskoczył z wrażenia. - Potrzebowałaś mojej pomocy, i ja co? Nie pomogłem ci. I ty mnie nazywasz przyjacielem? Och, wróżko Szedar, bodajbyś mnie nigdy swą różdżką nie dotknęła... No bo kto ja jestem? Głupi Dino! Nieużyty Dino! Niedołęga Dino! Zero Dino, tak zero i...

   - Najlepszy przyjaciel... powtarzam jeszcze raz. - Cecylka przytuliła Dino mocno do siebie, przerywając mu tym samym potok jego gorzkich słów. - Nikt nie jest idealny...

   - Co ty mówisz Cecylka? - zdławionym głosem powiedział Dino. - Wróżka musi być idealna. Bo co to za wróżka, co felernie czaruje? Pytam się? Och, wróżko Szedar, zły jestem na ciebie.

   - Poczekaj Dino. Nie powinieneś tak mówić. Może jednak jest coś, czego nie odkryłeś jeszcze w sobie. Zastanówmy się razem. Mówiłeś, że gdy wróżka Szedar dotknęła cię swą różdżką, wypowiedziała czarodziejskie zaklęcie. Jak brzmiało to zaklęcie?

   - Abra-rua-kadabra-zonid-Ruazonid! - wydukał Dino.

   - Poczekaj, muszę to sobie zapisać. Wiesz, ja jestem wzrokowcem, i gdy się nad czymś zastanawiam, to zawsze zapisuję to sobie na kartce i potem wpatruję się w tę zapisaną treść. Wtedy więcej skojarzeń przychodzi mi do głowy... A więc, zapisałam już. No i wpatruję się w to zaklęcie jak... jak nie przymierzając... sroka w kość, i co ja widzę? Z czym mi się to zaklęcie kojarzy? Czekaj, czekaj! Coś mi zaczyna świtać... Wiem, wiem! Hura! Popatrz razem ze mną na to co stoi na papierze. No i co? Domyślasz się już o co chodzi w tym zaklęciu?

   - Nic a nic - zrezygnowanym głosem odpowiedział Dino. - Ale w tobie nadzieja.

   - No popatrz jeszcze raz.

   - A więc patrzę... i co widzę? Widzę tylko jakieś dziwne bohomazy. No już dobrze. Wstyd mi bardzo, ale muszę ci się przyznać, że teraz właśnie stwierdziłem, iż mam jeszcze jeden feler: nie umiem czytać... Ty, ty, ty, wróżko Szedar! Nie przyłożyłaś się tym razem do czarowania i wyszła ci jakaś niedoróbka. Dino-Niedoróbka! Fajnie brzmi, nie?

  - Dino-Ruazonid brzmi lepiej, prawda? - pytaniem na pytanie odpowiedziała Cecylka.

   - Poczekaj, poczekaj... to słowo przecież jest... no tak, ten, jak to powiedziałaś: „ruazonid", wypowiedziała wróżka Szedar w zaklęciu.

   - No właśnie. I popatrz teraz. Ja będę to słowo czytała wspak, czyli od tyłu. A więc czytam. Słuchaj uważnie. Powoli, literka po literce: d-i-n-o-z-a-u-r. No i co? Rozumiesz już? Ty jesteś przecież dinozaurem. Wróżka Szedar, wypowiadając zaklęcie nie mogła wiedzieć, że ja cię nazwę Dino. Ona wiedziała, że ty jesteś dinozaurem. A więc, dotykając ciebie swą czarodziejską różdżką użyła słowa dinozaur. A że zaklęcia muszą być zawsze nieco skomplikowane, by nie były zrozumiałe dla wszystkich, wypowiedziała je od tyłu. Więc dla niej się nazywasz: "Ruazonid". No popatrz na kartkę... tak się pisze twoje imię. A jak ono pięknie i tajemniczo brzmi!

   - Jaka ty jesteś mądra! - Dino pochwalił Cecylkę. - Nie wiem, czy sam bym na to wpadł. A więc na to wygląda, że ten feler, przestał być felerem. I to by oznaczało, że gdy zajdzie potrzeba, musisz mnie wołać Ruazonid, a nie Dino. Dobrze zrozumiałem?

   - Doskonale!

   - No to spróbujmy od razu czy to działa. Będę spokojniejszy. Schowaj się więc gdzieś daleko, żebym ciebie nie widział i zawołaj mnie imieniem nadanym mi przez wróżkę Szedar.

   - Nie dzisiaj. Jutro spróbujemy. Nie będę przecież latała teraz po nocy, bo wystraszę rodziców. Oni wszyscy siedzą ciągle na tarasie i jak mnie zobaczą, pomyślą że albo sfiksowałam, albo w najlepszym przypadku stałam się lunatyczką i wybrałam się na nocny spacer w promieniach księżyca. Lepiej ich nie martwić. Jutro popłynę w morze tak jak dzisiaj i spróbujemy...

   - Nie, nie, tylko nie to! - Dino przeraził się nie na żarty. - A jak próba nie wyjdzie? Co wtedy? Drugi raz nie przeżyłbym takiego szoku.

   - Nie martw się. Ja też nie mam zamiaru więcej się tak narażać. Popłynę tylko kawałek od brzegu, żeby mnie fale zasłaniały. No i wtedy zrobimy próbę generalną. W porządku?

   - No dobrze. Niech będzie - spokojniejszym już tonem powiedział Dino. - No to śpij już Cecylka. A ja jeszcze pomyślę sobie troszeczkę.

   - A o czym? Co cię jeszcze gnębi?

   - Nic, nic...

   - No mów Dino.

   - No wiesz, ten drugi feler, który pozostał jednak felerem.

   - Aha, to że nie umiesz czytać?

   - Yhmm...

   - Słuchaj Dino. Moja mama zawsze mi mówi, że w życiu nic nie jest nam dane z góry. I nic też nie przychodzi łatwo. Wszystkiego musimy się sami nauczyć i wszystko też sami sobie zapracować. I jak teraz widzimy, nawet za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, też nie wszystko łatwo przychodzi. Nie możesz więc wszystkiego oczekiwać. Niektórych rzeczy musisz się sam nauczyć.

   - A jak to się robi... no wiesz, to uczenie się czytania?

   - Posłuchaj, w domu ciągle mam mój elementarz z pierwszej klasy, więc jak wrócimy z wczasów, to nauczę cię czytać.

   - Kochana jesteś. Już się cieszę, że będę umiał czytać. Śpij już Cecylka. Śpijmy już. Ze zmęczenia padam na pyszczek.

   Na drugi dzień po śniadaniu, tłumy wczasowiczów znów ciągnęły w stronę nadmorskiej plaży. Cecylka z Emilką i z Dino (jak zwykle pod pachą) szła również w tym kierunku. Dziewczynki szły bardzo powoli, gdyż czekały na rodziców, którzy zawieruszyli się gdzieś pomiędzy straganami z owocami nieopodal promenady.

   Emilka zaczęła się już niecierpliwić, bo chciała zdążyć przed innymi i zająć miejsce niedaleko wieży ratowników wodnych. Emilka uwielbiała obserwować ich pracę. Po Cecylki akcji ratunkowej w stawie postanowiła w przyszłości zostać ratownikiem na basenie miejskim. Dlatego musiała przyglądnąć się z bliska jak ta praca wygląda. No i chciała też popytać co niektórych panów ratowników gdzie jest taka szkoła dla ratowników, i kiedy będzie mogła się do niej zapisać. Poprzedniego dnia siedzieli zbyt daleko od wieży, a sama nie miała odwagi tam podejść.  

   - Dzisiaj, żeby nie wiem co, a musimy rozłożyć koc, tuż pod wieżą ratowników. Celka, rozumiesz? - Emilka coraz bardziej się niecierpliwiła. -  Ja wiem, że to tobie trudno zrozumieć, bo ty jesteś urodzonym ratownikiem. Ja niestety ratowania muszę się nauczyć. Ale się nauczę, żeby też nie wiem co... Rozumiesz?! No gdzie oni są?

   - Ależ rozumiem doskonale. Dlatego wiesz co, pędź już pod tę wieżę. Ja tu sama poczekam na rodziców, i zaraz do ciebie dotrzemy - powiedziała Cecylka i schyliła się, aby zawiązać ciaśniej swoje ulubione tenisówki.

  Emilka pognała jak wicher. A Cecylka zajęła się zaciąganiem poluzowanych sznurówek. Nie bardzo jej to wychodziło, bo stale trzymała Dino pod pachą. Odstawiła go wreszcie na ziemię, a sama zadarła nogę na betonowy słupek i zaczęła rozprawiać się najpierw z jednym tenisówkiem, a po chwili zabierała się już za drugi... Gdy nagle, coś jej nad głową świsnęło. Cecylka się wystraszyła. Podniosła głowę do góry i zobaczyła trzech chłopców siedzących na rowerach i celujących z procy w zad Dino. Dino nie reagował, bo stał tyłem do chłopców i nic nie widział co się za nim dzieje. Cecylka zdenerwowała się. Zaczęła na chłopców krzyczeć. Oni jednak nic sobie z tego nie robili i celowali dalej. Jeden kamień, wystrzelony przez któregoś z chłopców, trafił w końcu Cecylkę w kolano. Cecylka upadła z jękiem na ziemię. Ale upadła za Dino, a nie przed. Dino więc nie mógł jej widzieć, ale słyszał doskonale, że coś niedobrego się dzieje. A jęk Cecylki przeszył jego serduszko niczym strzała z rozżarzonym grotem. Dino znów szalał wewnętrznie z trwogi. I już chciał się odwrócić do Cecylki, nie bacząc na konsekwencję złamania zakazu, gdy nagle poczuł, że coś go oderwało od ziemi i w zawrotnym tempie unosi coraz dalej od płaczącej Cecylki. Tego było już za wiele dla Dino. Już mu było obojętne, co z nim się stanie. Wiedział tylko jedno. Musi ratować Cecylkę, i to za wszelką cenę. Z wściekłości zrobił już głęboki wdech i już miał się odwrócić, by zobaczyć co go trzyma, gdy nagle wylądował gdzieś za kratami i zupełnie stracił widoczność. Najwyraźniej został czymś przykryty. Dino widział tylko ciemność i słyszał czyjś głośny śmiech. Co to było? Co to wszystko miało znaczyć?

   Okazało się, że gdy Cecylka leżała na ziemi, zwijając się z bólu, jeden z chłopców podjechał rowerem i porwał Dino. Przez moment trzymał go pod pachą, a potem wrzucił go do drucianego kosza, jaki miał przymocowany przy kierownicy, i przykrył go swoją bluzą. Chłopak pedałował jak szalony i przemykał się pomiędzy ludźmi, najpierw po promenadzie, a potem już po ulicach. Natomiast dwaj pozostali chłopcy jeszcze na promenadzie zrobili w tył zwrot i odjechali w przeciwnym kierunku.

   Cecylka ciągle leżała na ziemi, ale przestała już płakać, bo się zorientowała, że Dino może być przerażony. I tak ciągle jeszcze leżąc, zaczęła do Dino szeptać:

   - Tylko się nie martw o mnie. Ból już mi przechodzi. Wiem, wiem, sama sobie jestem winna, bo zapomniałem cię odwrócić w stronę tych łobuzów byś mógł ich poczęstować twymi wspaniałymi promyczkami. Ale to nic. Na pewno ich jeszcze spotkamy, albo nawet specjalnie za nimi poszukamy. A wtedy pozwolę ci na podwójną nawet „kreseczkę" i to dla każdego łobuza z osobna... Rozumiesz? Podwójna kreska oznacza w matematyce: wynik działania matematycznego, więc ty, do matmy dodasz jeszcze wychowanie, i dasz im ten „wynik" odczuć na ich własnej skórze. Niech sobie popamiętają... Matko moja, co ja plotę? Ból kolana uszkodził mi chyba mózg - wymamrotała Cecylka, ale już tylko do siebie, tak żeby Dino nie słyszał. I już chciała się do niego odwrócić, ale skojarzyła sobie nagle, że twarz ma mokrą od łez. Szybciutko więc zaczęła ją wycierać rękami. Nie chciała, aby Dino zobaczył że płakała.

