Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 255 059 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


K-X ląduje - (kolejny - 5 fragment)

wtorek, 12 stycznia 2010 17:27

==========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

ZAPRASZAM

na mój drugi blog:

http://PhotoHalszka.bloog.pl/

---------------------------------------------------------

 

 

 

Przepraszam, ale usuwam stąd dalszy ciąg tej powieści, ponieważ została już wydana przez Wydawnictwo Książkowe "Amazon".

 

 

 

Oto link do niej: "K-X ląduje" (Polish Edition)

 

 

 

K-X ląduje - okładka.jpg

 

 

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

 

Opis powieści zamieściłam przy 1 fragmencie. Jeśli ktoś z Was, moi Drodzy, miałby ochotę zapoznać się z fragmentami 1-4, proszę klikniąć właśnie tutaj > "Wykaz Opublikowanych Tekstów" - i tam w poz.VII - Powieść fantasy - pt. "K-X ląduje" znajduję się zalinkowane pozostałe 4 fragmenty, albo po prostu proszę klikać tutaj w poszczególne fragmenty:

  1. K-X ląduje (1 fragment)

 

K-X ląduje

 

Fragment, w którym dzieci  przyglądają się Księżycowi

(str. 284-289)

 

 

   - Jesteśmy już w komplecie. Możemy zatem ruszać w drogę - obwieścił wszem i wobec Chwatko, nie kryjąc zadowolenia. - Proponuję, abyśmy udali się na polanę, która znajduje się o tam, za tym wzniesieniem. Przejedziemy kawałek ścieżynką i już tam będziemy. A tam, zatrzymamy się na chwilę i... a zresztą, jak będziemy już na miejscu, to wam coś pokażę.

   Pojechali. Wzniesienie pokonali w szybkim tempie i po krótkiej chwili byli już na polanie.

   - Luno kochana! K-1, czy ty to widzisz, co ja widzę! - K-2 w wielkim podnieceniu wykrzykiwała do brata.

  - No jasne, jak srebro naszego Globu! Tak jasne, że aż świeci jasnością! - Entuzjazm K-1 dał znać o sobie.

   - To właśnie chciałem wam pokazać - z zadowoleniem oznajmił Chwatko księżycowemu rodzeństwu. - Jest już po północy. Niebo bezchmurne. Witajmy więc dom naszych drogich Księżycowych Pobratymców! Witajmy Księżyc, witajmy Srebrny Glob! I choć widać tylko jego połówkę, to witajmy go całego, bo od tej pory...

   - Jest on i waszym domem - zakończyła wzruszona K-2.

   K-2 zjechała z grzbietu osiodłanej sarenki, która jak gdyby zrozumiała w czym rzecz i uklękła na trawie.

   Po chwili wszystkie dzieci siedziały już na trawie, i zadzierając głowy do góry, obserwowały świecącą silnym, srebrnym światłem połówkę Księżyca.

   - No, piękna ta wasza połówka domu - ocenił Gagatek, opierając głowę na ramieniu K-2, bo szyja już mu zdrętwiała. - Eeej, a gdzie się podziały wszystkie migoczące gwiazdy? Co? Księżyc je przepędził?

   - Tam zaraz przepędził! Czy ty zawsze musisz doszukiwać się dramatycznych scen? - Chwatko ze śmiechem strofował braciszka. - Wcześniejsza obfitość gwiazd i gwiazdeczek na niebie zniknęła, bo jest ukryta w świetle Księżyca. Teraz Księżyc ma swój czas i on niepodzielnie panuje na niebie. A gwiazdy zobaczymy znów jutro wieczorem, o ile oczywiście wiaterek przedmucha wszystkie chmurki.

   - Ooo... jeszcze jeden naukowiec się znalazł - zawołał Gagatek i klepnął starszego brata po ramieniu. - Tyle że ziemski, przez co bardziej zrozumiały.

   - K-1, powiedz mi szybko, a gdzie jest nasz dom? Gdzie my mieszkamy? - spytała podekscytowana K-2. - No, gadaj szybko! Czy ta ciemna plama w górnej części, to jest nasze Morze Deszczów? Na litość Luny Wszechmocnej, gadajże wreszcie!

   - Uspokój się siostrzyczko, bo dostaniesz, tego... no... No jak to się nazywa, co Basiurka miałaby dostać, gdyby...? Albo te, no... te plemiona indiańskie nazywały się jakoś tak podobnie... A już wiem! Uważaj K-2, bo dostaniesz kuku na muniu, jak się nie uspokoisz. No! To już wiesz najważniejsze... A jeżeli chodzi o tę najciemniejszą plamkę, co ją widzimy na połówce naszego kochanego Księżyca, to niestety nie nasze Morze Deszczów, tylko Morze Spokoju z dużą ilością kraterów, a poniżej widoczne jest Morze Nektaru o takim poszarpanym kształcie. A na samej górze, widoczne jest Morze Jasności. Popatrz, tak jak ojciec mówił, Morze Jasności ma prawie kołowy zarys...

   - Ja chyba rzeczywiście dostanę kuku na muniu jak ty mi zaraz nie powiesz gdzie jest nasze Morze Deszczów! - wrzasnęła K-2 i z podekscytowania potrzepała bratem.

   - Przykro mi to stwierdzić, ale ty już masz... No dobra, już ci mówię... Ale swoją drogą, jeszcze to muszę ci powiedzieć: jakbyś łaskawie słuchała ojca, co on nam na ten temat mówił przed lotem na Ziemię, to byś mnie teraz nie trzepała z mojej osobistej wiedzy! No, to tylko tak dla ścisłości... A więc, moja żądna wiedzy, kochana siostrzyczko, nasze Morze Deszczów jest widoczne z Ziemi tylko w pierwszej kwadrze, a teraz mamy ostatnią kwadrę. Nie? Już przecież  mówiłem! Nie słuchałaś ani ojca, ani mnie, to posłuchaj teraz...

   - Patrzcie, patrzcie... rodzeństwo K zaraz weźmie się za czuby! - ocenił sytuację Gagatek.

   - Nie, aż tak źle między nami nie jest - rzekł K-1 i pogładził K-2 po jej czerwonych włosach, które w świetle Księżyca wydawały się być brokatowo-miedziane. - Tylko, że ten przepiękny widok tak bardzo mnie wzruszył, że mam aż dreszcze, a tu jeszcze K-2 ze swoją niewiedzą. Wstyd i kompromitacja!... Ale i tak cię kocham siostro!... A teraz, moi mili, mam do was wielką prośbę. Dajcie mi na chwilę spokój. Chcę się nasycić tym pięknem, aby go dobrze zapamiętać.

   K-1 odszedł na chwilę od dzieci, stanął nieopodal i w samotności wpatrywał się w Księżyc. Za moment K-2 poszła za nim, ale stanęła nieco z boku i też wpatrywała się w Księżyc.

   Dzieci, siedząc z tyłu na trawie, słyszały tylko jakieś dziwne, zgrzytające odgłosy. Zupełnie inne, jakie zdążyły poznać. Czyżby K-1 i K-2 płakali? Żadne jednak nie zakłóciło im tej wzniosłej chwili. Siedziały dalej cichutko i wpatrywały się raz w Księżyc, raz w K-1, raz w K-2, i czekały.

   Chwilę to trwało zanim rodzeństwo K wróciło do dzieci. Ale żadne z nich nie miało im to za złe. Dzieci rozumiały wzruszenie swoich księżycowych przyjaciół i nie przeszkadzały im.

   - Piękne, po stokroć piękne wrażenie! - K-1 ciągle rozkoszował się widokiem Srebrnego Globu. - Szkoda tylko, że nie mogę zobaczyć wszystkich faz Księżyca.

   - No zaraz, a czemu by nie? - Gagatek podjął się próby pocieszenia K-1. - Możemy tu na polanie poczekać, aż wszystkie te fazuchny przyjdą, to je zobaczysz.

   - Cha, Cha, cha! - Chwatko nie wytrzymał i zaśmiał się serdecznie. - Doceniamy twoje próby pocieszenia naszych przyjaciół K, ale to jest niewykonalne, ani teoretycznie, ani praktycznie...

   - Bo musielibyśmy tutaj koczować przez dwadzieścia siedem dni. - K-1 ochoczo zabrał się do tłumaczenia. - W tyle właśnie dni nasz Księżyc obiega Ziemię i przez to, wszystkie fazy łącznie trwają też tyle dni...

   - No to jaki problem?! - Gagatek nie odpuszczał. - Co to jest dwadzieścia siedem dni?

   - Nie zapomnij Gagatku o tym, że jutro, a właściwie już dzisiaj w południe, wracamy na Księżyc - przypomniała K-2.

   - I to jest pech! - ocenił sytuację Gagatek. - Ale wiecie co? Następnym razem przylećcie na te dwadzieścia siedem dni, a nie tylko na trzy jak teraz, to cały Księżyc dookoła zdążycie zobaczyć.

   - Pocieszające to co mówisz Gagatku, ale tylko w połowie możliwe do wykonania. - K-1 uśmiechnął się i poklepał małego przyjaciela po ramieniu. - I tylko w pierwszej połowie, i też nie do końca. Załóżmy, że następnym razem uda nam się przez tyle dni pozostać na waszej Planecie, ale to czy zobaczymy wszystkie fazy Księżyca zależeć będzie też jeszcze od pogody. Bo gdy niebo będzie zachmurzone, to nic nie zobaczymy...

   - To też żaden wielki problem! - Gagatek wszedł w słowo K-1. - To poczekacie tak długo, aż wszystkie fazuchny będą do oglądnięcia... i już! U nas możecie zawsze znaleźć gościnę... A pomyśl tylko K-1, ile przygód byśmy przeżyli... No dobra, nadawaj dalej, co z tą drugą połówką nie do wykonania, bo coraz bardziej zaczyna mnie interesować ta połówka waszego globusika... O rany! Same połówki! Muszę ci się przyznać, że nie lubię niczego w połowie... ani na pół. Jak już, to tylko całość i... na całość! No ale nie przejmuj się, nadawaj dalej.

   - A więc nadaję... - K-1 z zadowoloną miną na obydwu twarzach rozpoczął „nadawanie". - W przestrzeni kosmicznej nasz Księżyc jest  najbliższym sąsiadem waszej Ziemi. I on, ten nasz Księżyc, obraca się wokół własnej osi, a także obiega Ziemię, i wraz z nią, czyli z tą waszą Ziemią, na której teraz stoimy, krąży dookoła słońca. Dlatego stąd, to znaczy z Ziemi, widoczna jest zawsze tylko jedna strona Księżyca. Druga strona Księżyca pozostaje w wiecznym cieniu. No, to już chyba rozumiesz dlaczego nie możemy z waszej Ziemi zobaczyć całego Księżyca dookoła... Co ci jest Gagatku? Znów połknąłeś żabę? Specjalnie dla ciebie nie użyłem ani razu słowa „połowa", zamieniłem go na słowo „strona".

   - Miły jesteś K-1! - powiedział Gagatek, zmieniając szybko minę. - No OK, powiedzmy, że coś tam zrozumiałem, ale powiedz mi, co zrobić, aby tę drugą połówkę, nie, wróć, tę drugą stronę Księżyca zobaczyć?

   - Wiesz co Gagatku, rzeczywiście będzie lepiej jak zrobisz to, co obiecywałeś, i najpierw poczytasz trochę o Księżycu, a potem będziesz zadawał pytania - poradziła bratu Śmieszka. - A i nam, starszym, też nie zaszkodziłoby trochę więcej poczytać na ten wspaniały temat.

  - Oj, chyba przyjdzie mi się z tobą Śmieszko zgodzić - potwiertwierdził milczący do tej pory Gryzio. - Oj, nie zaszkodziłoby trochę powertować książki z astronomii, oj nie!

   - No widzisz K-1?! Oni też muszą poczytać - zawołał Gagatek z zadowoloną miną. - Coś mi się wydaje, że im też brakuje wiedzy o Księżycu, chociaż są starsi... Głowę dam, że...

   - Ty już lepiej nie szafuj tak swoją głową, bo możesz ją kiedyś niepotrzebnie stracić - ostrzegł młodszego braciszka Chwatko, przerywając mu  jego deklarację. - A czytanie jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Czytajmy więc do woli... Ale póki co, zastanówmy się co robimy dalej. Zostajemy dłużej w lesie, czy jedziemy wprost do domu...? Bo wiecie, przyszła mi teraz taka myśl do głowy, że może warto by było zobaczyć, co robią nasi rodzice i posiedzieć jeszcze z nimi trochę przy ognisku. No i pogadać... Cały czas męczy mnie taka myśl, że my może jednak mamy jakiś wpływ na to, aby częściej się spotykać w przyszłości, tylko o tym nie wiemy. I dopóki tego nie sprawdzimy, to wiedzieć nie będziemy. A może też warto by było rodzicom trochę dziury w brzuchach powiercić? A nóż coś wskóramy?

   - Otóż to! Widzicie, co znaczy Chwatkowa głowa na karku? - wrzasnął podniecony Gagatek. - Ty braciszku to masz głowę nie od parady. Strzeż jej i nie podkładaj jej byle gdzie... Ho, ho, to jest myśl! Trzeba nam wracać do domu, i to jak najszybciej!

   - Kto jest za tym? - ze śmiechem spytał Chwatko, celując delikatnego ściętaka w głowę Gagatka.

   Wszystkie dzieci bez żadnego namysłu podniosły ręce do góry, wyrażając tym samym, swoje „za".

   - Masz zupełną rację Chwatko - potwierdził K-1. - Za kilka godzin przyjdzie nam się już pożegnać, więc nie zaszkodzi spróbować. Bardzo bym chciał, abyśmy mieli jakiś wpływ na nasze częstsze spotkania. Ale ze swojej strony, muszę was niestety zmartwić, bo z tego co wiem, nasze przyloty na Ziemię w większej mierze są uzależnione od naszej Centrali... Ale że cuda zdarzają się nie tylko na Ziemi, to może akurat coś, jak ty to mówisz: „wskóramy".

   W tak szybkim tempie karawana nie była jeszcze gotowa do drogi. Dzieci w mig zajęły swoje miejsca i ruszyły w kierunku domu. A i tempo karawany było o wiele większe. K-1 dodawał gazu ile wlezie i co chwilę oglądał się do tyłu czy sarenki nadążają. Sarenki nie miały na szczęście żadnych problemów i biegły jakby je kto gonił. Zdążyły sobie odpocząć na polanie, wtedy kiedy dzieci zachwycały się Księżycem, i siły im wróciły.

 

 

                                                                                                                         Łącznie - 313 stron

 

 



komentarze (2) | zaloguj się, aby dodać komentarz

K-X ląduje (kolejny - 4 fragment)

czwartek, 26 listopada 2009 10:49

Jeśli kogoś z Was, moi Drodzy, interesuje opis powieści oraz poprzednie 3 fragmenty, proszę klikać tutaj:
 

 


K-X ląduje


Fragment dot. dekompresji czyli powrotu Chwatka i K-1

do własnego ciała 

(str. 227-246)


 


  - No dobra chłopaki. Dość tych sentymentów! - zawołał duch leśny Chwatko. - Bądźcie zdrowi i żyjcie w zgodzie z własnym sumieniem, a cała reszta przyjdzie sama... I żadnych łez! Żadnych więcej pożegnań! Biegnijcie już za waszą panią i bądźcie weseli. Będziemy do was wracać w przyszłości i razem spędzimy jeszcze wiele miłych chwil. A więc, do zobaczenia chłopaki!

   Mówiąc te słowa, Chwatko poczuł dziwne uczucie mrowienia na całym ciele. Domyślał się, że oto nadchodzi godzina zero. Nie wiele się zastanawiając, usiadł na trawie by nie upaść i nie zrobić Gryzowi krzywdy.

   - Do zobaczenia chłopaki! - powtórzył jeszcze raz i mocno uchwycił się trawy. Po czym prawie już szeptem dodał: - Zmykajcie, proszę was. Ja tu sobie jeszcze chwileczkę przed podróżą posiedzę. Jak tradycja nakazuje. A wy biegnijcie wprost do domu, i proszę was, nie oglądajcie się już za siebie... Biegnijcie kochane chłopaki...

   Chłopcy wyczuli, że duch leśny ma jakieś tam swoje powody, by zostać samemu. Uszanowali więc jego prośbę. A że duch, siedząc na trawie miał akurat głowę prawie na wysokości ich głów, podskoczyli jeszcze do niego z obu stron i pocałowali go jednocześnie w policzki. Potem odwrócili się momentalnie, i ze słowami: - „zawsze będziesz w naszych sercach" - pognali przez polanę jak dwa wichry.

  Chwatko patrzył za oddalającymi się chłopcami ze wzruszeniem. Nie uronił jednak ani jednej łezki. Był już pewien, że to nie koniec ich znajomości. Że nie bajdurzył mówiąc im, iż razem przeżyją jeszcze wiele miłych chwil. Patrzył za nimi tak długo aż zupełnie zniknęli za ścianą drzew. I chociaż czekała go w najbliższych minutach wielka niewiadoma, to jednak się nie przejmował. Nie czuł żadnego lęku. Czuł się szczęśliwy.

  - Gryziu, a tobie co? Czemu beczysz? - spytał nagle, wyrwany z zadumy buczeniem kuzyna. - Wierz mi, to nie koniec naszej znajomości z wielkimi chłopcami. Zobaczysz.

   - Tak myślisz? Bardzo bym chciał by była to prawda. Polubiłem ich. A myślisz, że będzie to kiedyś możliwe bym i ja mógł się im pokazać na oczy?

   - Tak myślę Gryziu. Z pewnoooośśśścią... - Chwatko nie skończył, bo zabrakło mu tchu.

   Gryziu zaniepokojony o kuzyna spuścił się po plecaku prosto na kępkę trawy. Na szczęście Chwatko nadal siedział na trawie, więc nie  miał wysoko. Podbiegł natychmiast do przodu i stanął między nogami kuzyna.

  - Chwatko, czy to już?! - spytał się szeptem i z wielką troską wpatrywał się w twarz wielkiego kuzyna. - Boli?

  - Nie wiem co jest. Nie czułem żadnego szarpnięcia, żadnego też gwałtownego zawrotu głowy, ale czuję tylko, że opuszczają mnie siły. Nawet tracę wzrok i czucie. I nie wiem już, czy jeszcze siedzę, czy już leżę na trawie.

   Gryzio wystraszył się nie na żarty. Bał się, że coś złego może się stać Chwatkowi. Tym bardziej że Chwatko rzeczywiście bez sił opadł na trawę. Twarz jego zaczęła blednąć jak te białe lilie, które trzymał w dłoni, a oczy stawały się martwe. Gryzio biegał jak oszalały dookoła Chwatkowej głowy i nie wiedział jak mu pomóc.

  - Chwatko kochany, tylko nie umieraj! Błagam cię, tylko nie umieraj! Gdzie ten K-1?... K-1, ratunku! Chwatko umiera! Ratunku!!!

