Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 896 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Barbedetlandia - Miłość Króla Napoleona

czwartek, 17 września 2009 10:57


Barbedetlandia - Miłość Króla Napoleona (ok. 8 arkuszy wyd. - 151 str.) Jest to baśń o Królu Napoleonie I Barbedet, zwanym Napolciem, i jego ogromnych perypetiach związanych z odnalezieniem ukochanej, Księżniczki Indii, która w niewytłumaczalny sposób zaginęła w dniu ich ślubu. W trakcie poszukiwań ukochanej, Królowi Napoleonowi przyszło pokonywać wiele trudności i ogrom niebezpieczeństw. Wszystko te trudności i niebezpieczeństwa pokonuje jednak, dzięki pomocy swych najwierniejszych druhów: Papkoja i Sławoja oraz oddanych mu rycerzy. W poszukiwaniu Księżniczki Indii pomaga mu również jego brat, Książę Melchior, zwany Chiorunkiem oraz siostra, Księżniczka Józefata, zwana Zefcią. Jest jeszcze jedna bardzo ważna osoba, która pomaga Królowi. Jest to dobra wróżka Saggita. To od niej Król dowiaduje się, że jego ukochana żyje. Jednak co się z nią stało, i gdzie ma jej szukać, wróżce trudno było ustalić. Udaje się jej to dopiero przy pomocy przyjaciela, czarodzieja Cygnusa. Król dowiaduje się wtedy, że to złe moce niebios porwały Księżniczkę wraz z orszakiem królewskim jej ojca, Króla Virginusa. Dowiaduje się też, gdzie ma jej szukać. Miejsce to jest niestety bardzo niebezpieczne. Otóż okazało się, że złe moce niebios zaniosły Księżniczkę wraz z całym orszakiem na szczyt Góry Barddeje. Góry, która leży na końcu Barbedetlandii, i co najgorsze, graniczy z wrogą Królowi krainą, Cruxlandią. Króla Napoleona jednak to nie przeraża. Przerażony jest jedynie losem swojej ukochanej. Postanawia niezwłocznie wyruszyć jej na ratunek. Na szczyt Barddejów Król Napoleon dociera w pojedynkę. W pojedynkę też walczy z barbarzyńcami cruxlandskimi, którzy zwiedziawszy się o dziwnych przybyszach na szczycie góry, plądrowali już tam od jakiegoś czasu. Królowi udaje się jednak dotrzeć do Księżniczki Indii. Cierpi bardzo, widząc ją w tak katastrofalnym położeniu. Wtedy też dowiaduje się od pierwszego rycerza Króla Virginusa, Rolanda, że to jeszcze nie koniec nieszczęść, że stary Król Cruxlon, srogi władca Cruxlandii, ma przybyć na szczyt góry, aby pojąć Księżniczkę za żonę. Że Król Cruxlon został oszukany przez podłego cruxlandskiego herszta bandy, który z chęci zysku, naopowiadał mu niewiarygodnych rzeczy o Księżniczce, i że ta, jakoby z utęsknieniem, czeka na niego. A że Król Cruxlon od bardzo dawna szukał żony, dlatego też dał się hersztowi łatwo zwieść. Król Napoleon zmuszony był stoczyć walkę z Królem Cruxlonem. Stoczył ją jednak bez przelewu krwi, wyswobadzając jednocześnie swojego braciszka Chiorunka spod jarzma Króla Cruxlona, który przez swoją brawurę, dostał się w międzyczasie w jego ręce.

Król Napoleon I Barbedet ze wszystkich zawirowań i perypetii wychodzi jednak obronną ręką i wraca do swojego pałacu z tarczą. Zwycięża zło. I to zesłane z niebios, i to zgotowane przez wrogów. Dużą rolę w jego zwycięstwie nad złem odgrywa też magiczna pochodnia, z którą się nie rozstaje, i bez względu na porę dnia, płonącą, ciągle ma przy sobie.

Król Napoleon, walcząc ze złem, utwierdza się w przekonaniu o nadrzędnej roli miłości w życiu człowieka. W walce swej, pozyskuje też i inną miłość. Miłość, którą bardzo sobie ceni. Król zdaje sobie wreszcie sprawę, że bez tej miłości nie udałoby mu się uratować ukochanej. Nie udałoby mu się również pokonać zła, zewsząd czyhającego.

A cóż to za miłość pomaga Królowi Napoleonowi uratować Księżniczkę Indię? Cóż to za miłość pomaga mu pokonać zło? Aby się o tym dowiedzieć, warto tę baśń przeczytać.

 

Akcja baśni rozgrywa się na terenie Barbedetlandii, pięknej, zielonej krainy, którą od zarania dziejów władają królowie z Dynastii Barbedetów.

Baśń zawiera dużo opisów przyrody i zjawisk w niej zachodzących. Akcja baśni ubarwiona jest opisami zabawnych sytuacji oraz wesołymi, dowcipnymi dialogami. Nie brakuje też i magii, która jest nieodzownym przecież elementem baśni, i która dodaje jej jeszcze większej tajemniczości. Czyni ją także bardziej interesującą. A w efekcie końcowym - bardziej zrozumiałą.

 


 

-Barbedetlandia-

Miłość Króla Napoleona 

(str. 79-113)




Fragment, w którym druhowie króla Napoleona docierają na szczyt Barddejów i opowiadają mu o swoich zabiegach zmierzających do wyczyszczenie zbocza góry z cruxlandskich zbirów


oraz 

 

w którym dochodzi do spotkania króla Napoleona z okrutnym królem Cruxlonem i pojmanym przez niego księciem Melchiorem.

 


   - No, drogi mój Rolandzie, nie chwal dnia przed zachodem słońca! - zaśmiał się Napolcio. - Jeszcze wiele może się wydarzyć. Ale nic to! Damy radę. Z pewnością damy... Tylu dobrym sercom w jednym miejscu, nie oprze się żadne zło tego świata... O, patrzcie moi mili, druhowie moi też już nadchodzą wraz z moim bratem, Księciem Melchiorem.

  Napolcio z promiennym uśmiechem stał przy Pegazusie i patrzył na nadchodzących. Och, jak lekko mu się robiło na sercu na widok Sławoja i Papkoja oraz na widok... Zaraz, a gdzież ten Chiorunek? Napolciowi zabrakło widoku braciszka. Serce jego w momencie zadrżało i zrobiło się ciężkie jak ołów.

  - Na miłość boską, a gdzie Chiorunek?! - krzyknął przerażony.

  - Uspokój się Napolcio! - zawołał Papkoj, dobiegając do króla wraz ze Sławojem. - Wszystko jest w porządku. Chiorunek został na dole. Nie martw się, jest bezpieczny. Sam zrezygnował z wchodzenia na górę, twierdząc, że ma lęk wysokości i taka wspinaczka, to dla niego wątpliwa przyjemność. No to żeśmy go zostawili wraz z końmi w tej małej grocie, wiesz, tam gdzie nocowaliśmy podczas naszego ostatniego tutaj polowania. Tam mu nic nie grozi, choćby nawet te bandziory cruxlandskie bezprawnie się aż tam zapuściły. Kazaliśmy mu mówić, że jest kurierem królewskim, a takiego nawet najgorsze zbóje nie ruszą. Na wszelki wypadek dałem mu też mój róg, tak że w razie czego, może nas w każdej chwili powiadomić. No a ponadto, Krzesimira i Korfantego z rycerzami tylko patrzeć. Może nawet już stoją u podnóża Barddejów.

  - No dobrze. Uspokoiłeś mnie. Bo już myślałem, że ten gagatek znów coś nawyczyniał. Kamień z serca... Trzeba nam jak najszybciej rycerzy tutaj ściągnąć, by nas osłaniali w trakcie schodzenia w dół... A powiedzcie mi, cóż żeście się tak ociągali? Ja już tak długo jestem tu na szczycie, a wy się dopiero teraz wgramoliliście.

  - Napolciu, ustań, chyba nie myślisz, żeśmy urządzali sobie wycieczkę krajoznawczą po zboczach - obruszył się Sławoj. - Przecie musieliśmy przepędzić to tałatajstwo cruxlandskie, które jak szarańcza, oblazło zbocze naszej góry. A przepędziliśmy ich w imię prawa, w imię Traktatu Barbedetlandsko-Cruxlandskiego, mówiącego wyraźnie o nienaruszalności granic między królestwami. Więc zgodnie z tym traktatem, zawartym przed wiekami jeszcze przez twoich przodków z Dynastii Barbedetów, przepędziliśmy ich, aż miło było patrzeć. A pędziliśmy ich wschodnim zboczem, wiesz, bo tam większa stromizna. Gdybyś mógł to widzieć, Napolciu, brzuch by ci się rozbolał ze śmiechu. Gnali w tempie godnym olimpijczyka z Olimpu. A jak się zwinnie wspinali po skałach, niczym małpy z Madagaskaru rodem. Widok był niesamowity. Gnaliśmy ich tak do samego szczytu. A potem, rozkoszowaliśmy się ich wyglądem, jak zziajani i zalani potem, przekraczają, a właściwie przeskakują granicę Cruxlandii. Będąc już w swoim królestwie, poczuli się pewniej, bo zrazu się wszyscy zatrzymywali, zbijając się do kupy. A było tego czortostwa, mówię ci Napolciu, cała chmara... dopiero wtedy było to widać. Wcześniej, kiedy jak robactwo, porozłazili się po zboczu, to wcale się nie wydawało, że ich aż tylu jest... I wyobraź sobie, parę tylko stóp za granią, czyli za grzbietem szczytu, gdzie przebiega linia graniczna, poczuli się zrazu jak u siebie w domu. Odwracali głowy w naszym kierunku, a na ich brudnych twarzach malowała się ulga, przechodząca w dziką satysfakcję. Wytykali nas palcami i śmiali się szyderczo, pokazując wszem i wobec, swe szczerbate japy. To był widok! Najwprawniejszy nawet malarz, najlepszym pędzlem z pędzli, nie byłby w stanie wyrazu ich twarzy oddać na płótnie. Pękaliśmy ze śmiechu. Do tej pory bolą mnie mięśnie brzucha. Ale była zabawa! Mówię ci! Trzeba nam było jednak kończyć tę zabawę, bo śpieszono nam było do ciebie. Ale musieliśmy się jeszcze upewnić, czy szczerbatym obdartusom nie strzeli co do ich zakutych łbów, i czy nie zechcą z powrotem pakować się na terytorium naszego królestwa. Szturchnąłem tedy Papkoja pod bok, a on od razu pojął o co mi chodzi i... jak nie ryknie swoim ulubionym głosem rozwścieczonego niedźwiedzia... Napolciu, byś ty to widział, co się wtedy działo... Tego się nie da opisać słowami. To trzeba było na własne oczy zobaczyć. Dość powiedzieć, że całe to tałatajstwo w momencie zrobiło w tył zwrot i z okrzykiem zgrozy, puściło się szaleńczym biegiem w głąb swojego królestwa. Mało nóg nie pogubili. A że w głąb królestwa, znaczy zboczem górskim w dół, to nie trudno sobie wyobrazić, jak ten ich szaleńczy bieg po stromiźnie górskiej wyglądał. Cha, cha, cha...! Napolciu, mówię ci... cha, cha, cha... jeden przez drugiego padali, podnosili się... i to jeszcze szybciej niż padali, i dalej pędzili w dół na złamanie karku. Niektórzy zaś jak padli, tak się nie mogli podnieść, tylko turlali się z wrzaskiem w dół, nabierając coraz to większej szybkości. A ci, którym udało się w końcu zatrzymać gdzieś na jakimś krzaku, albo wybrzuszeniu skalnym, podnosili się, i z jeszcze głośniejszym wyciem pędzili po zboczu. Z tym, że na wszelki wypadek, by znów się nie poślizgnąć na kamieniach i nie upaść, pędzili już nie w linii prostej, tylko zygzakiem... Cha, cha, cha... O moje wy niebiosa, dzięki wam za tę wspaniałą zabawę!

  Głośno i wesoło zrobiło się na szczycie barbedetlandskiej Góry Barddeje. Król Napoleon pękał ze śmiechu. Pękali ze śmiechu virginislandcy rycerze i dworzanie. Śmiały się również damy. Choć te akurat nie wiedziały dlaczego się śmieją. Stojąc w oddaleniu, nie słyszały opowieści Sławoja, nie mogły więc wiedzieć z czego śmieją się mężczyźni. Ale nic w tym dziwnego, że się śmiały, śmiech jest przecież zaraźliwy. Więc całkiem to zrozumiałe, że wszystkie damy pękały ze śmiechu również. A że same były tym faktem zaskoczone, że śmieją się nie wiedząc czemu, spoglądały tylko po sobie ubawione i śmiały się coraz bardziej ochoczo i coraz to głośniej. Bo też zapewne poczuły, że śmiech bardzo miło rozluźnia im nerwy, napięte traumatycznymi wydarzeniami z ostatnich kilkudziesięciu godzin ich życia... Więc śmiały się i śmiały, i nie mogły skończyć.