   Wszystko to działo się na oczach wielu ludzi idących w stronę plaży. Lecz każdy był zajęty sobą i nikt nie reagował. No może parę tylko osób. Jeden pan nakrzyczał na chłopców, że nie mają prawa jeździć na rowerach po promenadzie. Jedna pani i pan schylili się nad leżącą na ziemi Cecylią i pytali się co jej się stało, ale nie czekając na odpowiedź, powiedzieli że ma wstać i pójść do swoich rodziców. Jedynie tylko jedna starsza pani chciała podnieść Cecylkę z ziemi. Ale gdy Cecylka powiedziała, że nic takiego jej się nie stało i już sama wstaje, starsza pani odeszła. A odchodząc, powiedziała: - „Masz rację dziecko, bo w tak piękną pogodę szkoda czasu na mazgajstwo".

   Cecylka z otartą już od łez twarzyczką, wzięła głęboki wdech i parę razy poćwiczyła mimikę twarzy, by „przykleić" na niej taki grymas, który najbardziej będzie podobny do uśmiechu. Wreszcie udało jej się wybrać najlepszy, więc natychmiast odwróciła się w stronę Dino i... serce jej zamarło. Miejsce po Dino było puste. Cecylka zaczęła przeraźliwie krzyczeć:

   - Dinoooo! Dinoooo! Dinoooo...! Gdzie jesteś Dino?! Kto mi zabrał Dino?! Łapać złodziejaaaa!!!

   Przechodzący ludzie robili wielkie oczy i patrzyli na Cecylkę jak na jakąś zjawę nie z tej planety. Zaś jeden chłopak, ze śmiechem podskoczył do Cecylki, i naśladując dźwięk bijącego dzwonu, nawrzeszczał jej prosto do ucha: - „Ding-dong-ding-dong! Obudź się mała, bo śnisz o jakimś złodzieju. A złodzieja nie ma! Ding-dong-ding-dong! Cha, cha, cha!".

   Tym razem Cecylka nie wytrzymała. Zdenerwowała się okropnie. I jak nie wrzaśnie:

   - R u a z o n i d!!!

   To co się potem stało, przeszło wszelkie oczekiwania. Chłopiec odskoczył od Cecylki jakby go prąd poraził i zaczął uciekać jak oszalały. Przechodzący ludzie wytrzeszczyli oczy i przyśpieszyli kroku. A Cecylka zerwała się na równe nogi i poczuła w sobie ogromną energię. Ból kolana minął momentalnie. Nagle zakręciła się wokół własnej osi z taką siłą, że aż tumany kurzu się uniosły. I zanim opadły, Cecylka gnała już przed siebie szybkością torpedy. Gnała najpierw promenadą, urządzając pokazowy slalom pomiędzy idącymi ludźmi. Potem wpadła na ulicę, i przeskakując przez zaparkowane na niej auta, pędziła przed siebie dalej i dalej. Cecylka w pierwszej chwili nie zdawała sobie sprawy gdzie jej nogi - w takim tempie - ją niosą. Ale ta chwila była krótka, bo zaraz skojarzyła sobie - gdzie. Więc dodała „gazu". Nie minęło dużo czasu, a Cecylka zobaczyła przed sobą chłopca jadącego na rowerze. Coś kazało jej pędzić właśnie za nim. I gdy doganiała już rowerzystę, nagle stała się rzecz przedziwna.

   Chłopiec na rowerze raptownie się zatrzymał, hamując z piskiem opon. A zatrzymał się z powodu drucianego kosza przy kierownicy, w którym ni stąd, ni zowąd, coś przeciągle i złowieszczo zaryczało. Chłopiec stał przez moment bez ruchu, jakby go w ziemię wmurowało. Ale po chwili rzucił rower i tempem iście olimpijskim pognał przez ulicę. Wreszcie zniknął pomiędzy domami i tyle było go widać.

   Cecylka doskoczyła do leżącego na ulicy roweru, jednym ruchem ręki odsłoniła koszyk i z promienistym uśmiechem zawołała:

   - No, próba generalna się powiodła! Kochany Dino-Ruazonid, jesteś! I ja jestem. I to cała i zdrowa. Bez wątpienia o to chodziło wróżce  Szedar. Mój ty kochany, chodź, niech cię uścisnę.

   - Cecylka! Kochana Cecylka! - wołał Dino w ramionach dziewczynki. - Próba udana. A powiedz, nie boli już ciebie?

   - Coś ty. Nic a nic nie boli.

   - Ale bolało - powiedział Dino ze zmartwioną miną. - Gdybyśmy sobie szybciej przypomnieli o naszej próbie generalnej, to nie musiałabyś w ogóle cierpieć, bo od razu rozprawilibyśmy się z tymi łobuzami.

   - Nie ma nic złego, co by na dobre nie wyszło - rzekła Cecylka. -Tak zawsze mówi moja mama. A teraz ja mówię. Bo wiesz, myślę że gdybyśmy od razu przepędzili tych łobuziaków, to oni może i daliby nam spokój, ale zrobiliby krzywdę komuś innemu. A tak, my damy im taką nauczkę, że sobie popamiętają i nie będą już mieli ochoty krzywdzić innych. Wierzę, że tego chciała wróżka Szedar. Bo popatrz, mnie już nic nie boli. Ani śladu po spuchniętym kolanie. Więc jak to chciałbyś wytłumaczyć?

   - Chyba masz rację.

   - Nie chyba, a na pewno. Bo po co wróżka Szedar dawałaby nam czarodziejską moc? No, wszystko jest jasne. Zabierajmy się więc do działania. Wsiadaj z powrotem do kosza i jedziemy do rodziców.

   - No coś ty? Chcesz zabrać temu łobuzowi rower?

   - Nie inaczej. Sprawa łobuzów jest przecież niezakończona. Więc musi być ciąg dalszy, nie? Ten łobuz, co ciebie porwał, na pewno będzie szukał za swoim rowerem. Dotrze więc sam do nas, a wtedy my, przy pomocy rodziców, damy mu do zrozumienia, że bardzo brzydko postąpił. A tych pozostałych dwóch chłopaków, co strzelali do nas z procy, odnajdziemy później, i też damy im jakoś do zrozumienia, że nie wolno strzelać do nikogo. No co? Zgadzasz się?

   - No jasne. Pięknie to wymyśliłaś. Sam bym lepiej nie wymyślił. A więc ładuj mnie do kosza Cecylko i jedźmy już do twoich rodziców. Ale jedź pomału, bo chciałbym zobaczyć miasto... Poczekaj, poczekaj jeszcze... Ty, popatrz, co tu na ramie roweru pisze? Ojej, pisze: K a z i k... Aha, rozumiem! Ten chłopak nazywa się Kazik.

   - Nie wierzę! Ty umiesz czytać! A mówiłeś, że nie umiesz. Żartowałeś sobie tylko ze mnie, nie?

   - Gdzieżbym śmiał! - zaśmiał się Dino. - Wczoraj w nocy, kiedy ty smacznie spałaś, uczyłem się liter z tej kartki, na której wypisałaś zaklęcie wróżki Szedar.

   - Niesamowite. I umiesz już czytać. W jedną tylko noc się nauczyłeś.

   - Oj, nie przesadzaj Cecylko. Chyba w zaklęciu wróżki Szedar nie ma wszystkich liter, które trzeba znać, by umieć wszystko czytać?

   - No nie.

   - Więc nie mów, że ja umiem już czytać. Ale mam do ciebie prośbę. Napisz mi na kartce dzisiaj przed spaniem wszystkie brakujące litery alfabetu, to ja przez noc „wgryzę" się w nie i jutro poczytam ci do poduszki twoją ulubioną książkę o Pippi Pończoszance.

   - Wspaniale! Niech będzie i o Pippi Pończoszance. Jaka to w końcu różnica jak się nazywa tę wesołą dziewczynkę, skoro...

   - A co? Coś pomyliłem?

   - Nie, nie, wszystko pasuje - zaśmiała się wesoło Cecylka i włożyła Dino do koszyka wyścielonego bluzą Kazika. - A więc w porządku, wieczorem napiszę ci całe abecadło. I już się niezmiernie cieszę na twoje jutrzejsze czytanie do poduszki... No co, wygodnie ci na Kazikowej bluzie?

   Cecylka z wielką przyjemnością pedałowała na rowerze. Dino miała przed sobą i mogła z nim swobodnie rozmawiać. Nikt nie zwracał na nich uwagi. Jechali powoli, spacerowym tempem. Mogli więc podziwiać przepiękne nadmorskie kafejki z bajecznie udekorowanymi tarasami i z różnokolorowymi parasolami. Obserwować krzątających się wokół ludzi. Wdychać zapachy potraw przygotowywanych w restauracjach. Zapachy przyulicznych smażalni ryb, albo frytek, albo też placków ziemniaczanych. Zapachy smażonych naleśników, tudzież pączków, a gdzie indziej wyrabianej waty cukrowej. A te słodko-waniliowe zapachy sprawiały im największą przyjemność, więc z wielką lubością wciągali je w swoje nozdrza. Wszechobecna była też muzyka. I prawie wszędzie było słychać tę samą muzykę: przeboje „Lata z Radiem". I tak rozkoszując się wszystkim tym co zobaczyli, poczuli i usłyszeli, dojechali do promenady. Na promenadzie Cecylka zeskoczyła z roweru i zaczęła go prowadzić. Dino nakazała już milczenie. Sama zaś podśpiewywała usłyszane na ulicy przeboje „Lata z Radiem". Połączyła je według własnego uznania w jedną „muzyczną wiązankę" i zabłysła przed Dino swoim talentem piosenkarskim, zawodząc, i fałszując niemiłosiernie. Dino nie miał wyjścia i musiał słuchać. Ale chwilami miał takie wrażenie, że mu uszy puchną. I wtedy miał nieodpartą ochotę naciągnąć swój berecik aż po samą szyję. Niestety nie mógł. Słuchał więc dalej.

   Cecylka ze śpiewem na ustach dopchała rower wraz z Dino do tego miejsca na promenadzie gdzie było zejście na plażę. I tam na szczęście zobaczyła swoich rodziców, którzy zawzięcie dyskutowali o czymś z rodzicami Emilki. Jakie było rodziców Cecylki zdziwienie, kiedy zobaczyli własną latorośl z rowerem. Cecylka wszystko im grzecznie opowiedziała, pomijając oczywiście temat czarodziejskiej mocy i zaczarowanego Dino. Chociaż o Dino mówiła, a owszem. Ale mówiła o Dino-pluszaku, ma się rozumieć. Mama Cecylki, słuchając jej opowieści, wystraszyła się bardzo i natychmiast przystąpiła do badania jej kolana. Ale nic nie wybadała. Więc się ucieszyła, lecz po chwili zaczęła się córce baczniej przyglądać. 

   - I ty sama dałaś sobie radę z tymi łobuzami? - nie dowierzała.

   - Udało mi się. Zna się tych parę chwytów karate, no nie?

  - Zawsze mówiłem, że nasza córka to zuch-dziewczyna - chwalił Cecylkę tato.

   - O, przepraszam! Już harcerka... od przyszłego roku szkolnego - zaśmiała się Cecylka.

   - Wiesz Cela, a z tym rowerem, to miałaś dobry pomysł - tato znów pochwalił córkę. - Zrobimy tak: zaprowadzimy rower do domu wczasowego i poprosimy recepcjonistkę, aby pozwoliła nam go przechować w ich piwnicy. A my będziemy cierpliwie czekać na łobuziaka. Zjawi się na pewno. Nie odpuści. Przecież rower, to nie proca. I wtedy nauczymy go moresu. A tych dwóch strzelców wyborowych też jeszcze dorwiemy. I z ich proc zrobimy sobie wspaniałe widełki na kiełbaski do grilla.

   Powiedziane, zrobione. Przynajmniej pierwsza część zamierzenia została zrobiona. Rower stał w piwnicy domu wczasowego, a Cecylia wraz z tatą i z Dino pod pachą wracała już do czekającej na nich mamy i rodziców Emilki. Po chwili wszyscy razem schodzili po schodkach na plażę. A na plaży czekała na nich bardzo zniecierpliwiona już Emilka.

   - No jesteście wreszcie! - zawołała Emilka na widok przybyłych. - Jak długo można na was czekać? Sterczę tu sama jak kołek u płotu i bez przerwy zaglądam za wami, a was jak nie ma, tak nie ma!

   - Małe sprostowanie córeczko - zaśmiał się tato Emilki. - Po pierwsze: nie sterczałaś tak całkiem jak kołek u płotu, bo okrążałaś tę wieżę ratowniczą niczym satelita. Po drugie: nie zaglądałaś bez przerwy za nami, bo wpatrywałaś się w ratowników WOPR- u. A po trzecie: mieliśmy ciebie cały czas na oku stamtąd... z góry, bo staliśmy bez przerwy przy schodach.