   Żadnego jednak odzewu ze strony K-1 Gryzio nie usłyszał. Zaczął więc skakać, bo wysoka w niektórych miejscach trawa zupełnie przysłaniała mu widok. Nigdzie jednak K-1 nie było widać. Gryzio z przerażeniem pomyślał, że może taki sam los spotkał również i jego. - „Co robić? Co robić?!" - krzyczał sam do siebie. Pierwszy raz w życiu tak bardzo się bał, i to nie o siebie, a o kogoś. I nie wiedział jak ma im pomóc. A to było najgorsze. Wtedy przypomniał sobie o gwizdku, który K-1 dał Chwatkowi. Zaczął przeszukiwać kuzyna kieszenie w kombinezonie. Nigdzie go nie mógł znaleźć. Chciało mu się wyć z rozpaczy. Chwatko leżał bez ruchu i nie dawał znaków życia. Gryzio miał już najgorsze myśli. W ostatnim odruchu desperacji, wskoczył Chwatkowi na jego lewe przedramię i z całych sił, dwoma rękami, zaczął ugniatać mu klatkę piersiową, by pobudzić jego serce. Chwatko jednak ani drgnął. Gryzio po chwili opadł zupełnie z sił i osunął się z jego przedramienia na ziemię. Było mu już wszystko jedno, bo zdał sobie nagle sprawę, że z nikąd pomocy nie można się spodziewać. Chciał umrzeć razem z kuzynem. Popatrzył tylko jeszcze na białe lilie (które niechcąco nieco stratował, biegając w panice dookoła Chwatka), i już chciał zamknąć oczy w oczekiwaniu na śmierć, gdy nagle coś zauważył. Lewa dłoń Chwatka była trochę rozwarta, a w niej pomiędzy końcówkami łodyżek kwiatów coś błyszczało. Gryzio wiedziony ostatnią nadzieją, zerwał się na równe nogi i zaczął grzebać w dłoni kuzyna. - „Gwizdek!" - krzyknął. Tak, Chwatko trzymał w dłoni gwizdek. Biedny Gryzio nie wiedział jak dmuchnie w ten potężny dla niego, niczym trąba jerychońska, instrument. Wiedział natomiast, że ten oto gwizdek jest jedyną i na pewno ostatnią szansą. Z wielkim trudem wprawdzie, ale udało mu się wygrzebać go z dłoni Chwatka. Jeden koniec gwizdka położył na ziemi, a drugi oparł o nadgarstek kuzyna. Sam szybko położył się na ziemi obok i chciał spróbować jakoś dmuchnąć. Ale niestety nie mógł złapać tchu po takim wysiłku. Przez chwilę leżał bez ruchu i sapał jak miech kowalski. Wreszcie nabrał dużo powietrza w płuca i już miał dmuchnąć w gwizdek, gdy nagle spostrzegł, że ta końcówka gwizdka, która służy do dmuchania jest u góry, czyli na nadgarstku Chwatka. - „Ty skończony jełopo, nie będziesz chyba w ziemię dmuchał!" - wrzasnął do siebie potwornie wściekły i całą operację ustawiania gwizdka rozpoczął na nowo. Z wściekłości na siebie i z desperacji, poszło mu to tym razem o wiele szybciej i nawet jakoś dziwnie tchu nie stracił. Poczuł się zgoła o wiele silniejszy. Siła go wręcz rozpierała. Położył się ponownie na ziemi i z całych sił dmuchnął w gwizdek.... I nic! Nic nie usłyszał i nic nie poczuł. Nie załamał się jednak tym, bo sobie przypomniał, że K-1 mówił, iż nikt gwizdka oprócz niego nie usłyszy. Złapał natychmiast za jego dolną część i zaczął go przeciągać na najwyższą w pobliżu kępkę trawy. Oparł go o nią i wszedł po gwizdku na sam szczyt. Przysłonił dłonią oczy i zaczął się rozglądać po całej polanie za K-1. Gryzio nie wiedział, z której strony może się K-1 spodziewać, bo to tylko Chwatko widział go wcześniej ukrytego za drzewami. Kręcił się więc nerwowo w kółko i po kilka razy lustrował polanę, miejsce po miejscu. I nagle zauważył, że nie daleko od niego, w miejscu gdzie rosła wysoka trawa, coś jakby się poruszyło. Nie wiedział co to było, bo nic oprócz poruszającej się trawy nie było widać. Długo się nie zastanawiając, zjechał po gwizdku na ziemię i pobiegł jak błyskawica w tamtym kierunku. Kiedy dobiegł do tego miejsca, serce mu mało z piersi nie wyskoczyło, i to nie z wysiłku po biegu przełajowym, lecz z okropnego widoku jaki tam zastał. K-1 leżał na trawie zwinięty w kłębuszek i sapał okropnie, jakoś tak gwiżdżąco i głośno.

   - K-1, przyjacielu kochany, dobrze że jesteś! - Gryzio rzucił się na twarze K-1 i próbował odgarnąć z nich jego długie, zielone włosy. - Błagam cię wstań. Wstań i ratuj Chwatka. Chwatko umiera... Błagam ratuj mojego kochanego kuzyna... Ratuj siebie! Ratuj was obu!!!

   - Grrrryyyzzziooo??? - K-1 wysapał z wielkim trudem i próbował się do Gryzia nawet uśmiechnąć. Lecz nagły grymas cierpienia wykrzywił mu obie twarze jednocześnie i zesłabł.

   K-1 był u kresu sił. Sam nie rozumiał co się stało, że tak nagle stracił moc wielkiego człowieka. Stracił w ogóle jakąkolwiek moc. Leżał tak w trawie jak ostatnie ścierwo w ludzkim ciele i nie miał siły nawet się podnieść. Stracił nawet rachubę czasu i już sam nie wiedział jak długo trwał w takim stanie. I dlaczego w ogóle znalazł się na trawie. Przecież stał za drzewem, kiedy dzieci odchodziły od Chwatka. Tak jakby przez mgłę, ale zaczynał coś sobie przypominać. Przypomniał sobie, że poczuł się nagle bardzo słabo i usiadł pod drzewem i... chyba stracił przytomność. A potem jakiś dźwięk nieco go ocucił. Tak, dźwięk. To był dźwięk gwizdka. Zrozumiał, że Chwatko wzywał go o pomoc. Przebłyskami świadomości kojarzył sobie, że z Chwatkiem musiało dziać się podobnie. Musiał się więc najprawdopodobniej oderwać od drzewa i ruszyć w kierunku wzywającego pomocy Chwatka. A potem, po drodze, to chyba znów stracił przytomność, dlatego leżał na polanie. Ale znów jakiś dźwięk pomógł mu odzyskać utraconą ponownie świadomość... Ale co to był za dźwięk? Bo że nie był to dźwięk gwizdka, tego był już pewien... To był czyjś głos. Tak, to był głos krzyczący, że Chwatko umiera. Gdy K-1 to wszystko sobie przypomniał, z wielkim wysiłkiem szeroko otworzył oczy. Wtedy widok Gryzia go w tym upewnił. Był zdruzgotany. - „Luno najukochańsza pomóż!" - wrzasnął w myślach wniebogłosy... I nagle poczuł, że trzyma w ręce radarton. Powolnym ruchem podnosił rękę wraz z nim do oczu i zobaczył na jego czasomierze, że ostatnie pięć minut z ich trzech godzin kompresji dopiero się zaczyna. Nadzieja jaka się w nim zatliła, sprawiła, że poczuł się na tyle mocny, aby szeptem odezwać się do Gryzia.

  - Jak dobrze, że jesteś. W tobie nadzieja. Naciśnij ten zielony przycisk. K-2 zaraz nas uratuje.

   Gryzio momentalnie nadepnął nogą przycisk radartonu i popatrzył na K-1. Niestety nie zauważył żadnej zmiany. Ale przypomniał sobie, że to może chwilę potrwać zanim K-2 dobiegnie do samopojazdu. Więc nieco się uspokoił. Nachylił się nad głowami leżącego K-1, i patrząc mu na przemian w dwie pary oczu, powiedział:

   - Chwatko tam umiera w samotności...

  K-1 wiedziony nagłą nadzieją i poczuciem odpowiedzialności za przyjaciela, poczuł nagle przypływ małej porcyjki sił. Zaczął się więc powoli czołgać, bardzo powoli, jak w zwolnionym filmie. Ale się doczołgał, wspomagany ogromną siłą woli, własną i Gryzia.

   Malutki Gryzio, człapiąc za czołgającym się K-1 wpatrywał się w niego intensywnie i popychał go wzrokiem do przodu. Dalej i dalej, w kierunku Chwatka.

   Kiedy K-1 znalazł się już przy leżącym bez ruchu Chwatku, opadł bez sił tuż obok, ale zdążył go jednak chwycić za prawą rękę. Nie mógł niestety ścisnąć jej mocniej, bo sił mu już nie starczyło. A może Chwatko coś w niej trzymał i dlatego nie mógł?

   Dwa olbrzymy leżały na ziemi, a maciupeńki Gryzio biegał dookoła nich jak oszalały, jakby chciał tym pędem przyśpieszyć aktywizację wznowienia ich kompresji przez K-2. Nic się jednak nie działo. Kompletnie nic. Minuty z jednej strony w zastraszającym tempie uciekały, a z drugiej wlekły się żółwim tempem. I nic! Gryzio w końcu nie wytrzymał napięcia i w biegu rzucił się rozpaczliwie na twarz Chwatka i zamierzał zrobić mu sztuczne oddychanie „usta-usta".

   - Czyś ty Gryziu oszalał? Złaź z mojego ucha, bo będzie podobne do ucha pani Klodzi. - Ni stąd ni, zowąd zadudnił głos Chwatka jak z głębokiej studni.

   Gryzio odskoczył od kuzyna jak piorunem rażony. A że wdepnął w gęste i długie włosy K-1, leżące bezładnie na trawie, to też mu się nogi w nich poplątały i wyrżnął jak długi na górną głowę K-1. I zanim pokapował co się stało, zaczął się już przymierzać ze sztucznym oddychaniem do górnych ust K-1.

   - Czyś ty Gryzzziu oszzzalał? Przecieżżż ja jeszcze żżżyję. Wcale nie musiszzz się zzzze mną żżżegnać... - Przeraźliwie zgrzytający głos wydobył się z dolnych ust K-1.

  Gryzio zdębiał zupełnie. Z wrażenia osunął się na ziemię i padł pomiędzy głowami olbrzymów. Czyżby dostał pomieszania zmysłów? Czy rzeczywiście słyszał głosy swych przyjaciół? A właściwie głosy podobne nieco do głosów przyjaciół. Co to wszystko miało znaczyć? Gryzio, leżąc jak nieszczęście plaskate na ziemi, w myślach zadawał sobie tego typu pytania.

  - A może jednak moje zmysły są OK?  I to by oznaczało, że wy chłopaki dochodzicie do siebie?! - wrzasnął Gryzio w ogromnej nadziei i zerwał się na równe nogi, patrząc raz na twarz Chwatka, raz na twarze K-1.

   - A co ty myślałeś, drobinko nieboraczka, że ciebie na pastwę losu samego tutaj zostawimy? - Pytaniem na pytanie słabiutkim głosem odpowiedział Chwatko i zaczął zezować na kuzyna z pozycji leżącej, nadrabiając przy tym miną.

  Cały Chwatko. Nawet w tak groźnej dla jego życia sytuacji, myślał o innych i chciał rozweselić kuzyna. Gdy się ocknął, był bardzo zdziwiony tym co wokół niego się działo. Zastanawiał się skąd K-1 wziął się koło niego i dlaczego leżał obok i trzymał go za rękę. - „Może przysnąłem na chwilkę i nie usłyszałem jego nadejścia? Tak, tak chyba musiało być" - wytłumaczył sobie w myślach. Ale dlaczego Gryzio przed chwilą trenował bieg z przeszkodami, biegając wokół nich, i przeskakując przez ich kończyny dolne i górne, tego już Chwatko pojąć nie mógł. Głupio mu było spytać wprost, żeby się nie zdradzić swą nagłą słabością. Czekał więc aż to się samo wyjaśni w trakcie ich dalszej rozmowy.

  - Zdrzemnąłem się tylko na momencik - odezwał się znów po chwili półgłosem, dziwiąc się samemu sobie, dlaczego tak cicho mówi. - Już wstaję i wracamy do dzieci...

   - Chwatko leż, leż jeszcze - odezwał się K-1, zerkając na radarton. - Nie wiem co się dzieje, ale zbliża się już ostatnia minuta trzeciej godziny naszej kompresji i K-2 do tej pory nie uaktywniła zdalnego jej przedłużenia. A przecież Gryzio puścił jej sygnał. Martwię się, że coś tam z dziećmi niedobrego się dzieje... A my tu leżymy odłogiem i nie możemy im pomóc...

   - Jak to? Co ty K-1 gadasz? - Chwatko prawie krzyknął i poderwał się do wstawania. Opadł jednak bez sił z powrotem na ziemię i patrząc w niebo szepnął: - Błagam, tylko nie to...

   Groza jaka ogarnęła wszystkich trzech chłopców była nie do opisania. Zamilkli zupełnie i leżeli tak po środku polany bez czucia, sparaliżowani potwornym strachem o swych najbliższych. Tylko ich szeroko otwarte oczy zdradzały jakąkolwiek oznakę ich życia. Wszyscy trzej wpatrywali się w przepiękne wieczorne niebo i zaklinali cały wszechmocny Wszechświat (każdy po swojemu i każdy inaczej) i żarliwie błagali o ratunek... Aż tu nagle, jak nie szarpnie ciałem  K-1 i Chwatka. Dwa olbrzymy bezwiednie i bezwolnie wykonały gwałtowne ruchy nogami i rękami niczym dwa pajace na sznurku. A wykonały najpierw jednoczesny ruch ku dołowi, a potem z jeszcze większym impetem - ruch ku górze. A że K-1 trzymał Chwatka za rękę i powyżej ich złączonych rąk, a między ich głowami, leżał Gryzio, przeto biedaka wprawili w równie gwałtowny i niespodziewany ruch. Wystrzelił więc Gryzio do góry jak z katapulty, po czym runął w dół i wylądował wprost na gwizdku opartym na kępce trawy. Nieborak bezwładnie zawisł na brzuchu, a jego kończyny dolne i górne dyndały  w różnych kierunkach. W takiej poczwarnej pozycji Gryzio wyglądał jak siedem nieszczęść, i też tak się czuł. I chybaby już mu tak zostało, gdyby nie usłyszał nagle, gdzieś z niebios, potężny głos Chwatka.

  - A cóż ty drobinko nasza robisz tu na tym gwizdku? Chciałeś gwizdać? I to dmuchając w połowie gwizdka, a nie w jego ustnik? Oj, Gryziu, Gryziu, chyba musiałeś przeżyć wielki szok tu ze mną i zdurniałeś przeto z kretesem. Ze mną wszystko w porządeczku. Chciałem sobie tylko trochę odpocząć... No, popatrz na mnie... A i K-1 jest już przecież z nami. Gwizdać więc nie musisz.

   Chwatko na moment przeraził się brakiem reakcji kuzyna. Zamilkł więc i zaczął się zastanawiać jak ma mu pomóc.

   Wiszący bezwładnie Gryzio, też się przez moment zastanawiał, czy ten pięknie brzmiący głos Chwatka rozlega się już z zaświatów, czy może jakimś cudem ten ukochany kuzyn stoi nad nim w żywej i pełnej okazałości. Nie reagował jednak na jego głos, bo wolał tą  wspaniałą nadzieją rozkoszować się dłużej. Ale nagle poczuł, że pod brzuchem coś mu się zaczyna dziać. Wyraźnie poczuł coś ciepłego i miękkiego. To Chwatko usiłował delikatnie podsunąć kuzynowi pod brzuch swój palec wskazujący i ściągnąć go z twardego i zimnego gwizdka.

   - No choć tu do mnie ty moja kruszynko. Nie bój się, już ja ci pomogę - przemawiał łagodnym głosem.

   - O to to! O to to! O to to...! - Gryzio zaczął wrzeszczeć jak opętany, i ześlizgnąwszy się z palca Chwatka puścił się biegiem dookoła niego i K-1. - O to... błagałem wszystkie świętości  Wszechświata... I K-2 się spisała i zdążyła postawić was na nogi! I z wami już wszystko w porządku! I to znaczy, że i z dziećmi w enklawie też wszystko porządku!

   - No pewnie! A coś ty myślał, że może być inaczej? - zawołał Chwatko ucieszony ponowną fizyczną sprawnością kuzyna. - Powtarzam ci jeszcze raz: ze mną wszystko w porządku i nic złego się nie działo...

   - Skończ Chwatko, bo cię zaraz ugryzę! - wrzasnął Gryzio i wyhamował w miejcu. - Nic złego się nie działo?! Bo ty nic nie widziałeś! Myślałem, że tu z wami skonam. A ty mówisz, że nic złego się nie działo?!... I nawet nie wiesz co ja robiłem na gwizdku...?

   - No właśnie! Co ty na nim robiłeś? - Chwatko przerawał kuzynowi jego tyradę i patrzył zdziwionym okiem, to na niego, to na K-1.

   Gryzio mógłby tak wrzeszczeć jeszcze bardo długo, by rozładować swój głęboki stres w jakim tkwił po uszy w ostatnich minutach. Ale przypomniało mu się, że to jeszcze nie koniec jego przygód z tymi wielkoludami. Skończył więc wrzeszczeć tak szybko jak zaczął i puścił mimo uszu pytanie Chwatka. Zdał sobie sprawę, że to nie czas i miejsce, aby chłopcom opowiadać co się z nimi działo i co on z nimi przeżył. A co jeszcze przeżyje? Bał się pomyśleć. - „Opowiem im wszystko dokładnie dopiero wtedy, gdy ich oczy będę miał na wysokości swoich oczu" - pomyślał sobie, i łagodnym już głosem spytał:

   - Bardzo was bolało?

   - Można to było jakoś znieść - odpowiedział K-1.

   - No coś ty! Nic nie bolało. Tylko trochę spać się chciało - wyraził swoje zdanie Chwatko, robiąc dobrą minę do złej gry.

   - Aha, akurat! Uważaj, bo uwierzę - zawołal Gryzo zniesmaczony brakiem szczerości kuzyna. - To co robi w twojej prawej ręce ten spory kawałek darniny?

   - No właśnie tego nie wiem.

   - Nie wiesz? To ja ci powiem. By nie krzyczeć z bólu drapałeś palcami ziemię... I to z bólu ją wyrwałeś. Nie rozumiem dlaczego nie jesteś szczery? Ale mniejsza o to...

   - Nie, nie, poczekaj. To nie tak, że ja nie chcę być szczery. Jesteś przy nas jak kruszynka... Dlatego ja po prostu, chciałbym ci ze wszech miar oszczędzić...

   - No właśnie! Ty już mi lepiej niczego nie oszczędzaj, bo tego się nie da oszczędzić... Tkwię z wami w tym wszystkim od początku do końca, i chcę wiedzieć. Wróć! Ja muszę wiedzieć! Bo we trójkę jesteśmy za wszystko odpowiedzialni. I nie ma to wcale żadnego znaczenia, że ja wyglądam obecnie przy was jak mała kruszynka. Wy i tak macie wypożyczone tylko ciała. A za wszystko co się stanie i tak  razem będziemy odpowiadać. I to bez względu na wielkość. Zrozumieliście?!

   - Wow! To było mocne! - zawołał K-1. - Masz zupełną rację Gryziu. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. I to szczerze, bez najmniejszego kamuflażu... Zrozumiałeś Chwatko?!

   - Jesteście super, chłopaki! - zawołał Chwatko z uśmiechem od ucha do ucha. - Pogadamy jeszcze na ten temat. Jak będziemy już we własnej skórze. A teraz chłopaki, zbierajmy się, bo musimy w niecałe już pół godziny dobiec do samopojazdu.

   Chwatko zwinnym ruchem włożył Gryzia do plecaka. Pozbierał rozsypane na trawie białe lilie. I ruchem ręki dał znak do startu.

    Dwa wielkoludy biegły co sił wielkimi krokami przez polanę, potem na przełaj przez las. Chłopcy omijali ścieżynki leśne, aby na skróty szybciej dotrzeć do samopojazdu. Ale niestety, gdzieś w połowie drogi zabrakło im sił, i to prawie jednocześnie. Zmartwiło ich to bardzo. A Gryzia wręcz przeraziło. Ten mały ludek zaglądał ze swojej ambony obserwacyjnej i widział, że tempo chłopców słabnie coraz bardziej. Podejrzewał więc, że chłopcy nie dadzą rady dobiec do mety. Milczał jednak i czekał na rozwój sytuacji. Bo też nic innego mu nie pozostało.

   - I co robimy? - spytał Chwatko, patrząc na równie słabnącego w biegu K-1.