  Nawet księżniczka India, siedząca ciągle w jamie na swej połamanej ławeczce z karety, śmiała się w głos. A ona, to już na pewno nie miała żadnej możliwości usłyszeć o czym była mowa na górze, ani też zobaczyć kogokolwiek. Usłyszała tylko wybuch śmiechu. I to już jej wystarczyło, by samej się roześmiać serdecznie. A śmiała się chętnie, gdyż akurat na śmiech cały czas miała ochotę, pozostawiona sam na sam ze swoimi radosnymi myślami. Bo cóż bardziej szczęśliwego i radosnego mogłoby się jej przydarzyć? Ojciec jej, Król Virginus, był cały i zdrów, i był pod opieką jej przyszłej teściowej, Królowej Beatrycze. Jej przyszły mąż, Król Napoleon I, był tuż obok. No, może nie całkiem obok, bo był gdzieś nad jej głową, ale najważniejsze, że był blisko. Czego jeszcze więcej mogłaby pragnąć? Wszystko co najpiękniejsze i najlepsze, właśnie się jej ziściło. Nic to, że musiała tyle strasznych chwil przeżyć. Może tak musiało być, by jeszcze mocniej mogła odczuć te wspaniałe chwile, jakie przyszło jej teraz przeżywać?




                                                             ILUSTRACJA SZEŚCIOLATKI


  Sławoj, który swoją opowieścią wywołał tak ogromną wesołość na szczycie górskim, sam śmiał się najgłośniej. Skulony w pół, trzymał się za brzuch i rechotał basem ile wlezie. Chciał przestać się śmiać, ale nie mógł. A że koniecznie chciał opowiedzieć o jeszcze jednej scence, rozegranej na zboczu Cruxlejów, to szczypał się nawet po brzuchu, próbując śmiech pohamować. Lecz nie na wiele się to zdało, bo gdy tylko w myślach przywołał sobie tę scenę, buchał potężnym śmiechem od nowa. Tak że trochę to trwało, zanim udało mu się pozbierać jakoś do kupy i przestać się śmiać. I gdy już wreszcie przestał, to żeby znów nie huknąć gromkim śmiechem, zaczął szybko oddychać, niczym zziajany pies na polowaniu. Po czym nabrał spory łyk powietrza i zatrzymał go w płucach. Zacisnął mocno usta, i chwilę tak postał, wybałuszając coraz bardziej oczy z powodu wewnętrznego ciśnienia. A kiedy poczuł, że zaraz się udusi, głośno wydmuchał całą zawartość zużytego powietrza z płuc, i jeszcze na wydechu, szybciutko zaczął mówić:

  - Napolciu, koniecznie muszę ci jeszcze opowiedzieć o tych niektórych oberwańcach cruxlandskich, którzy uciekając przed wściekłym Papkojem... to jest niedźwiedziem, zachowali na tyle zimnej krwi, że swój szaleńczy bieg w dół, potrafili niczego sobie umiejętnie kontrolować. Nie możesz sobie nawet wyobrazić, jak zwinnie i sprawnie te czorty potrafiły balansować własnym ciałem. Tak sprawnie i tak zwinnie, iż udawało im się przez cały czas utrzymać równowagę, pomimo częstych poślizgów. Ci to nie padali wcale, o nie... chyba że jakiś inny ich pobratymiec, biegnąc z tyłu, albo z boku, stracił równowagę, i padając jak długi, podcinał im nogi. Wtedy niestety padali również. Ale najpierw robili w powietrzu przepiękne salto. Niektórzy pojedyncze, a niektórym nawet podwójne salto wspaniale wychodziło... Mówię ci Napolciu, gdybyś to mógł widzieć... takie sprawne fizycznie czorty, a co rusz fruwały nad zboczem jak gacki nietoperze... Cha, cha, cha! A ich porwane łachmany furkotały w powietrzu niczym chorągwie królewskie na wietrze... Cha, cha, cha! Och, Napolciu, mój brzuch... pęknie mi chyba... O rety... A że długo fruwać nie mogli, bo ich szmaty, w jakie byli odziani, to nie skrzydła, więc trzeba im było wracać na ziemię. Spadali więc z głośnym „pac!" na zbocze, a potem robili łubudu po zboczu, wyczyniając przy tym takie figury akrobatyczne, jakich by im niejeden akrobata z trupy cyrkowej pozazdrościł... Mówię ci Napolciu, gdybyś mógł ich chociaż słyszeć... cha, cha, cha... och, mój brzuch... z jakim okrzykiem świętego oburzenia na ustach, o różnej tonacji i różnej sile głosu, robili to swoje „hop" nad zbocze... „frrruuuu" nad zboczem, „pac" o zbocze i „łubudu-łubu-du-łubudu" po zboczu...  

  Sławoj musiał przerwać swą opowieść, bo już nie miał siły dalej opowiadać. Bo jakże miał opowiadać, skoro wszyscy dookoła zwijali się ze śmiechu? A i jego samego śmiech poniewierał straszliwie. Tak targał jego ciałem, tak targał, że aż brzuch mu pękał, a w płucach brakowało powietrza. Do tego wszystkiego, gdy popatrzył na Papkoja, który z wybałuszonymi oczami nie śmiał się już jak normalny człowiek a tylko piał niczym kur o świcie, to dopiero nie mógł się opanować. No po prostu nie mógł. Huknął nową salwą śmiechu i rechotał jak oszalały najgłośniej ze wszystkich.

  Po szczycie góry dwojga nazw: Barddeje i Cruxleje, znów przeszła potężna fala śmiechu. Jeszcze potężniejsza niż poprzednia. A że pracowite echo górskie nie darmowało i natychmiast zrobiło użytek z tej fali, ciskając nią z dziką radością, to tu, to tam, we wszystkich kierunkach świata, przeto gromki śmiech słychać było daleko. Bardzo daleko. Słychać go było, i w Barbedetlandii, i w Cruxlandii.

  Pierwszy przestał się śmiać Napolcio. Choć go bardzo bawiły opowieści Sławoja, jak również widok śmiejących się przyjaciół oraz virginisladskich rycerzy i dworzan, a zwłaszcza Rolanda, który swym potężnym, basowym śmiechem dorównywał Sławojowi, wtórując mu nieustannie, to jednak pilno mu było do księżniczki Indii. Chciał jak najszybciej sprowadzić ją w dół, by u podnóża góry, w wytryskującym tam źródełku, mogła się orzeźwić i odpocząć. Dlatego postanowił swych druhów już spamiętać. Potarmosił ich jednocześnie za ich podniesione przyłbice, i rzekł:

  - No, przyjaciele, kończcie już rechotać. Trzeba sprowadzić Krzesimira z rycerzami. Muszą nam osłaniać zejście z góry. Mam nadzieję, że Krzesimir nie w ciemię bity i ustawił czujki z dala od podnóża Barddejów. I to na tyle daleko, by czujki widziały szczyt górski. Jeżeli tak jest, wystarczy jak któryś z was czerwoną chustą da im umówiony znak, by rycerze szli nam w sukurs. Ale żeby szli pieszo oczywiście. A jeśli Krzesimir okaże się jednak w ciemię bity, to niestety, trzeba gnać w dół i przyprowadzić rycerzy. Nie pamiętam dokładnie czyja to kolej dzisiaj, ale chyba dobrze mówię, że Krzesimira, i że to on przejmuje dziś dowództwo nad rycerzami w czasie naszej nieobecności?... A widzisz, Sławojciu mój kochany, potwierdzasz moje przypuszczenie... Ma się tę pamięć, no, no! To w takim bądź razie oznacza, że Korfanty z dziesiątką rycerzy, jak zwykle, zostaje na miejscu i czeka na nasz powrót... No patrzcie, zapomniałbym o mojej kochanej siostrzyczce. A więc z Korfantym zostaje też i Zefcia... Aha, i niech Korfanty wyprowadzi z groty tego strachajło wysokościowego, Chiorunka. A swoją drogą... teraz tak myślę, czy nie nazbyt szybko uwierzyliście temu gołowąsowi? Bo coś mi tu nie pasuje z tym jego lękiem wysokości. Przecież nad ranem wisiał na wysokościach, i to głową w dół. Wydaje mi się, że to znów jakaś jego nowa zagrywka. Daj Bóg, obym się mylił... Jakkolwiek by nie było, niech Korfanty otoczy go opieką również. Bezwzględną opieką!... No, to który z was na ochotnika zajmuje się sprawą?

  - Wiesz co, Napolciu, ja myślę, że to zupełnie niepotrzebne, by ściągać tu jeszcze i naszych rycerzy. Ci, tutaj, wystarczą nam, aby sprowadzić z góry Księżniczkę Indię i wszystkie jej damy - odezwał się Sławoj, spoglądając z uśmiechem na Rolanda i jego rycerzy oraz dworzan, którzy w międzyczasie też przestali się śmiać i przysłuchiwali się ich rozmowie. - Na zboczu nie ma już żadnych Cruxlandczyków. Sprawdziliśmy. Idąc do ciebie, szliśmy tą samą drogą. Rozglądaliśmy się dokładnie i nikogo już nie widzieliśmy. No, oprócz tych dwóch rycerzy Króla Cruxlona...

  - Święty Dygdy! Król Cruxlon już tu jest?

  - Nie Król Cruxlon, tylko jego dwaj rycerze. Ale nie martw się Napolciu, unieszkodliwiliśmy ich. Wyobraź sobie, że te nastroszone koczkodany zaczaiły się na nas w załomie skalnym i chciały na nas zarzucić te swoje arkany. Ale my nie ćwoki, usłyszeliśmy w porę świst liny i naszym wyćwiczonym sposobem, rozkładając szeroko ramiona, udało nam się pętle złapać w locie. No a wtedy, mocnym szarpnięciem, ściągnęliśmy te dwa koczkodany wprost do naszych stóp. Ale mieli zdziwione miny... Mówię ci Napolciu. A tak w ogóle, cóż to za rycerze, ja się pytam? Wypomadowane to to, i jakoś tak dziwacznie ubrane, że do błaznów bardziej podobne niż do rycerzy. A teraz to już całkiem wyglądają jak błazny Króla Cruxlona, a nie jak jego rycerze...

  - Sławoj, gadaj mi tu zaraz, coście z nimi zrobili?! - Napolcio był bardzo zaniepokojony wiadomością o rycerzach Króla Cruxlona.

  - A nic takiego szczególnego, bo nie mieliśmy czasu się nimi tak od serca zająć. Śpieszono nam było do ciebie. Przywiązaliśmy ich tylko tymi ich arkanami do słupów skalnych i siedzą tam teraz jak dwa błazny na uwięzi, strzelając tylko złym wzrokiem na lewo i prawo.

  - A co mówili? - Napolcio wcale nie poczuł się uspokojony tą wiadomością.

  - A coś tam bełkotali o ich Królu. Że to niby zaraz tu przybędzie i da nam nauczkę... Jeden z nich mówił nawet, że jest Księciem Karolem, bratankiem Króla Cruxlona... A co mnie obchodzi, kim on jest! Jakiej bidy pcha się na nasze zbocze? Urządzili sobie wycieczkę zagraniczną i latają bezprawnie po naszej górze, i do tego, jeszcze nas swoim Królem straszą. Co za swołocz! Wyobrażasz sobie Napolciu? Co oni sobie w ogóle myślą? Co to ma znaczyć? Jeszcze nigdy do tej pory nie słyszałem, aby kiedykolwiek byli tak rozbisurmanieni i tak bezpardonowo pchali się na nasze terytorium. Tak mnie zeźlili tą swoją bezczelnością, że na odchodnym musiałem ich zdzielić pięścią po ich zakutych, w jakieś komiczne hełmy, łbach. A Papkuś, mój druh kochany, dołożył im z drugiej strony.

  - Niedobrze! - wycedził przez zęby Napolcio, cały odrętwiały złą   według niego wieścią.

  - Jak to, „niedobrze"?! - odezwał się tym razem Papkoj. - A co, może buzi mieliśmy im dać na pożegnanie?

  - A tam, zaraz buzi... Nie chodzi mi o buzię - bezmyślnie palnął Napolcio, bo jego myśli były już zajęte sprawą ewentualnego spotkania z Królem Cruxlonem oraz szybkim obmyślaniem strategii walki.