   - Nie!

   - A tak!

   - A ty Celka, to czemu tam z nimi stałaś i do mnie nie przyszłaś? - Emilka drążyła temat stania.

   - Ja nie stałam - odpowiedziała Cecylka.

   - Nie, ona nie stała - potwierdził tato Cecylki. - Ona uganiała się za łobuzami.

   - Nie?!

   - A tak! - znów zapewnił córkę tato Emilki.

   - Pozwól Emilko, że usiądziemy tu koło ciebie pod tą wspaniałą wieżą i opowiemy ci całą historię - powiedział tato Cecylki. - A jest co słuchać, bo historia była iście wystrzałowa.

   Tato Cecylki opowiadał, a Cecylka tylko czasami dorzucała coś do jego opowieści. I tylko wtedy, kiedy tato jej kazał.

  Emilka, słuchając wszystkiego robiła wielkie oczy i z podziwem wpatrywała się w swoją przyjaciółkę.

   - Celka, ty jesteś niesamowita - Emilka huknęła przyjaciółce do ucha, kiedy opowieść była już zakończona i dorośli zajęli się już sobą. - Ja jeszcze nie nauczyłam się ratownictwa wodnego, a ty już rozbijasz szajkę łobuzów na lądzie? Nie, nie mam najmniejszych szans, aby ci dorównać.

   - A kto ci powiedział, że w ogóle masz komukolwiek dorównywać? - powiedziała Cecylka i przytuliła Emi do siebie. - Dorównywać komuś... co to znaczy? Bądź po prostu sobą, i tyle. No popatrz, ty umiesz wspaniale rysować i malować, a ja ni w ząb. I co, muszę na zabój uczyć się malarstwa, by ci dorównać? Ani mi się śni. Diabli by mnie wzięli, gdybym musiała robić coś, w czym nie czuję się pewnie.

   - No to co w końcu? Mam odpuścić i zapomnieć o ratownictwie wodnym? - dopytywała się Emi.

   - O wodnym i o każdym innym...

   - Nie gadaj!

   - A gadam!

   - No i co mam robić?

   - Wszystko inne co lubisz. Nie musisz ratować innych, możesz innych uszczęśliwiać. A twoim malarstwem możesz robić to zawsze.

   - Ale ty jesteś mądra Cecylko! - zawołała Emi, baczniej wpatrując się w przyjaciółkę. - A właściwie stałaś się mądra... no wiesz... chciałam powiedzieć, że od kiedy wakacje się zaczęły, zaskakujesz mnie bez przerwy. Czasami mi się wydaje, że mam kogoś dorosłego przy sobie.

   - Przesadzasz Emi - zaśmiała się Cecylka i spod oka popatrzyła na Dino.

   Słowa Emilki najpierw bardzo Cecylkę zdziwiły, ale po chwili zaczęła się nad nimi zastanawiać. I kiedy tak, dumając, głębiej się w siebie wczuła, sama przed sobą musiała przyznać, że od kiedy Dino zagościł w jej domu, czuje się doroślejsza, no i jak gdyby nieco mądrzejsza. Cecylka, rozmyślając o tym wszystkim, patrzyła na Dino, który siedział na kocu pomiędzy jej rodzicami. I nagle, ku wielkiemu jej zdziwieniu, zauważyła, że uśmiech na jego pyszczku wyraźnie się poszerza. Czyżby umiał czytać w jej myślach?

  Drugi dzień na wczasach był równie piękny jak pierwszy. Pogoda wymarzona. Słońce grzało przyjemnie. Leciutki wiaterek rozwiewał włosy. Morze szumiało i wyrzucało na ląd spienione fale. A fale mieszały się z przybrzeżnym piaskiem i z wielkim łoskotem na powrót cofały się w głąb morza. Przyjemnie słuchało się tej „orkiestry" morskiej, która wraz z akordami krzyczących mew wprowadzała wszystkich w niezwykły nastrój. A tego jakże wspaniałego nastroju nic nie było wstanie zmącić, nawet wrzaski i piski co niektórych zbyt rozwydrzonych wczasowiczów.

   Cecylka wpatrywała się w morze i wszystkimi zmysłami chłonęła jego piękno. Woda wciągała ją jak magnes. Zapomniała już o niemiłej przygodzie z poprzedniego dnia i postanowiła wziąć udział w pływaniu na czas, które organizował znów jej tato. Już chciała rzucić się w fale, nie czekając zanim tato omówi warunki pływania z szanowną komisją sędziowską w składzie dwóch mam, gdy nagle o czymś sobie przypomniała. Złapała za Dino i wcisnęła go mamie pod pachę. Mama najpierw się żachnęła, ale gdy przypomniało sobie o jego wczorajszym porwaniu, bez żadnego już ale, ścisnęła go mocniej pod pachą.

   Cecylka pływała jak ryba, i to zadowolona ryba. Bo według szanownych sędzin jej czas w pływaniu znacznie się poprawił. Emilki czas również się poprawił, ale nie aż tak znacząco jak Cecylki. Dwaj tatowie mieli też niezły czas, ale ich czas stał w miejscu. Ani się nie pogarszał, ani nie poprawiał. - „Ot, wiekowy zastój!" - skomentował swój wynik tato Cecylki.

   Później były różne gry piłką plażową. Rzucanie „latającym talerzem" na wydmach. Biegi wzdłuż linii brzegowej, od jednej wieży ratowników WOPR-u, do drugiej. A jeszcze później wszyscy zajęli się budową ogromnych fortec i zamków z piasku. I ta zabawa właśnie, najbardziej spodobała się Dino. Bo nie dość, że było co podziwiać, gdyż budowle wyglądały imponująco, to jeszcze wszystkich mógł mieć na oku. Zwłaszcza Cecylkę.

   Ruch i świeże powietrze sprawiło, że wszyscy poczuli się nagle głodni jak wilki morskie. Nikt jednak nie miał ochoty się przebierać i iść do domu wczasowego na obiad. Każdy uważał tę wędrówkę za stratę czasu. I wtedy tato Cecylki wpadł na pomysł, aby w tych dniach, kiedy nie będą mieli ochoty porą obiadową iść do stołówki, raz mamy szły po coś z obiadu, a raz tatowie. No i żeby w czym się tylko da, i co się tylko da,  przynosić na plażę. Potem zagrali w marynarza i wyszło na to, że to mamy jako pierwsze muszą maszerować po obiad. No i mamy chcąc nie chcąc, pomaszerowały. 

  Ledwie minęło pół godziny, a delegacja mam była już z powrotem. W trzech plastikowych pojemnikach przytachały same pyszności: wielowarzywną sałatkę, ziemniaczki i chrupiące, panierowane kotleciki z jaj. Wszyscy od razu rzucili się na mamy, a właściwie na zawartość pojemników trzymanych w ich rękach. Obydwie mamy ze śmiechem próbowały odpędzić od siebie te głodomorki morskie, ale im to ciężko szło. W końcu się udało. Postawiły więc wszystkie pojemniki na koc i każdy już kulturalnie zabrał się do nakładania sobie wszystkiego po kolei na plastikowe talerze, no i wreszcie, z wielkim apetytem do jedzenia.

  Po tak wspaniałym posiłku na wolnym powietrzu, wszystkim znów przyszła ochota na pływanie. Mama Cecylki nakazała jednak półgodzinną sjestę poobiednią. Bo z pełnymi brzuchami niebezpiecznie jest wchodzić do wody. Na pokaźnych rozmarów kocu zrobiło się ciasno od leżących pokotem ciał dwóch rodzinek. Trzeba było rozłożyć jeszcze dwie maty. A te, szybko zostały zajęte przez głowy rodzin, które skokiem iście tygrysim znalazły się na nich i z głośnym westchnieniem wyłożyły swe ogromne ciała.

   Po krótkiej sjeście wszyscy znów z wielką ochotą zażywali kąpieli morskiej i baraszkowali po piasku. Czas upływał wszystkim na samych przyjemnościach. Wreszcie upłynął na tyle, że przyszła pora wracać do domu wczasowego na kolację. Jeszcze ostatni skok w spienione fale i po chwili wszyscy byli już gotowi do odmarszu.

   Po drodze do domu wczasowego ustalili, że po kolacji wybiorą się na długi spacer po plaży. Zamierzali dotrzeć aż do odległej o sześć kilometrów latarni morskiej. I tak rozmawiając na temat planów na resztę dnia, docierali do domu wczasowego, gdy nagle Dino cichutko zamruczał Cecylce pod pachą. Cecylka, przeczuwając że to jego mruczenie coś oznacza, zaczęła się rozglądać wkoło. I wtedy zauważyła porywacza Dino, Kazika, który czaił się za murem, tuż obok bramy wejściowej. Natychmiast doskoczyła do taty i go o tym poinformowała. Tato nakazał wszystkim udać się na kolację, a sam wraz z tatą Emilki poszedł w stronę czającego się Kazika.

   - Hej, chłopcze! - zawołał tato Cecylki, kiedy tylko doszli do bramy. - Czy ty nie wiesz przypadkiem, kto zgubił rower? Wiesz, bo my znaleźliśmy taki jeden i nie wiemy co mamy z nim zrobić.

   - To ja, to ja zgubiłem, proszę pana! - z uszczęśliwioną miną zawołał Kazik i momentalnie wyskoczył zza muru. - Gdzie on jest? Chcę go zabrać.

   - Poczekaj no chwileczkę, zaraz ci go dam, ale najpierw mi powiedz jak się nazywasz i jak twój rower wygląda.

   - Nazywam się Kazik, a mój rower jest cały czarny i na ramie ma wypisane moje imię. Aha, no i na kierownicy jest zawieszony taki druciany koszyk.

   - No, dobra informacja. Ale powiedz mi jeszcze Kazik, czy jest ktoś, kto mógłby potwierdzić to co mówisz? Nie to, żebym ci nie wierzył. Wierzę. Ale wiesz, formalności musi stać się zadość.

   - Kostek! Rychu! Wyłaźcie!!! - tubalnym głosem huknął Kazik, gdzieś w stronę pobliskich drzew.

   Przez moment nikogo nie było widać. Ale kiedy Kazik zawołał jeszcze raz i poprawił swoje nawoływanie przeciągłym gwizdem na palcach, zza drzew zaczął się wyłaniać najpierw jeden chłopak z rowerem, a potem drugi. Obydwaj uśmiechali się niepewnie i powoli, prowadząc swoje rowery, szli w kierunku wzywającego ich Kazika.

   - No ruszcie się chłopaki! Idziecie jak na skazanie - ponaglał Kazik swoich koleżków. - Ten pan... i ten drugi też, znalazł mój rower. Musicie tylko powiedzieć, że to mój... i sprawa załatwiona. A potem możemy już jechać do... no wiecie gdzie!

   - No właśnie chłopaki, chodźcie wszyscy z nami do piwnicy, gdzie schowaliśmy rower, a tam powiecie nam, czy to jest rower waszego kolegi - tato Cecylki potwierdził słowa Kazika. - No a potem możecie sobie jechać do... no wiecie gdzie!

   Całą piątką, z dwoma rowerami, weszli na plac domu wczasowego. I kiedy zbliżali się do drzwi wejściowych, tato Cecylki powiedział, aby Kostek i Rychu zostawili swoje rowery pod opieką jego przyjaciela i wtedy w czwórkę zejdą do piwnicy. Chłopcy chcieli jak najszybciej mieć z głowy te idiotyczne formalności i pojechać sobie spokojnie tam, gdzie zamierzali. Dlatego od razu przystali na tę propozycję  i odstawili swoje rowery obok ławki, na której usiadł tato Emilki. Wtedy tato Cecylki puścił oczko do swojego przyjaciela i sam wszedł z chłopakami do środka. Podszedł do recepcji i porosił panią recepcjonistkę o klucz z piwnicy. Po chwili wszyscy byli już na dole. Na widok stojącego tam roweru, trzej chłopcy od razu zaczęli skakać z radości, by potwierdzić jego przynależność. A Kazik złapał za kierownicę i zaczął wyprowadzać rower po schodach na górę. Ojciec Cecylki, widząc to, uśmiechnął się i zatrzymał Kazika.