   - Sam już nie wiem co jest z nami. Dlaczego tak szybko tracimy energię? No, teraz w trakcie przedłużonej kompresji, to jeszcze jakoś jest zrozumiałe. Chociaż też nie do końca, bo nieco za szybko opuszczają nas siły, i za intensywnie. No a wcześniej, to już w ogóle nie rozumiem co to było i co to działo się z nami. Momentami zastanawiam się czy to przypadkiem nie ta z góry założona przez naszych naukowców celowość użycia ludokompresora nie zaważyła na naszym złym samopoczuciu. Ludokompresor przeznaczony jest przecież tylko i wyłącznie do użycia w obronie koniecznej przed człowiekiem, w razie zagrożenia z jego strony. Pamiętasz, zastanawialiśmy się nad tym. Widocznie nasza potęga i moc miała być wykorzystana do walki z człowiekiem, a nie do pomocy człowiekowi. Jak wrócimy na Księżyc to będę musiał naszym naukowcom zgłosić o tym problemie. I niech coś z tym fantem zrobią. Bo jak życie pokazuje, z człowiekiem nie trzeba walczyć, tylko trzeba mu pomagać... No a swoją drogą, muszę się też do czegoś przyznać. Miałeś rację Chwatko. Przesadziłem co nieco z naszą wielkością. Specjalnie zaprogramowałem ludokompresor na taką wielkość. I to bardziej chyba ze strachu przed wielkim człowiekiem aniżeli z rozsądku. I teraz myślę, że to z pewnością też zaważyło na naszym samopoczuciu... Przepraszam Chwatko. To moja wina...

   - Oj, K-1, wcale nie musisz mnie przepraszać. Naprawdę. Mówię szczerze. I niczego też nie żałuję. Może masz rację z tym co mówisz, ale to teraz i tak nie zmieni faktu, że musimy się jakoś pozbyć tego cielska. A któremu bądź co bądź, dużo zawdzięczamy... Powiedz mi  K-1, gdybyś wiedział, że tak będzie z nami, zrezygnowałbyś z użycia ludokompresora?

   - Nie, na pewno nie. Jestem szczęśliwy, że mogliśmy pomóc Rafałowi i Bronkowi. No i trochę też pozostałym dzieciom... Chwatko zatrzymajmy się tam pod tym olbrzymim drzewem, bo coś mi się przypomniało i muszę to sprawdzić.

   Chłopcy dobiegli jakoś, a właściwie doszli już tylko do wielkiego grabu. Oparli się rękami o jego pień i sapali przeraźliwie niczym dwie lokomotywy stojące na stacji. Gryzio zaś wylazł na klapę plecaka, i oparty o lewe ramię Chwatka, sapał razem z nimi. Chyba dla towarzystwa. Albo ze zdenerwowania, że oto nadchodzą ostatnie minuty wielkości chłopaków i jemu znów przypadnie w udziale być bezpośrednim widzem ich męczarni. I tylko widzem, gdyż nie może zrobić nic, by chłopcom pomóc. No, może poza naciśnięciem odpowiedniego przycisku na ludokompresorze. Pod warunkiem oczywiście, że do niego dotrą. A to o wiele za mało, by czuć satysfakcję z bycia pomocnym. I to go bardzo wkurzało. Chciał najnormalniej w świecie pomóc chłopakom. Sprawić, by poczuli ulgę w cierpieniu, a nie tylko się ich cierpieniu przyglądać. Samego ich pompowania (czyli kompresji, tak szumnie i naukowo nazywanej przez K-1) nie mógł znieść, bo widok był okropny. A co dopiero będzie przy ich wypompowywaniu (czyli dekompresji, równie szumnie i naukowo nazywanej przez przyjaciela kosmitę), to już bał się pomyśleć. Bo jakiż widok czeka go na końcu, skoro nawet przed chwilą chłopcy swoim cierpieniem i zachowaniem dali mu porządną próbkę zawodności tych nieziemskich możliwości ludokompresora? Bał się o tym myśleć, ale jednak musiał. Bo nie dało  się o tym nie myśleć. A tłumaczenia K-1, co mogło być przyczyną tej zawodności ludokompresora, wcale do niego nie przemawiało w tym momencie ani też nie uspokajało. Jeszcze kilkanaście minut, a przyjdzie mu być świadkiem tego niepewnego i nieprzewidywalnego aktu powrotu chłopaków do własnej skóry. Na samą tylko myśl, Gryziowi skóra cierpła. Jego własna skóra. - „A co będzie jak ludokompresor ze swoją dekompresją zawiedzie (o ile w ogóle do niego zdążą dotrzeć) i chłopaki pękną jak dwa balony przekłute igłą?" - myślał Gryzio z przerażeniem. - „Brrrr...! Tylko nie to!" - wrzasnął do swoich myśli i odpędził je natychmiast. - „A co będzie jak chłopakom nie uda się jednak dotrzeć na czas do samopojazdu?" - myślał Gryzio dalej i czuł, że włos jeży mu się na głowie. Odpędził szybko i te myśli i zaczął się starać w ogóle nie myśleć. Nie za bardzo mu to jednak wychodziło. Pomyślał więc, że może lepiej będzie zacząć gadać, by zagłuszyć te traumatyczne myśli. Wspiął się więc po szelkach plecaka jeszcze wyżej i usiadł Chwatkowi na ramieniu. I patrząc kuzynowi prosto w jego lewe oko, powiedział łagodnym tonem:

   - Nie bój się Chwatko, jeszcze tylko krótka chwila i będziesz normalny. - Po czym mocno się wychylił i poklepał po ramieniu blisko stojącego K-1, i dodał: - I ty K-1 też... A powiedz K-1, to co chcesz sprawdzić, to ma związek z waszym powrotem do normalności?

   - I tak, i nie. Poczekajcie tylko na moment. Zrobię to szybko i zaraz wam powiem co dalej.

   Chwatko i Gryzio przypatrywali się jak K-1 grzebał w swoim pasie bezpieczeństwa i rozkładał na ściółce tuż pod grabem różne wyciągnięte z niego przedmioty. Potem szybkimi ruchami coś przykręcał, coś odkręcał, pomrukując przy tym w wielkiej zadumie. Wreszcie wszystkie te przedmioty i przedmiociki razem połączył w jedną całość i mocno nią potrząsał. Chłopcy nic z tego nie rozumieli, ale nie pytali o nic. Nie śmieli przeszkadzać.

   K-1 zajęty swoimi myślami i tym co robił, popatrzył nagle do góry na grube konary i rozłożyste gałęzie grabu, i sam do siebie powiedział: - „Nie, tu nie." - Odszedł parę metrów dalej, gdzie przestrzeń pomiędzy koroną starego grabu i koronami rosnących tuż obok młodszych jego braci była większa. Stanął w rozkroku i dwa razy nacisnął coś na czubkach swych potężnych butów. Ku zdziwieniu bardzo zaciekawionych i wpatrzonych w każden jego ruch chłopców, coś zaczęło się wysuwać z obu jego butów naraz. Zarówno z przodu, jak i z tyłu od pięt. Z tym, że z przodu jego butów wysuwało się na boki od wewnętrznej ich strony i zbliżało się do siebie, natomiast z tyłu wysuwało się coraz dalej do tyłu i to równolegle do siebie. A i było też dużo dłuższe niż to coś z przodu. I kiedy przestało się już wysuwać, K-1, stojąc ciągle w rozkroku, złączył ze sobą to wysunięte „coś" z przodu (wyglądające jak gdyby dwie cienkie rurki) i w miejscu złączenia przymocował ten przedmiot, który wcześniej złożył z różnych części wydobytych z pasa bezpieczeństwa. Po czym się wyprostował, oglądnął za siebie, i popatrzył na to „coś", co mu się wysunęło z tyłu butów, a co w pełnej już okazałości zaczęło przypominać dwie dość szerokie płozy. Znów chwilę pomruczał, ale już z zadowolenia. Popatrzył jeszcze raz do góry i krzyknął: - „Wszechmocna Luno pomóż nam i miej nas w opiece!" Potem podskoczył parę razy do góry, i za którymś już wyskokiem coś mu pod butami zaszumiało, zabuczało, i rozległ się tak jakby dźwięk silnika. A pomiędzy czubkami jego butów, ta część, którą tam przymocował zaczęła się kręcić na podobieństwo śmgła. No i K-1... najnormalniej w świecie uniósł się i zawisł w powietrzu. Wtedy ze szczęśliwą, ale i nieco szelmowską miną na dolnej twarzy, i z zabawnym zezem w oczach górnej twarzy, wrzasnął do chłopców:

  - Wskakujcie moi drodzy! Kosmopropeller K-1 ułatwi nam dotrzeć do samopojazdu, a przede wszystkim przyśpieszy nasze tam dotarcie. - Po czym spojrzał ponownie na niebo i zawołał donośnie: - Dzięki ci Wszechmocna Luno!

   Chłopcy byli zachwyceni. Lecz na dłuższe trwanie w zachwycie nie było czasu. Chwatko to rozumiał więc wnet ruszył do działania. Szybko się schylił i położył na ziemi troszeczkę zmarniałe już białe lilie, które do tej pory trzymł w prawej ręce. Lewą zaś ręką nadal przytrzymywał siedzącego na swym ramieniu Gryzia, by ten nieborak nie spadł z takiej wysokości prosto w lilie. Bo szkoda by było nie tylko Gryzia, ale również i tych pięknych kwiatów. Potem prawą, wolną już ręką, otworzył klapę plecaka, a drugą ręką zdjął delikatnie Gryzia z ramienia i wcisnął go do środka. Po czym, nie wiele się zastanawiając, podniósł z ziemi lilie i je również włożył do plecaka, obok Gryzia.

   Gryziowi zrobiło się dużo ciaśniej. Nie skomentował jednak tej ciasnoty, gdyż wciąż oniemiały trwał w zachwycie. Tak wielkie wrażenie wywarło na niego to burczące i unoszące się dzieło K-1. I nawet z plecaka, wychylając się najdalej jak tylko mógł (z szeroko  otwartymi oczami i rozdziawioną buzią), nie przestawał filować na wiszącego nad ziemią K-1.

   Chwatko natomiast uznał, że wszystko już zabezpieczył. Potrząsnął tylko delikatnie plecakiem, aby jeszcze się w tym upewnić, i podbiegł do K-1.

   - A jak mam stać? - spytał.

   - Wskakuj na tylne płozy i trzymaj się mnie mocno za pas.

   Chwatko posłusznie wykonał polecenie K-1. I po chwili, wolnym ruchem ku górze, niczym pionowzlot, unosili się razem ponad korony drzew. Potem to „coś" (co K-1 nazwał kosmopropellerem K-1) na moment ucichło i chłopcy zawiśli na wysokości czubków koron drzew. I jak się okazało, po to tylko, aby ten przedziwny pionowzlot zmienił swój dźwięk na wyższy i jego śmigło zaczęło się kręcić jeszcze szybciej. No i trzej chłopcy, z osiągniętego wcześniej pułapu, w pionowej pozycji (czyli na stojąco), polecieli w poziomej linii, z wyznaczonym przez K-1 azymutem na enklawę.

   K-1 ze szczęścia śmiał się cichutko, ale na tyle zgrzytająco, że aż wszystkie przelatujące w pobliżu ptaki wypłoszył. I słowiki, i sikorki, i pliszki, i zięby, i strzyżyki, i jerzyki, i czyżyki, i najmniejsze nawet mysikróliki. Ptaki akurat przygotowywały się do wieczornego śpiewu po upalnym dniu. I gdy usłyszały śmiech K-1 wystraszyły się tak bardzo, że z głośnym i przeraźliwym piskiem rozfrunęły się po niebie we wszystkich kierunkach. Nawet dwa duże jastrzębie, które przygotowywały się do wieczornych łowów odfrunęły w pośpiechu, kryjąc się za koronami drzew. A dwóm kukułkom siedzącym na pobliskim krzewie leszczyny i kukającym na przemian, aż kukanie w gardle uwięzło ze strachu. Natomiast dwa czarne bociany, które już z natury są wyjątkowo płochliwe, na dźwięk niezwykłego śmiechu K-1 doznały szoku i zawisły w bezruchu w powietrzu. A gdy wreszcie nieco otrząsnęły swe pióra z szoku, zaczęły lotem szybowcowym kołować nad wysokim bukiem, w gęstwinie liści którego, ukryte było ich gniazdo z czteroma pisklętami. Para czarnych bocianów opuściła już wcześniej swe gniazdo, gdyż z obowiązku rodzicielskiego zamierzała udać się na podmokły skraj lasu w pobliżu bagien, aby zdobyć trochę małych żabek na kolację dla swych dzieci. Spłoszona okrutnie, jeszcze długi czas szybowała na drzewem, bojąc się obrać jakikolwiek inny kierunek lotu.

   K-1 nawet się nie zorientował, że swym śmiechem spowodował takie przerażenie i spustoszenie wśród ptactwa. No cóż, na ptakach nie bardzo się jeszcze znał. Cieszył się tylko, że ni stąd, ni zowąd, przestrzeń powietrzną mieli wolną.

   Chwatkowi zaś szkoda było spłoszonych i wystraszonych ptaków. Ale pocieszał się w duchu, że za jakąś chwilę, gdy ptaszki otrząsną swe piórka z zamieszania, którego oni są winni, wrócą ponownie do swych instynktownych i stałych zajęć.

   K-1 nie przestawał się jednak śmiać. Wprawdzie śmiał się coraz ciszej, ale jego cichutki nawet śmiech, tym co go nie znali, mógł wydawać się przerażający. K-1 jednak nie zawsze zdawał sobie z tego sprawę. Nigdy przedtem nikt nie zwracał nawet uwagi na jego śmiech. Więc teraz, kiedy ogromna radość wziąła górę nad jego uczuciami i rozumem, śmiał się bez ustanku. Przecież z radości, którą sam sobie sprawił i swym przyjaciołom, nie mógł tak od razu przestać się śmiać.

   Chwatkowi ta radość też się udzielała, i to mocno. Lecz patrzył na otaczającą ich przyrodę okiem ziemianina, dlatego coraz bardziej żal mu się robiło wszystkich ziemskich ptaszków. Nie chciał jednak robić K-1 przykrości i przerywać mu w ten sposób okazywanej radości. Zrozumiał, że K-1 musi mieć szczególny powód do jej takiego właśnie okazywania. Postanowił więc sposobem wpłynąć na K-1, by ten przestał się śmiać. Postanowił go zagadać. Przytrzymał ręką jego rozwiane, długie włosy i nachylił się do jego ucha.

   - Toż to wspaniała rzecz, ten, no... ten twój... jak to było... no, kosmo... - Chwatko specjalnie robił krótkie pauzy i niedopowiedzenia, aby K-1 wciągnąć do rozmowy.

   - Nie uwierzysz... nie uwierzycie, ja sam nie mogę w to uwierzyć! - K-1 z wielkim entuzjazmem podłapał temat, tym samym przestając się śmiać. - Ta wspaniała rzecz nazywa się kosmopropeller K-1, już wam mówiłem. I sam go tak nazwałem, bo też go sam od początku do końca skonstruowałem. I widzicie chłopaki? On działa! I to jeszcze jak! Przed przylotem na Ziemię zacząłem go składać, ale nie zdążyłem złożyć go do końca i zrobić próbnych lotów. Mój ojciec zresztą mówił, że nie będzie mi potrzebny, gdyż wystarczy nam samopojazd ziemski... No i widzicie! Starsi nie mogą wszystkiego przewidzieć, bo i skąd. Skąd mogą wiedzieć, co nam, ich dzieciom, czasami okazuje się niezbędne, no, a już przynajmniej przydatne. To dla mnie wielkie przeżycie, bo kosmopropeller to moje pierwsze dzieło. Pierwsze dzieło przyszłego konstruktora, jakim zamierzam zostać. No, chłopaki, możecie mi pogratulować, bo dzięki mnie unosicie się w waszej atmosferze niczym te wasze ptaszki, a nawet lepiej niż one, gdyż one muszą machać skrzydłami, a wy nie musicie niczym machać...

   - Gratulujemy, gratulujemy! - rozległo się zza pleców K-1.

   - Dzięki chłopaki! Nie wiecie ile to dla mnie znaczy! - K-1 dalej tryskał entuzjazmem. - I muszę wam powiedzieć, że też jestem z siebie bardzo dumny... No ale niestety, na mojej własnej dumie i waszych gratulacjach musi się skończyć, bo nikt się o tym nie może  dowiedzieć. Przynajmniej na razie... Moje kochane „dziecko"! Mój kochany kosmopropeller! Hurrrra!

  - Jesteś naprawdę wspaniałym konstruktorem! - zawołał Chwatko co nieco głośniej, gdyż się wystraszył, że K-1 znów powróci do swego śmiechu radości.

  - Twoim kosmopropellerem... Apsssik!... lata się o niebo lepiej... Apsssik!... niż gołębiami z Gołębich Linii Lotniczych... Apssik! Apssik! Apsssik! - wydał ocenę przeszczęśliwy Gryzio, zaglądając przez lewe ramię kuzyna, i kichając niemiłosiernie od intensywnego zapachu białych lilii.

   - Gryzio, co z tobą?! Zaplujesz mi całe plecy! - zawołał rozbawiony Chwatko. - Nie zapomnij, że to są pożyczone plecy.

   Bezpiecznie, spokojnie oraz w bardzo miłych nastrojach chłopcy przesuwali się po niebie, ześlizgując się po ostatnich złocistoczerwonych promieniach zachodzącego słońca. Chłopcy umilkli jednocześnie. Tak jakoś sami z siebie. Wczuli się zapewne w tę uroczystą i wzniosłą chwilę, w jakiej przyszło im szczęśliwym trafem uczestniczyć. Z lotu ptaka (czyli z kosmopropellera) podziwiali przecudne widoki na niebie i na ziemi. Bezkresne, błękitne niebo, przyozdobione tudzież białymi kłębami chmur i przetkane złotoczerwonymi promieniami chowającego się za horyzont słońca, wyglądało tak cudnie i tak romantycznie. Patrząc w ten bezkres piękna zapominało się o wszelkich przyziemnych sprawach i kłopotach. Czuło się wolność każdym zmysłem, każdym najmniejszym nawet nerwem. A pod nogami, wspaniała Matka Ziemia, wyglądała tak bajecznie i tak kolorowo.

   Lot kosmopropellerem K-1 był tak zajmującym przeżyciem, że chłopcy zupełnie zapomnieli o wcześniejszych problemach i nawet o tych co na nich czekają. Ale niestety, wszystko co jest miłe, też musi się kiedyś skończyć.

   Nim chłopcy się spostrzegli, dolatywali już do enklawy. Żal było im kończyć tę niezwykłą podróż, ale gdy nawigator kosmopropellera dał sygnał, że zbliżają się do miejsca docelowego, przyrzekli sobie, że to nie jest ich ostatni lot tym wspaniałym wynalazkiem K-1.

   Po chwili chłopcy zawiśli w powietrzu. Lecz nieco dalej od enklawy, aby być niezauważonym prze znajdujące się w niej dzieci. Silniczek kosmopropellera zwolnił obroty i śmigło zaczęło kręcić się już o wiele wolniej. I chłopcy powoli, bardzo powoli, bez żadnych turbulencji, zaczęli opadać na ziemię. W krótkiej chwili wylądowali miękko na leśnej ściółce tuż obok samopojazdu. Chłopcy byli tak uradowani, że to co ich za moment miało spotkać, wydało im nagle niczym szczególnym, czego mogliby się bać. Tym bardziej że o dziwo, K-1 i Chwatko czuli się całkiem nieźle.