  Napolcio kiedy się zastanawiał, albo nad czymś rozmyślał, wtedy lubił opierać głowę o łeb Pegazusa. Zrobił to też i tym razem. Ale że oparł ją niezbyt fortunnie, bo płonącą pochodnią zbyt blisko oka konia, przeto nie za długo dane mu było dumać. No bo jakże Pegazus w takiej sytuacji miał mu służyć swym łbem, skoro ogień kojarzył mu się z niebezpieczeństwem? Nic dziwnego, że potrząsnął nim nerwowo. Odrzucając jednocześnie głowę swojego pana. Niechcąco, ma się rozumieć. Napolcio doznał wstrząśnienia mózgu, ale takiego w sensie pozytywnym, bo zrazu odrętwienie mu przeszło. Przestał się też dłużej zastanawiać i natychmiast przystąpił do działania. A pierwszą rzeczą, którą się zajął, było skracanie puślisków* przy siodle na grzbiecie Pegazusa. Robił to z myślą o Księżniczce Indii, gdyż postanowił ją na koniu w dół sprowadzić. Zajęty tą czynnością, wykrzykiwał do Sławoja i Papkoja:

-----------------------------------------------------------------------------------------------

*Puślisko - rzemień, którym strzemię przytroczone jest do siodła

-----------------------------------------------------------------------------------------------

  - Wy nie wiecie, co rycerze cruxlandscy robili na naszym zboczu?! Otóż, Król Cruxlon ich wysłał. A po co?! A na zwiady!... No tak, ale skąd wy możecie o tym wiedzieć?... Nie ma teraz czasu na opowiadania. Wystarczy, że wam powiem, iż Król Cruxlandii chce pojąć Księżniczkę Indię za żonę... Jazda Papkoj, natychmiast ściągaj tu naszych rycerzy! Sławoj, gnaj nad zbocze po stronie Cruxlandii i niezwłocznie dawaj znać, czy Król Cruxlon przypadkiem już nie nadchodzi... Wykonać!

  - A ja, cóż mi czynić, Królu Napoleonie? - odezwał się równie mocno zaniepokojony Roland.

  - Poczekaj Rolandzie, zaraz ci powiem - drżącym głosem odpowiedział Król.

  Napolcio był bardzo zdenerwowany. A przede wszystkim był zły na siebie za to, że zbagatelizował nieco sytuację i wcześniej nie ściągnął swoich rycerzy, łudząc się, że do spotkania z Królem Cruxlonem nie dojdzie. A teraz okazało się niestety, że rzecz stała się zupełnie realna, skoro rycerze cruxlandscy byli już na zboczu. Bo po co by tam byli? Przecież to pewne, że Król Cruxlon wysłał ich na  zwiady. Och, jakże Napolcio był zły na siebie za swą naiwność.

  Napolcio zamierzał czekać tylko na wiadomość od Sławoja, i nie czekając aż jego rycerze dotrą na sam szczyt, powoli zacząć sprowadzać Księżniczkę Indię i jej wszystkie damy. Już chciał pobiec do księżniczki, by ją powiadomić, że zaraz zaczynają schodzić, gdy nagle ponad głowami virginislandskich rycerzy i dworzan usłyszał dziwny dźwięk. Wskoczył na leżącą obok skrzynię, wyciągnął szyję i popatrzył w dal... i zamarł. Zobaczył Sławoja, pędzącego od strony cruxlandskiego zbocza, który machając rękami, dawał jakieś znaki. Znaki te, Napolcio odczytał jako bardzo złowieszcze. Otóż mówiły one o tym, że Król Cruxlon, niestety, ale już nadchodzi. Wymowa tych znaków wydała się Napolciowi tym bardziej złowieszcza, gdyż przyszło mu je odczytywać przy dźwiękach... grozy. Przy dźwiękach, które wwiercały mu się w uszy i przyprawiały o zawrót głowy... I choć wiedział, że to tylko wyobraźnia nasuwała mu takie skojarzenia, że ten rytmiczny stukot metalu o metal, jaki słyszy w oddali, ma w swym brzmieniu taką wymowę, to jednak uczucia grozy wcale nie zmniejszało. W rzeczywistości Napolcio kojarzył, skąd pochodzą te dźwięki.  Wiedział, że pochodzą od biegnącego Sławoja, który dając znaki rękami, nie mógł jednocześnie przytrzymywać przytroczonej do pasa długiej pochwy ze swym pokaźnych rozmiarów mieczem. I że to właśnie pochwa z mieczem, obijając się o jego metalową zbroję, wydaje takie metaliczne i rytmiczne dźwięki. Ale w tej sytuacji, w jego wyobraźni, dźwięki te jakoś samoistnie wkomponowały się w brzmienie grozy. Grozy, która nadchodzi wraz z nadchodzącym Królem Cruxlonem.

  Napolcio poczuł, że krew gotuje mu się w żyłach. Bo też stała się rzecz najgorsza. Król Cruxlon ze swoimi po zęby uzbrojonymi rycerzami był już tuż-tuż, a jego rycerze byli ciągle jeszcze u podnóża góry. Wściekłość ogarniała go coraz bardziej. Ale cóż było robić? Nie było wyjścia, musiał stawić czoła sytuacji. W pośpiechu zeskoczył ze skrzyni i w pierwszym odruchu, chciał biec do Księżniczki Indii. Miał nadzieję, że zdąży przynajmniej ją samą sprowadzić w dół. A potem, gdy ją przekaże w ręce troskliwej Zefci, wróci na szczyt Barddejów i osobiście  rozprawi się z Królem Cruxlonem.

  Biegnący w szaleńczym tempie Sławoj, jakby wyczuł, co jego Król będzie chciał zrobić, i jeszcze zanim dobiegł do pierwszego kręgu rycerzy virginislandskich, zaczął krzyczeć:

  - Nie! Napolciu, nie! Pozostań na miejscu!

  Napolcio znieruchomiał. Co też to może oznaczać? Dlaczego ma pozostać na miejscu? Nie wytrzymał tej niepewności i zaczął się przedzierać pomiędzy też już zaniepokojonymi virginislandskimi rycerzami i dworzanami. Roland podążał za nim. Kiedy Napolcio wydostał się na zewnątrz kręgów, Sławoj już dobiegł.

  - Sławoj, gadaj natychmiast, co się dzieje! - rozkazał.

  - Zdążyłem zobaczyć jak kilkunastu rycerzy Króla Cruxlona chyłkiem przemknęło po szczycie i pobiegło na zbocze naszej góry - wysapał zziajany Sławoj. - Dopóki nasi rycerze nie nadejdą, będzie bezpieczniej, gdy tutaj pozostaniesz wraz z Księżniczką Indią. Nie zdążyłbyś uciec. Zresztą, chyba ze setka rycerzy z Królem Cruxlonem lada moment wejdzie na szczyt. Myślę, że najlepiej będzie nam wszystkim tutaj pozostać, jakby nigdy nic. Nie pokażemy im, że się ich wystraszyliśmy. O nie! Niech sobie nie myślą! Spróbujemy najpierw niby to negocjować z Królem Cruxlonem, a właściwie, to będziemy działać na zwłokę. Będziemy specjalnie przeciągać negocjacje tak długo, aż nasi rycerze staną na szczycie. A potem to my im już pokażemy gdzie raki zimują... Niech sobie nie myślą! Liczebnie będziemy silniejsi. W mig przepędzimy ich z powrotem do ich królestwa. A staremu Królowi Cruxlonowi wybijemy z głowy żeniaczkę raz na zawsze... Co za zepsuty staruch? Jak on w ogóle śmie myśleć, że mógłby Księżniczkę Indię pojąć za żonę? Żeby go nie wiem co...

  - Cicho już Sławoj, nie żołądkuj się tak! - Napolcio uspakajając przyjaciela, sam siebie chciał uspokoić. - Masz rację, będę negocjował, a ty mi będziesz podpowiadał tematy. Roland, ty też wymyślaj, co tylko się da. Bo musisz wiedzieć, że Król Cruxlon jest bezgranicznie zachłanny na wszelakie dobra materialne, więc można mu obiecywać cuda niewidy i różnościami oczy mydlić, a on będzie z rozdziawionymi ustami słuchał i analizował. Mój ojciec, Król Jeremiasz, znał go bardzo dobrze i nieraz mi o nim opowiadał. Stąd wiem, że Król Cruxlon choć należy do bardzo walecznych królów, to jednak jego waleczność przegrywa z przeogromną jego zachłannością. I właśnie w ten jego słaby punkt musimy uderzyć. Na początku sam zacznę wodzić go na pokuszenie, ale gdy zacznie mi brakować konceptu, podpowiadajcie mi... Aha, ale najpierw, Rolandzie, idź do Hrabiny Amoroso i poproś ją w moim imieniu, aby zajęła się Księżniczką Indią, bo ja chyba raczej nie powinienem teraz do niej iść... Nie umiem kłamać, a nie chciałbym jej prawdą przerażać. Najlepiej będzie, kiedy Hrabinę Amoroso zniesiesz do niej do jamy. Z pewnością będzie jej wtedy raźniej. I niech Hrabina użyje swych umiejętności dyplomatyzowania, byleby tylko Księżniczka nie zorientowała się, że coś złego się dzieje, i nie myślała, że znów jest w niebezpieczeństwie...

  - W żadnym niebezpieczeństwie! - wpadł Królowi w słowo Papkoj, który wyrósł nagle przed nim jak spod ziemi. - O żadnym niebezpieczeństwie mowy być nie może. Nasi rycerzy niebawem dotrą na szczyt. Czujki na szczęście znajdowały się na właściwym miejscu i natychmiast zrozumiały twój Napolciu rozkaz. Potwierdziły to umówionym znakiem. Tak że tylko patrzeć, jak przy twoim boku staną. A wtedy to my pokażemy tym durniom cruxlandskim gdzie jest ich miejsce. A o Królu Cruxlonie, to nawet boję się wspominać, bo mnie zrazu taka furia bierze, żem gotów już gnać mu naprzeciw, by nauczyć starucha siły na zamiary mierzyć. Jak w ogóle temu staremu niedołędze mogło przyjść do głowy, że może pojąć za żonę tak młodą i piękną Księżniczkę? Chyba ta jego wszeteczna zachłanność i bufonada całkiem mu już umysł wyżarły i teraz nie potrafi pojąć, że przecież istnieją jakieś granice przyzwoitości... Co za obleśny bufon!

  - Już dobrze Papkojciu, uspokój się! - Napolcio poklepał przyjaciela po ramieniu. - Ważne, że moi rycerze niebawem dotrą. Wprawdzie będą mieli na zboczu małą przeprawę z rycerzami Króla Cruxlona, bo tak jak Sławoj mówi, już ich tam kilkunastu jest, ale co to dla moich rycerzy. Dadzą radę. Z pewnością rozprawią się z nimi odpowiednio i szybko. A potem... potem zobaczymy, co zrobimy z tymi intruzami. Jedno jest pewne, że zrobić musimy, bo nie może być tak, aby byli bezkarni... No, Rolandzie, ruszaj do Hrabiny Amoroso i załatw szybciutko tę delikatną sprawę. A po załatwieniu, wracaj tu do nas. We czwórkę wyjdziemy Królowi Cruxlonowi naprzeciw.

  Po krótkiej chwili Napolcio wraz ze Sławojem i Papkojem oraz z Rolandem ruszył na spotkanie z Królem Cruxlonem. Szedł z głową podniesioną, z uśmiechem na twarzy. Krok miał pewny i dziarski, jak na prawdziwego króla przystało. Och, żeby go tak Księżniczka India mogła teraz widzieć. Wyglądał wspaniale, aż blask bił od niego. Nie tylko przez to, że promyki słońca igrały na jego złotej zbroi, i że pochodnia ciągle płonęła cudownym ogniem na jego głowie, nie, nie tylko. Bił od niego jakiś taki wewnętrzny blask. Blask człowieka o dobrym i życzliwym sercu, o wrażliwej i pięknej duszy.

  Virginislandcy rycerze i dworzanie oczu oderwać nie mogli od Króla Napoleona. Oczarowani byli jego wspaniałym, dostojnym wyglądem, jego postawą, jakże wzniosłą. Oczarowani byli magiczną aurą, jaką wokół siebie roztaczał. Król Napoleon stał się dla nich ze wszech miar idolem. Wpatrując się w niego, sami poczuli się jakoś tak milej i przyjemniej, ba, poczuli się wręcz uroczyście. Poczuli się potrzebni i ważni. Biorą przecież udział we wspaniałym spektaklu. W spektaklu, w którym są nie tylko widzami, są też poniekąd jego współtwórcami. Jak urzeczeni patrzyli za oddalającym się Królem i jego trzema postawnymi towarzyszami u boku. Patrzyli też za oddalającym się wiernym koniem Króla, który podążał za swym panem w niewielkiej odległości i machał dostojnie swym pięknym, białym ogonem, niczym dyrygent batutą. Wspaniały był to widok. Wszyscy patrzyli z zapartym tchem i bezwiednie wyciągali szyje coraz bardziej, byleby jak najdłużej widok ten mieć przed oczami. Nie tylko po to, aby nasycić swe oczy, ale by wzrokiem odprowadzić swojego idola, który zmierza na spotkanie ze złem, z którym musi się zmierzyć. I wszyscy też, całym sercem i duszą, życzyli mu powodzenia.