   - Nie śpiesz się tak Kazik, bo muszę ci coś jeszcze powiedzieć. Wam wszystkim muszę coś powiedzieć. Pamiętacie co robiliście dzisiaj przed południem? No co, pamiętacie...? Widzę, że tak. Chociaż nie odpowiadacie, wasze pobladłe twarze świadczą o tym. A więc posłuchajcie. Nie muszę wam chyba mówić, że zachowaliście się skandalicznie. Że waszym zachowaniem sprawiliście komuś ból i wielką przykrość. Że sami nigdy nie chcielibyście, aby wam ktoś sprawił podobny ból i podobną przykrość. No i wreszcie, że wasze zachowanie jest karygodne. Bo nie ma winy bez kary. Każdy kto jest winny czyjeś krzywdy, musi ponieść karę. Jak nie dziś, to jutro. Jak nie jutro, to kiedyś w przyszłości, ale ponieść ją musi na pewno. Więc ja dam wam szansę, byście mieli tę karę jak najszybciej z głowy i nie musieli czekać na nią. Bo to przecież żadna przyjemność nie móc żyć spokojnie tylko myśleć codziennie o karze, która jest nieunikniona. Zrobimy więc tak: wasze rowery pozostaną w domu wczasowym, a  my pójdziemy na plażę pozbyć się waszej kary. A potem zobaczymy, co dalej.

   Chłopcy byli przerażeni. A czy byli zawstydzeni? Nie. To uczucie było im obce. Myśleli tylko o własnej skórze. Strzelali po sobie oczami i czuli jak skóra im coraz bardziej cierpnie. Piwnicę opuszczali bez słowa, człapiąc ciężko po schodach za tatą Cecylki.

   Kiedy znaleźli się już na górze, tato Cecylki podszedł do recepcji i poprosił panią recepcjonistkę o sześć dużych worków. Gdy je otrzymał, każdemu z chłopców wręczył po dwa worki. Wyszli na zewnątrz. Tato Emilki czekał tam na nich wytrwale. Naturalnie - bez rowerów. Zdążył je skrzętnie ukryć. No i całe męskie grono ruszyło w stronę plaży.

   Dziewczynki wraz z mamami widziały przez okno stołówki wychodzących chłopców i swych ojców. Były zaskoczone tym, że idą wszyscy razem i to jeszcze nie wiadomo gdzie. Ale wreszcie mamy wytłumaczyły im, iż ich ojcowie już na pewno dobrze wiedzą co mają z chłopcami zrobić. Zdały się więc na ojców i czekały co będzie dalej. Czas zaczął im się dłużyć, więc pobiegły do swoich pokoi i w szybkim tempie powsypywały do dużej miski różne kruche ciasteczka i zeszły z nią na plac domu wczasowego. Usiadły na ławeczce i czekały dalej. Ich mamy gdzieś znikły, ale za chwilę na powrót się pojawiły, niosąc dwa duże talerze pełne kanapek. Po czym też usiadły na ławeczce, obok dziewczynek.

   Minęły dobre dwie godziny zanim w bramie wejściowej na plac domu wczasowego pojawili się ojcowie dziewczynek wraz z trójką chłopców. Każdy z nich taszczył przed sobą pękaty wór. Tato Cecylki niósł nawet dwa wory. Wszyscy zasapani i spoceni poszli z tymi worami prosto pod wiatę, gdzie stały kontenery na śmiecie. Tam ułożyli je jeden na drugim, otrzepali się nawzajem z kurzu i podeszli do siedzących na ławce dziewczynek i ich mam.

   - No, kara została poniesiona! - zawołał tato Cecylki, prowadząc przed sobą chłopców. - A więc chłopaki, co jeszcze wam pozostało do zrobienia?

   - Odebrać nasze rowery! - szybko odpowiedział za wszystkich Kazik.

  - To na samym końcu. A wcześniej? Zapomnieliście już? - dalej dopytywał się tato Cecylki.

   - Przeprosić tę dziewczynkę, co tu siedzi - domyślił się wreszcie Kazik.

   - No to przepraszajcie! - polecił tato Emilki. - Na co czekacie?

   - Przepraszamy! - chórem wybąkali chłopcy.

   - Przeprosiny przyjęte! - zawołała uradowana Cecylka i poderwała się z ławki. - Cześć chłopcy! Ja nazywam się Cecylka, a to moja przyjaciółka Emilka. A to nasze mamy. Proszę, poczęstujcie się naszymi kruchymi ciasteczkami.

   - Poczekaj córeczko - powiedziała mama Cecylki. - Mężczyźni są na pewno bardzo głodni po tak ciężkiej pracy. Niech zaczną więc od kanapek.

   - Otóż to, kochana żono! - przyznał mamie rację tato Cecylki i uśmiechnął się promieniście do trójki chłopców. - Nasza plaża lśni dzisiaj, że ho, ho! A lśni nie tylko promieniami zachodzącego słońca, lśni przede wszystkim czystością... No chłopaki, siadajcie gdzie się da i zabierajcie się za jedzenie. I nie krępować się, tylko zajadać.

   Chłopcy byli tak zaskoczeni, że nie wiedzieli już, czy to zaproszenie do wspólnego jedzenia jest prawdziwe, czy to może znów jakiś podstęp. Stali więc dalej bez ruchu i łypali tylko oczami na wszystkich. A zwłaszcza na Cecylkę i jej ojca.

   - Kazik siadaj tu koło mnie - powiedziała Cecylka i zdjęła z ławki Dino, by zrobić chłopakowi miejsce. - A wy chłopcy, siadajcie tu na murku obok ławki. O właśnie! Tak jest dobrze. Chłopcy, czy ja mogę wiedzieć jak wy się nazywacie? No bo imię Kazika już znam, z jego roweru. A waszych imion jeszcze nie.

   - Ja się nazywam Rysiek.

   - A ja, Konstanty.

   - Bardzo miło was poznać - powiedziała Cecylka i podeszła do każdego z osobna z talerzem pełnym kanapek.

   Chłopcy jedli chętnie, a jedząc obserwowali wszystkich dookoła. Czasami odpowiadali na zadane przez kogoś pytanie i jedli dalej. Widać było, iż musieli być niesamowicie głodni, gdyż kanapki z dwóch talerzy zniknęły w mig. Nawet duża miska po kruchych ciasteczkach, po chwili stała już pusta. Wtedy obydwaj ojcowie oddalili się i po paru minutach pojawili się z trzema rowerami. Tato Emilki przyprowadził - nie wiadomo skąd - rower Ryśka i Konstantego, a tato Cecylki przyprowadził rower Kazika - wiadomo skąd - z piwnicy. Chłopcy ucieszyli się bardzo na widok swoich rowerów, ale nie bardzo już im się chciało odchodzić i jechać tam gdzie wcześniej zamierzali jechać. Dobrze się poczuli wśród tych ludzi, którzy powinni być na nich źli, a nie są, tylko z nimi miło rozmawiają. To było dla nich dziwne i niespotykane wrażenie, ale przede wszystkim bardzo, bardzo miłe.

  - Fajne z was chłopaki - powiedział tato Cecylki, kiedy chłopcy szykowali się wreszcie do odejścia. - Polubiłem was, ale żebym mógł was jeszcze bardziej lubić, to wiecie co macie zrobić.

   Chłopcy nie od razu zrozumieli o co chodzi tacie Cecylki. Wtedy on pomógł im zrozumieć. Podszedł do nich i wyciągnął otwarte dłonie w ich kierunku. No to już zrozumieli, bo poczerwienieli na twarzach jak piwonie. Czyżby uczucie wstydu się w nich obudziło? Sięgnęli rękami do kieszeń swoich spodni i wyciągnęli z nich proce. Po czym z niewyraźnymi minami (sprawiającymi wrażenie chyba jednak zawstydzonych min), położyli je na olbrzymich dłoniach tata Cecylki i szybko wsiedli na rowery. I już mieli odjeżdżać, ale jeszcze się na moment zatrzymali. Poszemrali coś tam między sobą, a potem Kazik się odwrócił i zawołał:

   - Przepraszamy cię Cecylko! Państwa też przepraszamy!

   - Już dobrze chłopaki. Wszystko już w porządku - w odpowiedzi na przeprosiny powiedziała Cecylka. - A jak będziecie mieli ochotę z nami pogadać, albo w coś pograć, to już wiecie gdzie mieszkamy, no i na którą plażę chodzimy.

   - Wiemy, wiemy! - chórem zawołali chłopcy i odjechali.

   - Wiedzą, wiedzą. Doskonale wiedzą, bo pracowali na naszej plaży w pocie czoła i wysprzątali ją co do jednego śmiecia - zachichotał tato Cecylki. - Chodźmy już na kolację, bo umieram z głodu.

   - No coś ty! Stołówka już posprzątana i zamknięta - mama Cecylki zakomunikowała gorzką prawdę.

   - To co będzie z nami? Jesteśmy głodni. Ja zdążyłem zjeść tylko jedną kanapkę. Chyba nie myślicie, że mi to wystarczy? - zmartwił się tato Emilki.

   - Nie myślimy. Idziemy do baru na ryby - tato Cecylki pocieszył tatę Emilki i samego siebie.

   Plany na spędzenie reszty dnia musiały ulec zmianie. Spacer do latarni morskiej, ze względu na porę, odłożono na dzień następny. Wszyscy zaś powędrowali do baru rybnego, aby napełnić żołądki obu ojców. Potem pochodzili trochę po nadmorskich uliczkach, popijając z kubeczków sok marchewkowy świeżo wyciśnięty w pijalni soków, posłuchali muzyki ulicznych grajków, i przyszła pora wracać.

   W domu wczasowym rodzicie znów zasiedli na tarasie, a dziewczynki omawiały miniony dzień w łóżku Emilki. A było co omawiać. Obydwie dziewczynki były zadowolone z nauczki, jaką ich ojcowie dali tej trójce łobuziaków. Ale zadowolone były też, że poznały tę trójkę i razem doszły do wniosku, że warto by było czasem z chłopakami się spotkać, no i może pobawić się z nimi. Mieliby wtedy mniej czasu na łobuzowanie, więc może byłaby szansa, że całkiem zapomną o łobuzerstwie?

   Po pół godzinie omawianie musiało zostać przerwane, bo Emilce oczy same się zamykały. Chociaż ona sama jeszcze bardzo chciała omawiać dalej. Cecylka pocieszyła ją, że w następnym dniu omawianie wznowią. Po czym chwyciła Dino pod pachę i szybciutko pobiegła do swojego pokoju, gdyż była ciekawa jak Dino poradził sobie z abecadłem.

   W pokoju Cecylki okazało się, że Dino poradził sobie wyśmienicie i bezbłędnie przeczytał Cecylce cały rozdział o przygodach Pippi. Cecylka była zachwycona i nie szczędziła pochwał. No to Dino rozochocony pochwałami zabrał się za czytanie następnego rozdziału. Lecz ledwie otworzył swój pyszczek, aby przeczytać pierwsze słowo, usłyszał cichutkie pochrapywanie Cecylki. To nie czytał już dalej. Postanowił wznowić czytanie w następnym dniu. Przytulił się do Cecylki i też usnął.


   Mijał dzień za dniem. Wczasy dobiegły końca. Cecylka spakowana i przygotowana do podróży, siedziała na ławeczce przed domem wczasowym i czekała na guzdrzącą się Emilkę. Miały pobiec jeszcze na plażę, by pożegnać się z morzem.

   Natomiast rodzice Cecylki i Emilki kursowali po schodach tam i z powrotem i znosili ciężkie walizy do samochodów. Cecylka pomagała wcześniej rodzicom, ile tylko mogła. Sama też zapakowała wszystkie swoje rzeczy do bagażnika. Ale potem dostała inne zadanie od rodziców. A mianowicie: siedzieć na ławce i pilnować samochodów, zanim guzdralska Emi nie zejdzie na dół. Siedziała więc Cecylka na ławce z Dino na kolanach i rozmyślała o całych dwutygodniowych wczasach. O wspaniałych dniach, jakie spędziła nad morzem.