   Przygotowania do dekompresji przebiegały więc bardzo spokojnie, bez żadnych problemów i wstrząsów. Chwatko zwinnym ruchem dwóch rąk naraz, wyciągnął Gryzia i białe lilie z plecaka. Gryzia postawił na ziemi, a sam z liliami w ręce położył się wraz z K-1 obok samopojazdu. K-1 chwycił Chwatka za rękę. A Gryzio jako doświadczony już giermek wielkoludów, podbiegł do samopojazdu i nacisnął żółty przycisk na ludokompresorze. Wspomaganie dekompresji zostało uaktywnione. Gryzio szybciutko jeszcze wyciągnął mały wężyk ze schowka ludokompresora i jeden jego koniec położył na ciągle olbrzymiej ręce K-1. No i... się zaczęło.

  Gryzio sam sobie się dziwił, że w ogóle nie jest przerażony. No owszem, wolał nie patrzeć na chłopaków i nie widzieć przebiegu dekompresji, dlatego stał odwrócony do nich tyłem, ale tym razem nie zatykał sobie uszu. Dokładnie słyszał więc za plecami całą tę orkiestrę dętą jaką chłopcy swymi dźwięcznie kurczącymi się powłokami zaimprowizowali. Bo syczało, dmuchało, gwizdało, trąbiło... i ciszej, i głośniej. I w wyższej tonacji, i w niższej. I dramatycznie, i pogodnie. I razem, i z osobna. Istna orkiestra. Gryzio jednak nic a nic się nie bał. Był pewien, że za chwilę będzie po wszystkim i chłopcy staną za nim w pełnej i już normalnej okazałości. Po krótkiej chwili poczuł wyraźnie, że ktoś klepie go po ramieniu.

   - No, nasza drobinko, już jest po wszystkim. - Głos Chwatka zabrzmiał jakoś tak cicho i mętnie.

   - Tylko nie drobinko - zawołał ucieszony Gryzo i odwrócił się momentalnie do tyłu. - Cha, cha, cha! Już nie drobinko! Wypraszam sobie słyszeć to z waszych ust, bo niczym się nie różnicie już ode mnie. I chwała wam za to... wreszcie... kochane chłopaki. Jak się cieszę! W końcu wróciliście do siebie. Cha, cha, cha! Nie będę już miał przed wami takiego respektu, ale i tak wolę was takich... takich swojskich.

   - Ja też wolę widzieć ciebie takiego samego jak my, aniżeli ciągle uważać, żeby na ciebie nie nadepnąć - zaśmiał się cichutko K-1. - Widzicie chłopaki, już po wszystkim. A muszę wam się przyznać, że sam się nie spodziewałem, iż tak wspaniale przeżyjemy te trzy i pół godziny naszego życia. I że w tym czasie uda nam się też pomóc dzieciom z Domu Dziecka. Bo zgodzicie się ze mną, że w normalnych warunkach nie wiele moglibyśmy im pomóc. Tym bardziej, że przez naszych rodziców jesteśmy ograniczeni czasem. A tak, korzystając z ludokompresora uzyskaliśmy nie tylko wielkość wizualną, ale przede wszystkim wielkość duchową, i bądź co bądź, umysłową. W przypadku umysłowej wielkości, mówię zwłaszcza o sobie, bo nie wiem czy na normalnie umiałbym wymyślić to wszystko co wymyśliłem z duszdiaskopem i wyrocznią. No fakt, że się podpierałem moją wirtualną encyklopedią, ale całej tej najważniejszej oprawy o życiu człowieka, na pewno bym nie wymyślił. Czuję to teraz bardzo wyraźnie, momentami myślałem jak dorosły. I do tego też muszę się wam przyznać: bycie dorosłym bardzo, ale to bardzo mnie zmęczyło.

   - To znaczy, że ten cały duszdiaskop ze swą wyrocznią, to tylko twoje wielkie kłamstwo? - spytał się Gryzio z nieco zawiedzioną miną. - A ja tak bardzo byłem nim zachwycony, że też chciałem moją osobistą duszę dać prześwietlić... Ty, ty, K-1! Ty oszuście!

  - O wypraszam sobie! Tylko nie oszuście! - K-1 uśmiechnął się łobuzersko i pokiwał palcem Gryzowi. - Jak się coś robi w dobrej wierze, to się nie jest oszustem. I to co się robi, też nie jest ani oszustwem ani kłamstwem, tylko jest... tym, no... no poczekaj... jak to się u was nazywa...?

   - Pic na wodę! - stwierdził ubawiony Gryzio.

   - A nie, bo fortel! - zawołał równie wesoły Chwatko.

   - No, sam widzisz Gryziu. Nie było picu, bo nie było wody. A był za to fortel. Tak, Chwatko, masz rację, to właśnie słowo znalazłem sobie w mojej wirtualnej encyklopedii. A szukałem za nim specjalnie, by się choć trochę poczuć rozgrzeszonym. Bo muszę się wam przyznać, że trochę mną targały wyrzuty sumienia z tego powodu, iż wielkich chłopców robiłem w balona... choć to było przecież dla ich dobra. Ale jednak. Szukając więc wyjaśnień z psychologii co do zachowań Bronka i Rafała, nie omieszkałem też i dla siebie poszukać wyjaśnienia własnego zachowania. 

   - Ty, K-1, ale ja też myślałem, że to prawda, a nie żaden pic... o, przepraszam... a nie żaden fortel z twojej strony z tym duszdiaskopem - zarechotał zabawnie Chwatko. - Okazuje się więc, że to nie wielkich chłopców robiłeś w balona, bo w sumie im pomogłeś uwierzyć w siebie oraz w dobro, a mnie i Gryzia zrobiłeś w balonik. Dwa baloniki. Jeden mały i jeden ogromny... No nie, Gryziu?! Cha, cha, cha! Ale wiesz, może to i lepiej, że tak było, no i że nam to wyjaśniłeś, bo już gotowy byłem uwierzyć, że z jakimś nawiedzonym kosmitą mamy do czynienia i momentami aż mnie ciarki po plecach przechodziły... Aha, jeszcze jedno K-1, jak ty tak ładnie umiesz wszystko wyjaśniać i rozgrzeszać, to może zdejmij też i ze mnie ciężar odpowiedzialności za fizjonomię pani Klodzi. Bo wiesz, nie daje mi to spokoju. Powiedz, że z chwilą naszej dekompresji też i jej buźka z nowego wyglądu wróciła do normy. Po prostu nie chcę, aby ona cierpiała z mojego powodu dłużej niż to potrzebne.

   - A dlaczego z twojego powodu?

   - No a nie? Te ośle uszy i ten nos Pinokia...

   - Zaraz, zaraz, ty chyba nie myślisz, że to ty masz z tym coś wspólnego?

   - A nie?!

   - No jasne, że nie! To przecież ja na odległość wstrzyknąłem jej w uszy i nos żądła z jadem owadzim...

   - Nie gadaj!

   - A jednak! Nie musisz się więc o nic martwić Chwatko. Po pierwsze, to moja robota, a po drugie, działanie tego owadziego jadu mija po godzinie. To jest super wynalazek dziadka K-X. Wymyślił go po którejś podróży na Ziemię. No, wyjaśnione, rozgrzeszone i wszystko pomyślnie załatwione... Ty, Chwatko, a nie czujesz, że... dobrze się czujesz? No wiesz, że nic cię nie boli. Bo ja dziwnie jakoś, bardzo dobrze się czuję.

   - Ja też czuję się świetnie. Żadnego bólu mięśni i żadnego też bólu głowy. Żadnego bólu w ogóle. Czuję się tak samo jak przed  kompresją, a może nawet i lepiej, bo jest mi teraz lżej na duszy i na sercu, że mogliśmy się na coś przydać.

   - Tak się cieszę chłopaki! - zawołał Gryzio. - Bo już się miałem pytać jak się czujecie i czy was mocno bolała ta wasza dekompresja.

   - I to też jest dla mnie bardzo dziwne, bo nic mnie nie bolało. Tyle że nie była przyjemna, ale o bólu nie było mowy. A mówię szczerze, gdyż mam też porównanie do tej mojej pierwszej dekompresji. Muszę o tym wszystkim zgłosić naszym naukowcom. Gdyż przychodzi mi na myśl, że to może dlatego przez chwilę poczuliśmy się źle, tam na polanie, bo zużyliśmy naszą moc na zupełnie inne cele niż to było zaprogramowane w ludokompresorze. Zamiast być groźnym i walczyć, my pomagaliśmy, my się śmialiśmy, my się wzruszaliśmy, a nawet płakaliśmy, no, przynajmniej ja płakałem, bo ty, Chwatko, to miałeś tylko mokre oczy. Ale może właśnie dlatego teraz czujemy się dobrze, bo zamiast być groźnym i złym, my byliśmy dobrzy? Może moja babcia K-Alpha ma rację, mówiąc że tylko dobro jest wszechmocne... Tak czy inaczej, jedno jest pewne, dawno nie byłem taki szczęśliwy.


                                                                                 łącznie 313 stron

 

 



komentarze (4) | zaloguj się, aby dodać komentarz

K-X ląduje (3 fragment)

niedziela, 11 października 2009 13:27

Jeśli kogoś z Was, moi Drodzy, interesuje opis powieści oraz poprzednie 2 fragmenty, proszę klikać tutaj:
 



K-X ląduje

 

Fragment, w którym kosmici  po raz pierwszy

zażywają wodnej kąpieli

(str. 119-135)



 

   Szczęśliwe dzieci pobiegły na mostek i usiadły między starszymi. Długo jeszcze siedzieli nad potokiem, wsłuchując się w jego szum, i opowiadając sobie o wrażeniach mijającego dnia. Starsi opowiadali o swojej pieszej wędrówce po lesie i nazbieranych tam roślinkach, które polecą na Księżyc, a dzieci opowiadały o swojej wspaniałej wycieczce, przemilczając oczywiście wszystkie niebezpieczne sytuacje, w jakich się znalazły. Kiedy w swoich opowieściach (bez względu na to kto akurat opowiadał) dochodziły do momentu, w którym przyszło im znajdować się w niebezpieczeństwie (jak na przykład zawał w jaskini, czy atak dzików), zerkały na Chwatka, dając mu do zrozumienia, aby opowieść sam zakończył. Bo Chwatko już wiedział, jak przed starszymi wybrnąć z takiej „niebezpiecznej opowieści". A one same w tym czasie napakowywały swe buzie pysznymi naleśnikami i zajmowały się ich pałaszowaniem, z ciekawością nastawiając uszu, jak to też Chwatko, bajdurząc, doprowadzi do końca rozpoczętą przez nich opowieść.

  Zapadła już ciemna nocka, a wszyscy dalej siedzieli na mostku, i popijając wyborny soczek z malin, miło sobie gawędzili. W między czasie zerkali też na piękne, gwiaździste niebo, szukając znajomych gwiazd, i wypatrując Księżyca, który gdzieś się schował.

  Księżyc widocznie nie chciał sobą zakłócać niebiańsko-bajecznego wyglądu Drogi Mlecznej, która sama w sobie była już bardzo spektakularna. Zapewne zrozumiał, że nic tu po nim i spokojnie - gdzieś w ukryciu - wyczekiwał na swoją kolej.

   Atmosfera na mostku, nad cichutko szumiącym potokiem, była bardzo miła i serdeczna. Nikt nie czuł ani zmęczenia ani senności. Raz tylko Gabciowi wymknęło się spod kontroli głośne ziewnięcie. I jak się potem okazało, było to o jedeno za dużo, bo K-X zarządził nagle, ku zaskoczeniu wszystkich ludków, udanie się na spoczynek.

   - Jak to? To wy śpicie? - spytał dziadek Hardy, nie kryjąc wielkiego zdziwienia. - Przecież ostatni raz...

   - Co było a nie jest, nie pisze się w rejestr! Tak to się u was mówi? - z mocno zgrzytającym śmiechem powiedział K-X. - Właśnie od ostatniego razu śpimy. I jesteśmy z tego powodu bardzo zadowoleni. Na początku wydawało nam się to śmieszne, niepotrzebne, wręcz stratą czasu. Ale przełamaliśmy się i w końcu zmusiliśmy się do spania. Bo skoro Ziemianie śpią, to znaczy, że to chyba jest mądre. I teraz muszę wam powiedzieć, że nawet potrzebujemy snu, bo on daje nam siłę i lepsze samopoczucie... A więc, do spania moi drodzy! Ale najpierw ustawiajcie się do mycia.

   - No co ty, K-X! - krzyknął zaskoczony dziadek Hardy. - Chyba nie chcecie się myć w potoku? W naszym pałacu mamy trzy łazienki z ciepłą wodą.

   - Z wodą, powiadasz? Z ciepłą wodą? - spytał K-X z nietęgą miną. - No bo wiesz, u nas na Księżycu mamy mało wody i musimy ją bardzo oszczędzać, dlatego myjemy się innym sposobem. Ale jak uważasz, że możemy się łazienkowo wymyć, to czemu nie? Trzeba by nam było spróbować.

   - Ojej, woda? Znów woda? Co oni mają z tą wodą? Nie mam  ochoty nawet spróbować - szepnął wystraszony K-1 siostrze do ucha, a głośno już, żeby wszyscy słyszeli, dodał: - My już jesteśmy wymyci. Prawda, dzieci?

   - Wcale nie! Wystarczy popatrzeć na Gabcia - za wszystkie dzieci odpowiedział Gagatek i łupnął K-1 z nieukrywanym niezadowoleniem po plecach. - Czyś ty zwariował? Rezygnować z takiej przejemności? Chyba się wody nie boisz, co? Przecież tyś nie diabeł, a nasza cieplicowa woda nieświęcona...

   - Gagatku, zamknij buzię! - Chwatko zgromił braciszka, po raz nie wiadomo już który, a do K-1 powiedział: - Kto chce, to się myje, kto nie chce, nie musi... Jego wola.

   - No jasne, że nie ma przymusu! Ale może K-1 przynamniej popatrzy, jaka to przyjemność dla kąpiących się w ciepłej wodzie, w przepięknej i wygodnej balii, albo pod prysznicem... No co K-1, zgoda? - nie odpuszczał Gagatek i kusił dalej: - A potem, jak już wychlapiemy wszystką wodę, to pójdziemy razem odkręcać zawory w cieplicy i napełniać zbiorniki ciepłą wodą. A to fajowe zajęcie, mówię ci... No nie, Gryziu?!

   - Gagat już taki jest, że wszystkich wodzi na pokuszenie i prowadzi do grzechu - zaśmiał się Gryzio i puścił do kuzynka oczko, a do K-1 powiedział jeszcze: - Ale nie obawiaj się, tym razem to żaden grzech, to naprawdę czysta, niczym niezmącona przyjemność... no, może tylko brudem. Możemy wejść razem do łazienki i będziesz patrzył jak to się robi.

   Ciekawość wzięła górę nad obawą i K-1 dał się namówić na rolę obserwatora Gryzia ciepłej kąpieli w balii. I choć ona na początku wydawała mu się, jak już nie straszna, to przynajmniej mało przyjemna, a już na pewno dziwna, to jednak po chwili, słysząc piski i śmiechy Gaga w sąsiedniej łazience, uznał, że trzeba by było się chociaż zastanowić nad takim rodzajem - oczyszczania się. A kiedy wrzawa w sąsiedniej łazience nie milkła, lecz stawała się jeszcze głośniejsza, mało tego, jego uszu dobiegły jeszcze wesołe piski własnej siostry, która poszła bez żadnych obaw ze Śmieszką do dalszej łazienki, nie wytrzymał. Wyskoczył z łazienki gdzie był razem z Gryziem, i wpadł do łazienki, z której dochodziły odgłosy Gaga, Nosolka i Chwatka, i stanął jak wryty. Bo jakże to tak? Wszyscy chłopcy stali nadzy pod takimi śmiesznymi rurami z sitkiem, skąd leciała woda, i chlapali się jak kaczki w deszczu. K-1 przestał się już dłużej zastanawiać i wskoczył pomiędzy nich - tak jak stał.

   - Na Lunę księżycowatą! A to co za kosmita wypadł nam z prysznica?! - wrzasnął Gagatek i zaczął się przeraźliwie i głośno śmiać, prowokując wszystkich zebranych w tym miejscu chłopaków, do równie głośnego śmiechu.

   Chłopcy tak strasznie głośno zachowywali się w łazience, że aż papcio Chwat, zaniepokojony tymi odgłosami, wparował do nich do środka. A to, co zobaczył, wprawiło go w wielkie zdumienie, więc się pośpiesznie i cichutko wycofał. I kiedy wrócił do salonu, gdzie siedzieli wszyscy starsi w oczekiwaniu na zwolnienie łazienek przez dzieci, wybuchnął gromkim śmiechem, i zarządził:

  - No, powstańcie panowie! Jeżeli nie chcecie, żeby nasze panie przeziębiły się, kąpiąc się w zimnej wodzie, musimy wszyscy razem zadbać o to. I razem też musimy zejść do cieplicy i na szybko ponapełniać zbiorniki ciepłą wodą. Bo na to wygląda, że nasze dzieci nie zostawią ani jednej kropelki ciepłej wody, gdyż co niektórzy nawet piorą swoje ubrania przy okazji.

  Wszyscy mężczyźni bardzo chętnie poderwali się z miejsc i pomaszerowali za papciem Chwatem w dół jaskini do cieplic. Każdy z nich był bardzo ciekaw, jak funkcjonuje taki wodociąg z ciepłą wodą. Zabawili więc tam dość długo, bo papcio Chwat i dziadek Hardy musieli dokładnie każdemu wyjaśnić, jak go zbudowali, i jak działa. Kiedy już wracali z powrotem, głośno jeszcze dyskutując na wiadomy temat, usłyszeli, że dzieci ciągle jeszcze siedzą w łazienkach, bo właśnie stamtąd dobiegał ich nieustający śmiech.

   - No nie! Oni wychlapują następne zbiorniki ciepłej wody! - krzyknął dziadek Hardy i poczłapał do łazienki chłopców. Gdy wszedł do środka nie zobaczył nikogo, tylko kłęby gęstej pary. I gdyby nie głośny śmiech chłopców, pomyślałby, iż łazienka jest pusta. Ale że nie była, huknął donośnym głosem: - Nie wiem o co wam chodzi z tą kąpielą, ale wiem na pewno, że nie chodzi wam o kąpiel! Wyłazicie w końcu z tej łazienki, czy musimy was wołami wyciągać?!

   - Oj, dziadziuniu nasz kochany, woły to ty zostaw w zagrodzie, my sami już wychodzimy! - zawołał skądś, z kłębowiska pary, Gagatek. - A o ciepłą wodę, to ty się nie martw! My już pędzimy do cieplic, aby specjalnie dla was napełniać zbiorniki i...

   - Ja ci zaraz Gagatku popędzę! - dziadek Hardy przerwał wnukowi i zaczął machać rękami, próbując choć trochę rozgonić nagromadzoną parę. Ale gdy stwierdził, że to daremne, postanowił otworzyć lufcik wentylacyjny. Ręką po omacku zaczął więc szukać sznureczka, który służy do tego celu. W końcu go znalazł. Pociągnął mocno i... sznureczek został mu w ręce, a z nim, jeszcze coś. Wtedy się zdenerwował i wyszedł z tym czymś w ręce z łazienki, i nie zwracając nawet uwagi na to, co to było, powiesił to na klamce. Ale zanim zamknął drzwi za sobą, zawołał jeszcze: - Daję wam pięć minut, a potem zakręcam zawór i wyłączam światło. Zrozumiano?!

   Cóż było robić? Chłopcy szybko zaczęli się wycierać ręcznikami i szukać swych ubrań. A że pary wodnej było jeszcze ciągle dużo, przeto nie widzieli, czy się dobrze ubierają. Wreszcie udało im się jakoś odziać, więc zaczęli wychodzić z łazienki, po drodze przeczesując palcami swoje rozczochrane i mokre włosy.

   Dziewczynki, które już dobrą chwilę siedziały ze starszymi na kanapie i rozmawiały, na widok wchodzących do salonu chłopców, oniemiały z wrażenia. Bo widok był niesamowity. Chłopcy wyglądali cudacznie. Po pierwsze: żaden z nich nie był ubrany kompletnie, a po drugie:  mieli na sobie nie tylko własne części garderoby. Jedynie Nosolek ubrany był w większość swojego odzienia, ale w wejściu do salonu, szarpał się jeszcze z Gabciem, próbując mu wyrwać skarpetkę z ręki.