  Napolcio nie pomiarkował nawet, że Pegazus również dotrzymuje mu kroku, i że w niewielkim oddaleniu człapie za jego plecami. Napolcio rozmyślał o spotkaniu z Królem Cruxlonem. Marzył, aby jak najszybciej mieć to spotkanie za sobą i móc pędzić do Księżniczki Indii, i zająć się nią wreszcie z należnym jej szacunkiem. Tak rozmyślając, szedł sprężystym krokiem i nie spostrzegł nawet, że na wschodniej części szczytu, zaczynają się już wyłaniać pierwsi rycerze Króla Cruxlona. Dopiero przeciągły syk Sławoja sprawił, że popatrzył dokładniej w tamtym kierunku.

  - No, to przywitajmy Króla Cruxlona! - zawołał i zatrzymał się momentalnie. - Tutaj poczekamy na Jaśnie Wielmożnego Króla Cruxlandii. Tyle mu chyba miejsca wystarczy, by się mógł pomieścić wraz ze swą liczebną drużyną rycerzy. Dalej go nie przepuścimy, żeby nie wiem co... Nie może się zbliżyć do Księżniczki Indii.

  - Niechby tylko spróbował, to mu osobiście gnaty policzę! - ryknął Sławoj.

  - A ja ci pomogę liczyć - zapewnił Roland.

  - A nie myślcie, że ja będę stał z boku i tylko liczeniu waszemu się przyglądał - oznajmił stanowczo Papkoj.

  Napolcio przypatrywał się wchodzącym na szczyt cruxlandskim rycerzom bez żadnej obawy. Cieszył się nawet, że wnet się skończy ta idiotyczna walka z Królem Cruxlonem, który tylko przez to, że został oszukany przez łotrów z własnego królestwa, pokonuje jakże niebezpieczną w jego wieku drogę. I kiedy tak Napolcio wypatrywał Króla Cruxlona pomiędzy głowami jego rycerzy, chwilami, w głębi serca, żal mu się go robiło. Napolcio taki już był. Miał bardzo dobre i wrażliwe serce. Nawet dla wroga.

  Cruxlandscy rycerze, w pełnym uzbrojeniu, wchodzili na szczyt dwójkami. Wchodzili i wchodzili, i było ich już co najmniej pięćdziesięciu, a Króla Cruxlona ciągle nie było widać. Ale po chwili oczom  Napolcia i jego druhów, ukazała się lektyka z baldachimem, niesiona przez niewolników. Widok ten poraził Napolcia, i już nie był pewien, czy mu nadal Króla Cruxlona jest aż tak żal. Pewnym był natomiast, że bardzo mu żal tych biednych niewolników. W jego królestwie niewolnictwo było nie do pomyślenia. Jeszcze jego ojciec, Król Jeremiasz, całkowicie zniósł niewolnictwo.

  - Napolciu, czy ty to widzisz? Co za bufoniasty bufon z tego Cruxlona! - zawołał zniesmaczony Sławoj. - Nie dość, że się porywa do żeniaczki jak szczerbaty na suchary, to jeszcze popatrz no, jaki wygodny... Hańba! Toż on ciągle jeszcze niewolnictwa nie zniósł. Jego postępowanie woła o pomstę do nieba! Brrr... brzydzę się nim!

  - Ucisz się już Sławojciu! - rozkazał Napolcio. - Ja też jestem tym zaskoczony, że widzę niewolników. Po jego ostatniej i sromotnie przegranej bitwie z Królem Jeremiaszem, w spisanym Traktacie Pokojowym, zniesienie niewolnictwa było warunkiem zachowania przez niego dawnych granic królestwa. Ojciec mój był pewien, że Cruxlon dotrzymał warunków traktatu. Widocznie po jego śmierci, Cruxlon uznał, że Traktat Pokojowy nie musi już obowiązywać i na powrót wprowadził niewolnictwo... Spróbuję mu przypomnieć o nieograniczonym terminie ważności tego traktatu.

  W międzyczasie cała już kolumna cruxlandskich rycerzy stanęła na szczycie. Okazało się, że lektykę z Królem Cruxlonem niesiono gdzieś tak w połowie kolumny, gdyż za lektyką szło jeszcze tyle samo prawie rycerzy, co i przed. Ta przedziwna kolumna (jak na warunki i otoczenie), zbliżała się coraz bardziej do Napolcia i jego druhów. Rycerze szli wolnym krokiem i najwyraźniej żaden z nich jeszcze nie zauważył, że ktoś nadchodzi z przeciwka. Nawet sam Król Cruxlon nie spostrzegł jeszcze nikogo, choć miał najlepszą możliwość obserwacji. Niesiony ponad głowami swych rycerzy, oczy miał o wiele wyżej niż oni. Nie widział jednak nikogo. No cóż, widocznie na starość wzrok już nie ten.

  Dopiero po chwili, kiedy kolumna weszła na prosty odcinek szczytu, Napolcio przyuważył na jej przedzie małe poruszenie wśród rycerzy. Wreszcie kolumna zatrzymała się. Prowadzący kolumnę, zapewne pierwszy rycerz Króla Cruxlona, odbił nagle od czoła i pobiegł do tyłu. Biegł, aż zrównał się z lektyką swojego Króla. Przez chwilę nic się nie działo. Rycerze stali nadal bez ruchu... Aż tu nagle, coś się dziać zaczęło. Wprawdzie czoło kolumny i dalsi jej rycerze nadal stali w bezruchu, ale lektyka z Królem Cruxlonem wyraźnie drgnęła i wysunęła się nagle z kolumny. Niesiona powoli przez umordowanych niewolników, najwyraźniej kierowała się w jego stronę. Napolcio poczuł ulgę. - „Wreszcie zbliża się punkt kulminacyjny całej tej bezsensownej zabawy" - pomyślał. - „No, to pobawimy się nieco, drogi mój sąsiedzie, Królu Cruxlandii... A potem szybko, jak najszybciej... do ukochanej mojej polecę. Jak na skrzydłach". - Napolcio uśmiechnął się do swych myśli, i nagle, ni stąd, ni zowąd, usłyszał ciche rżenie Pegazusa za swymi plecami. Zaskoczony oglądnął się natychmiast i zawołał:

  - Patrzcie kochani, mój przyjaciel koń też jest ze mną! On chyba umie czytać w moich myślach... Jestem naprawdę szczęśliwym Królem... - Napolcio musiał nagle przestać się zachwycać, bo gdy znów popatrzył w kierunku zbliżającej się lektyki Króla Cruxlona, to to, co zobaczył przy niej, wprawiło go w przerażenie. - Święty Dygdy! A kogóż oni tam ciągną na linach...?! Ojcze Jeremiaszu, błagam, tylko nie to... Chiooooruuuunek!

  Napolcio był tak potwornie przerażony nagłym widokiem swojego braciszka w tym miejscu, a przede wszystkim w takich okolicznościach, iż miał wrażenie, że serce wyskoczy mu z piersi. Nie zważał jednak na siebie, tylko puścił się od razu szaleńczym biegiem naprzeciw bratu. Za nim popędził Sławoj i Papkoj. A ci byli jeszcze bardziej przerażeni, gdyż zdali sobie sprawę, iż za ten właśnie okropny widok, który tak bardzo przeraził ich kochanego przyjaciela, oni są odpowiedzialni.

  Roland, choć w ogóle nie zrozumiał, co się nagle stało, mimo to, ruszył niezwłocznie za Królem Napoleonem i jego druhami.

  Pegazus, podobnie jak Roland, też nic nie zrozumiał, ale jak przystało na prawdziwego rumaka Króla, puścił się natychmiast za swoim panem. Pegazus galopował na samym końcu. A galopował pięknie, z ogonem podniesionym i z rozwianą grzywą. Tworzył sobą wspaniałe, białe tło dla biegnącego w przedzie Króla Napoleona z płonącą pochodnią na głowie i jego rosłych towarzyszy w połyskujących w słońcu zbrojach.

  Taki właśnie obraz miał przed oczami Król Cruxlon. I trzeba przyznać, iż obrazem tym był zaskoczony niesamowicie. Nie przez to, że poruszył go jego artyzm, a gdzież tam. Króla Cruxlona nie interesowało piękno ulotne. Nie potrafił go nawet zauważać. Jego interesowało piękno tylko tych rzeczy, które mógł dotknąć, a już najbardziej, które mógł posiąść. Widok biegnących w jego kierunku zaskoczył go dlatego, że wśród nich rozpoznał Króla Barbedetlandii. A takiego widoku się nie spodziewał. Nie podejrzewał, że go tutaj zastanie, ba, został o tym nawet zapewniony. Nie spodobało mu się to. Oj, nie! Ale w końcu zbytnio się tym nie przejął, bo zaraz pomyślał, że ten fircyk nic mu przecież nie może zrobić, mając tylko trzech rycerzy u boku. - „Co najwyżej może mi nachuchać" - śmiał się w duchu. A gdy przypomniał sobie, że ma dla niego niespodziankę, roześmiał się w głos. I tak śmiejąc się obrzydliwie, z wielkim zadowoleniem patrzył jak dobiega akurat przed jego wielce szanowne oblicze, ze swoją marną trójką rycerzy i jednym koniem.

  - Powitać sąsiada, Wielkiego Króla Barbedetlandii! - zawołał, ciągle rechocząc. - Co za ważne sprawy ciebie, Królu Napoleonie, tutaj sprowadzają? Mam nadzieję, że nie te same co mnie. Bo muszę ci od razu powiedzieć, że nie masz żadnych szans... Ale to żadnych!

  - To się okaże, Królu Cruxlandii! - Napolcio krzyknął w kierunku lektyki i natychmiast podskoczył do skrępowanego sznurami Chiorunka. - Chiorunek, braciszku mój kochany, co ci jest? Jesteś ranny?

  - Nic mi nie jest - wyszeptał cicho podwójnie skrępowany Chiorunek. Podwójnie, bo i związany, i zawstydzony.

  - Jak to się stało? Pojmali cię te łotry w naszej grocie? - dociekał łamiącym się głosem Napolcio, ze łzami w oczach.  

  - No wiee... esz... - zająknął się Chiorunek, nie wiedząc, co ma rzec. W końcu zawstydził się jeszcze bardziej i spuścił głowę.

  - Dobrze, nic nie mów. Musisz odpocząć. Później mi o tym opowiesz... - szepnął Napolcio braciszkowi do ucha. - Wiem, na co tych barbarzyńców stać. I nie bój się już. Włos ci z głowy nie spadnie. Nie pozwolę na to. Dam ja im nauczkę - wreszcie wrzasnął na cały głos: -  Już mi te łotry skończone za to zapłacą! 

  - Łotry? Jakie łotry?! Kto jest łotrem?! - równie głośno wrzasnął Król Cruxlon. - Chyba masz swojego braciszka na myśli? Bo gorszego łotra nie ma jak on, który by się poważył podnieść rękę na Króla Cruxlandii, i to jeszcze na terytorium jego królestwa!

  Napolcio, słysząc słowa Króla Cruxlona, zaniemówił, bo też nie wiedział, co ma powiedzieć. Tak bardzo był zszokowany tym, co usłyszał. Spojrzał tylko z wyrzutem na Papkoja i Sławoja, a potem popatrzył na Chiorunka. A patrząc na niego, chciał mu dać do zrozumienia, jak bardzo jest na niego zły za jego karygodny wyczyn. Ale w końcu sam już nie był pewien czy mu się to udało, bo nagle straszliwie śmiać mu się zachciało.

  Chiorunek milczenie Napolcia przyjął za naganę, a że czuł się może nie tyle winnym, co zawstydzonym, iż jego genialny pomysł znów nie wypalił, spuścił tylko głowę i oczami wiercił dziurę w ziemi.