   Chociaż wszystkie te dni były do siebie podobne, to jednak każdy był inny. Każdy przynosił ze sobą wiele różnych, niezapomnianych atrakcji. I nie było mowy o żadnej nudzie. Codziennie rano wstawali bardzo wcześnie, by już z pierwszą turą wczasowiczów zjeść śniadanie w stołówce. Potem szli na plażę i tam pozostawali do wieczora, gdyż ani razu nie chciało im się opuszczać plaży ze względu na obiad. No może tylko dwa razy spożyli obiad w stołówce. W tych jedynych dwóch dniach, kiedy padał deszcz. Pozostałe zaś dni były słoneczne i upalne, więc wszystko kręciło się wokół plaży. Wspaniałe to były chwile. Dziewczynki zaprzyjaźniły się z trójką chłopców, którzy następnego już dnia, po ich wielkiej „wpadce", zjawili się na dobrze znanej im plaży. Na początku nieśmiało podchodzili do Cecylki i Emilki, ale po kilku chwilach nabrali śmiałości. Zwłaszcza wtedy, kiedy stwierdzili, że dziewczynki są wspaniałymi kumpelkami do zabawy. I że w ogóle są fajne. Potem to już prawie codziennie zjawiali się na plaży, choćby na krótką chwilkę, żeby chociaż pogadać z dziewczynkami. Zaś w drugą niedzielę, przyszli na plażę nawet ze swoimi rodzicami i z młodszym rodzeństwem. Wesoło było wtedy niesamowicie. Rodzice mieli z kim pogadać, a dzieciarnia mogła poszaleć ile wlezie. I w wodzie, i na piasku. Śmiechom i chichom nie było końca. Ten dzień był chyba najwspanialszy ze wszystkich, i dla wszystkich. A poza tym - w tych dniach - Cecylka i Dino niewiele mieli do roboty. Mogli więc zaoszczędzić czarodziejskie moce, gdyż nic złego się nie działo. No, może poza małymi dwoma epizodami: jedną próbą kradzieży, w której kilkunastoletni chłopak chciał wyrwać torebkę pewnej starszej pani. Ale dostał malutką „kreseczkę" od Dino i uciekł z krzykiem, bez torebki, a nawet bez swojej bejsbolówki, bo ta zawisła na krzakach. No i jeszcze jednym aktem wandalizmu, w którym to dwóch starszych chłopców w czasie deszczu uszkadzało samochody. Obaj, kryjąc się za drzewem przy bocznej ulicy, wyczekiwali kiedy ktoś zaparkuje samochód i odejdzie w swoją stronę. Wtedy oni doskakiwali do samochodu. Jeden trzymał w ręce długi śrubokręt, a drugi młotek, i paroma ruchami przebijali opony samochodowe. Ot, tak sobie, dla zabawy. Na tej ulicy mieściła się poczta i właśnie na pocztę w tym w pierwszym deszczowym dniu Cecylka przyjechała z tatą samochodem. Tato wyskoczył na pocztę wysłać do babci i dziadka widokówki z pozdrowieniami. Cecylka z Dino została w samochodzie, gdyż lało jak z cebra, a Cecylka zapomniała wziąć parasol. I wtedy właśnie zauważyła tych dwóch chłopców jak doskakują do jakiegoś samochodu, zaparkowanego o kilkadziesiąt metrów przed ich samochodem, i przebijają opony. Cecylkę aż potrzepało ze złości. Nie bacząc na ulewę, wyskoczyła z samochodu. Dino chciała oszczędzić zmoknięcia, więc go zostawiła na tylnym siedzeniu samochodu. Sama zaś pognała w stronę wandalów. Kiedy się do nich zbliżała, zaczęła na nich krzyczeć, żeby natychmiast zaprzestali tych niecnych czynów. Chłopcy zaczęli się obrzydliwie śmiać. I wtedy ten chłopak, który trzymał w ręku młotek rzucił nim w Cecylkę. Dino nic nie widział z tylnego siedzenia i nawet nie podejrzewał, że Cecylka jest w niebezpieczeństwie. Cecylka zaś, widząc lecący w jej kierunku młotek, krzyknęła: - „R u a z o n i d!". Reakcja była natychmiastowa. Lecący młotek zawisł na moment w powietrzu. Po chwili zrobił przepiękny zwrot i jak bumerang wracał do właściciela. A właściciel, młotka nic a nic się nie spodziewał. Dalej stał w tym samym miejscu i naśmiewał się z Cecylki. Za moment przestał się śmiać. Z potężnym wrzaskiem i z ogromnym guzem na czubku głowy, popędził nie wiadomo dokąd. Wtedy młotek znów na moment zawisł w powietrzu, ale po to tylko, by po chwili niczym kije samobije dobrać się do drugiego chłopca i natłuc mu podobną ozdobę na czole. Więc ten drugi chłopiec też przestał się śmiać, i też z wrzaskiem popędził. A popędził za swoim kolegą, który pędził nie wiadomo dokąd. Cecylka z zadowoleniem patrzyła za znikającymi wandalami oraz z nadzieją, że przynajmniej na jakiś czas zapomną o wandaliźmie. Spokojna wróciła do samochodu, lecz zanim do niego wsiadła, zdjęła z jego maski przemokniętego Dino, który znalazł się tam jakimś cudem (och, przepraszam, cud to nie mógł być, bo to były czary) i z szerokim uśmiechem witał ją. Kiedy tato Cecylki wrócił do samochodu, nie mógł się nadziwić, że jego córeczka wraz z jej przytulanką jest przemoknięta do suchej nitki. Był pewien, że ona cały czas siedziała w samochodzie i grzecznie na niego czekała. Widział ją przecież z okna poczty. Na wszelki wypadek nie pytał o nic. Ważne, że siedziała cała i uśmiechnięta.

   Cecylka, przypominając sobie minę taty na jej widok, siedzącej grzeczniutko w samochodzie, a nie wiadomo jakim sposobem przemoczonej, zachichotała cichutko pod nosem i trzepnęła Dino w pomponik jego berecika. Dino w odpowiedzi pokazał jej w uśmiechu jeszcze więcej zębisk niż zwykle i fikuśnie pomrugał oczkami.

   - Wspaniałe wczasy! - Cecylka zawołała na głos i odwróciła głowę w kierunku drzwi wyjściowych. - No, guzdrało, wreszcie jesteś! Ja już zdążyłam całe dwa tygodnie powspominać, a ty dopiero złazisz. Coś ty tam w skrycie tak długo robiła? Och, Emi, Emi... ty szara eminencjo!

   - No, no, tylko nie „szara", jak już - zaśmiała się Emilka i wyciągnęła zza pleców trzy malutkie, własnoręcznie namalowane obrazki. - Oto, co robiłam!

   - No proszę! Tak jak mówiłam. Ty jesteś stworzona do uszczęśliwiania innych! - orzekła Cecylka na widok wspaniałych obrazków, przestawiających plażę i bawiące się tam dzieci. - Fajnie, że pomyślałaś o tym, by coś po sobie chłopakom na pamiątkę zostawić. Widzisz, ja jestem zupełne beztalencie i nic nie umiem zrobić, co by się nadawało do podarowania. A ty tak. No, Emi, dumna jestem z ciebie.! Ale odłóż na razie te arcydzieła na twoim siedzeniu w samochodzie i pędzimy na plażę... Tatusiu, sami już pilnujcie samochodów, bo ja z Emi biegnę pożegnać się z morzem... Aha, gdyby chłopcy przyszli w międzyczasie, to niech na nas poczekają. No, to na razie!

   Nim minął kwadrans, a dziewczynki były już z powrotem na placu domu wczasowego. Mama Cecylki na ich widok aż krzyknęła:

   - No nie! Czy wyście całkiem oszalały? To po to was wczoraj wieczorem szorowałyśmy tak długo pod prysznicem z resztek soli i piasku, abyście się znów wytaplały w jednym i w drugim i... i tak brudne do domu wróciły?

   - Och, mamuś, nie denerwuj się! Przecież musiałyśmy się pożegnać z morzem. Trochę soli i piasku nie zaszkodzi do domu na pamiątkę zabrać - przepraszającym głosem meldowała Cecylka, trzepiąc mokrymi włosami, i jednocześnie strzepując z siebie i z Dino piasek. - Wy też powinniście pożegnać się z morzem.

   - Oczywiście, że tak! I zrobiliśmy już to. Wczoraj w nocy. I to przed kąpielą pod prysznicem, a nie po - poinformowała mama Emilki.

   - Jak będziemy dorosłe, to też będziemy się zawsze w nocy żegnały z morzem, kiedy nasze dzieci będą spały. To musi być super fajne uczucie... - powiedziała Cecylka z lekką pretensją w głosie, ale nie skończyła, bo nagle zobaczyła chłopców w bramie. - Hej, chłopaki! Fajowo, że jesteście. Zaraz odjeżdżamy, więc czas już się pożegnać.

   - Szkoda, że odjeżdżacie - powiedział Kazik, schodząc z roweru, i dając znak Kostkowi i Rychowi, by też zeszli.

   - Nam też szkoda, ale co zrobić? Czas nie stoi w miejscu. Dwa tygodnie już minęły - rzekła Emilka z nutką smuteczku w głosie.

   - No, tylko się nie rozpłaczcie! - zaśmiała się Cecylka. - Przecież nie żegnamy się na zawsze. Na drugi rok znów tu przyjedziemy. Podsłuchałam rodziców jak o tym rozmawiali. No, chłopaki, to bywajcie! Do następnego roku! Chodźcie, niech was wyściskam.

  - Po... po... poczekaj jeszcze Cecylko - zająknął się Kazik. - Bo wiesz, no... co to ja chciałem powiedzieć... Aha, bo my mamy dla was małe prezenciki.

   Chłopcy odstawili rowery, opierając je o ławkę, a Kostek wyciągnął z plecaka dwie malutkie, pluszowe maskotki i wręczył je dziewczynkom.

   - Dinozaury! - krzyknęły obie dziewczynki jednocześnie.

   - Podobają się wam? - nieśmiało spytał Rychu.

   - No pewnie. Są śliczne - zapewniła chłopców Emilka.

  - Mieliśmy taką nadzieję, że się wam spodobają - rzekł lekko zawstydzony Kazik, drapiąc się za uchem. - No bo skoro Cecylka nosi się wszędzie ze swoim ogromnym dinozaurem, to pomyśleliśmy, że małe też się wam spodobają i będziecie je nosiły ze sobą na szczęście.

   - Dobrze żeście pomyśleli - upewniła chłopców Cecylka. - Zawsze je będziemy miały przy sobie. Martwi mnie tylko jedna rzecz... że musieliście wydać swoje... no, te... kieszonkowe, aby nam je kupić.

   - Nie, nie Cecylko, nie obawiaj się, to były uczciwe pieniądze. Myśmy te pieniądze zarobili - Kazik uspokajał koleżankę. - Wczoraj specjalnie poszliśmy zrywać czereśnie do takiego jednego gospodarza, żeby zarobić trochę grosza.

   - No chłopaki, zaradni jesteście, że ho, ho!  - ucieszyła się Cecylka. - Tym bardziej wam dziękujemy. My dla was też coś mamy. To znaczy Emilka ma, bo to jest tylko jej dzieło... No Emilka, wręczaj!

   - Proszę, to dla każdego z was specjalnie namalowałam, abyście o nas pamiętali - powiedziała Emilka, wręczając każdemu chłopcu po obrazku. - Ale to nie prawda co Cecylka powiedziała, że te obrazki, to tylko moje dzieło. W tych obrazkach ona ma swój bardzo duży wkład, a ona już wie jaki.

   - Hej, dzieciaki, czas na nas! Musimy już ruszać! - zawołał tato Cecylki w kierunku dzieci. - Żegnajcie się już!

   Dziewczynki i chłopcy podali sobie ręce na pożegnanie i podeszli razem do samochodów. Dziewczynki wsiadły do środka, każda do swojego samochodu, i odkręciły szyby. Silniki zaryczały i samochody powoli ruszyły. Chłopcy pobiegli za samochodami. Przy samej bramie wyjazdowej samochody zatrzymały się na chwilę. Dziewczynki pomachały chłopcom jeszcze raz. A tato Cecylki zawołał:

   - A więc, trzymajcie się chłopaki! Ale dobrze się trzymajcie...! Wiecie, co mam na myśli!

   - Wiemy, wiemy!!! - chórem krzyknęli chłopcy i jedną ręką zaczęli machać na pożegnanie, drugą zaś przyciskać do piersi swoje wspaniałe obrazki.

   Samochody wyjechały z nadmorskiego kurortu i pędziły w stronę autostrady. W pierwszym samochodzie jechała Cecylka z rodzicami. W drugim, oczywiście Emilka z rodzicami. Dziewczynki miały taki dziwny zwyczaj, że gdziekolwiek jechały (na dalszą trasę, ma się rozumieć), to najpierw jechały osobno. Musiały się w spokoju zastanowić nad tym, co było akurat w danym momencie ważne i wymagające zastanowienia. Ale po pierwszy postoju jechały już razem. A było to obojętne, do którego samochodu wsiadały. Ważne, że siedziały już razem i z wielką namiętnością mogły się oddać omawianiu ważnych dla nich spraw.