   - Oddawaj Gabciu! Toż to moja, przecież czuję! - Nosolek upominał się głośno, wąchając trzymaną przez kuzyna skarpetkę.

   - Tak? To gdzie jest moja? - spytał zdziwiony Gabcio.

   - Och, coś mi się wydaje, że ja mam dwie skarpetki na jednej nodze - zarechotał Gagatek i szybkim ruchem zdjął jedną z nogi i rzucił nią w kierunku braciszka.

   Gagatek nie trafił jednak. Skarpetka zawisła na świeczniku i... zaczęła płonąć, wydając przy tym dziwne, skwierczące dźwięki.

   Wszyscy się bardzo wystraszyli. A papcio Chwat podskoczył do świecznika i jednym ruchem ręki ściągnął tę wątpliwą pochodnię na ziemię i zagasił, przydeptując ją nogami.

   Gagatek też się wystraszył, ale widząc natychmiastową i skuteczną akcję przeciwpożarową papcia, nie zdążył wystraszyć się dogłębniej, bo zaraz z humorem zawołał:

   - No, jesteśmy uratowani! Jak to dobrze, że z Gabcia taki brudas, to i jego oblepiona błotem skarpetka nie spłonęła tak szybko i... nie spowodowała pożaru... Fuuuj!!! I pomyśleć, że ja ją miałem ubraną na mojej szanownej nóżce!

   - Gagat, tego już za wiele! - huknął gromko papcio Chwat i palcem wskazał synowi kierunek wyjścia.

   Poszedł więc Gagatek ze spuszczoną głową w kierunku wskazanym przez papcia, i już prawie wchodził do swojego pokoju, gdy nagle się odwrócił, i zaczął wołać:

   - Ratujcie K-1! On na pewno podtopił się pod prysznicem.

   Wszyscy natychmiast rzucili się do drzwi łazienki, nawołując    K-1. Ale K-1 im nie odpowiadał. Nie wiele się namyślając, obaj ojcowie: K-Y i papcio Chwat wtargnęli do środka, i rozglądając się po łazience, wzrokiem szukali chłopca. Jakie było ich zdziwienie, kiedy zobaczyli tuż pod niedziałającymi już natryskami, dużą kupkę mokrych ręczników, a pomiędzy nimi, w małej szparce, klipające jedno oko. Jak się okazało, oko to należało do K-1, który siedział skulony na posadzce, przykryty całą stertą użytych ręczników.

   - Synu, a cóż ty tu robisz?! - spytał zaniepokojony K-Y.

   - Nic, nic! Jest mi tylko trochę zimno... Zawołaj Chwatka, a ja zaraz wyjdę...

   Ojcowie wyszli z łazienki jeszcze bardziej zdziwieni niż byli wcześniej i natychmiast wysłali tam Chwatka.

   - Na nasz bór! K-1, a tobie co?! - zawołał Chwatko, kiedy tylko wystraszony wpadł do łazienki i zobaczył ruszającą się kupkę ręczników. Chwatko rzucił się na nią momentalnie i próbował K-1 z niej wygrzebać. Nie udawało mu się to jednak, bo K-1 kurczowo trzymał ręczniki przy sobie. A to zaniepokoiło Chwatka jeszcze bardziej, więc łagodnym głosem spytał: - K-1, proszę, powiedz mi, co ci się stało? Może to było błędem z naszej strony, że ściągnęliśmy z ciebie kombinezon? I może się okazało, że ta kąpiel ci zaszkodziła... albo co?

   - Nie kąpiel... nie kąpiel! - poinformował przyjaciela K-1 i zaczął tak niemiłosiernie zgrzytać zębami oraz trząść się, że nie mógł wymówić żadnego słowa więcej. Chwilę to trwało zanim się jakoś pozbierał do kupy w tej kupie ręczników. Ale się wreszcie pozbierał, i odezwał się znów: - Chwatkooo, nie... nieee rrróbcie żarrrtów i oddddajcie mi mój kommmbinezezezzzzzon, bo zamarrrznę na kość!

   - K-1 nie bredź! Przecież nikt ci go nie zabrał. Gdzieś tu musi być... - powiedział Chwatko i zaczął się rozglądać po całej łazience. -Ty, faktycznie go tu nie ma. Jeżeli to sprawka Gagatka, to ja mu zaraz już naprawdę spuszczę manto.

   Chwatko wybiegł z łazienki z wielkim hukiem i złym wzrokiem szukał Gagatka wśród zebranych przy drzwiach łazienki. A gdy go ujrzał, rzucił się na niego i złapał za kark.

   - Oddawaj, i to już! Oszalałeś już całkowicie! Chcesz, żeby K-1 się rozchorował?! No już! Oddawaj, mówię!

   - Papcio, ratuj!!! - wrzeszczał wniebogłosy Gagatek, próbując się wyrwać bratu. - Chwatko zwariował! Chwatko zwariował!... To ten zawał mu zaszkodził... Ratunku!!!

    - Nie, oni chyba wszyscy dzisiaj powariowali! - krzyknął papcio Chwat i momentalnie doskoczył do synów, rozdzielając ich od siebie. Popatrzył na nich obu zeźlonym okiem. Wreszcie wziął głęboki oddech i spokojniejszym już tonem rzekł: - Proszę was bardzo, powiedzcie o co tu właściwie chodzi? I co znaczy ten „zawał"?

   Zaległa nagła cisza. Wszystkie twarze zebranych, z wielkim znakiem zapytania w oczach, zwróciły się w kierunku Chwatka i Gagatka. I gdy u wszystkich starszych znak zapytania wymieszany był z ogromną troską, to u dzieci zaś, z paraliżującym przerażeniem. Wszyscy jednakowoż wyczekiwali odpowiedzi. Lecz zaległa tak nagle cisza, trwała. Długo, coraz dłużej i stawała się już tak bardzo męcząca, że... aż zaczęła „krzyczeć". I wtedy z pierwszej łazienki, w której była tylko balia, wyszedł w połowie ubrany i rozespany Gryzio.

   - Ooo, widzę, że wszyscy czekacie aż ja zwolnię łazienkę - zawołał zaskoczony, widząc wszystkich w przedsionku pomiędzy łazienkami. Próbował się też jakoś na szybko ogarnąć, ale nie wychodziło mu to za dobrze. Narzucił więc tylko ręcznik na swoje rozpuszczone i mokre włosy, i stanął naprzeciw. - Przepraszam! Zasiedziałem się... No dobra, nie będę ukrywał... po prostu usnąłem. Wcześniej pokazywałem  K-1 jak fajowo jest kąpać się w balii, ale kiedy on wyszedł z łazienki, pomyślałem, że go znudziła moja praktyczna lekcja, no i... sam wyłożyłem się wygodnie w cieplutkiej wodzie, i nie wiem kiedy przysnąłem... Ale zaraz, zaraz...! Widzę, że jednak moja nauka nie poszła w las, bo K-1 jednak zażywa kąpieli...

   - A skąd ty to wiesz? - zapytał kuzyna zaskoczony Chwatko.

   - No jak to, skąd? Przecież to logiczne. Skoro jego kombinezon wisi na drzwiach, to on, K-1, właściciel tego kombinezonu musi być za drzwiami bez kombinezonu i... skoro jest bez kombinezonu, tam w łazience, to co tam może robić?

   Wszyscy zebrani natychmiast popatrzyli na drzwi łazienki, na klamce których rzeczywiście wisiał złoty kombinezon K-1. Chwatko bez namysłu podskoczył do drzwi i ściągnął go. Po czym wpadł z nim do łazienki, szczęśliwy, że takim oto sposobem został wybawiony od odpowiedzi na niezręczne pytanie zadane przez papcia Chwata.

   Było już bardzo późno, kiedy wszyscy razem znaleźli się ponownie w salonie. I ci wykąpani, i ci niewykąpani jeszcze. Nawet Gagatek siedział przy kominku wygodnie wyłożony tuż pod nogami papcia Chwata i ze szczęśliwą miną - skazańca wybawionego od kary - wodził wdzięcznym wzrokiem po wszystkich twarzach. Wszystkich interesowało samopoczucie K-1, dlatego wszyscy czekali na niego i nikt się nie ruszał z miejsca. Tak że kiedy Chwatko wszedł z szeroko uśmiechniętym K-1 do salonu, wszyscy odsapnęli i odpowiedzieli mu równie szerokim uśmiechem.

    Dziadek Hardy zaś poderwał się szybko z sofy, podszedł do chłopców i rzekł:

  - Wybacz K-1, to moja robota z tym twoim kombinezonem. Nie zrobiłem tego jednak celowo. W ogóle, ani nie wiedziałem, ani nie widziałem, co trzymałem w ręku, bo para zupełnie przysłoniła mi oczy. Och, ty nieboraku, na pewno zmarzłeś tam okrutnie w oczekiwaniu na odzienie... No co, K-1? Wybaczysz staremu?

   - Ależ ja nie mam co wybaczać. Kąpiel była świetna i... z przygodą. Tym bardziej na dłużej ją zapamiętam. I to właśnie, jak się teraz okazuje, przede wszystkim dzięki tobie, dziadku Hardy. Bo jak chłopcy wyszli z łazienki, to ja najpierw szukałem za swoim kombinezonem, ale gdy go nie znalazłem, to byłem nawet zadowolony, gdyż mogłem z powrotem wleść pod tę rurę z sitem przecedzającym ciepłą wodę. Mogłem się więc rozkoszować tą waszą kąpielą łazienkową jeszcze dłużej. I to sam. Tyle, że potem coś mi się pomieszało w kręceniu pokrętłami, że zamiast ciepłej, leciała już tylko zimna woda. A potem to już w ogóle nic nie leciało. No to trochę... troszeneczkę tylko zmarzłem... Ale to nic, to nic! Pomyśl tylko dziadku... a ja głupi, tak bardzo bałem się wody.

   - No to jak widać: „nie ma niczego złego, coby na dobre nie wyszło" - ze śmiechem powiedziała Śmieszka, cytując mamci Radosnej ulubione przysłowie. - Aż żałuję, że K-2 nie stworzyłam podobnych warunków do kąpieli, toby też na dłużej ją zapamiętała...

   - I tak zapamięta! I to na zawsze! Możesz być tego Siemieszko pewna - powiedziała K-2 i mocno przytuliła przyjaciółkę do siebie. - Wszystko zapamiętam, bo wszystko jest u was wspaniałe, a już najbardziej wy sami, kochani moi przyjaciele! Nasi przyjaciele!

   Zrobiła się na powrót bardzo serdeczna atmosfera przy kominku. Wszyscy zapewniali siebie o swojej wielkiej sympatii i przyjaźni. Opowiadali o swoich uczuciach i wrażeniach z cudownych, wspólnych przeżyć. Nawet o tych najmniejszych, które również na zawsze pozostaną w ich pamięci. Nawzajem też zapewniali siebie, że wspomnienia ze wspólnie spędzonych chwil będą w swych sercach pielęgnować przez całe życie.

   Mogliby jeszcze długo tak siedzieć przy kominku i wsłuchiwać się w swoje opowieści przy akompaniamencie strzelających płomieni i drobniutkich iskierek, ale w końcu musieli udać się na spoczynek. Czekał ich nowy dzień, pełen wspaniałych i wspólnych przeżyć. Musieli więc być wypoczęci. I tego właśnie argumentu użył papcio Chwat, by zachęcić wszystkich do spania.

   Na starszych czekała jeszcze kąpiel, na którą szczególnie cieszyli się starsi Księżycowi Pobratymcy. Ale dzieci mogły już pójść do łóżek. Papcio porozdzielał pokoje w szybkim tempie, ale całkiem mądrze, bo każdej parze starszych, przydzielił osobny i wygodny pokój gościnny, a dzieciom, mniejsze pokoje. Ale taki podział pokoi spodobał się im, bo Śmieszka do swego pokoju dostała w przydziale K-2, Chwatko natomiast - K-1. Gryzio z Nosolkiem, jako goście, również dostali osobny pokój, jak poprzedniej nocy. A bliźniaki? Wiadomo. Bliźniaki muszą spać razem, więc u nich bez zmian - ich stały pokój. Jednak Gagatkowi, i tylko jemu, pierwszy raz nie spodobał się taki podział, zaczął więc głośno protestować. Chciał koniecznie spać w pokoju z dziewczynkami, albo przynajmniej z K-1 i z Chwatkiem. Papcio był jednak nieugięty i na nic się zdały Gagatkowe protesty, bo nic nie wskórał. Jedynie to, że papcio przypomniał sobie, że był na niego zły, i że miał też za co, no i że nie dowiedział się w rezultacie o co to chodziło z tym „zawałem".

   - Cicho będziesz w końcu Gagat?! Podział pokoi zrobiony i basta!.. I nie zawracaj mi więcej głowy tylko mów mi tu zaraz, co to za „zawał" miałeś na myśli?... Albo nie, wróć! Chwatko ty mów, bo on mi będzie znów farmazony tylko opowiadał. No, słucham!

   Znów zawiało trwogą wśród dzieci. I wszystkie zaczęły się z takim właśnie uczuciem, wymieszanym na poły ze współczuciem, przyglądać Chwatkowi, wyczekując, co też ten nieborak wymyśli we własnej i ich obronie.

   - No wiesz... papciu! No wiesz, byliśmy tam... no w tym, gdzie był... no... - Chwatko, stękając, myślał intensywnie, co by to za odpowiedź na szybko wymyślić. I aż się spocił, bo nic w miarę sensownego nie przychodziło mu do głowy. Chciał więc zyskać przynajmniej na czasie, żeby dalej intensywnie i szybko myśleć, dlatego stękanie zamienił na jąkanie: - Za... za... zaw...

   - Za... za... zawilec, gamoniu! Za... za... zapomniałeś? Czy co? Uszy aż mi spuchły od tego twojego: „za-za"- wmieszał się na szybko Gagatek, chcąc ratować brata, sytuację, wszystkie dzieci, no i przede wszystkim siebie. - Ach, papciu, za... zapomnij! Przecież widzisz, że nic Chwatkowi nie jest. I to nie żaden zawał, tylko: z a w i l e c! Słyszysz? Nawet umiem ładnie przeliterować... No dobra, jak chcesz, mogę ci jeszcze raz przeliterować: z a w i l e c...

   - Gagat!!! Jak ja cię zaraz palnę, to ty się sam zawiniesz! - wrzasnął papcio Chwat i spiorunował synka wzrokiem. - Gadaj mi tu zaraz, co z tym... za... za...zawilcem?!... A niech was już nie wiem co! Tak mi zawile wyjaśniacie, że mi się już samemu w głowie wszystko pozawijało... to jest, pomieszało.

   - Sie robi papciu! Już gadam! - Gagatek podjął się wielkiego ryzyka i kontynuował wyjaśnianie. - No bo Chwatko chciał K-2 pokazać, że u nas, na Ziemi, rosną takie kwiaty, które nie tylko ładnie wyglądają, ale też służą ludkom w leczeniu różnych chorób. I że nie było akurat pod ręką żadnego kwiatka, to wpakował sobie do buzi listki zawilca gajowego, bo kwiatki tego, no... zawilca przecież już dawno zwiędły... A wiem co mówię, bo byliśmy w maju razem z babcią Miłą zbierać świeże kwiatuszki zawilca na kamforę zawilcową, którą babcia chciała zrobić dziadziusiowi do nacierania... No i... co to ja chciałem powiedzieć?... Aha, no i Chwatko chciał pokazać K-2, że jak połknie zawilec, no, taki bez kwiatuszka już, ale chociażby listek, to może... zniknie też jak kamfora... czy coś. Nie wszystko zrozumiałem, co on tam jej tłumaczył... Ale widziałem, że on zaraz ten listek wypluł, bo Śmieszka na niego nakrzyczała, że listki zawilca są trujące. Dlatego papciu nie martw się, z Chwatkiem jest już wszystko w porządku... No przecież sam widzisz!

   - Muszę chyba babcię Miłą porosić, aby mi natarła skronie tą kamforą zawilcową, bo łeb mi pęka od tego twojego tłumaczenia! - huknął papcio Chwat w kierunku Gagatka. Po czym popatrzył na wszystkie dzieci, zrobił wesołą minę i powiedział: - Ale wam się botanik trafił! No, no! Może kiedyś jakąś mądrą książkę z botaniki napisze?

   - Albo z ziołolecznictwa! - dopowiedziała z głośnym śmiechem Śmieszka.

   - Będą z Gagatka jeszcze ludzie, mówię wam! - zawyrokował Gryzio, ciągle jeszcze zaskoczony historią o zawilcu gajowym opowiedzianą przez małego kuzynka. Chwilę pozgrzytał zębami, trawiąc w myślach wiadomości o zawilcu i wreszcie nachylił się do Gagatkowego ucha i szepnął: - Ale żeś tu nazawijał... że ho, ho. Sam bym lepiej nie nazawijał, to jest... nawymyślał. Myślałem już, że z tego za-wijania zwinnie przeskoczysz nawet na temat zwinek, ale na szczęście nie zrobiłeś tego i oszczędziłeś nam słuchania następnego baju-baj. A tak swoją drogą, to masz naprawdę szczęcie, że udało ci się wybrnąć jakoś z tego twojego „zawału", bo byś oberwał okropnie. I to od wszystkich.

   - Wiem! - z szelmowskim uśmiechem odpowiedział Gagatek. Ale zaraz głośno westchnął, bo poczuł się nagle bardzo wyczerpany, więc jeszcze głośniej zawołał: - Idę spać! Chodź Gabciu, idziemy!

   - Poczekaj, poczekaj Gagatku! - zawołał nagle papcio Chwat i sam podszedł do Gagatka, który ciągnąc za rękę Gabcia, zmierzał już w kierunku swojego pokoju. - Czy mi się tylko wydawało, czy ty naprawdę masz jakąś ozdobę na czole?

   - Nie, papciu, nie wydawało ci się! - odpowiedział Gagatek, robiąc na szybko urażoną nieco minę, gdyż właśnie też, w tym momencie dopiero, przypomniał sobie o swoim guzie. - Ty wolałeś jednak zajmować się jakimś tam za-zawilcem, aniżeli swoim dzielnym syneczkiem, który znosi cierpienia nawet, aby tylko podtrzymać tradycję rodzinną po papciu.

   - Och ty mój biedny i... dzielny syneczku - powiedział papcio Chwat i ręką pogłaskał Gagatka po głowie, uważnie omijając „bohaterską odznakę" na jego czole.

   - No!!! - krzyknął tylko Gagatek i z buzią rozjechaną od ucha do ucha, wszedł razem z Gabciem do pokoju, wciągając go za sobą mocnym szarpnięciem.

   - Wspaniały ten twój smyk - rzekł K-Y. - Wszystkie wasze dzieci są wspaniałe, ale ten jest... szczególny... No, to prowadź nas Chwat w wasze łazienki, to zaraz sprawdzimy, z czego to K-1 był taki wystraszono-zadowolony.

   - Nie tak, ojcze! To były moje dwa odrębne uczucia, i to w dwóch odrębnych momentach, więc nie powinieneś je łączyć. Zresztą, zaraz sam się przekonasz, ale weź ze sobą mamę, bo ona może być wystraszona. A dziadek niech idzie z babcią, bo babcia, to dopiero będzie zgrzytać zębami ze strachu.

  - Dobrze już dobrze, K-1! Nie obawiaj się. Dadzą sobie radę - uspokajającym tonem powiedział papcio Chwat. - A wy dzieci, wszystkie już do łóżek... marsz! I życzę przyjemnej nocy! Dobranoc!

  - No właśnie, Chwat ma rację - wtrącił K-Y i zadowoloną miną odkrywcy, pomaszerował jako pierwszy do łazienki z balią. Za chwileczkę jednak zawrócił, wziął za rękę swoją żonę K-Betę i weszli razem. Po paru sekundach jeszcze raz się wrócił.