  Otóż okazało się, że Chiorunek całkiem bez winy jednak nie był. Kiedy tylko Sławoj i Papkoj zniknęli na zachodniej części zbocza, w ślad za Napolciem, Chiorunek przystąpił do realizowania swojego pomysłu. A pomysł miał nie byle jaki. I też w nie byle jakiej sytuacji zrodził mu się w głowie. Było to wtedy, kiedy Chiorunek zobaczył jak Napolcio w pojedynkę pognał Księżniczce Indii na ratunek. Pozazdrościł mu wówczas bardzo, ale nie bohaterstwa, o nie, bohaterski to Chiorunek był niezgorzej. Pozazdrościł mu możliwości wykazania się bohaterstwem. Dlatego postanowił, że tu i teraz, wszystkim musi wreszcie udowodnić, iż on, Książę Melchior, jest ze wszech miar odważny i stać go na bohaterskie czyny. I właśnie swą odwagą zamierzał się wykazać. Wręcz musiał się wykazać, gdyż ostatnie jego poczynania w tym względzie, z powodów nie od niego zależnych, spełzły na niczym. Chiorunek ciągle był zły na Papkoja, że mu przeszkodził ruszyć za Napolciem do Boru Barde w poszukiwaniu Księżniczki Indii. Już wtedy pokazałby wszystkim na co go stać. Ale  nie, wstrętny Papkoj nie dość, że go nie puścił i zaryglował w komnacie, to jeszcze użył przebiegłego fortelu z gołębiami pocztowymi. Tych gołębi Chiorunek nie mógł mu darować przede wszystkim. Dlatego też szukał cały czas okazji, by w odwecie za te nieszczęsne gołębie utrzeć nosa Papkojowi. No i okazja właśnie się nadarzyła. I to jaka! Że ho, ho! Przy jednym ogniu mógł upiec dwie pieczenie. Z uśmiechem na twarzy utrzeć Papkojowi jego długi kinol i jeszcze do tego wykazać się odwagą, godną bohatera. Tak że jak tylko Napolcio odstawił ich na Pegazusie, by jak najszybciej wspiąć się na zbocze Barddejów, Chiorunkowi wpadł do głowy pomysł zamydlenia oczu Papkojowi, iż cierpi na lęk wysokości. Pomysł był prosty, a jakże genialny się okazał. Bo też Papkoj uwierzył Chiorunkowi od razu, no i Chiorunek, ku swej wielkiej radości (skrupulatnie przed Papkojem skrywanej), mógł zostać sam u podnóża Barddejów. A przecież oto mu chodziło. Chiorunek od razu przystąpił do działania. Wszystkie trzy konie zaprowadził do groty i przywiązał je do wystającego korzenia jakiegoś drzewa. A zanim wyszedł z groty, w pośpiechu odczepił zwój liny z siodła swojego konia, i całując go, wielce szczęśliwy wybiegł z nim na zewnątrz. Bo też to nie był taki sobie zwykły zwój liny. To był bardzo ważny zwój liny. Tak ważny, że Chiorunek jeździł z nim zawsze i wszędzie. Ale o faktycznym powodzie - po co z nim jeździł, nikt nie miał prawa wiedzieć. Chiorunek nigdy nikomu nie chciał się przyznać. A powód był taki: kiedy tylko Chiorunek dowiedział się od swego ojca, Króla Jeremiasza, jak to Cruxlandczycy wspaniałe potrafią posługiwać się arkanem, potajemnie zrobił sobie podobny i w tajemnicy przed wszystkimi ćwiczył rzuty pętlą. Dlatego też zwój liny zabierał ze sobą wszędzie, bo gdy tylko nadarzała się okazja, że mógł gdzieś w lesie albo w górach, choćby na chwilę zostać sam, zawsze ćwiczył. A że ćwiczył już dobre cztery lata, więc się wprawił i już całkiem dobrze trafiał pętlą w cel. Chiorunek od paru też lat ćwiczył fechtunek szablą i szpadą, ale te ćwiczenia, choć nawet je lubił, to jednak nie dawały mu aż tyle satysfakcji, co ćwiczenia z arkanem. A to z takiej przyczyny, że fechtunek ćwiczył zawsze z Papkojem i Sławojem, i najpierw pod czujnym okiem ojca, Króla Jeremiasza, a potem pod jeszcze czujniejszym i wszystko widzącym, sokolim okiem Napolcia. Więc nic w tym dziwnego, że ćwiczenia z arkanem sprawiały mu o wiele więcej przyjemności. Sam dla siebie był, i nauczycielem, i uczniem. A że potajemnie ćwiczył, dochodził do tego jeszcze dreszczyk emocji, jakiego przy fechtunku nie doświadczał. Chiorunek odczuwał podobny dreszczyk emocji i teraz, kiedy w pojedynkę, w pełnym rynsztunku, stanął u stóp Barddejów. Z uśmiechem na twarzy, ścisnął rękojeść wystającej z pochwy szabli, przytroczonej do pasa przy lewym boku, poprawił zwój liny, który przymocował do pasa przy prawym boku, wziął głęboki oddech, i ruszył do boju. Zadowolony z siebie, pognał nie na zachodnie zbocze, lecz na wschodnie, po to, żeby przypadkiem go Napolcio nie przuważył, albo co nie daj Bóg, Papkoj albo Sławoj. Wspinając się do góry, miał ogromną nadzieję, że wreszcie zrobi użytek ze swych umiejętności i zadziwi wszystkich. Marzyło mu się też, by pokazać tym wszystkim Cruxlandczykom, łażącym po zboczu, że oto on, Książę Barbedetlandii, Melchior Barbedet, potrafi to samo co i oni. I to jeszcze jak potrafi! Chiorunek, pokonując wschodnie zbocze, i pnąc się coraz wyżej, nie wiedział jeszcze, jakiego czynu bohaterskiego dokona. W tym akurat momencie najważniejsze dla niego było to, że zrobił Papkoja na szaro i drugą stroną zbocza zmierza na szczyt. A że święcie wierzył, iż tym razem czynu bohaterskiego dokona jak nic, więc się nie martwił tym, co przyjdzie mu zrobić. Wierzył, że czas i okoliczności same mu wskażą, kiedy ma zacząć czynu tego dokonywać i jaki czyn to będzie. Na już wystarczyło mu, że był wręcz pewien, iż czyn ten będzie wielki. I dzięki któremu, on sam stanie się wielki w oczach wszystkich, a przede wszystkim w oczach swej przyszłej szwagierki, Księżniczki Indii. Z tymi myślami, w wyśmienitym nastroju, i z przyklejonym uśmiechem na twarzy, Chiorunek zmierzał ku swej chwale... Ale będąc już gdzieś tak w połowie góry, mina mu niestety zrzedła, bo nagle zobaczył uciekających Cruxlandczyków, a tuż za nimi, goniącego ich Papkoja i Sławoja. Ledwie zdążył się skryć przed nimi w załomie skalnym. I stojąc tam w ukryciu, obserwował tę scenę wściekły jak stu diabłów. Bo jakże to tak? Ten wstrętny Papkoj i nie dużo lepszy od niego Sławoj, zabierają mu jego robotę. Przecież to on miał zająć się Cruxlandczykami. Ale kiedy tak dłużej przyglądał się uciekającym, doszedł w końcu do wniosku, że to tylko jakieś nieopierzone, a już na pewno nieuzbrojone obdartusy cruxlandskie, więc przed takimi nie ma co pokazywać na co go stać. Szkoda by było jego wysiłku. Postanowił poczekać na lepszą okazję. Postał w ukryciu jeszcze jakiś czas i kiedy zobaczył, że Papkoj i Sławoj wracają tą samą drogą na zachodnią część zbocza, ucieszył się. - „No, to droga wolna. Teraz już spokojnie mogę piąć się w kierunku szczytu, a i zapewne, chwały" - pomyślał, i już chciał wyjść z załomu skalnego, kiedy usłyszał nagle jakieś odgłosy. Wyglądnął zza skały, i to co zobaczył, w pierwszej chwili go przeraziło. Ale tylko na moment, bo przecież do tchórzy nie należy. Otóż zobaczył jak Papkoj i Sławoj oplątują linami dwóch cruxlandskich rycerzy. Najprawdziwszych rycerzy, nie żadnych tam obdartusów. I gdy to przerażenie, które go na tyciu tyciu maluteńką chwilkę ogarnęło mu przeszło, na to miejsce wnet przyszła zazdrość. Bo jakże to tak? Przecież to on powinien pokazać im jak potrafi posługiwać się arkanem. Wszędzie ten Papkoj i Sławoj! Och, jakże miał ich dość! Na szczęście oni nie zabawiali się długo cruxlandskimi rycerzami, bo skrępowanych linami przywiązali do słupów skalnych i odeszli. Chiorunek znów odczekał chwileczkę, aż Papkoj i Sławoj znikną już na dobre. I gdy się upewnił, że tak jest, wyskoczył ze swojego ukrycia i pognał do związanych rycerzy. Stanął przed nimi na szeroko rozstawionych nogach i bez żadnego lęku, ale to zupełnie żadnego, rozkazał im natychmiast mówić o co tu chodzi i po co wleźli na terytorium Barbedetlandii. Żaden z nich nie chciał nic mówić. Jakby wody nabrali w usta. Wtedy Chiorunek się zeźlił, wyciągnął szablę z pochwy i przyłożył ją jednemu z nich do gardła. No to wtedy, ten nieszczęśnik, a okazało się, że był nim akurat książę Karol, bratanek Króla Cruxlona, z błaganiem o darowanie mu życia, wyśpiewał wszystko (i to nawet w barbedetlanskim języku), bluźniąc przy tym na swego starego stryja za jego spóźnione zapędy do ożenku. Chiorunek był bardzo zszokowany tym co usłyszał. W pierwszej chwili chciał pędzić do Napolcia i ostrzec go przed Królem Cruxlonem, ale po chwili pomyślał, że oto nadarza się wspaniała okazja, by wreszcie wykazał się swą odwagą. Postanowił więc samemu powstrzymać Króla Cruxlona przed jego niecnym czynem. A żeby go powstrzymać, domyślał się, że musi go też jakoś przetrzymać, i to na tak długo, aż Napolcio sprowadzi Księżniczkę Indię ze szczytu Barddejów. No a potem, wziąć nogi za pas i ratować własne życie. Jak postanowił, tak zaczął robić. Ale zanim zaczął, jeszcze raz groźnie popatrzył na dwóch cruxlandskich rycerzy, zamachnął się szablą, i nagle... odskoczył od nich i pobiegł w górę, zostawiając ich, ku ich bezgranicznej uldze - przy życiu. Chiorunek nie miał zamiaru pozbawiać ich życia. Gdzieżby mu takie tam rzeczy do głowy miały przyjść? Wszystkie inne, ale takie nie. Takie - z pewnością nie.

  Chiorunek nie był zdolny do zadawania komukolwiek bólu, a co dopiero do pozbawiania kogoś życia. Zawsze pragnął zostać rycerzem, ale takim, który zło zwalczać będzie dobrem - bez przelewu krwi.

  Kiedy bratanek Króla Cruxlona i jego kompan zobaczyli jak Chiorunek znika za krzewami, odetchnęli z przeogromną ulgą, gdyż cały czas truchleli ze strachu, że taki niewyżyty gołowąs będzie się chciał na nich powyżywać. Ale kiedy strach już im minął, wraz z odejściem Chiorunka, poczuli nagle ogromną wściekłość. Bo co też ten niby-rycerz sobie myśli, oni zdradzili własnego Króla, a on zostawił ich dalej związanych? Ale w końcu zrozumieli, że nie mogą mieć do niego o to pretensji. Na jego miejscu zrobiliby to samo... albo o wiele gorzej. Zdawali sobie sprawę, że są winni, przebywając bezprawnie na terenie Barbedetlandii. Mieli jednak wielką nadzieję, że wybawienie kiedyś przyjdzie.