   Przed zjazdem na autostradę był malutki parking. Tato Cecylki zjechał na niego w ostatnim momencie. A za nim tato Emelki ze zdziwieniem skierował swój samochód. Okazało się, że tato Cecylki chciał się o coś zapytać członków załogi drugiego samochodu. Więc kiedy tato Emilki zrównał się już z jego samochodem, odkręcił szybę i zawołał:

   - Hej, moi drodzy, nie mielibyście tym razem ochoty wracać do domu drogami lokalnymi a nie autostradą? Jedziemy przecież do domu, nie na wczasy, nie trzeba się więc śpieszyć. Możemy sobie urlop nieco przedłużyć. Jechać wolniej i dłużej. No i przy okazji możemy sobie urządzić wspaniałą wycieczkę krajoznawczą.

   - Hurrrraaaa!!! - rozległo się w obydwu samochodach naraz.

  - Cieszę się, że wam się spodobał mój pomysł - jeszcze głośniej zawołał tato Cecylki. - Ale wy dziewczynki pozostańcie jeszcze na swoich miejscach. To nie postój. Za jakieś półtora godziny zrobimy dłuższą przerwę w podróży, to po niej możecie jechać już razem.

   - No jasne! Ja nie zdążyłam jeszcze nawet w ćwiarteczce przemyśleć tego co chciałam - wołała Cecylka, wystawiając głowę przez otwarte okno w drzwiach, tak, żeby i Emilka ją słyszała. - A ty Emi, daleko już jesteś z rozmyślaniem?!

   - Nie, no coś ty! Na razie tylko się gapiłam przez okno i nic a nic nie rozmyślałam.

   - Więc już zacznij! Masz na to półtorej godziny - nakazała Cecylka.

   Samochody ruszyły. Tato Cecylki ze swoją załogą na przedzie, a tato Emilki ze swoją tuż za nim. Zawsze tak było, gdziekolwiek jechali. Bo tak się już utarło, że tato Cecylki jest nie tylko wspaniałym kierowcą, ale również doskonałym pilotem. Tym razem też nie mogło być inaczej. Więc jako kierowca i jako pilot - w jednej osobie - prowadził wycieczkę krajoznawczą drogą wśród pół i lasów, przez różne wioski, małe i duże, przez miasteczka i miasta. Jechali nie za szybko, nie za powoli. Tak, żeby jechać bezpiecznie i móc oglądać krajobraz. Wszyscy kręcili głowami dookoła i podziwiali coraz ładniej zagospodarowane wioski, odrestaurowane miasteczka ze swoimi pięknymi rynkami i ratuszami. Podziwiali również ogromne i wspaniałe lasy, rzucające przyjemny cień i chłód na drogę. Bezkresne pola, szumiące łanami dojrzałych zbóż i przypominające o zbliżających się żniwach. Soczysto-zielone łąki, rozsiewające cudowny zapach traw i kwiecia. Cudownie było tak jechać i przyglądać się temu wszystkiemu co stworzyła mądra natura i zaradny człowiek.

   Jechali już ponad godzinę, więc tato Cecylki postanowił za najbliższą wioską zarządzić postój. Czas, aby coś zjeść i rozprostować kości. Wjechali właśnie do niewielkiej wsi, kiedy nagle usłyszeli dźwięk złowieszczej syreny straży pożarnej. Tato Cecylki natychmiast zjechał na pobocze, by zrobić miejsce dla pędzącego wozu strażackiego. Tato Emilki zrobił to samo. I kiedy wóz strażacki z ogromną szybkością przejechał już koło nich, ruszyli dalej. Ale jechali bardzo powoli. Nie ujechali jednak daleko, bo się okazało, że to właśnie przy tej drodze, po której jechali, płonie ogromny dom. Zjawiła się policja. Policjanci natychmiast wyskoczyli z radiowozów i wstrzymali z obu stron ruch pojazdów. Nie było wyjścia, obydwa samochody musiały się również zatrzymać. Całą drogę zajęły wozy straży pożarnej, których było już kilka w miejscu pożaru.Wszyscy   z   przerażeniem    przyglądali   się   przez   szyby samochodowe akcji strażaków. Dom stał w płomieniach. Strażacy dzielnie walczyli z tym ogromnym i nieprzewidywalnym żywiołem i z każdej strony lali sikawkami hektolitry wody, próbując rozprawić się z nim raz na zawsze. Nie było to jednak takie proste. Kiedy się już wydawało, że płomienie ognia z głośnym sykiem się kurczą, za chwilę znów buchały do góry i znów lizały ściany budynku. Wokół płonącego domu zbierało się coraz więcej miejscowych ludzi. Wszyscy z ogromnym lękiem zaglądali,  czy ogień nie rozprzestrzeni się na ich zabudowania.                                     

   Dziewczynki siedziały w swoich samochodach i również z przerażeniem przypatrywały się walce strażaków z ogniem. Pierwszy raz w życiu przyszło im być bezpośrednim świadkiem pożaru, i to jeszcze z tak bliska.

   Cecylka wierciła się na tylnym siedzeniu i nerwowo ściskała Dino. Bardziej podświadomie niż świadomie czuła, że musi jakoś pomóc. Nie wiedziała jednak jak to ma zrobić. Przecież rodzice nie wypuszczą jej z samochodu za żadne skarby świata. Myślała gorączkowo... i w końcu wymyśliła.

   - Pożar to okropna rzecz. Nie mogę na to patrzeć! - zawołała z przejęciem do rodziców i zasłoniła rękami oczy.

   - Masz rację córeczko. To wielka tragedia dla tych ludzi - potwierdziła mama z wielkim smutkiem w głosie. - A dla nas najgorsze jest to, że tu siedzimy i nic nie możemy pomóc. Możemy się tylko bezczynnie przyglądać.

   - No właśnie mamusiu, to jest najgorsze...To jest wręcz nie do zniesienia! Dlatego położę się na siedzeniu i spróbuję usnąć, żeby tego smutnego i przerażającego widoku nie oglądać - zawiadomiła Cecylka i natychmiast zaczęła sobie szykować legowisko z dwóch koców i dużej poduszki.

   Rodzice byli nieco zaskoczeni zachowaniem córki, ale w końcu uznali, że tak będzie lepiej. Niech dziecko ma oszczędzone takie okropne widoki.

   - A myślisz, że ona uśnie w takim hałasie? - szeptem spytał swą żonę tato Cecylki i szybciutko zaczął zakręcać szybę od swojej strony.

   - Myślę, że tak. Coś mi się wydaje, że te dwie turkaweczki też nie spały w nocy, bo urządzały sobie zieloną noc. Nas nie było, żegnaliśmy morze, a one rozrabiały sobie spokojnie.

   - Tak to już jest: kota nie ma, myszy grasują... Zaraz, zaraz, ale skąd masz takie przypuszczenia? Pytałaś się dziewczynek? Czy się same czymś zdradziły?

   - One nie. Sen je zdradził.

   - Jak to?

   - A tak to, że jak nad ranem wróciliśmy z plaży, to podeszłam do łóżka Cecylki, by ją przykryć i wtedy zauważyłam, że razem z nią śpi Emilka i obie mają całe twarze wypaprane naszymi babskimi kosmetykami. A było też widać, że próbowały się jakoś zmyć, gdyż Cecylka trzymała w ręce buteleczkę mojego mleczka kosmetycznego, a Emilka waciki. Widocznie nie zdążyły się zmyć, bo sen je zmorzył.

   - I co, nic im nie powiedziałyście?

  - A co miałyśmy mówić? Niech dziewczynki też mają swoje małe tajemnice. Ważne, że nic im się nie stało. Są rozsądne i w nic głupiego, czy niebezpiecznego nie bawiłyby się. Możemy im ufać.

   - Masz rację. Ja też tak myślę - zgodził się tato szeptem i odwrócił głowę, by spojrzeć na swoją rozrywkową latorośl. - Ciiii... Ona faktycznie usnęła... No i dobrze. Nie będzie oglądać tej tragedii ludzkiej. Potem by się jej jeszcze jakieś koszmary śniły.

   Cecylka wcale nie miała zamiaru spać. Gdzieżby mogła usnąć, kiedy komuś dzieje się krzywda. Nawet dwie nieprzespane noce, w takiej chwili, nic by dla niej nie znaczyły. Cecylka grubą poduchą cichutko upozorowała siebie leżącą pod kocami i zsunęła się na podłogę między mamy fotelem a tylnym siedzeniem. Było jej tam ciasno niesamowicie, bo nawet na podłodze mama poupychała różne rzeczy. Ale Cecylka była wytrwała i siedziała tam jak mysz pod miotłą. Ściskała w ramionach Dino i w duchu błagała wróżkę Szedar, aby sprawiła, by nikt z rodziców więcej się do tyłu nie odwracał. Ścierpła już od tej niewygodnej pozycji, ale nie poddawała się. Nasłuchiwała co się dzieje na zewnątrz i wyczekiwała momentu, w którym będzie mogła cichaczem otworzyć drzwi i niezauważona opuścić samochód. Nagle usłyszała wśród lamentu ludzi, przeraźliwy krzyk jakiejś kobiety: - „Tam w płomieniach jest dziecko!!!"... I to było to. To był ten impuls, który zmusił Cecylkę do działania. Nie zamierzała już dłużej czekać. Przy dźwiękach syreny z nadjeżdżającego jeszcze jednego wozu strażackiego otworzyła drzwi i wraz z Dino wyczołgała się z auta. Potem pod nogami gapiów, na czworaka i z Dino w zębach, posuwała się w stronę płonącego domu. Nikt nie zwracał na nią uwagi. Była tak jakby niewidzialna. Czuła, że ludzie niekiedy depczą ją po nogach i rękach, ale bólu nie odczuwała. Parła do przodu. Wreszcie dotarła prawie pod sam płonący dom. Prawie, bo bliżej nie można było, gdyż kordon policji dalej nie dopuszczał nikogo. I wtedy stała się rzecz straszna. Z płonącego domu wyskoczył strażak, niosąc na rękach dziecko. Biegł jak szalony, jak najdalej od ognia. Dobiegł aż pod sam kordon policji i położył dziecko na ziemi. Dziecko nie dawało oznak życia. Leżało bez ruchu, całe czarne, okopcone dymem. Strażak zaczął krzyczeć: - „Lekarz, lekarza, gdzie jest lekarz?!". Ludzie rozpaczliwie odpowiadali, że karetka pogotowia jeszcze nie przyjechała. Wtedy strażak rzucił się na kolana i sam próbował ratować dziecko. Po chwili podniósł się z klęczek i z ogromnym smutkiem w oczach, wypowiedział dwa tragiczne słowa: - „Za późno". Potworny lament podniósł się wśród ludzi. Ludzie przerwali kordon policji i obstąpili leżące na ziemi dziecko - malutką, może pięcioletnią dziewczynkę.

   Wtedy Cecylka przedarła się jakoś pomiędzy nogami zrozpaczonych ludzi i zbliżyła się do leżącego bez ruchu dziecka. Postawiła Dino na ziemi tuż obok i sama pochyliła się nad dzieckiem i położyła na jego piersiach swoje drżące dłonie. Po czym, nie sprawdzając nawet, czy moc samego Dino nie wystarczyłaby, potężnym głosem krzyknęła: - „R u a z o n i d!!!".

   Reakcja była zaskakująca. Stojący wokół ludzie, przerażeni potęgą głosu Cecylki, natychmiast przestali lamentować. Ale po chwili uznali zapewne, że to tylko jeszcze jeden krzyk rozpaczy, i to w dodatku małej dziewczynki, może nawet kogoś z rodziny, więc zaczęli jeszcze głośniej lamentować.

   Cecylkę nie interesowało co się wokół niej dzieje. Skupiła się na leżącej dziewczynce. Wpatrywała się w nią intensywnie, gdyż poczuła w sobie przypływ przeogromnej energii. Energia ogarniała całe jej ciało. Potęgowała się w niej z niesamowitą mocą. Nagle Cecylka poczuła, jak ta spotęgowana energia opuszcza jej wnętrze i wydostaje się na zewnątrz poprzez jej ręce. Cecylka jeszcze mocniej przycisnęła je do piersi dziewczynki. A wtedy Dino dorzucił dodatkowo dwa swoje promienie, i to wprost na ręce Cecylki. Leżąca dziewczynka natychmiast otworzyła oczy.