   - A cóż ty K-Y tak tańszych przy tych drzwiach? - z zaniepokojoną miną zapytał syna K-X, który akurat zamierzał wejść ze swoją żoną K-Alphą do drugiej łazienki.

   - Nic, nic! Idź już z mamą zakąpać się łazienkowo - niepoprawną ludkową mową odpowiedział K-Y, robiąc przy tym zawstydzoną minę, jakby co najmniej został przez ojca przyłapany na gorącym uczynku. - Chciałem tylko powiedzieć dzieciom dobranoc... I chciałem  też powiedzieć K-2, aby wzięła ze sobą do pokoju jaszczurki i dbała o te nasze przyszłe wybawicielki od zarazy owadziej, i żeby...

   - Już dobrze, ojcze! - powiedziała K-2, śmiejąc się, bo śmiesznie jej ojciec wyglądał z oznaką obawy na twarzy i jednocześnie zawstydzenia. - „Zakąpujcie się" spokojnie. Już ja zadbam o moje kochane zawinięte zawilce... och, przepraszam!... szczurki zawinięte... Dobranoc kochani!

  - Dobraaaanoooc! - krzyknęły wszystkie najstarsze dzieci jednocześnie, tuszując swe rozbawione miny.

   - No, moi drodzy, zarządzam ciszę nocną! - zawołał Chwatko, patrząc na wesołe twarzyczki dzieci. - Na dziś, to wszystko! A jutro... no właśnie, co jutro?! Nie zdążyliśmy skonkretyzować planu jutrzejszej wycieczki...

  - Jak to nie?! Przecież jutro jedziemy w poszukiwaniu białych lilii... - wtrąciła się Śmieszka, a widząc zaskoczoną minę brata, zaraz dodała: - Ojej, zapomniałyśmy wam powiedzieć... To wszystko przez te dzikie świnie. No bo wiecie... no bo my, to znaczy ja i K-2, jak byłyśmy zbierać borówki dla was na kolację, to wtedy przyszło nam na myśl, że to jest naszym obowiązkiem nawet, zrobić dziadkowi K-X taki prezent-niespodziankę za to wszystko, co dla nas zrobił. Za to, że możemy być razem. Za to, że tak dobrze jest nam razem... i w ogóle. Bo gdyby nie on, to byśmy się nigdy nie poznali, nie?

   - Masz zupełną rację Śmieszka - w wielkiej zadumie odpowiedział Chwatko. - Ale nie zapomnij o jednym, że te białe lilie, to są kwiaty ogrodowe i rosną... A niech mnie! Ty chyba nie myślisz, że pojedziemy tam po nie?! No wiesz... tam gdzie... gdzie... no, w to miejsce, co go mam na myśli?

   - Właśnie tam...

   - Tyś chyba oszalała!

   - Wcale nie!

   - Przecież papcio by nas z boru wychrzcił, jakby się o tym dowiedział.

   - Ja mu o tym nie powiem. I ty chyba też nie? Wiem, że to nie ładnie z naszej strony, ale to dla dobra sprawy, musimy zataić co nieco przed nim.

   - I kto to mówi?

   - Ja, Śmieszka... twoja ukochana siostrzyczka, zresztą.

   - Nie mogę w to uwierzyć! - krzyknął głośno Chwatko i bezwiednie popatrzył na Nosolka. A ten, puścił mu oczko i zrobił taką minę, jakby mu chciał powiedzieć: „a nie mówiłem?".

  - Chwatko, uwierz w końcu! - zawołała K-2, przerywając dialog rodzeństwa Śmieszalskich. - Siemieszka mówiła mi, gdzie rosną te białe lilie. Nie bój się! Damy sobie radę i... zdobędziemy je. Jesteśmy przecież silną grupą pod wezwaniem. Chyba tak mówił Gabcio. No co, zgadzasz się?

   Chwatko nic nie odpowiedział. Machnął tylko ręką, jak gdyby chciał odpędzić od siebie jakąś siłę nieczystą i zrezygnowany poszedł w stronę swego pokoju. Po drodze coś mu się jednak przypomniało, bo nagle się zatrzymał, podrapał się po głowie, i powiedział:

   - Chodź K-1! O mały włos, a zapomniałbym o tobie. Tak mi te dziewuchy namieszały w głowie, i to przed samym spaniem... Noc chyba będę miał z głowy.

   I tak było. Kiedy wszyscy smacznie chrapali w swoich łóżeczkach, Chwatko, przewracając się z boku na bok, nie mógł usnąć. Po głowie szalały mu wszystkie wiadomości o wielkich ludziach i o domach, w jakich oni żyją. Czuł się już naprawdę skołowany własnymi myślami, a przede wszystkim zmęczeniem spowodowanym brakiem snu. W głowie narastał mu zamęt. Przeróżne myśli pojawiały się, i znikały, zanim się zdążył w nie zagłębić. Raz mignął mu nawet w głowie cień jakiejś bardzo ważnej myśli, tego był pewien, że ważnej, jednak uciekł natychmiast, pozostawiając po sobie uczucie bezradności. Starał się przynajmniej przypomnieć sobie, z czym była związana ta ważna myśl. No i przypomniał sobie jedynie to, że miała niejasny związek z olbrzymim domem na skraju lasu, w których żyje dużo wielkich dzieci i paru tylko dorosłych. Myślał dalej, i jeszcze intensywniej. A im bardziej usiłował na powrót uchwycić cień tej myśli, tym bardziej umykał mu z pamięci. Wreszcie stwierdził, że na darmo grzebie w swoich szarych komórkach, bo to grzebanie nic mu nie daje. Żadnych rezultatów. Zniecierpliwił się. Wygodne dotychczas łóżko, zaczęło go denerwować. Wyszedł więc z łóżka i cichutko poczłapał do salonu. A gdy tam się już znalazł, postanowił pogrzebać w biblioteczce i poszukać książki na temat życia wielkich ludzi w miastach i wsiach. A że książek o tej tematyce było dużo, to w końcu nie wiedział, za którą się zabrać. Głośno przeczytał tylko tytuł jednej z nich: - „Klasy społeczne miast i wsi", i zrezygnowany poczłapał z powrotem do łóżka. Ale dalej nie mógł usnąć. Tym razem spokoju mu nie dawał wyraz: „klasy" z tytułu książki. - „Na nasz bór" - myślał - „Jakie klasy? U nas jest społeczeństwo i basta. A tam jeszcze jakieś klasy? Co to znaczy?". Obawa, z jednej strony, a ciekawość z drugiej, mieszały się w głowie umęczonego Chwatka. A trwało to jeszcze dobrą chwilę, zanim wreszcie zasnął.


   Dzień się budził. Na dworze świtało. Słoneczko wyłaniało się powolutku z różowej poświaty zza horyzontu i zaglądało ciekawym okiem na Ziemię. A Ziemia, również budziła się ze snu. Ptaszki coraz głośniej zaczynały śpiewać, ćwicząc swoje głosy przed całodziennym koncertowaniem. Zwierzątka podnosiły się ze swoich legowisk, przeciągając się na wszystkie strony, prostowały swoje zdrętwiały od spania grzbiety oraz nóżki. Pomrukując i popiskując przy tym cichutko, z zadowoleniem witały nowy dzień. Gdzieś w oddali słychać było głośne: - „huhu, huhuuu, huhuuuu!", które umilkło po chwili. To sowa powracała z nocnych łowów i swoim pohukiwaniem dawała znać wszystkim nocnym zwierzątkom i ptaszkom, że oto nadszedł czas, aby udać się na spoczynek po pracowitej nocy. Ale był to również znak i dla dzięcioła - lekarza lasu, że nadszedł czas, aby przystąpić do pracy. Słychać było więc jak głośno, coraz głośniej opukiwał drzewa, a to jego lecznicze stukanie dziobem, rozbudzone już na dobre echo, roznosiło po całym lesie.

   Las ożywał po nocnym uśpieniu. Wiaterek zaczynał poranną igraszkę i dmuchał delikatnie w liście drzew, a te, poruszały się leciutko i szumiały cichutko. Wtedy rozbawiony wiaterek przystąpił do mocniejszego dmuchania i wiał już między drzewami z dźwięcznym poszumem. Przenosił się coraz dalej i dalej, aż zaczął w końcu hulać wśród strzelistych skał, dorzucając do porannej, jakże łagodnej i spokojnej muzyczki, coraz to mocniejsze akordy. Zadowolone echo leśne roznosiło ochoczo tę muzyczkę do najmniejszych nawet zakamarków leśnych. I gdy dźwięki tej porannej muzyki, odbijając się od nich wracały z powrotem, rzucało nimi radośnie o pojedyncze skały, rozdrabniając je na wiele drobniutkich taktów. Takty te z kolei, podrywał znów wiaterek i bardzo mocnym już podmuchem, wdmuchiwał je we wszystkie szczeliny skalne, nawet w te najmniejsze. A przeciskając się przez nie, te cudownie brzmiące takty poranka nabierały mocy tysięcy fujarek i przekształcały się melodyjną muzyczkę, która już swobodnie docierała prosto do komnat jaskini.

   Taka właśnie przepiękna muzyka poranna, codziennie budziła leśne ludki ze snu w ich podziemnym pałacu. Każdy ludek po przebudzeniu uwielbiał poleżeć sobie jeszcze chwileczkę w łóżku i z zamkniętymi oczami wsłuchiwać się w nią. Muzyka ta wprawiała ich zawsze w miły i radosny nastrój.


    Chwatko już nie spał, ale bez ruchu i zamkniętymi oczami leżał ciągle w swoim łóżku. Z przyjemnością wsłuchiwał się w dobiegające z zewnątrz odgłosy leśnej przyrody. Ogarniał go błogi spokój i... przyprawiał o krótkotrwałą amnezję. Chwatko zapomniał o wszystkich problemach dnia poprzedniego, a nawet, o czekających na niego w obecnym dniu. Pragnął choć na chwilę jeszcze taki stan przedłużyć, ale podświadomie bardziej niż świadomie czuł, że coś mu w tym przeszkadza i karze otworzyć oczy. I gdy je otworzył, zobaczył dwie pary oczu wpatrujące się w niego. Chwatko wrzasnął przerażony:

   - Borze mój zielony!!!

   - Przykro mi Chwatko, że cię tak wystraszyłem - powiedział K-1 i spuścił ze smutkiem głowy.

   - No coś ty, K-1! Wcale mnie nie wystraszyłeś. Miałem tylko jakiś niezbyt miły sen - Chwatko na szybko wymyślił małe kłamstewko, aby nie sprawiać przykrości K-1.

   - No właśnie. Już od jakiegoś czasu obserwuję ciebie, bo obudziły mnie twoje głośne postękiwania. Raz nawet zacząłeś machać rękami i krzyknąłeś: „uciekajmy!" Już chciałem cię obudzić, aby przerwać ci ten koszmar senny, ale nagle się uspokoiłeś, leżałeś już cichutko i spokojnie... a nawet zacząłeś się przez sen uśmiechać.

   - Słyszysz tę muzykę?

   - Słyszę. Od dawna się w nią wsłuchuję. Co to za muzyka?

   - Poranna rapsodia. Po najstraszniejszych nawet koszmarach sennych, gdy ją usłyszysz i w nią się wsłuchasz, ona jak balsam, ukoi twą duszę. Uwielbiam takie przebudzenia.

   - Muzyka istotnie piękna.

   - No, to piękne przebudzenie mamy już za sobą. Czas na przywitanie dnia. A dzień ma być dzisiaj bardzo ciekawy. I nie ukrywam, że nieco niebezpieczny. Ale jak tu dziewczynom odmówić?

   - Nie, Chwatko, na pewno nie można odmówić. Jeszcze by pomyślały, że z tchórzami mają do czynienia. Damy sobie radę.  Zobaczysz!

   - Myślę nawet, że nie mamy innego wyjścia.


                                           Łącznie 313 stron


 



komentarze (6) | zaloguj się, aby dodać komentarz

K-X ląduje (2 fragment)

poniedziałek, 07 września 2009 14:58


Jeśli kogoś z Was, moi Drodzy, interesuje opis powieści oraz poprzedni fragment, proszę kliknąć tutaj > K-X ląduje (1 fragment + opis powieści)



K-X ląduje

 

Fragment, w którym bohaterowie przeżywają  dramatyczne

przygody  w  jaskini

(str. 66-90)


 


   Po chwili wszystkie dzieci znów gnały przed siebie jak szalone. Miały teraz jeszcze więcej czasu do nadrobienia. Ale cel podróży był już bliski. Po kwadransie były już na miejscu. Zwinnym zeskokiem opuściły samopojazd i starannie ukryły go w pobliskich krzewach. Same zaś usiadły pod krzewami, na wprost wejścia do jaskini, i posilały się domowymi pysz nościami. Piły zwłaszcza dużo. Musiały zwilżyć do cna wysuszone śmiechem gardła.

   Chwatko postanowił jeszcze raz się upewnić, czy wszyscy są gotowi do wejścia w czeluście jaskini.

   - No co, moi mili! Wchodzimy?! - zagaił i popatrzył na twarze swoich towarzyszy. A że te różniły się między sobą wyrazem, spytał: - Czy ktoś zmienił zdanie? Bo jeżeli tak, to teraz jest ostatnia szansa, aby się wycofać.

   - No coś ty, Chwatko! Chyba nie wierzysz, że ktoś taki by się znalazł? Rzeczą jest więc zrozumiałą, że włazimy wszyscy do tej dziury. I basta! - zapowiedział buńczucznie Gagatek i na wszelki wypadek, łokciem łupnął Gabcia pod bok, bo akurat jego mina wydała mu się najbardziej podejrzana.

   - A ty bądź lepiej cicho Gagatku. I zostaw Gabcia w spokoju - poleciła braciszkowi Śmieszka, i zwracając się już do wszystkich, powiedziała: - Myślicie, że trzeba jeszcze raz głosować?

   - Mowy nie ma! - wyrwało się naraz z większości młodych gardeł.

   - A więc, moi drodzy! - zaczął znów Chwatko. - Kiedy wejdziemy już do środka, wszyscy musimy się trzymać razem. Żadnego odchodzenia. Żadnego oddalania się. Żadnego też robienia czegokolwiek na własną rękę. I idziemy jeden za drugim. Gęsiego. Myślę, że najlepiej będzie, jak pójdziemy w takiej samej kolejności, jaką K-Y ustalił na samopojazd, tyle, że ja będę prowadził, bo znam już trochę tę jaskinię. Więc ja pójdę jako pierwszy, a wy, w wiadomej kolejności, za mną. W jaskini pozostaniemy najdłużej godzinę. Jak wytrzymacie, oczywiście. A pozostałe prawie dwie godziny do kolacji, spędzimy jadąc wzdłuż rzeki Bobrzej. Tam na pewno spotkamy nasze znajome bobry, to będziemy mogli się na chwilę zatrzymać. A potem, wzdłuż potoku aż do Łysej polany, i do domu. Co, zgadzacie się?

   - Jasne!!! - krzyczały dzieci. A Gagatek od siebie dokrzyczał jeszcze: - Jasne, że jasne! Jasne... jak słońce jasne!

   Nie było na co czekać. Dzieci poderwały się z siedzenia i ustawiły się w rzędzie według kolejności. Chwatko rzucił hasło: - „Kierunek jaskinia!". I wszystkie grzecznie, jedno za drugim, ruszyły do wejścia do ciemnej jaskini. A zanim do niego doszły, w każdym z nich mieszały się różne uczucia. Ale w większości z nich były to uczucia pozytywnych emocji. No, może tylko Śmieszka nie miała aż tak bardzo pozytywnych. Gabcio natomiast był przestraszony nie na żarty. Ale starał się ukryć swój stan, pocieszając w myślach samego siebie, że w razie czego, jego rodzeństwo na pewno się nim zaopiekuje i będzie się o niego troszczyć. A Nosolek? Nosolek wprawdzie nie był przestraszony, ale nie był też i zachwycony zwiedzaniem jaskini. Podciągał tylko nosem, i kręcąc nim, wyczuwał wyraźny odór stęchlizny wydobywający się z nieprzyjemnej (a może i strasznej?) jaskini. Ale z nikim się nie podzielił tym niemiłym odczuciem. Bo i po co? Skoro wszyscy stali już w wejściu, gotowi nieodwołalnie do wejścia.

   Chwatko swoim zwyczajem sprawdził jeszcze raz swój plecak, czy wszystko jest na miejscu i czy nic nie zgubił w czasie tej szaleńczej jazdy. A zwłaszcza, czy nie zgubił na już potrzebnej dużej latarki, którą zawsze nosił w swoim plecaku.

   Chwatkowy plecak był świętością. Nikt nie miał prawa go ruszać, i to pod żadnym pozorem. Nawet mamcia Radosna dobrze o tym wiedziała. I dlatego zapakowała dzieciom prowiant na drogę właśnie do jego plecaka. Znając swego pierworodnego, domyślała się, że w jego plecaku można by było - w razie czego - znaleźć wiele pożytecznych rzeczy, które mogłyby się okazać bardzo pomocne - też w razie czego. I tak na wszelki wypadek, dla pewności, wiedziona matczynym instynktem nieraz sprawdzała (gdy nikt nie widział) zawartość Chwatkowego plecaka, czy aby w nim nie brakuje właśnie tych najważniejszych i najpotrzebniejszych rzeczy.

   Chwatko uspokojony, że wszystko jest w należytym porządku, wyciągnął z kieszonki plecaka swoją latarkę, włączył ją i rzucił długą smugę światła w głąb ciemnej jaskini. Widząc to, K-1 i K-2 prawie jak na zawołanie wyciągnęli z kieszonek swoich pasów bezpieczeństwa jakieś małe kulki, przykręcili szybkim i zgrabnym ruchem do szpiczastych antenek na swoich berecikach i... rozbłyśli jasnym, ostrym światłem. Achom i ochom dzieci ludkowych nie było końca. Tak bardzo były zafascynowane swoimi księżycowymi przyjaciółmi. Tym bardziej, że rodzeństwo K świecąc jak dwie latarnie morskie, szeroko się przy tym uśmiechało. A to dało dodatkowy efekt. Ich złote zęby raziły aż w oczy zachwyconym widzom. Chwatkowi też się podobała ta gra świateł w wykonaniu K-1 i K-2, ale nakazał im - na razie - przestać świecić, gdyż tak ostre światło mogłoby niepotrzebnie obudzić   śpiące w jaskini nietoperze. Dzieci księżycowe natychmiast wykonały polecenie i przestały świecić. I choć zrobiło się momentalnie ciemniej w wejściu do jaskini, to jednak ich wcześniejsza demonstracja świateł przyczyniła się do tego, że Gabcio poczuł się o wiele raźniej. Nosolek chyba też. A i Śmieszka zaczęła nawet z uśmiechem popędzać Chwatka, aby wreszcie wprowadził ich do środka.

   No to weszli. Oczom wszystkich ukazał się niesamowity widok. Nieco groźny, ale i piękny. Nieco przerażający, ale i ciekawy. Jaskinia była ogromna, wydawała się nie mieć końca. Już jej komora wejściowa z częściowo zawalonym stropem wydawała się jak czeluść piekielna. A co było dalej? Od komory wejściowej rozchodziły się w różnych kierunkach różnej wielkości i różnej długości korytarze. Jedne były dość szerokie, inne zaś bardzo wąskie, że trudno by się było przez nie przecisnąć. A jakie były długie? Kto to wie? Strach pomyśleć, a co dopiero sprawdzać.