  Chiorunek dowiedziawszy się o planach Króla Cruxlona, postanowił jak najszybciej dostać się na szczyt góry. Wierzył, że Król Cruxlon tam jeszcze nie dotarł. Miał zamiar do tego też i nie dopuścić. Dlatego wspinał się po zboczu w ogromnym pośpiechu. Wnet stanął na szczycie. Rozglądnął się dookoła. Nikogo nie było widać. Słyszał wprawdzie najpierw rżenie koni, a potem donośny śmiech, ale domyślał się, że te odgłosy docierają do niego od zachodniej części szczytu, i że z pewnością pochodzą od orszaku królewskiego Króla Virginusa. Bo przecież nikt normalnie nie wybrałby się z końmi na Barddeje. I jak go rżenie koni na początku trochę przeraziło, to gdy usłyszał gromki i przeciągły śmiech, od razu zrobiło mu się lżej na duszy. Pobiegł wtedy ochoczo nad zbocze góry po stronie Cruxlandii. Chciał sprawdzić czy Król Cruxlon się nie zbliża. Nic tam jednak nie zauważył. Pomyślał, że to i dobrze, bo będzie mógł odsapnąć. Czuł się nieco zmęczy wspinaczką. Będzie miał też czas, aby się porządnie przygotować na przybycie Króla Cruxlona. Usiadł więc sobie na ziemi i odpoczywał. Ale wzroku z cruxlandskiego zbocza nie spuścił. Siedział tak dobrą chwilę. Czuł się już całkowicie wypoczęty, a Cruxlona ciągle ani widu, ani słychu. W końcu to czekanie zaczęło go nudzić. Bo ileż można czekać? Emocje go rozpierały, krew buzowała w żyłach, a tu nic się nie dzieje. Postanowił dłużej nie czekać, tylko tak jak to zrobili Cruxlandczycy, naruszyć granice między królestwami. - „A co tam, im wolno, a mnie nie?" - pomyślał. - „Zresztą, ja to zrobię w pojedynkę, nie tak jak oni, całą hałastrą latali po naszym zboczu". - Chiorunek usprawiedliwił się w myślach i zaczął schodzić po zboczu Cruxlejów. Zszedł gdzieś do połowy zbocza, kiedy usłyszał, że ktoś nadchodzi. Natychmiast ukrył się w szczelinie skalnej. Stamtąd też zaczął obserwować niższe partie zbocza. Po niedługiej chwili oczom jego ukazali się pierwsi rycerze Króla Cruxlona. Chiorunek poczuł dreszcz emocji na plecach. Przywarł do skały i zaczął odczepiać od pasa swój arkan. Szło mu to nieco opornie, gdyż ręce mu drżały. Lecz nie ze strachu. Gdzieżby tam ze strachu? Ręce mu drżały z ogromnych emocji, które potęgowały się w nim z minuty na minutę. Bo oto on, Książę Barbedetlandii, Melchior Barbedet, za chwilę weźmie los swojego brata, Króla Napoleona I i jego przyszłej żony, Księżniczki Indii, w swe ręce. Chiorunek był pewien, że tego dokona. Czuł to całym sobą. Czuł, że nikt nie byłby w stanie go teraz powstrzymać, ba, nawet Papkoj. W pełnym pogotowiu zaczaił się w swojej kryjówce i czekał. Czekał na najodpowiedniejszy moment, w którym będzie mógł zadać cios złym zamiarom Króla Cruxlandii. Moment ten zbliżał się nieuchronnie. Chiorunek zacisnął rękę na arkanie... Lecz co to? Rycerze idą i idą dwójkami, a Króla Cruxlona nie widać. Podenerwowany, wychylił się bardziej i wyglądnął zza skały. Wtedy nieco poniżej zobaczył lektykę. Domyślił się, że król Cruxlon musi w niej siedzieć... Oj, nie spodobało mu się to, bo lektyka była z baldachimem. Zdał więc sobie sprawę, że ciężko mu będzie arkanem celnie rzucić. - „Nic to" - stwierdził po chwili zastanowienia. - „Dam radę. A jak go już ściągnę na ziemię, doskoczę do niego natychmiast i przyłożę mu szablę do jego królewskiego gardziołka. A wszystkim rycerzom każę natychmiast zejść z powrotem w dół, bo jak nie, to postraszę ich, że ich król straci życie. No a potem poprowadzę Króla Cruxlona jak pieska na sznurku, popędzając go oczywiście szablą, na sam szczyt, i dalej, na nasze zbocze. I jak zobaczę, że Napolcio sprowadził już Księżniczkę Indię wraz z jej orszakiem w dół, wtedy uwolnię niedoszłego męża mojej przyszłej szwagierki. A sam wezmę nogi za pas i popędzę z wieścią o moim bohaterskim czynie do Napolcia i całej reszty... Niech sobie Papkoj nie myśli... Żeby tak dzielnego rycerza gołębiami omamić? No, pomysł wyborny. A teraz do dzieła, dzielny rycerzu". - Myśli te zagrzały Chiorunka do walki. Nie bał się. No, może troszeczkę. Czuł przede wszystkim ogromne podniecenie. A podniecenie to, sprawiało mu nieznaną do dej pory przyjemność. Czuł jak serce mu wali, i niczym dobosz na bębnach, wybija rytm do rozpoczęcia walki. Chiorunek odsunął się od skały. Musiał mieć odpowiednio dużo miejsca by arkan wprawić w ruch i móc celnie nim rzucić. A że miał dodatkowe utrudnienie ze względu na baldachim, musiał się więc przygotować do rzutu z wielką precyzją. Musiał też uważać, aby go któryś z rycerzy nie przyuważył. Ale kiedy zobaczył, że wszyscy mają głowy pochylone i patrzą tylko pod nogi, by się nie pośliznąć na kamieniach, zadowolony, wyszedł z kryjówki i stanął w szerokim rozkroku, trzymając arkan w pogotowiu. Chiorunek czuł jak mu krew pulsuje w skroniach. Bo oto nadchodzi ta chwila... Chwila jego bohaterskiego czynu... Lektyka z Królem Cruxlonem zbliżała się coraz bardziej. Wreszcie Chiorunek miał ją w zasięgu rzutu arkanem. A wtedy... zaparł się mocno nogami, prawą ręką rozkręcił pętlę arkanu wysoko nad głową i... rzucił nią z precyzją godną mistrza. Pętla arkanu z cichym świstem poszybowała w powietrzu. Poleciała wprost na niczego niespodziewającego się Króla Cruxlona. To, co się stało w następstwie ataku Chiorunka na Jego Królewską Mość Króla Cruxlandii trudno opisać. Pętla arkanu, i owszem, celnie doleciała do celu, z tym, że zawadziła leciutko o jeden ze słupków podtrzymujących baldachim, odbiła się od niego i zamiast spaść na Króla, spadła na dwóch z ośmiu niewolników, niosących lektykę. Niewolnikami zarzuciło. Lektyka zsunęła im się z ramion, uchwyty za które trzymali wymsknęły im się z rąk, i nieszczęśnicy z wrzaskiem padli na ziemię. W wyniku ich upadku, lektyka przechyliła się niebezpiecznie i... Wielmożny Król Cruxlandii wysypał się z niej prosto na leżących niewolników. Popłoch się zrobił niesamowity. Rycerze natychmiast obstąpili leżącego Króla i próbowali go podnieść. Lecz Król Cruxlon był tak zaskoczony tą nagłą zmianą pozycji, że w ogóle nie kontaktował i podnieść się nie dał. Leżał wyłożony na grzbietach niewolników i wytrzeszczonymi oczami patrzył tylko na swych rycerzy, sapiąc przy tym jak miech kowalski. Nic dziwnego. Każdy na jego miejscu byłby zaskoczony. I to jeszcze jak. Zważywszy na to, że Król Cruxlon akurat ucinał sobie drzemkę, chcąc odpocząć po polowaniu i nabrać sił przed tak ważnym dla niego wydarzeniem... A tu z nagła takie przebudzenie. Istny szok!... Rycerze Króla Cruxlona straszliwie byli przerażeni jego wypadkiem. Nie spodziewali się, że coś podobnego może się ich Królowi przytrafić. Jednak jak na rycerzy przystało, zachowali na tyle zimnej krwi, że od razu zorientowali się co się stało. Popatrzyli dokąd prowadzi lina arkanu i zrazu namierzyli stojącego przy szczelinie skalnej Chiorunka. I jak po nici do kłębka, ruszyli hurmem w jego kierunku.

  Chiorunek stał z rozdziawioną buzią i nie mógł zrobić kroku. Nogi wrosły mu w ziemię. Patrzył tylko błędnym wzrokiem na zbliżających się rycerzy, i nic. Stał dalej. Bez ruchu, niczym słup soli. Ale kiedy rycerze prawie już do niego dobiegali, przeklinając go okrutnie, Chiorunek nagle oprzytomniał. Dotarło wreszcie do niego co się stało i co go czeka. Z wrażenia aż podskoczył, i bez namysłu, wziął nogi za pas. Rycerze puścili się za nim. Ale Chiorunek, zwinny jak małpiątko, wskoczył na skały i zaczął się po nich wspinać, odstawiając ich na coraz to większą odległość... I nagle, kiedy był już prawie pewien, że uda mu się uciec, poczuł mocne szarpnięcie. Odgadł od razu, co jest tego powodem. Arkan! Został schwytany na arkan. Chiorunek spadł ze skały. Turlał się chwilę po zboczu i zatrzymał się dopiero pod nogami rozwścieczonych rycerzy. Chiorunkowi całe dzieciństwo w momencie przeleciało przed oczami. Skulił się w kłębuszek i krzyknął: - „Mamo, Królowo Matko, ratuj!" Stojących nad Chiorunkiem rycerzy, krzyk jego przyprawił o konfuzję. Natychmiast przestali go przeklinać. Pochylili się nad nim leżącym i zaczęli mu się dokładnie przyglądać. Wreszcie jeden z nich zawołał: - „Książę Barbedetlandii!" - A po chwili, speszony okrutnie, ledwo słyszalnym szeptem, dodał: - „Widzicie jego hełm?"

  Otóż zwyczajem ówczesnych czasów, jedynie książęta krwi królewskiej nosili takie hełmy, jaki miał Chiorunek. Hełmy w tak kunsztowny sposób zdobione były oznaką godności. A Chiorunek na swym hełmie, tuż nad przyłbicą, miał dodatkowo wyryty jeszcze herb królewski. Herb Dynastii Barbedetów. Główny motyw tego herbu to: serce z okiem po środku, otoczone kulą - symbolem wszechświata. Herb ten, to jednocześnie motto Dynastii Barbedetów. Zawarte było w herbie od zawsze, od zarania dziejów tej dynastii. Wszyscy królowie z pocztu królów barbedetlandskich miłościwie panowali Barbadetlandią, szczycąc się swoim herbem, i przestrzegając słów motta. Słowa ich motta były proste, a jakże wzniosłe w swej wymowie. Mówiły: „Sercem patrz na wszystko co cię otacza"... Tylko tyle i aż tyle... Każdy król w dniu swojej koronacji przysięgał na herb Barbedetów, że nigdy go hańbą nie splami, i że będzie panował królestwem zgodnie ze słowami motta. I jak z wielowiekowej historii Dynastii Barbedetów wynika, żaden z królów, jak dotychczas, nie zbrukał ani swego herbu, ani swego motta.

  Cruxlandscy rycerze, wiedząc już z kim mają do czynienia, poczuli się zakłopotani tą sytuacją. Ale niedługo. Po chwili ich zakłopotanie przerodziło się w ogromny tryumf. No bo też schwytali nie byle kogo. Schwytali jedynego brata Króla Napoleona. A skoro Król Cruxlon uważa króla Barbedetlandii za odwiecznego wroga, to ten tutaj, też nim musi być. Zadowoleni z siebie, skrępowali Chiorunka jeszcze mocniej i poprowadzili przed oblicze swojego Pana i Władcy.

  Król Cruxlon w międzyczasie został przez pozostałych rycerzy doprowadzony do porządku i znów siedział w swojej lektyce. Całkiem już przytomny, i co tu ukrywać, wściekły, obserwował poczynania swoich rycerzy. I kiedy zobaczył, iż udało im się schwytać tego kogoś, kto czyhał na jego życie, z uciechy zacierał ręce. Chciał osobiście ukarać tego nikczemnika. I zanim rycerze doprowadzili go do niego, w głowie zrodził mu się już pomysł, aby ukarać go wrzuceniem do najciemniejszych lochów, w którym musiałby sam zdobywać jedzenie i wodę, a w których oprócz szczurów i wody ściekowej, nie ma nic. Król Cruxlon zawsze uważał, że kara musi być adekwatna do winy. Bo jakże by inaczej? A czyn, którego dopuścił się ten nikczemnik, toż to istna zbrodnia. Odważył się przecie przerwać mu drzemkę. A że Król Cruxlon lubował się w wymierzaniu kary i chętnie karał za byle jakie przewinienia, to w tym przypadku, czuł wręcz ogromną przyjemność. Cały był podniecony. No bo też wreszcie będzie miał okazję wydać srogi wyrok. Cieszył się już na samą myśl, że za chwilę zobaczy zrozpaczoną twarz ukaranego. Tak że kiedy rycerze doprowadzili już Chiorunka i z ogromną satysfakcją rzucili go na kolana przed jego oblicze, od razu otworzył swe szanowne, królewskie usta, by oznajmić mu swój wyrok. Otworzył, i zaraz zamknął, nie wypowiadając ani jednego słowa. Wpatrywał się tylko z wybałuszonymi oczami na klęczącego, a zwłaszcza na jego hełm. Poznał zrazu, co za herb ma wyryty nad przyłbicą. Jakże miałby go nie poznać? Nienawidził ten herb od zawsze. Przez moment poczuł się jakoś niewyraźnie. No bo co to może oznaczać, że Książę Barbedetlandii porwał się na niego? Czyżby Król Napoleon wysłał go w specjalnej misji, aby nie dopuścił do jego ożenku z Księżniczką Virginislandii? Ale po chwili zastanowienia, doszedł jednak do wniosku, że jakkolwiek by nie było, to i tak może tryumfować. Bo oto Książę Barbedetlandii, klęczy przed nim związany jak prosię na rzeź, a on, Król Cruxlandii, może się w rzeźnika zabawić, jak przyjdzie mu na to ochota. Ale zaraz przyszło mu też na myśl, że na wszelki wypadek, warto by było jednak wiedzieć o zamiarach Króla Napoleona. Rozkazał więc Chiorunkowi mówić natychmiast co robi na terenie jego królestwa i jak śmiał mu przeszkadzać w drzemce, mając nadzieję, że przy okazji dowie się o poczynaniach swojego wroga i rywala w jednej osobie. I gdy usłyszał od wielce wylęknionego (jak mniemał) Księcia Barbedetlandii jakąś bełkotliwą odpowiedź, poczuł się nad wyraz szczęśliwy. Wprawdzie nie wiele z niej zrozumiał (choć język barbedetlandski znał od dziecka), ale to, że król Napoleon czeka w pałacu na przybycie przyszłej żony, zrozumiał doskonale. I to mu wystarczyło, by poczuć się szczęśliwym. Bo przecież o to mu chodziło. - „Co tam książę? - analizował w myślach. - „Toż to tylko niedorostek, smarkaty brat Króla Napoleona. Nie warto nim sobie głowy zawracać... Zaraz, ale chyba warto zawrócić nim głowę Królowi Napoleonowi. Świetna myśl! Oj, świetna. Zażądam pół królestwa w zamian za niego. No, jestem geniuszem. Co za cudowny dzień. Młoda żona mi się dostanie i jeszcze do tego pół Barbedetlandii... Królu Cruxlonie, jesteś szczęściarzem". - Król Cruxlon pod wpływem swoich myśli poczuł się jeszcze bardziej podniecony, ba, poczuł się wręcz przeszczęśliwy. Zrazu popatrzył łaskawszym okiem na skrępowanego Księcia Barbedetlandii, a mając na uwadze swoje przyszłe powodzenie, był gotów mu nawet wybaczyć wszystkie niedogodności, jakie przed chwilą doznał na drodze - do szczęścia. Do podwójnego szczęścia. Bo i w ożenku, a dzięki niemu, i w bogactwie. Popatrzył również na swojego informatora stojącego przed lektyką. I choć nie lubił się uśmiechać do poddanych, uśmiechnął się do niego szeroko. No bo to jemu zawdzięcza, iż w ogóle się teraz znajduje na drodze do szczęścia. Do podwójnego szczęścia. Przecież to on przybiegł do niego z wiadomością, iż Księżniczka Virginislandii czeka na niego z wielkim utęsknieniem. W myślach postanowił wynagrodzić go naprawdę... Ale to tylko w myślach... i później. A na już, zwrócił się do rycerzy i kazał im, ku ich ogromnemu zdziwieniu, podnieść księcia z klęczek, poluzować więzy i tylko jedną liną przywiązać go do jego lektyki. Kazał im też dać mu pić, a potem całą drogę dbać o niego, by mu się nic złego nie stało.