   Stojący dookoła ludzie, nie świadomi tego co się stało, dalej krzyczeli z rozpaczy, by nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, krzyk rozpaczy zamienić na krzyk radości: - „Żyje... żyje... żyje!!!"

   W tym momencie nadjechała karetka pogotowia. Cecylka wycofała się z miejsca. Wyszła poza krąg ludzi, uszczęśliwionych nagłym powrotem dziewczynki do życia, i przez nikogo nie zatrzymywana podeszła z Dino pod płonący dom. Postawiła Dino na ziemi, a sama skierowała swe ręce w kierunku domu. Zaiskrzyło, zaskwierczało... i z rąk Cecylki wydostały się dwa szerokie, ognistoczerwone promienie, które w połączeniu z dwoma cieńszymi ognistoczerwonymi promieniami Dino, popędziły wprost na ściany budynku. Jeszcze mocniej zaiskrzyło, zaskwierczało, zasyczało... i znów zaskwierczało i jeszcze raz zasyczało, lecz przeciągle i coraz głośniej... I nagle... języki ognia zniknęły. Pożar był ugaszony.

   Cecylka chwyciła Dino, zrobiła w tył zwrot i rozpłynęła się w kłębach powstałej nagle pary wodnej. Nikt jej nie zatrzymywał, bo nikt jej nie widział. Cecylka pędziła w kierunku samochodu. Biegnąc, słyszała jak niektórzy ludzie jeszcze rozpaczali za zaczadzoną dziewczynką, a niektórzy już się cieszyli jej zmartwychwstaniem.

   Różne wiadomości - sprzeczne ze sobą - przeplatały się w tłumie zebranych przy pożarze ludzi.

   Cecylka znała prawdę. I ta prawda uszczęśliwiała ją bardzo. Dobiegła do samochodu, powoli otworzyła drzwi i niezauważona przez rodziców, położyła się z powrotem pod koce. Leżała na tylnym siedzeniu cichutko jak trusia już dobre parę minut, kiedy milczący do tej pory rodzice, zaczęli szeptem ze sobą rozmawiać. Cecylka nastawiła uszu.

   - Słyszałaś? Jedni ludzie mówią, że to dziecko nie żyje, a inni, że ktoś je uratował - tato powiadomił mamę.

   - Boże, żeby to była prawda - odpowiedziała mama i zaczęła odkręcać szybę samochodu. - Zaraz się dowiemy. Spytam kogoś. O, zawołam tamtą kobietę, która biegnie od strony pożaru... Proszę pani, proszę pani...! Proszę nam powiedzieć co z dzieckiem, żyje?

   - Żyje, żyje... jakiś cud chyba, ale żyje! - wołała kobieta.

   - Jak to cud? - dopytywała się mama.

   - Tak ludzie gadają, bo nie żyło - kobieta chętnie zaczęła opowiadać. - Ale potem, kiedy jakaś mała dziewczynka podeszła i dziecko dotknęła, dziecko otworzyło oczy. A kiedy przyjechała karetka pogotowia, lekarz powiedział, że dziecko żyje dzięki temu, iż ktoś w porę zrobił mu fachowy masaż serca. To ludziska jemu na to, że to żaden masaż, tylko cud, bo masażu nikt dziecku nie robił. Tylko jakaś mała dziewczynka ze swoją zabawką klęczała króciutko nad dzieckiem, i gdy odeszła, dziecko otworzyło od razu oczy. To lekarz kazał ludziom przyprowadzić tę małą dziewczynkę. Dziewczynki nikt nie znalazł. Więc lekarz powiedział, że on wie swoje, a ludziska mogą wiedzieć swoje, ale najważniejsze jest to, że dziecko zostało uratowane i nic już jego życiu nie zagraża.

   - No a co pani myśli? Możliwe to, żeby jakaś mała dziewczynka robiła masaż serca? - z wielkim zaciekawieniem dopytywała się dalej mama.

   - Pani... a ja tam nic nie wiem! - zawołała kobieta. - Nie widziałam żadnej dziewczynki, bo mnie tam nie było. Gadam tylko co ludziska gadali. Ale niech mi nikt nie próbuje gadać, że to nie był cud. Cud, proszę paniusi! Cud... i tyle!

   - A co z rodzicami dziecka? - spytała jeszcze mama. - Takie małe dziecko samo zostawili w domu? Jak doszło do pożaru?

   - Eee... tam, samo! - żachnęła się kobiecina. - Zostawili ze starszą córką, bo musieli iść na pole, ale ta gdzieś sobie polazła i młodszą siostrzyczkę zostawiła w domu samą. I nie wiadomo, czy ta mała bawiła się zapałkami, czy to jakaś awaria instalacji elektrycznej. Straż pożarna ustala. Ale na szczęście strażacy szybko ogień ugasili, to nie ma aż tak dużo strat. A rodzice tego dziecka, to nawet jeszcze nie wiedzą.  Dopiero teraz ktoś poleciał po nich na pole.

   - To straszna tragedia będzie dla nich - powiedziała mama. - Ale na szczęście dziecko żyje. I to jest najważniejsze. Dom jakoś sobie odremontują... Dziękujemy pani za dobre wiadomości. Do widzenia!

   Mama Cecylki musiała kończyć rozmowę z kobietą, bo samochody znajdujące się przed nimi powoli ruszały. Policja zaczęła przepuszczać pojazdy pojedynczo. Mama uspokojona, że wszystko się szczęśliwie zakończyło, głośnym cmoknięciem  ucałowała tatę w policzek, i aż złapała się za usta.

  - Ojej, obudzę Cecylkę tym dubeltowym całusem - wyszeptała i odwróciła się do tyłu, by sprawdzić, czy tak się nie stało. - Śpi... jak aniołek... Zaraz, zaraz... a czemu ona ma takie czarne nogi? O rety, ręce też czarne...

   - Jak to czarne? - zdziwił się tato Cecylki.

   - No popatrz sam.

   - Faktycznie czarne. Jakby z komina wylazła.

   - I miała takie czarne już wcześniej? Nie zwróciłeś uwagi?

  - Ja nie, ale ty zwróciłaś. Słyszałem, jak na nią krzyczałaś, że wykąpana przed powrotem do domu znów się wypaprała na plaży.

   - Wypaprała się piaskiem, i to porządnie, ale piasek nie brudzi przecież na czarno... Sama już nie wiem. Aż taka czarna przedtem mi się nie wydawała, bo bym jej z pewnością do samochodu nie wpuściła.

   - Może i była. Przedtem miałaś przeciwsłoneczne okulary na nosie. Teraz ich nie masz. Ot, i całe tłumaczenie! - skomentował tato.

   Cecylka dalej leżała cichutko na tylnym siedzeniu. Słyszała wyraźnie rozmowę mamy z jakąś miejscową kobietą. I ta rozmowa nawet ją momentami bawiła. Natomiast rozmowa rodziców już nie. Truchlała ze strachu, kiedy rodzice zastanawiali się nad jej czarnymi kończynami dolnymi i górnymi. Ale ani drgnęła, ciągle leżała pod kocami zwinięta w kłębuszek i złościła się na siebie, że nie przykryła się porządnie. Lecz gdy usłyszała komentarz taty, to najpierw się ucieszyła, ale zaraz zrobiło jej się szkoda mamy. Postanowiła więc dłużej nie przeciągać tej sytuacji i temat czarnych kończyn zakończyć.

   - Och, ale się wyspałam! - zawoła i wygramoliła się powoli spod koców. - A my ciągle jeszcze stoimy? Co, pożar jeszcze nie ugaszony?

   - Dzięki Bogu ugaszony, córeczko - odpowiedział tato. - I już powoli ruszamy. Policjanci wznawiają ruch.

   - To wspaniale! Cieszę się! - zawołała wesołym głosem Cecylka, by po chwili jego brzmienie zmienić zupełnie. -  O rany, jaka ja jestem brudna! Gdzie ja się tak wybrudziłam...? Już wiem, to na pewno od Kazika roweru. On też miał takie czarne ręce i nogi. Mówił, że zanim do nas przyjechał, smarował łańcuch jakimś tandetnym smarem i zapaprał cały rower... Tatusiu, możesz stanąć gdzieś gdzie jest jakaś woda? Muszę się umyć.

   - A co tam będę znów stawał. Mało żeśmy się nastali? Zaraz poproszę któregoś sikawkowego, to cię sikawką wymyje... na już i na cacy! - zarechotał tato, zadowolony ze swojego żartu.

   - Cha... cha... cha...! - Cecylka przedrzeźniała tatę i sama pękała ze śmiechu.

   Nie minął kwadrans, a obydwa samochody pędziły już drogą asfaltową wzdłuż pól i łąk. I na jednej z łąk, tato Cecylki wypatrzył malutką rzeczkę, wijącą się wśród zieleni traw i czerwieni maków. Tak mu się to miejsce spodobało, że zarządził postój. Zjechali na pobocze drogi i piechotą poszli na łąkę. Do rzeczki był tylko kawałek. Usiedli wszyscy na jej brzegu, a Cecylka, brudas nad brudasami, musiała wejść do rzeczki. Szorowała się zawzięcie i rozglądała się tylko po brzegu, czy jakiś szczur wodny nie zechce jej towarzyszyć. Śpieszyła się niesamowicie. A tato Cecylki, siedząc na brzegu, i klaszcząc w dłonie, wybijał jej rytm do pośpiechu.

   Emilka naśmiewała się z Cecylki, że przespała cały pożar. Śmiała się też z jej brudnych rąk i nóg, ale i też podejrzliwie ją obserwowała. Emilka cały czas przyglądała się akcji gaszenia ognia. I chociaż z tego miejsca gdzie stał ich samochód nie wiele widziała, to jednak dobrze słyszała co ludzie mówili. A mówili przecież o jakiejś dziewczynce z zabawką, która uratowała dziecko z pożaru.

   W czasie kiedy Cecylka „zażywała kąpieli", obie mamy przyniosły  z samochodu koc i koszyk z prowiantem, i obydwie rodzinki urządziły sobie krótki piknik na łonie natury. Po spożyciu tego co było i co się dało, i skomentowaniu wydarzeń z pożaru oraz omówieniu planu dalszej wycieczki krajoznawczej, obydwie rodzinki zajęły miejsca w samochodach. A że tym razem byli po konkretnej przerwie w podróży, dziewczynki zasiadły już razem, a zasiadły do samochodu Emi. Cecylka tak zadecydowała, bo chciała swobodniej omawiać z przyjaciółką wszystko to, co było do omówienia. A było tego dużo już od wyjazdu spod domu wczasowego, a po drodze nazbierało się przecież jeszcze więcej.  

  Cecylka, jadąc wcześniej razem z rodzicami, miała okazję się zorientować co oni wiedzą, czego się domyślają, a co podejrzewają. Dlatego uważała, że lepiej będzie omawiać sprawy z dala od nich. Bo a nuż jakieś słowa wypsną im się głośniej i rodzice usłyszą i... dojdą do prawdy? - „Za duże ryzyko" - stwierdziła Cecylka i pociągnęła Emi do jej samochodu. I kiedy znalazły się już w środku i samochód ruszył, Emilka wprost spytała, czy Cecylka przypadkiem nie ma coś wspólnego z uratowaniem dziecka z pożaru. No to Cecylka, chcąc nie chcąc, się przyznała. Bo przecież nie można mieć zbyt wielu tajemnic. To nawet nie zdrowo. A już zwłaszcza przed najlepszą przyjaciółką. Więc Cecylka uchyliła przed Emi rąbek swojej tajemnicy. Ale tylko rąbek, bo przecież nie mogła powiedzieć wszystkiego. Emilka była zafascynowana postawą przyjaciółki i jej umiejętnościami ratowniczymi. I nie mogła się nadziwić, skąd Cecylka to wszystko wie i umie. Cecylka wtedy przypomniała jej, że nie kryje się przecież z tym, iż w przyszłości chce zostać lekarzem, więc stara się uczyć gdzie się da i z czego się da. Powiedziała jej też, że kiedyś z nudów zabrała się za czytanie rodziców „Podręcznika pierwszej pomocy", i że w końcu ta lektura tak ją wciągnęła, iż przeczytała cały podręcznik „od dechy do dechy" i wszystkiego się nauczyła i zapamiętała. No to już Emilka była usatysfakcjonowana takim wyjaśnieniem Cecylki. Przytuliła ją mocno do siebie i powiedziała, że jest bardzo dumna, iż ma tak wspaniałego i wszechstronnego ratownika za przyjaciółkę... i spokojnie już przeszła do omawiania tematu wczasów i trójki chłopaków.