  Kiedy dzieci przesuwały się wolno - krok po kroku - za swoim przewodnikiem, patrzyły bardziej pod nogi niż na boki, czy do góry. Ale gdy Chwatko się zatrzymał i nakazał im się również zatrzymać, wydawało się im, że zaszły daleko i na pewno stoją już gdzieś po środku komory. Chwatko zaczął rzucać strumieniem światła latarki po jej ścianach i stropie. I wtedy dzieci zauważyły wielką zmianę w jej wyglądzie. Nie sprawiała już tak piekielnego wrażenia wywołującego dreszcze na plecach jak na początku. A wręcz przeciwnie, zaczęła wydawać się dzieciom wspaniała i tajemnicza. I w miarę wpatrywania się w nią, nabierała wyglądu pięknej królewskiej komnaty z bogato urządzonym wnętrzem. Wprawdzie źródło światła, jakim dysponował ich przewodnik, nie dawało aż takiej jasności, ale dawało bajeczne efekty świetlne. Bo komnata pod wpływem światła wydobywającego się z latarki zaczęła połyskiwać niesamowitymi barwami. Wiszące na stropie jak królewskie girlandy przepiękne stalaktyty, mieniły się w różnych kolorach. A i ich rozmiary i kształty były tak przeróżne, i tak przedziwne, że patrząc na nie aż dech zapierało w piersiach. Równie pięknie połyskiwały, jakby obciągnięte brokatem a wyrastające z podłoża komnaty - stalagmity. Wyglądem swoim sprawiały wrażenie umeblowania komnaty w zamczysku królewskim, ale wykonanego na szczególne zamówienie jakiegoś ekscentrycznego króla. I choć były bardzo przedziwne, to w tej swojej dziwności, jeszcze piękniejsze. Co nawet jako pierwszy zauważył Gagatek, a który przecież nie miał jeszcze aż tak bardzo wyrobionej wrażliwości na piękno. A może po prostu widział wszystkie te wspaniałe rzeczy bardziej od strony praktycznej? I kiedy zauważył przy prawej ścianie komory coś co przypominało mu swoim wyglądem olbrzymi tron - z tak jakby przystawionym do niego podnóżkiem, tak bardzo był zadowolony ze swojego odkrycia, że głośnym szeptem zameldował o tym wszystkim:

  - Ooo, widzicie?! Tam jest tron królewski. Patrzcie, jak cudnie połyskuje w świetle latarki. A jak pięknie jest wyrzeźbiony. Ho, ho! Widzicie? I nawet ma podnóżek. Ja chyba padnę z wrażenia! Widzicie to co ja? Bo ja wyraźnie widzę nad tronem rozpostarty baldachim. O rany, ale on jest fikuśnie udrapowany! Na pewno zasiada tu potężny król jaskini. A może nawet wszystkich jaskiń. No, no! Wierzcie mi, wiem co mówię, bo podobny tron widziałem w mojej książeczce z bajkami. Hurra! Jesteśmy żywcem w bajce!

   - Oj, Gagatku! Bujaj las, a nie nas! - szepnął rozkazująco Gryzio. Ale zaciekawiły go jednak Gagatkowe fantazje, więc zaczął go podpuszczać. - A te cztery kolumny naciekowe, które powstały z  połączenia się narastających stalaktytów i stalagmitów, to z czym ci się kojarzą?

   - No jak to z czym? - Gagatek aż podskoczył z wrażenia, słysząc tak głupie pytanie. - Toż to wypisz, wymaluj... królewska sala kolumnowa!

    Gagatkowi tak bardzo się spodobała własna fantazja, że koniecznie - choć na chwilę - chciał zasiąść na tronie i poczuć się władcą jaskini. Chwatko kategorycznie zabronił. Ale Gagatek uparty jak osioł, cierpliwie wwiercał mu się w ucho swoją prośbą, że ten w końcu na odczepnego przystał na to. Gagatek zadowolony z siebie nakazał bratu rzucić jasność na miejsce mu przynależne. Po czym  złapał znienacka Gabcia za rękę i pociągnął za sobą.

   - Chodź za mną, mój słodziutki, będziesz moim paziem - wypowiedział dostojnie. - A ja, twój łaskawy król Gagat, pozwolę ci łaskawie, zająć miejsce na moim podnóżku.

   - A daj ty mi spokój, królu od siedmiu boleści! - zawołał Gabcio półgłosem, próbując zaprzeć się nogami. Ale widząc wielką determinację na twarzy brata, poddał się wreszcie i pozwolił mu się ciągnąć. Lecz chciał jeszcze coś Gagatkowi nawtykać słownie (skoro inaczej nie mógł). Już nabierał porządny łyk powietrza w płuca, aby jego szept był bardziej słyszalny, gdy nagle... z całych sił zaparł się nogami i stanął jak wryty. Wytrzeszczył swoje duże, błękitne oczy tak bardzo, iż mogłoby się wydawać, że lada moment wyskoczą mu z oczodołów. Twarz jego nabrała wyrazu ogromnego przerażenia. Gabcio wskazał drżącym palcem na tron i krzyknął zdławionym i przeciągłym głosem: - Raaaatuuunkuuuu!!!

   - A ty czemu się nadzierasz?! - zgromił brata Gagatek. - Zapomniałeś, że w jaskini nie wolno hałasować? Szeptem do mnie mów, bo zaraz jakiś kamyczek może ci guza nabić ku pamięci. Chyba że tego chcesz, bo tak jak papcio Chwat, bez guza źle się czujesz... Co to jest z tymi guzami w naszej rodzince...? A niech tam! Na razie dajmy sobie spokój z rodzinnymi guzami... Więc teraz, mów mi tu natychmiast, co to ma znaczyć to twoje durnowate „ratunku"? No dobra, zacznijmy jeszcze raz: Jam jest król Gagat, zaznaczam, łaskawy król Gagat, i pozwalam ci, mój paziu Gabro, usiąść na moim podnóżku... No i czemu się zapierasz jak głupi jakiś? Podnóżek to nie gilotyna! Nie wyłupiaj tak na mnie gałów tylko się rusz. Rusz się, powiadam! Zapuściłeś korzenie... czy jaka bida?

   Gagatek gdyby mógł, to by jeszcze długo tak ćwiczył swego brata. Tym bardziej że za plecami słyszał zdławiony śmiech reszty towarzystwa jaskiniowego. Ale tym razem nie było mu to dane. Oj, nie!

   - Raaatunkuuu!!! - Gabcio znów wrzasnął przeraźliwie, ale o wiele, wiele głośniej, ile tchu w płucach.

    To co nastąpiło potem, trudno opisać. Rozegrały się dantejskie sceny z piekła rodem. Wrzask Gabcia podchwyciło jaskiniowe echo i rozniosło po całej jaskini. Z krótkiego słowa: - „ratunku" - zrobiło sobie przerażającą, piekielną muzykę. Ciskało tym słowem od jednej ściany komory do drugiej, rozdrabniając je pomiędzy stalaktytami i przeliterowywując pomiędzy stalagmitami. To znów z wielką furią rzucało pierwszą sylabą o strop, a dwie pozostałe wciskało do dwóch największych korytarzy jaskini. A te wracały stamtąd piekielnie zmienione. Brzmiały jak szyderczy śmiech rogatych diabłów z najgłębszych czeluści piekła. I wszystkie te dźwięki, docierając do najdalszych nawet zakamarków jaskini, odbijały się od nich i wracały ponownie. Za punkt zborny obierając sobie komorę, spotykały się na samym jej środku, gdzie mieszały się chaotycznie ze sobą. Więc: Wyło. Dudniło. Grzmiało. Piszczało. Stukało. Gwizdało. I naraz i z osobna. A taka piekielna muzyka nie mogła zostać bez echa. I nie została. Bo echo zadowolone z siebie, zawirowało raz jeszcze wszystkimi dźwiękami naraz i do ich akompaniamentu wydało z siebie potężny, ironiczny i mocno wibrujący śmiech. No i stało się. A stało się najgorsze. Wibrujący śmiech złego echa jaskiniowego wprowadził w wibrację całą komorę. Zadrżała u posad. Zadrżały jej ściany. Zadrżał strop. A to spowodowało, że ze ścian z głośnym jazgotem zaczęły się obsypywać kamienie, tudzież duże nawet głazy. Zaczęły się obsuwać podpory podtrzymujące strop komory i... nastąpił zawał. Z piekielnym hukiem zawaliła się lewa część komory. Komorą targnęło okrutnie, a powietrze w niej wypełniło się gęstym kurzem i stęchlizną, oraz nagłym, przeraźliwym piskiem nietoperzy. Całe roje wyrwanych ze snu nietoperzy w ogromnym chaosie cięły skrzydłami gęste powietrze. Jak oszalałe szukały na oślep schronienia. I właśnie takie zachowanie nietoperzy świadczyło dobitnie o zaistniałej w jaskini katastrofie. Bo w normalnej sytuacji nietoperze wiedzą jak się poruszać. Wykorzystują do tego celu swoje zdolności echolokacyjne*.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

*Echolokacja -  (gr.- łac.) zdolność niektórych zwierząt (zwł. nietoperzy i delfinów),

                         do określenia położenia obiektów w otoczeniu za pomocą echa

                         specjalnych dźwięków wydawanych przez te zwierzęta.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

   Aż tu nagle, potężny huk, jak niespodziewanie nastąpił, tak też niespodziewanie ustąpił. Nawet nietoperze zaczęły milknąć. Słychać było już tylko ich pojedyncze popiskiwania. Nastąpiła nagła cisza.  Czy aby złowieszcza?  

    Wszystkie te tragiczne zdarzenia następowały po sobie w ułamkach sekund. Ale Chwatko okazał się wprawnym jaskiniowym przewodnikiem. Zdążył w porę zgarnąć ogarnięte paniką dzieci i wcisnąć je do wnęki skalnej w prawej części komory. Jakby przeczuwał gdzie nastąpi zawał.

    Wszystkie dzieci stały więc ściśnięte we wnęce, tuląc się do siebie. Z przerażenia i trwogi dzwoniły zębami niemiłosiernie. A prym w tym dzwonieniu wiódł Gryzio. I kiedy te ich dźwięki trwogi stawały się coraz bardziej słyszalne, gdyż natura jaskini rezygnowała ze swoich i milkła, Chwatko odwołał alarm.

   - Uspokójcie się. Już po wszystkim. Już będzie dobrze. Odczekamy tylko aż opadną te tumany kurzu i pyłu jaskiniowego. A potem wyjdziemy z wnęki. Ale ja pierwszy wyjdę. Wy tu na mnie poczekacie. Muszę sprawdzić jakie są zniszczenia. Miejmy nadzieję, że nie są aż tak wielkie... No tak, ale nie mam latarki. Jakiś spadający odłamek skalny wytrącił mi ją z ręki. Jeżeli jej nie znajdę w pobliżu, to będę potrzebował twojego światła K-1. Co, pójdziesz ze mną?

   - Oczywiście, że tak - pośpiesznie odpowiedział K-1. - Ale pierw mi Chwatko powiedz, co to było? Na litość Wszechświata, co to było?

   - Zawał... byliśmy świadkami zawału wewnątrz jaskiniowego. Czasami do niego dochodzi z powodu zbyt dużych wibracji nagrodadzonych pod ziemią. I wtedy wystarczy małe tąpnięcie, albo nawet niewielkie drgania powietrza, wywołane przez echo jaskiniowe, które wychwytuje każdy najmniejszy nawet hałas i robi sobie z niego piekielny koncert. I właśnie taki koncert urządziło nam przed chwilą. A efekt tego jego koncertowania mamy właśnie przed oczami, a właściwie jeszcze nie mamy, bo ciemno, że oko wykol. 

   - No widzisz ty głupolu coś narobił? - zachrypniętym głosem odezwał się w ciemnościach Gagatek. - A mówiłem ci, ty gapowaty Gabciu, że masz się nie wydzierać.

   - Cicho bądź Gagat - zgromił brata Chwatko. - Teraz już za późno na twoje uwagi. A tak właściwie, to ja jestem winien, bo pozwoliłem ci się oddalać. Daj więc spokój Gabrowi, no i... no właśnie, Gabciu, co z tobą? Wszystko już w porządku?

   - Sam nie wiem - z namysłem odpowiedział Gabcio, szukając w ciemnościach ręki starszego brata. I kiedy jej nie znalazł, wtulił się w kogoś kto był najbliżej. A była to Śmieszka.

   - No mój malutki, już dobrze - zdławionym głosem odezwała się siostra, tuląc Gabcia jeszcze mocniej do siebie. Sama była przerażona do granic jej dziewczęcych możliwości, ale starała się tego nie pokazać. - Powiedz mi co cię tak wystraszyło, to ja cię przed tym obronię.

   - Smoki, dużo smoków! - głośnym szeptem wydusił z siebie Gabcio, drżąc na całym ciele. Ciagle był w szoku. - One tam leżały na podnóżku przy tronie króla Gagata.

    - Coś ty, mój paziu! Pofyrtało ciebie, czy co? - Gagatek ochoczo   podłapał temat i ciągnął go dalej: - Jakiem król Gagat, zapewniam cię, że wszystkie smoki już w dalekiej przeszłości wytłukłem z kretesem.

   - Poczekaj... poczekaj! - głośno szepnął K-1 z nutką wesołości w głosie. - Wiecie, muszę wam powiedzieć, że ja też coś tam widziałem, i już chciałem krzyknąć do bliźniaków by zawrócili, ale było już za późno. Gabcio mnie uprzedził. Tylko nie wiem czy to były akurat smoki. Bo też nie bardzo wiem, co to są smoki. Mnie te żywe stworzenia przypominały bardziej krokodyle, jakie widziałem w domu w Encyklopedii  Fauny Ziemskiej, tyle że nie były aż takie duże.

   - Aha, to już wiem co to mogło być - zakomunikował Chwatko, a głos jego był też zabarwiony lekką wesołością. - To były na pewno jaszczurki zwinki. One wprawdzie najbardziej lubią wygrzewać się na słońcu i najwięcej można ich spotkać na łąkach, polanach, czy też na obrzeżach lasu, ale pod wieczór kryją się w jaskiniach. Tu odpoczywają i nabierają sił, aby rankiem znów wypełznąć na zewnątrz na żer i kąpiele słoneczne. To bardzo miłe gady. Żywią się owadami i na pewno nikomu z nas nie zrobiłyby krzywdy.

   - Biedulki takie... - Nagła żałość wzięła Gagatka i znów napadł na Gabcia. - No widzisz coś narobił? Wystraszyłeś tylko nieboraczki.

   - Gagat zamknij się w końcu - wycedził prze zęby zdenerwowany Gryzio i na wszelki wypadek zaczął przebierać nogami, co by się nie okazało, że jakaś jaszczurka znalazła sobie schronienie na jego kamaszkach. A i nadepnąć na taką też mu się nie uśmiechało. Potem zaczął nawet obmacywać całe swoje ciało. - Coś mnie tu uwiera. Co to jest? Och, przepraszam K-2, to chyba twój pas bezpieczeństwa...

   - Tak, tak, to ja Gryziu. Ty mnie łaskoczesz... - zawołała K-2, chichocząc, a gdy przestała, powiedziała poważnym głosem: - Koniecznie muszę mieć taką zawinkę, a najlepiej dwie, do pary. No co chłopaki, złapiecie mi te ślicznotki na pamiątkę?

   - Nie zawinkę, tylko zwinkę, K-2 - poprawił przyjaciółkę Chwatko. - Zobaczymy co da się zrobić. O ile one zupełnie nie pochowały się w szczelinach skalnych. Lecz najpierw muszę sprawdzić w jakiej sytuacji my się znajdujemy.

   - Czuję, że to będzie możliwe, K-2 - odezwał się milczący do tej pory Nosolek i przeciągle podciągnął nosem.

   - Czekajcie... widzę że kurz i pył nieco opadł - oznajmił Chwatko. - K-1 musisz jednak trochę poświecić, to może znajdę tę swoją nieszczęsną latarkę.

   - Już się robi - zawołał K-1 i po chwili rozbłysnął jasnym światłem. - Ty, co jest? I tak nic nie widać.

   - No właśnie, okazuje się, że zapylenie jest jednak tak ogromne, iż pod wpływem twojego mocnego światła widać tylko, a właściwie nawet widać, pojedyncze, mikroskopijne drobinki pyłu. A jest ich tyle, że razem tworzą gęstą, nieprzejrzystą zasłonę. Musimy jednak jeszcze trochę poczekać - wyjaśnił spokojnym tonem Chwatko, ale sam czuł się już trochę zaniepokojony.

   Dzieci więc dalej stały stłoczone we wnęce skalnej i dla otuchy opowiadały sobie różne przyjemne historie ze swojego życia. A czas mijał. Minuta po minucie. W końcu Chwatko zdecydował się ponowić próbę.

   - No K-1, ryzyk-fizyk, wychodzimy - z determinacją oznajmił przyjacielowi i po trosze reszcie uwięzionych. A po krótkiej chwili, w której nad czymś dumał, dodał: - Wy tu czekajcie spokojnie i cierpliwie. My się tylko szybko rozejrzymy co i jak i zaraz po was wracamy. No, to do zobaczenia... K-1 ruszamy, bo czas nagli.

   - A nagli, nagli... i to jeszcze jak - zareagował K-1 i rozświetlił się własnym światłem w pełnej krasie. - Musimy się naprawdę wyzwolić w końcu z tej pułapki i pomyśleć pomału o powrocie do domu, bo nasi starzy gotowi nas zacząć szukać. A to byłoby nie wskazane, oj, nie.

   - Poczekaj K-1. I wyłącz na razie światło - polecił pośpiesznie Chwatko, bo zobaczył coś, co mu krew w żyłach zmroziło. I kiedy   K-1 wykonał jego polecenie, zaczął po omacku grzebać w swoim plecaku. W końcu wyciągnął mały pled, i próbując zachować zimną krew, ręką szukał głów dziewcząt. A żeby je nie wystraszyć, spokojnym tonem powiedział: - Słuchajcie dziewczyny, przykryję wam teraz włosy, aby zbyt dużo pyłu nie osiadło na waszych pięknych główkach. A potem wszyscy razem chwyćmy się za ręce... i powoli, krok po kroku... wychodzimy z wnęki.

   - Chwatko, co z tobą? Dlaczego zmieniłeś zdanie? - spytał nagle K-1, podejrzewając, że coś nie gra. Nie wytrzymał nerwowo i odruchowo włączył światło i... też poczuł, że krew zamarza mu w żyłach.

  Jaskinia znów wypełniła się przeraźliwym piskiem. Piskiem dzieci, pomieszanym z piskiem setek nietoperzy. Okazało się, że spłoszone nietoperze również schroniły się w tej samej wnęce co dzieci. I wisiały tam cichutko ponad głowami niczego nie podejrzewających dzieci, przyczepione pazurkami do sklepienia wnęki. Ale kiedy K-1 po raz wtóry włączył światło, kilka z nich się poruszyło i załopotało skrzydełkami. I tak to się zaczęło... A potem lawina wydarzeń ruszyła sama...

   Jak to dobrze, że złe echo jaskiniowe akurat odpoczywało, zmęczone swym niedawnym, wielkim koncertem. To też nic podobnego co działo się w jaskini wcześniej, więcej się nie wydarzyło. Ale to, co działo się z powodu nietoperzy i tak dzieciom wystarczyło, aż nadto. Biegały po całej komorze z przeraźliwym piskiem jak oszalałe i machały chaotycznie rękami. A spłoszone nietoperze też jak oszalałe fruwały po całej komorze z piskiem i machały chaotycznie skrzydełkami. Najbardziej piszczała Śmieszka przy wtórze K-2. Obie biegały z Chwatkowym pledem na głowach i co rusz wywracały się z jeszcze większym piskiem, nie mogąc skoordynować razem swoich ruchów. Jak jedna chciała biec w prawo, to druga akurat w lewo. I na odwrót. Więc siłą rzeczy pisk był przeto donośniejszy, bo żadna nie chciała stracić nakrycia głowy.

   Natomiast Gagatek i Gabcio, trzymając się za ręce, ganiali raz za dziewczynami, raz za Gryziem i Nosolkiem, a raz za Chwatkiem i    K-1. W końcu instynktownie wyczuli, że trzeba biegać przede wszystkim za dziewczynami, bo jakkolwiek by one nie biegały, to starsi chłopcy znajdowali się ciągle tuż przy nich. Czasami  przed, czasami za, ale ciągle w ich pobliżu.