  Rycerze z wielce zaskoczonymi minami wykonywali rozkazy króla. Nie mogli się nadziwić, co go nagle odmieniło, że zrobił się aż tak łaskawy dla swojego wroga.

  Informatorem Króla Cruxlona był oczywiście herszt dwudziestoosobowej bandy, który jak sobie zaplanował, tak zrobił. Wprost ze szczytu góry pognał wraz ze swymi kompanami do Króla z wiadomością o Księżniczce Virginislandii, a właściwie z wyssanym z palca obrzydliwym kłamstwem o niej. Ale najpierw, zanim skierował swe kroki do Króla, zrobił z kompanami nagonkę na zdrajcę ze swojej bandy. Szybko udało im się go namierzyć, bo też niedaleko musieli szukać. Dopadli go w lesie, gdy ten czaił się już w pobliżu namiotu Króla Cruxlona. W pośpiechu zrobili z nim porządek, przywiązując go za język do drzewa, a sami już spokojni, stanęli przed wejściem do namiotu Króla. Do środka wszedł jednak tylko sam herszt bandy. Z uniżeniem (oczywiście na pokaz) pacnął przed obliczem Króla, i nie czekając nawet aż Król da mu przyzwolenie by zaczął mówić, bez żadnej żenady, opowiedział od razu z jaką arcywiadomością przyszedł. Nabajdurzył ile wlezie, i ledwie skończył bajdurzyć, zażądał sowitej zapłaty. I o dziwo, też ją otrzymał... No bo wtedy, gdy chodziło o sprawy ożenku, Król Cruxlon sięgał po swą sakiewkę wyjątkowo chętnie. I tylko wtedy... Herszt bandy uszczęśliwiony, że tak mu łatwo wszystko poszło, złapał za sakiewkę i zmierzał ku wyjściu z namiotu. Miał zamiar natychmiast stracić się Królowi z oczu, i to na zawsze. Ale gdy był już przy samym wyjściu, Król Cruxlon zawołał go z powrotem i zaczął mamić go i kusić dodatkową zapłatą, i to podwójną, jaką mu da, gdy go zaprowadzi do Księżniczki Virginislandii i osobiście dokona jego prezentacji. Cóż było mu robić? Na dukaty łasy był okrutnie. Dał się więc skusić i pozostał. Pierwszą zapłatą podzielił się ze swymi kompanami, i nie przyznając się do niczego, nakazał im natychmiast opuścić Cruxlandię. Sam zaś, zadowolony z przechytrzenia kompanów, postanowił obłowić się w pojedynkę. Zdawał sobie jednak sprawę, iż to obławianie się może być niebezpieczne. Dlatego od razu uknuł w głowie plan, że gdy tylko Króla Cruxlona zaprowadzi do Księżniczki Virginislandii na szczyt góry, to zmusi go do zapłaty najszybciej jak to się tylko da, i natychmiast zniknie mu z oczu, uciekając do Barbedetlandii.

  Chiorunek, klęcząc pod lektyką Króla Cruxlona, czuł przeogromny lęk. Wiedział, że ten okrutny Król może go zgładzić bez pardonu. Pierwszy raz w życiu dowiedział się jak smakuje strach o swoje życie. I co tu ukrywać, dowiedział się, że wcale nie smakuje. Jest gorzki, dławi w gardle i paraliżuje całe ciało, a nawet duszę... Ale kiedy Chiorunek zauważył, że Król Cruxlon jakoś dziwnie mu się przypatruje, zwłaszcza jego hełmie z wyrytym herbem, nabrał nadziei, że może jeszcze nie wszystko stracone, że może jest jeszcze jakaś szansa, iż daruje mu życie. Poczuł się od razu pewniej. Metodą dedukcji doszedł też do wniosku, że w tym akurat przypadku, związanym li tylko z osobą Księżniczki Indii, Król Cruxlon może nieco zmienić swe oblicze, i z okrutnego tyrana, stać się łagodnym barankiem. Wiadomo że na krótko, ale może na wystarczająco długo, by on zdążył ujść z życiem. Nie wiedział jeszcze jak tego „ujścia z życiem" dokona, i czy uda mu się dokonać tego samemu czy z pomocą Napolcia. Pewnie, że wolałby samemu, ale teraz nie było to dla niego aż takie ważne, że jak ostatnia niedołęga, będzie korzystał z pomocy brata. Teraz najważniejsze dla niego było jego życie, nie ambicje. No może nie tak całkiem do końca, ale coś w tym rodzaju... Chiorunek czuł, że król Cruxlon przypatruje mu się coraz bardziej natarczywie. Że wpatruje się zwłaszcza w jego hełm. Chiorunek nabrał wtedy prawie że pewności, iż Król Cruxlon nie zamierza pozbawiać go życia, przynajmniej nie teraz. Klęczał więc już nieco spokojniejszy i wytrwale pochylał głowę. A pochylał ją przede wszystkim dlatego, ponieważ chciał, aby jego herb był widoczny w całej okazałości, i żeby Król Cruxlon mógł mu się jeszcze dokładniej przyjrzeć, skoro już tak długo patrzył. - „Może to coś znaczy?" - pomyślał. Ale wreszcie pod wpływem świdrującego spojrzenia Cruxlona, sam doznał dziwnego uczucia, bo nagle, ni stąd, ni zowąd, w głowie rozbrzmiały mu słowa motta, którego treść zawarta była w wyrytym na jego hełmie herbie. Motta, o którym właściwie nigdy nie pamiętał. Chiorunek był bardzo zaskoczony tym odczuciem. Czuł też wyraźnie, że lęk go opuszcza... No a wtedy, Chiorunek poczuł się od razu sobą. Tak że kiedy Król Cruxlon wreszcie się odezwał i nakazał mu mówić, co robił na terenie jego królestwa, Chiorunek swoim zwyczajem, łgał już jak z nut. A łgając, specjalnie bełkotał niewyraźnie i drżącym głosem, by król myślał, że jest strasznie wylękniony. Chiorunek czuł, że tak będzie lepiej dla niego. Tylko o Napolciu powiedział wyraźnie, aby, co nie daj Bóg, Król Cruxlon ze strachu przed nim, nie zrezygnował z wejścia na szczyt i nie zabrał go z sobą jako jeńca do swojego pałacu. I ażeby potem nie posłużył się nim przed Napolciem jako kartą przetargową do osiągnięcia swego celu, czyli ożenku z Księżniczką Indią. Chiorunek wyczuł, że jego odpowiedź, wszak w większości bełkotliwa i niewyraźna, zadowoliła Króla Cruxlona. A słysząc jego rozkazy, jakie wydawał swoim rycerzom, uspokoił się już całkowicie i od razu zabrał się za obmyślanie strategii ucieczki. Tak, Chiorunek najwyraźniej doszedł już do siebie, bo znów zaczynał marzyć. A marzył, by jakimś cudem uciec spod lektyki Króla Cruxlona zanim dojdzie do jego spotkania z Napolciem. Marzył, by zdążyć Napolcia powiadomić o nadchodzącym Królu Cruxlonie i jego zamiarach. Bo też znów zaczęło mu się marzyć, aby jednak dowieść swego czynu bohaterskiego, chociażby już tylko w połowie.

  Król Cruxlon, zadowolony z tak wspaniałego dla siebie obrotu sprawy, nakazał ruszyć w dalszą drogę. Był pewien, że oto otwiera się przed nim szczęśliwa przyszłość. Nic i nikt nie mógł mu już przeszkodzić w drodze ku szczęściu. No bo któż by jeszcze miał mu przeszkodzić? Król Napoleon siedzi w swoim pałacu, daleko stąd. Jego jedyny brat, wprawdzie to tylko chłystek, ale też już nie jest mu wstanie zaszkodzić. Więc któż by się mógł jeszcze odważyć? Zresztą, wysłał na zwiady swego bratanka, Księcia Karola, wraz z jego giermkiem, a ten już by go z pewnością zawiadomił, gdyby ktoś niepożądany nadciągał. Król Cruxlon, rozmyślając o tym wszystkim, stawał się coraz bardziej radosny (choć to u niego rzadkość), rozsiadł się wygodnie w lektyce i z uśmiechem na swej starej i groźnej zazwyczaj twarzy, patrzył w dal. W dal patrzył również i oczami wyobraźni. I cóż przed sobą widział? Widział przed sobą świetlaną przyszłość, która przybliża się coraz bardziej do Jego Królewskiej Mości. Cóż za rozkosz! Król Cruxlon promieniał ze szczęścia.

  Napolcio, dowiedziawszy się od Króla Cruxlona o wyczynie swego braciszka, najpierw się przeraził, potem zezłościł na swych druhów, a potem na samego Chiorunka. A jeszcze potem, zachciało mu się śmiać, że ten młokos porwał się w pojedynkę na Króla Cruxlandii jak z motyką na księżyc. Ale w głębi serca ogromnie go podziwiał za jego odwagę i oddanie. Bo to, co Chiorunek zrobił, próbując Króla Cruxlona powstrzymać przed wejściem na szczyt góry, to nie była już zwykła jego szczeniacka brawura na pokaz, to był już naprawdę czyn bohaterski. Tak rozmyślając, Napolcio już naprawdę nie wiedział jak ma potraktować Chiorunka. Ale że wrażliwe miał serce i sercem patrzył na wszystko i wszystkich, w końcu dał też sercu za wygrane. Klęknął przy Chiorunku i wyszeptał mu do ucha:

  - Słuchaj braciszku, nie wierzę, że ci to powiem, ale ci powiem. Jesteś bohaterem.

  - Jak to? To nie jesteś na mnie zły? - Chiorunek aż podskoczył z wrażenia. Bo też wszystkiego najgorszego się spodziewał, ale już na pewno nie tego, że Napolcio nazwie go bohaterem.

  - Nie, nie jestem. Wiem, że zasłużyłeś na naganę za to, że jako mój młodszy brat, porwałeś się w pojedynkę na tak niebezpieczny czyn. Wiem to doskonale. Ale wiem też, że całą tę naganę, przezwycięża przeogromny podziw dla ciebie, że to właśnie zrobiłeś, narażając swoje życie... Więc dzisiaj wyjątkowo...

  Napolcio nie skończył, bo Chiorunek nagle się rozpłakał jak małe dziecko, i wtulając się w jego ramiona, zaczął go całować gdzie popadło. Nawet po jego zbroi. Napolcio wzruszył się zachowaniem swojego ukochanego braciszka. Bo przecież on nigdy nie płakał. Przytulił go mocno do siebie i wtedy poczuł, że i jemu samemu łzy cisną się do oczu.

  Chiorunek całował i łkał, łkał i całował. A w przerwach między pocałunkami, mówił coś do Napolcia łkającym, przez to i niewyraźnym szeptem. Ale po chwili, jak nie wrzaśnie, głośno i bardzo już wyraźnie:

  - Królu Napoleonie, jesteś wielki!

  Napolcio buchnął gromkim śmiechem. Śmiał się wprawdzie przez łzy, ale był to śmiech bardzo radosny. Chiorunek zaczął mu wtórować. Do ich śmiechu dołączyły też trzy potężne basy: Papkoja, Sławoja i Rolanda. I kiedy Papkoj i Sławoj wiedzieli dlaczego się śmieją, to Roland śmiał się, nie wiedząc dlaczego. Ale śmiał się najgłośniej.