   Dalsza podróż w stronę domu przebiegała już zupełnie bez żadnych zakłóceń i w bardzo miłej atmosferze. Po drodze rodzinki zrobiły sobie jeszcze kilka postojów na „podgryzenie" czegoś dobrego co kupili w przydrożnych barach i na wyprostowanie wiekowych i małoletnich kości (jak to określił tato Cecylki), i coraz bardziej zbliżały się do domu.


   Wakacje jeszcze trwały, ale nieuchronnie zbliżały się do końca. Cecylka i Emilka po powrocie z wczasów nigdzie już nie wyjeżdżały. Rodzice wrócili do pracy, a one spędzały dnie albo u jednych dziadków albo u drugich. Czasami były też same w domu. Ale gdziekolwiek by nie były, były zawsze razem. Niekiedy nawet spały razem, raz w jednym domu, a raz w drugim. W ciągu dnia chodziły albo na basen, albo jeździły na wrotkach, albo szły do kina, albo grały na komputerze w czasie złej pogody. Miały mnóstwo zajęć i nigdy się nie nudziły. Rodzicom też pomagały, i to bez żadnego marudzenia. W końcu rodzice pracowali, więc one miały dom do popołudnia na swojej głowie. Nie mogły przecież całymi dniami zajmować się tylko sobą... i zbijać bąki. - „Musimy być odpowiedzialne w stosunku do naszych rodziców, tak jak rodzice zawsze byli i są odpowiedzialni w stosunku do nas" - Cecylka takimi właśnie mądrymi słowami przekonała Emilkę, by ta bez szemrania wykonywała polecenia rodziców. Ale od popołudnia aż do wieczora, to już najczęściej miały czas tylko dla siebie, bo w tym czasie rodzice rzadko dawali im jakieś zadania do wykonania. Na koniec wakacji dziewczynki mogły więc śmiało powiedzieć, iż miały naprawdę wspaniałe wakacje.

   A  Dino? Dino  oczywiście  wszędzie  był z  Cecylką.  Cecylka nigdzie się bez niego nie ruszała. Wszyscy już dawno się do tego przyzwyczaili i nikt już nie zwracał nawet uwagi na sterczącego pluszaka spod pachy Cecylki.

   Po powrocie z wczasów Cecylka wraz z Dino nie miała już żadnych przypadków, w których musiałaby używać swych i Dino mocy czarodziejskich. Razem mieli „urlop" od czarów. I razem też, byli z tego faktu bardzo zadowoleni, bo to oznaczało, że nic złego się wokół nich nie dzieje. A to przecież dobrze.


   Przyszedł ostatni dzień wakacji. Dziewczynki były nawet bardzo zadowolone, że czas wracać do szkoły. Wszystko miały już przygotowane. Podręczniki, zeszyty i różne tam przybory szkolne miały już kupione. Spokojnie i radośnie mogły więc rozpocząć rok szkolny. Jedyne co smuciło Cecylkę, to to, że nie bardzo wiedziała co będzie się teraz z Dino działo. Nie mogła go przecież codziennie nosić do szkoły. Myślała na ten temat już od paru dni i nic mądrego nie mogła wymyślić. Dino zresztą też nic nie wymyślił. Więc wspólnie dalej się martwili.

  Aż przyszedł wieczór. Po kolacji Cecylka pobiegła do łazienki i w szybkim tempie wykonała wieczorną toaletę. Chciała jeszcze przed uśnięciem pogadać z Dino na wiadomy i ciągle nierozwiązany temat. Przebrana już w koszulę nocną weszła do swojego pokoju.

   - Cecylko, mamy gościa - takimi słowami Dino przywitał Cecylkę w progu pokoju.

   - No coś ty Dino! Żartujesz sobie ze mnie, tak? - zawołała Cecylka, rozglądając się po pokoju. - Przecież nikogo nie ma.

  - Jest, Cecylko. Tylko go nie widzisz. Nie chcieliśmy ciebie wystraszyć, dlatego na razie jest niewidoczny - z wielką powagą w głosie powiedział Dino. - Jest i siedzi na parapecie okna. Patrz tam, to zaraz go zobaczysz.

   Cecylka od kiedy miała Dino, zdążyła się już przyzwyczaić do niezwykłych rzeczy, dlatego się nic a nic nie zlękła. Z wielkim podnieceniem wpatrywało się w okno swojego pokoju i czekała. Aż tu nagle... jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki... ukazała jej się przepiękna postać wróżki Szedar. Wróżka Szedar w świetlistej i zwiewnej jak mgła sukni, ze złotym diademem na głowie oraz z czarodziejską różdżką w ręku, siedziała sobie wygodnie na parapecieokna i uśmiechała się do Cecylki.

   - Witam cię, moja droga Cecylko! - przemówiła po krótkiej chwili. - Jest mi niezmiernie miło poznać cię osobiście.

   - Witam cię, kochana wróżko Szedar! - zawołała Cecylka nieco drżącym z przejęcia głosem. - Ja też się bardzo cieszę, że mogę cię poznać i powitać w moim domu.

   - Jestem z ciebie bardzo zadowolona Cecylko i z Dino również. Spisaliście się znakomicie. Dlatego przybyłam do was, aby wam osobiście podziękować i w podzięce zawiadomić, że moja wdzięczność jest tak wielka, iż postanowiłam jeszcze nie kończyć z wami mojej znajomości, lecz ją przedłużyć. A żebyście zrozumieli jak wielka jest moja wdzięczność, to powiem wam, że robię to po raz pierwszy. Nikt, nigdy nie dostąpił jeszcze takiego zaszczytu. Wy pierwsi go dostąpicie, gdyż według mojego uznania w pełni na niego zasłużyliście. Uratowaliście od śmierci wspaniałych ludzi, nad którymi wisiało złe fatum jeszcze po ich złych praprzodkach. Ja sama nie mogłam im pomóc. Zginęliby, gdyby nie wy. Wy ich uratowaliście i sprawiliście, że złe fatum straciło swą moc. Będą teraz żyli dla dobra ludzi i świata. Swoim przykładnym życiem, swoimi umiejętnościami, swoim dobrym sercem, wniosą wiele dobrego. Będą wzorem dla innych, będą im służyć i będą ich nauczać. Cała ludzkość zyska bardzo wiele i przez wiele, wiele lat, wysiłek tych trojga ludzi będzie owocował z pożytkiem dla świata. A to tylko dzięki wam, moja droga Cecylko i mój drogi Dino... Słuchajcie więc co postanowiłam. Otóż postanowiłam, że nie zabiorę wam mocy czarodziejskiej, bo tylko wy, jak nikt do tej pory, wykorzystaliście ją tak wspaniale. Sama moc czarodziejska nigdy nie wystarcza, jeżeli nie jest zasilana dobrym sercem, wrażliwym na krzywdę innych. Wy macie takie serduszka, więc w połączeniu z czarami możecie dokonać jeszcze moc dobrych rzeczy... Ale zbliża się rok szkolny, więc ty Cecylko musisz zadbać w pierwszym rzędzie o swoją przyszłość. Musisz się skupić na nauce. Dlatego przez cały rok szkolny nie dostaniecie ode mnie żadnego zlecenia. Ty Cecylko zajmiesz się zdobywaniem wiedzy, a Dino zapadnie w sen... A z chwilą rozpoczęcia się następnych wakacji, moc czarodzieja wróci do was... A teraz żegnam was... Żegnam do następnego roku! Do następnych  w a k a c j i...! Abra-ejc-kadabra-akaw-ejcakaw!!!

  - Żegnaj  wróżko  Szedar! -  zawołała  Cecylia  wraz  z  Dino jednocześnie.

  Przepiękna postać wróżki Szedar zniknęła tak szybko, jak się pojawiła... jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Pozostał po niej tylko cudowny zapach. Zapach pól, łąk, lasów... zapach lata, zapach wakacji.

   - Żegnaj Cecylko! Żegnaj do wakacji! - zawołał radośnie Dino. - Jak ja się cieszę, że znów będziemy mieli wakacje. Wakacje, to jednak wspanialsza rzecz...!  Ojej, ale mi się chce spać... Cecylko, przytul mnie czasami, gdy będę spał... Ale do szkoły noś tylko moją miniaturkę, malutkiego Dinka, którego dostałaś od chłopców i niech ci on przypomina, że ja śpię i śnię o tobie i o wakacjach... A powiedz mi Cecylko, kiedy wakacje się zaczynają?

  - Za dziesięć miesięcy. Za niecałe już dziesięć miesięcy - odpowiedziała Cecylka, wycierając ukradkiem ściekające po policzku łzy wzruszenia.

   - Co ty powiadasz?! Już... za niecałe? Ojej, to muszę się śpieszyć i usnąć od razu... Ojojoj! Tylko niecałe dziesięć miesięcy... Bywaj, Cecylko! Bywaj kochana, do wakaaa... - Dino nie skończył, bo zapadł w głęboki sen.

           

   Cecylka usiadła na łóżku i wpatrywała się, to w Dino, to w parapet okna, gdzie jeszcze przed chwilą siedziała wróżka Szedar. Smutno jej się zrobiło. Smutno, że wróżka Szedar tak szybko zniknęła. Smutno, że nie będzie mogła porozmawiać z Dino. Smutno, że wakacje się skończyły. No i wreszcie - smutno, że tak ogromny smutek ją ogarnął. Nie trwała jednak długo w smutku, bo przypomniała sobie słowa wróżki Szedar. Poczuła się od razu lepiej i po chwili nawet uśmiechała się już sama do siebie. Uśmiechała się patrząc na Dino. Uśmiechała się patrząc na okno. Uśmiechała się do swoich myśli związanych z przyszłymi wakacjami.

   - Cecylko, co tak siedzisz na brzegu łóżka i dumasz? - spytała mama, uchylając drzwi pokoju córki. - Smutno ci, że wakacje się już skończyły?

   - Nie, nie mamusiu - odpowiedziała Cecylka, odwracając głowę, by mama zobaczyła jej uśmiechniętą twarz. - Cieszę się, że jutro przywitam szkołę. Czas na naukę. Wakacje znów przyjdą. A te wakacje co się skończyły, były tak piękne, że przez cały rok szkolny będę miała co wspominać. I ze wspomnień mych będę czerpać siłę do nauki.

   - Mądra jesteś córeczko. I cieszę się razem z tobą - powiedziała mama, siadając obok Cecylki, i przytulając ją mocno do siebie. - Ooo... widzę, że i Dino się cieszy! Cha, cha, cha...! Specjalnie domalowałaś mu większy uśmiech, żeby on się też cieszył razem z tobą?

   - Nie, nic mu nie domalowywałam - powiedziała zdziwiona Cecylka i spojrzała badawczo na swojego ukochanego Dino.

   Cecylka oniemiała na moment, bo stwierdziła, że istotnie uśmiech Dino niesamowicie się powiększył. Z wielkimi oczami wpatrywała się w niego przez chwilę... i nagle buchnęła głośnym śmiechem.

   - Aaa... już wiem, to na pewno nasza malarka Emi, zrobiła ci takiego psikusa i namalowała „uśmiech wakacji" na pyszczku Dino - zawołała mama, uradowana ze swego odkrycia. - Ale cicho sza! Nic jej nie mów, że zdradziłam ją przed tobą.

   - Bądź spokojna mamusiu. Nic jej nie powiem - zawołała Cecylka, śmiejąc się ciągle. - To pozostanie naszą tajemnicą. Twoją, moją i Dino. Bo to chyba nie jest złe, mieć czasami jakieś tajemnice? Jak myślisz mamusiu?

   - Nie, córeczko, to nic złego. Nawet przed najbliższymi trzeba mieć swoje tajemnice. Każdy z nas powinien być dobrym i uczciwym człowiekiem, otwartym i pomocnym dla innych, ale każdy z nas powinien też mieć swój mały świat i swoje małe tajemnice.


                                                                                                                     K O N I E C


 



komentarze (2) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 29 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  806 526  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Halina Krüsch Czopowik

Facebook i Google

Wszystkie teksty oraz zdjęcia tutaj opublikowane są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie. (Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dn. 4.02.1994 r., nr 24, poz. 83). Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję, jak ktoś o nią prosi. 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tu także swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 806526
Wpisy
  • liczba: 738
  • komentarze: 10335
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 2897 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to