  Król Cruxlon był niesamowicie zaskoczony tym nagłym wybuchem wesołości wśród tych, co akurat powinni się trząść ze strachu, a nie ze śmiechu. - „Co ich napadło? - dumał. - „A może to taka ich reakcja na strach...? Histeria... Tak, to jest histeria. Ze strachu popadli w histerię" - i sam zaczął się śmiać, ucieszony, iż właściwie wytłumaczył sobie ich zachowanie.

  Rycerze Króla Cruxlona, widząc swojego króla śmiejącego się, i to śmiejącego się razem ze swym największym wrogiem, zbaranieli z kretesem.

  Napolcio, śmiejąc się ciągle, wycelował Chiorunkowi siarczystego całusa prosto w nos, po czym odsunął go nieco od siebie, pochylił głowę i przyłożył płonącą pochodnię do liny, którą Chiorunek był przywiązany do lektyki Króla Cruxlona. Zaskwierczało, zadymiło... i Chiorunek był wolny.

  Widząc to, rycerze Króla Cruxlona, natychmiast doskoczyli do Napolcia i Chiorunka, i obstąpili ich dookoła. A Król Cruxlon w momencie przestał się śmiać i krzyknął oburzonym głosem:

  - Królu Napoleonie, wara ci od mojego jeńca!

  - Nie, Królu Cruxlonie, mój brat nigdy nie będzie twoim jeńcem. I to za żadne skarby świata! - odfuknął Napolcio.

  - Nie o skarby świata mi chodzi, tylko o połowę twojej Barbedetlandii. I odsuń się lepiej od niego, bo nie ręczę za moich rycerzy. Chyba sam widzisz, że nie masz żadnych szans. Stoisz przed moim obliczem z trzema tylko rycerzy, nie licząc tego tu smarkacza, ani też twego konia, któregoś przyprowadził na szczyt góry nie wiem po co. Tak że pomiarkuj, bo masz przeciwko sobie setkę moich rycerzy... Więc jak? Dajesz mi połowę Barbedetlandii i możesz zabierać swojego podstrzelonego brata... Albo, zabieram go do swego pałacu i poczekam aż skruszejesz...

  - Niedoczekanie twoje, Królu Cruxlonie! - Napolcio wzburzył się okrutnie. Nie pojmował, jak można być tak obrzydliwie zachłannym.

  - Doczekanie, doczekanie... mało tego, mam też zamiar pozbawić cię złudzeń co do ożenku z Księżniczką Virginislandii. Raz, że ona ciebie nie chce, boś gamoń i kiep... i ma rację, sam to teraz widzę, zwłaszcza z tą twoją płonącą pochodnią na głowie w słoneczny dzień... A drugi raz, że ona woli mieć męża statecznego, mądrego i z królewskim doświadczeniem... takiego jak ja. Więc ja, Król Cruxlon, zostanę jej mężem. Nie mam zresztą innego wyjścia, bo czeka tam na mnie nieboga z utęsknieniem i gore z miłości do mnie.

  - A któż ci, Królu Cruxlonie, takich bredni o Księżniczce naopowiadał? - spokojnym głosem spytał Napolcio, puszczając mimo uszu jego obraźliwe słowa.

  Napolciowi z jednej strony śmiać się chciało z Króla Cruxlona, a z drugiej, żal mu go było. Nie potrafił być złym na niego. Jak to Napolcio. Zawsze sercem patrzył na świat i ludzi.

  Król Cruxlon zaniemówił. Pytanie Napolcia zaskoczyło go bardzo. Zmarszczył groźnie brwi, i patrząc gdzieś w dal (ponad płonącą pochodnię na głowie Napolcia), zastanawiał się intensywnie, co też ma mu odpowiedzieć.

  Napolcio zauważył, że swym pytaniem zaskoczył Króla Cruxlona, i że tym samym zasiał ziarenko niepewności w jego zimnym i wyrachowanym sercu. I już miał zamiar drugi raz spytać o to samo, by iść za ciosem i tego starego zarozumialca całkowicie zbić z pantałyku, gdy nagle zobaczył, że Roland daje mu znaki i ręką wskazuje na jakąś postać, która cichaczem próbuje się wycofać spod lektyki Króla Cruxlona. Napolcio zrazu się domyślił, co to za postać.

  - Trzymajcie tego gagatka! Trzymajcie go, to herszt bandy! - zawołał. - Nie pozwólcie mu uciec! Oto jest twój, Królu Cruxlonie, winowajca. To on cię obrzydliwie oszukał i do takich złudzeń doprowadził.

  - Co ty mi tu mówisz? Jakich złudzeń? Ja mam złudzenia? - Król Cruxlon nic a nic nie rozumiał o co Napolciowi chodzi.

  Napolcio, widząc brak zainteresowania ze strony Króla Cruxlona i jego rycerzy uciekającym hersztem bandy, sam rzucił się za nim w pogoń. A za Napolciem, ruszył z kopyta jego wierny koń Pegazus. Pegazus, jakby rozumiejąc o co chodzi jego panu, wyprzedził go i pogalopował dalej. Po krótkiej chwili wyprzedził też i uciekającego herszta. I tuż przed samym zejściem na zbocze Barddejów, zagrodził mu drogę ucieczki, stając dęba, i wierzgając groźnie kopytami. Napolcio ucieszony pomocą Pegazusa, w mig doskoczył do przerażonego bandziora. Złapał go za kark i poprowadził z powrotem pod lektykę Króla Cruxlona. A Pegazus, ucieszony uciechą swego pana, poczłapał za nim.

  Kiedy Napolcio pognał za hersztem bandy, Papkoj i Sławoj natychmiast stanęli obok Chiorunka. Chcieli go chronić przed Królem Cruxlonem i jego rycerzami. A i przed nim samym, gdyż nie byli pewni, czy mu znów do głowy co nie strzeli. Dlatego też na wszelki wypadek chwycili go za ręce, i nie odzywając się do niego, mocno go trzymali. Myślami zaś byli z Napolciem. Wprawdzie nie wiedzieli o co tu chodzi z tym uciekającym nieszczęśnikiem, ale wystarczyło im, że Napolcio wie.

  Roland natomiast, górując wzrostem wśród stojących obok cruxlandskich rycerzy, obserwował ponad ich łowami oddalającego się Napolcia. Chciał się upewnić, czy Król Napoleon da sobie w pojedynkę radę, czy też będzie potrzebował jego pomocy. Roland aż się palił do pomocy. Ale niestety, musiałby otrzymać taki rozkaz. A takowego rozkazu nie otrzymał.

  Chiorunek nie czuł się najlepiej w towarzystwie Papkoja i Sławoja. Wolał towarzystwo Napolcia. Całkiem to zrozumiałe. W oczach Napolcia był bohaterem. A w oczach tych tu, nie wiadomo kim. Chyba tylko kłamcą. Trzymany prze nich za ręce, stał potulnie jak baranek i uśmiechał się do nich milutko. Domyślał się, że oni są wściekli na niego za to, że zrobił ich w balona tym swoim lękiem wysokości. Jednak bardzo chciał, żeby Napolciowi tego nie wypaplali. Obawiał się, że to kłamstwo, choć niewinne jego zdaniem, w oczach Napolcia, mogłoby popsuć jego wizerunek bohatera. Chiorunek koniecznie chciał udobruchać tych dwóch twardzieli. Dlatego słał im uśmiechy zawzięcie, i słać nie przestawał. Ale oni nic... Nie raczyli odwzajemnić mu uśmiechu. Stali tylko jak dwa potężne słupy soli i bez słów wpatrywali się w twarz Rolanda.

  Papkoj i Sławoj dlatego tak uparcie wpatrywali się w twarz Rolanda, gdyż z tego miejsca gdzie stali, nie mogli widzieć Napolcia. Natomiast Roland mógł. Stał nieco z boku i lektyka Króla Cruxlona nie zasłaniała mu widoku. Swobodnie więc mógł Napolcia przez cały czas obserwować. I właśnie po jego minie Papkoj i Sławoj chcieli poznać czy z Napolciem jest wszystko w porządku. Kiedy więc po niedługiej chwili jego twarz im powiedziała, że Napolcio szczęśliwie powraca, odetchnęli z ulgą i zaczęli się uśmiechać. I tak uśmiechając się, popatrzyli w końcu na Chiorunka.

  Chiorunek na widok uśmiechniętych twarzy Papkoja i Sławoja, ucieszył się bardzo, bo to by oznaczało... no, przynajmniej dawało mu nadzieję, że może jednak nie wypaplają Napolciowi. Ale po chwili, Chiorunek nie tylko się już cieszył. Chiorunek tryskał szczęściem. Bo kto jak to, ale sam Papkoj, z szerokim uśmiechem ma swej ogorzałej twarzy, wyszeptał mu do ucha:

  - No, gołowąsie, darujemy ci tym razem twoje oszukaństwo. Ale tylko dlatego, że chwila jest wzniosła, że miejsce jest wzniosłe, że twój czyn, choć wariacki, jakby nie patrzeć, też jest wzniosły.   

  No i jak tu nie tryskać szczęściem? Chiorunek mało nie eksplodował ze szczęścia. Z rozjechaną buzią w uśmiechu, uścisnął w podziękowaniu ręce druhów Napolcia i dumny jak paw, patrzył na ogłupiałą minę Króla Cruxlona. 

  Chiorunek nie mógł wiedzieć, że Napolcio już wcześniej został przez Papkoja i Sławoja poinformowany o jego lęku wysokości i o tym, że z tego powodu pozostał u podnóża Barddejów. Nie mógł wiedzieć, i też nigdy nie miał się o tym dowiedzieć, gdyż między Napolciem i jego druhami zapanowała zmowa milczenia. Wszyscy trzej postanowili nigdy mu o tym nie mówić, ba, nawet udawać, że nikt nic nie wie. W ten sposób chcieli uhonorować jego nieudany wprawdzie, ale bądź co bądź, odważny wyczyn. Z tym, że od tej pory mieli na niego jeszcze większe wejrzenie. Ale robili to bardzo dyskretnie i taktownie, tak aby Chiorunek nie zarzucał im nadopiekuńczości.

  Napolcio zadowolony z udanej pogoni za hersztem bandy, podszedł wraz z nim przed oblicze Króla Cruxlona. Zamierzał przejść wreszcie do sedna sprawy.

  - Królu Cruxlonie, każ mu powiedzieć prawdę o Księżniczce Virginislandii - rzekł spokojnym głosem.

  - Jakiej znów prawdy! - obruszył się Król Cruxlon. - Prawda jest jedna i... ja ją znam. Księżniczka czeka na mnie...

  - Więc dalej chcesz wierzyć w to, co ci ten łotrzyk z chęci zysku naopowiadał? - spytał Napolcio, przerywając Cruxlonowi jego starą śpiewkę. Nie czekając jednak jego odpowiedzi, zwrócił się do herszta bandy: - Słuchaj no, niegodziwcze, albo mi tu zaraz sam głośno wyśpiewasz przed swoim Królem coś nałgał, albo zabiorę ci się do skóry!

  - Ja... ja... ja... - zająknął się przerażony herszt i zamilkł ponownie.

  - Gadajże, bo mnie zaraz coś trafi i zrobię z tobą porządek! - wysyczał Napolcio, zdenerwowany przedłużającą się niepotrzebnie sytuacją.

  Napolcio, mając przed sobą głównego winowajcę tego całego zamieszania, miał prawo żywić nadzieję, że przez to o wiele sprawniej i szybciej uda mu się zawrócić Króla Cruxlona ze szczytu górskiego. A przede wszystkim, że uda mu się to zrobić bez rozlewu krwi. Dlatego coraz bardziej stawał się nerwowy, gdyż nie wiedział już co ma zrobić, skoro jeden nie chciał prawdy mówić, a drugi nie chciał prawdy słuchać. A przecież śpieszono mu było zakończyć tę głupią grę i biec do ukochanej. Aby się nieco uspokoić, zrobił kilka głębokich oddechów. Pomogło. Napolcio wziął się w garść... Zaczął myśleć spokojniej. I od razu nasunęła mu się myśl, że nie ma innego wyjścia, jak wziąć też sprawy w swoje ręce, no i nie odpuścić ani jednemu ani drugiemu. Po prostu musi ich jakimś sposobem zmusić do wyjaśnienia zaistniałej sytuacji. Jak pomyślał, tak zaczął robić.


                                                             Łącznie 151 stron


 



komentarze (12) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  813 718  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Halina Krüsch Czopowik

Facebook i Google

Wszystkie teksty oraz zdjęcia tutaj opublikowane są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie. (Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dn. 4.02.1994 r., nr 24, poz. 83). Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję, jak ktoś o nią prosi. 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tu także swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 813718
Wpisy
  • liczba: 738
  • komentarze: 10335
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 2983 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to