   Trudno było przewidzieć, w którym konkretnie kierunku ten piszczący i dziwny stwór o czterech nogach podąży, gdyż ni stąd, ni zowąd, robił nagły zwrot i... cała bieganina zaczynała się od początku. Czwórka najstarszych chłopców zachowała najwięcej zimnej krwi, zwłaszcza Chwatko i K-1. Chłopcy usilnie próbowali wyłapać dziewczyny i jakimś cudem obalić je z nakrytymi głowami na ziemię. Bo wyglądało na to, że w końcu wejdą w kolizję z jakimś stalagmitem i porozbijają się jak dojrzałe ulęgałki, spadające z drzew. Chaos był niesamowity. W końcu Chwatkowi udało się z wyskoku chwycić obie dziewczyny za ramiona, a K-1 dobiegł z drugiej strony i wyhamował im szybkość, zapierając się nogami z całych sił. Gryzio i Nosolek dobiegli z kilkusekundowym opóźnieniem, ale przynajmniej wykorzystali siłę swojej szybkości i w biegu powalili obie naraz na ziemię. Może trochę za mocno, ale efektywnie. Śmieszka wtulona w K-2, a K-2 wtulona w Śmieszkę leżały bezradnie na ziemi jak czworonożna, bezgłowa poczwarka i piszczały dalej w najlepsze. A po chwili to już wrzeszczały, i to wniebogłosy, bo Gagatek i Gabcio wylądowali im na plecach.

   - Ufff!!! - z bezgraniczną ulgą sapnął Gagatek i zepchnął Gabcia z pleców dziewczynek, pozostając samemu w takiej pozycji, w jakiej wylądował. - Nareszcie! Co wam palma odbiła, czy co? Jak można tak latać? Tchu mi brakuje. Ale się wkurzyłem... A wy cicho tam! Drą się jak opętane i niewiadomo czemu. Biednych gacków się wystraszyły. Chwatko powiedz im, że nietoperze gacki, podobnie jak jaszczurki zwinki jedzą tylko owady, a nie ludki. Ludki im nie smakują, gardzą nawet księżycowymi ludkami. No, gadajżesz coś tym wrzaskliwym babom, bo ja już nie mam siły. Wnerwiony jestem, że ho ho!

  - Gagat zamknij się wreszcie, bo zaraz ja się wkurzę! - huknął zdenerwowany Chwatko, i sapiąc jak lokomotywa, zdjął brata z pleców ciągle wrzeszczących dziewczynek - I jak ty się w ogóle wyrażasz? Oberwiesz za te baby od Śmieszki. Możesz być tego pewien.

  - Och, przepraszam Chwatko. Tak mi się jakoś wypsnęło. - Gagatek okazał cień skruchy. - Ale głowę dam, że one i tak nic nie słyszały, bo drą się jakby je kto ze skóry obdzierał. No wpłyń jakoś na nie, bo ten ich wrzask wyprowadza mnie z równowagi.

  - Cichutko, królu Gagatku - zaświergolił słodziutko Gabcio, próbując objąć braciszka w pół. Ale ten go odepchnął i znacząco popukał się po czole. Jednak to nie zniechęciło Gabcia do kontynuowania terapii uspakajającej, ciągnął więc dalej: - No, nie denerwuj się już królu. Do nóg króla padam i proszę, uspokójmy razem te wrzaskliwe dziewice, bo niedobre echo jaskiniowe w końcu je usłyszy i znów urządzi nam koncert.

   - Obaj się uspokójcie! I to natychmiast! - zażądał gniewnie Chwatko, ale na wszelki wypadek dotknął czoła Gabcia, gdyż sam już nie był pewien czy Gabciowi przypadkiem coś nie dolega, czy zgrywa się tylko, bo ma w tym jakiś swój cel. Po chwili stwierdził, że na szczęście to drugie, bo gdy tylko przyłożył rękę do Gabciowego czoła, to ten momentalnie mocno się do niego przytulił. Zrozumiał wtedy, że Gabcio właśnie takim sposobem, chciał zwrócić na siebie uwagę. Chciał, żeby ktoś się nim zajął. Żal mu się zrobiło braciszka, bo pojął jak bardzo on musiał być przerażony. Pogłaskał więc go po policzku i spokojnym już głosem powiedział: - Nie bój się Gabciu. Już wszystko w porządku. Zaraz wyjdziemy z jaskini i pojeździmy sobie po lesie. Co? Nie boisz się już, prawda?

   - Ja nie wiem... - zawahał się Gabcio i jeszcze mocniej wtulił się w starszego brata. - A powiesz dziewczynom, żeby już nie krzyczały? A powiesz im, że te nietoperze nie jedzą ludków? A powiesz im...

   - Powiem, powiem... A ty się już nie bój, bo echo jaskiniowe usnęło i nic złego nam już nie zrobi... Chodź, to razem im to powiemy - uspakajającym tonem powiedział Chwatko i pociągnął brata za rękę w kierunku dziewczynek, nad którymi pochylali się wszyscy chłopcy i jeden przez drugiego próbowali je uprosić, aby wreszcie przestały wrzeszczeć.

   Zabawny był to widok. Chwatkowi zachciało się aż śmiać, chociaż wystraszone dziewczynki, leżąc na ziemi pod pledem przeżywały swoisty dramat. Ale musiały się dać w końcu uspokoić. Tym bardziej że w jaskini oprócz ich wrzasku, od paru minut było już zupełnie cicho.Wszystkie nietoperze poznikały gdzieś w korytarzach jaskini i nie było ich w ogóle widać. Powodowane swym zwierzęcym instynktem, znalazły sobie odpowiednie schronienie i umilkły. Natomiast dziewczynki ciągle nie, bo nie były pewne swego bezpieczeństwa. A histeria, w jaką obie wpadły, niczym spirala się w nich nakręcała.

  Chwatko postanowił zapanować wreszcie nad wystraszonymi dziewczynkami. Przykładając palec do ust na znak ciszy, kazał wszystkim chłopcom się uciszyć. Zaś świecącemu nieustannie K-1, nakazał pochylić się nad leżącymi dziewczynkami, aby łatwiej im było odzyskać jasność... umysłu. Sam natomiast ukląkł na kolanach, i jedną ręką trzymając Gabcia, drugą próbował powoli odsłonić nieco twarze dziewczynek spod pledu. I gdy mu się udało zrobić małą szparkę, zaczął łagodnie do nich przemawiać:

  - Słuchaj Śmieszka, słuchaj K-2, już dawno jest po wszystkim. Zobaczcie same. Nietoperzy nie ma, odleciały. One się nas też bardzo wystraszyły i uciekły od nas... gdzie pieprz rośnie. Na pewno już nie wrócą. Wyłaźcie spod pledu i wstańcie z ziemi, bo jeszcze się przeziębicie... - Chwatko zrobił krótką pauzę, aby sprawdzić jaki efekt osiągnął. No i z zadowoloną miną stwierdził, że pod pledem robiło się już coraz ciszej i ciszej. Odsłonił więc zupełnie twarze dziewcząt i... sam się wystraszył. Wyglądały okropnie. Obydwie blade jak papier, przy czym K-2 wyglądała na jeszcze bledszą niż Śmieszka, bo i twarzy miała więcej. Obydwie były rozczochrane jak dwa chochoły. A ich trzy pary oczu wyrażały przerażenie, ale było to przerażenie tak jakby już... ze znakiem zapytania. - „To chyba dobrze?" - pomyślał Chwatko i podciągnął Gabcia bliżej, aby był bardziej widoczny tym trzem parom oczu. Po czym mimiką twarzy nakazał mu mówić.

   - Hejże Śmieszka, hejże K-2, już wszystko gra... niedobre echo już nie zagra... Nie zagra, bo śpi... a jak śpi to nie gra... tego, no... jak mu tam... koncertu - Gabcio nieskładnie, ale ochoczo zabrał się za wyłuszczenie dziewczynkom istoty sprawy. A sprawa była dla niego prosta: uspokoić je, bo on sam był już uspokojony. A gdy usłyszał za plecami jakże swojski chichot brata bliźniaka, poczuł się jeszcze lepiej. Z jeszcze większą więc werwą przystąpił do dalszego pocieszania leżących. - A te gacki nietoperze, to wcale nie lubią ludków. To jest, nie lubią ludków jeść. Gagatek mówił, że one żrą tylko robale, bo ludki im nie smakują... No, Chwatko, powiedz im, że tak jest!

  - No dobrze. Powiem, że mniej więcej tak się sprawy mają... Nietoperze wcale nie są niebezpieczne, wręcz przeciwnie, są bardzo pożyteczne. Może nie wyglądają zbyt sympatycznie, ale to rzecz gustu. Z pewnością my też wydajemy się im mało sympatyczni. Jakieś dwunożne poczwary bez skrzydeł. A do tego jeszcze takie hałaśliwe. Wstańcie wreszcie z ziemi. Jesteście już zupełnie bezpieczne. Wierzcie mi. Och, przepraszam... nam.

   - Dobrze wam mówić, wy nie macie takich długich włosów - Śmieszka z  leżącej pozycji wytknęła braciom, ale już spokojniejszym głosem. A to co najbardziej do niej przemówiło i wpłynęło na jej uspokojenie, to nie tyle tłumaczenie Chwatka, co zachowanie Gabcia. Bo skoro ten największy rodzinny strachajło był już tak spokojny, to znaczyłoby, że istotnie musi być już bezpiecznie. Pozbierała się więc jakoś do kupy i podała rękę K-2. Obie wstały szybciutko z ziemi i nawzajem otrzepały sobie ubranka. Ukradkiem rozglądały się jednak po jaskini. To tak dla całkowitej pewności. Potem spokojnie przystąpiły do trzepania Chwatkowego pledu. Powoli, dokładnie i z wielkim namaszczeniem, tak jakby od tej czynności właśnie, zależało ich całe przyszłe życie.

   Chłopcy stali naprzeciw dziewczynek i wpatrywali się w nie bez słowa. Pomijając już to, że pled trzepały zbyt długo, i to było już niezbyt dla nich zrozumiałe. To ich obrażonych min nikt już w ogóle nie mógł zrozumieć. Zachowanie dziewczynek, niektórych więc chłopców zastanawiało, niektórych dziwiło, a niektórych zaś śmieszyło... A Gagatka zdenerwowało.

   - Gorzej wam, czy co? - bardziej stwierdził niż zapytał i z wyrzutem posłał w kierunku dziewczynek krótki komentarz: - Same roztrzepane, a roztrzepały się na amen.

  - Ty uważaj, bo ja zaraz ciebie trzepnę na amen - wściekła się Śmieszka i przystąpiła z K-2 do składania pledu w równiutką kosteczkę... Powoli, dokładnie i z wielkim namaszczeniem...

   Śmieszka czuła się obrażona i była obrażona. Podobnie było z    K-2. Obie nagle zdały sobie sprawę jak bardzo się poniżyły takim swoim zachowaniem. Zrobiły z siebie nie lada widowisko. Nie mogły tego strawić. Potrzebowały czasu, albo możliwości wyżycia się na czymś, a jeszcze lepiej - na kimś. W końcu pierwsza nie wytrzymała K-2, bo zobaczyła wyraźną ironię w oczach braciszka.

   - To wszystko przez was - syknęła gniewnie. - Bo kto wam kazał latać za nami. Same byśmy sobie poradziły... Nie, Siemieszka?

  - No właśnie! - zawyrokowała krótko Śmieszka. - Po co nam przykrywałeś głowy, Chwatko? Kto ci kazał? Walczyłybyśmy z tymi  stworami i nie pozwoliłybyśmy, aby nam się wplątały we włosy. A tak co? Nic nie widząc, nie mogłyśmy walczyć!

   - No już dobrze, dobrze! Nie bądźcie na nas złe! - powiedział Chwatko, kryjąc uśmiech na twarzy. - Chcieliśmy jak najlepiej. Chcieliśmy was ratować. Myśleliśmy, że się boicie.

   - My, bać się?! Coś takiego! - fuknęła z urazą K-2 i ostentacyjnie podała Chwatkowi równiutko złożony pled. A następnie nachyliła się do Śmieszki i szepnęła jej do ucha: - My im jeszcze pokażemy.

  - Moi drodzy! Chciałem wam tylko przypomnieć, że czas wreszcie wydostać się na zewnątrz - powiedział do wszystkich K-1 i z szerokim uśmiechem poklepał Chwatka po ramieniu. - Myślę, że najlepiej będzie, gdy skierujemy się już do wyjścia, bo może się okazać, że czeka na nas jeszcze jakaś niespodzianka, a liczy się każda minuta.

   - O to chodzi! - potwierdził Chwatko i z uśmiechem schował do plecaka jakże mocno wykorzystany pled. Potem szeptem naradzał się o czymś z K-1 i Gryziem, a po chwili już do wszystkich powiedział głośno: - Ustawmy się znów w wiadomej kolejności i ruszajmy. Tylko powoli i uważnie, bo wszędzie leżą kamienie. Patrzcie więc pod nogi! Idziemy!

  Dzieci ruszyły do wyjścia z jaskini. Musiały iść naprawdę powoli i ostrożnie, bo nie tylko pełno kamieni leżało na każdym kroku, ale zrobiło się też bardzo ślisko. Ze stropu wszędzie kapała woda. Był to deszcz podziemny, którego wcześniej dzieci nie widziały. No, może gdzieniegdzie spadło parę kropel, ale nie tak obficie jak tym razem. Dzieciom to zjawisko wydało się bardzo dziwne. Bo jak to możliwe? Nieba nie widać, a deszcz pada...

   - Ty, Chwatko, co jest grane? - zapytał Gagatek, wycierając mokrą twarz koszulką. - Trzeba było mówić, że w słoneczny dzień deszcz też może padać, to wziąłbym parasol...

   - Ale byś wyglądał z parasolem w jaskini - zarechotał Gryzio. - Jak... nie przymierzając, świnia w chomącie. No ale żarty żartami, a mnie naprawdę ciekawi ten deszcz w jaskini. Dziwne zjawisko. Chwatko, jak coś wiesz na ten temat, to nadawaj.

   - Wiem tyle, że jest to deszcz podziemny i właściwie nie jest on niczym niezwykłym. - Chwatko rozpoczął swój wykład. - Tworzy go woda występująca w górnych partiach jaskini w postaci pojedynczych kropli spadających ze stropu...

   - Zaraz, zaraz... Chwatko! Nie lej wody, proszę! - Gryzio przerwał kuzynowi. - Jakie pojedyncze krople, ja się pytam? Toż to leje jak z cebra.

   - Nie dałeś mi skończyć, a ja chciałem jeszcze powiedzieć, że ten deszcz podziemny, to nic innego jak woda z normalnego deszczu, albo z topniejącego śniegu wiosną, przesiąkająca z powierzchni ziemi siecią drobnych szczelinek przez skały. A my obecnie mamy okazję moknąć w deszczu podziemnym, gdyż stał się on o wiele intensywniejszy, bo najprawdopodobniej podczas zawału musiało dojść do przerwania i powiększenia się szczelinek skalnych. Stąd też, jak się wyraziłeś Gryziu, leje jak z cebra... No ale teraz, szczególnie patrzcie pod nogi, bo zbliżamy się do zawaliska. Będziemy musieli się trochę powspinać, gdyż inaczej nie dojdziemy do wyjścia. Poczekajcie! Mam w plecaku długą linę. Wejdę na szczyt zawaliska i jeden jej koniec spuszczę wam na dół, a potem każdemu po kolei będę pomagał wspiąć się. A na górze zobaczymy co dalej. No, to do roboty! Aha... K-1, ty chodź za mną, będziesz oświetlał szczyt, a ty K-2, proszę cię, oświetlaj z dołu drogę wspinaczki. Dobrze, K-2?                                    

   Wreszcie K-2 mogła się czymś wykazać. Z wielką dumą demonstracyjnie (może nawet zbyt demonstracyjnie) rozbłysnęła pięknym i jasnym światłem. Chwatko i K-1 mogli spokojnie zacząć się wspinać. Chociaż wspinaczka nie należała do najłatwiejszych, to jednak chłopcy mieli wyśmienite humory. Widocznie zachowanie dziewczynek ciągle ich bawiło. Po drodze na szczyt, Chwatko pogrzebał w swym zbawiennym plecaku i wyciągnął ku zdumieniu  K-1 parę niezbędnych według niego rzeczy. Tym razem K-1 nie mógł się nadziwić zawartością Chwatkowego plecaka, ba, porównywał go nawet do swojego pasa bezpieczeństwa. Chwatko tylko się śmiał i mówił, że każdy w swoim życiu, bez względu na to gdzie przyszło mu żyć, musi mieć dla własnego bezpieczeństwa i bezpieczeństwa najbliższych jakiś tam „pas bezpieczeństwa".

   Chłopcy powbijali kamieniami kilka Chwatkowych haków w szczeliny zawaliska, aby tym pozostałym na dole łatwiej było wchodzić. Po kilkunastu minutach byli już na szczycie zawaliska. I tam, niestety, to co zobaczyli zepsuło im dobry nastrój. Otóż okazało się, że zawał był nad wyraz obszerny, bo ze szczytu zawaliska, sięgającego prawie stropu, w ogóle nie było widać wyjścia z jaskini. W normalnych warunkach z tej odległości wyjście byłoby już widoczne. Chłopcy ze smutkiem patrzyli na siebie i nie wiedzieli co dalej począć. A musieli na szybko wymyślić jakieś rozwiązanie, bo dzieci na dole zaczęły się już niecierpliwić.

   - Hej, chłopaki, co z wami?! - wołał z dołu Gryzio. - Długo jeszcze mamy tu czekać?! Rzucajcie w końcu tę linę!

   - Poczekajcie jeszcze chwileczkę - zawołał z góry Chwatko i na szybko wymyślił małe kłamstwo: - Musimy tylko przymocować linę tu na górze, aby wam bezpieczniej się wchodziło.

   Chwatko zmartwiony nie na żarty próbował sobie przypomnieć czy gdzieś jeszcze w innym miejscu jaskini nie ma innego wyjścia. Nie przypomniał sobie jednak o żadnym innym wyjściu. Ale grzebiąc dalej w swej pamięci przyszło mu na myśl, że w wąskim korytarzu, wychodzącym z lewej części komory, byłaby chyba możliwość wydostania się. Wprawdzie byłoby to bardzo niewygodne, gdyż z tego co sobie przypominał, była to wąska szczelina w stropie korytarza. Ale można by było jakoś się przez nią przecisnąć. I gdy Chwatko już powoli odzyskiwał nadzieję i prawie chciał się nią podzielić z K-1, nagle skojarzył sobie, że przecież w lewej części komory był największy zawał, więc niestety może o tym zapomnieć, żeby dostać się do tego korytarza. Pierwszy raz przeraził się bardzo. Nie chodziło mu o siebie. Chodziło mu o swoje młodsze rodzeństwo, o swoich kuzynów i księżycowych przyjaciół. Czuł się za nich odpowiedzialny. Postanowił więc spróbować zejść jednak z zawaliska i sprawdzić czy z byłego wyjścia z jaskini nie zostało nic, choćby najwęższa szczelinka, przez którą mogliby się uratować, albo w najgorszym przypadku (o czym tak naprawdę nawet nie chciał myśleć), wzywać pomocy. Już chciał powiedzieć o tym K-1, gdy zauważył, że ten wyciągnął jakiś mały przedmiot ze swego pasa bezpieczeństwa i przyłożył do ucha dolnej głowy.

   - Co chcesz zrobić? - spytał niepewnie przyjaciela, którego miny na obydwu twarzach wyrażały głęboki niepokój.

   - Wchodzę w kontakt z ojcem. Nie mamy innego wyjścia, bo nasze zawalone... Ojciec nas stąd wyciągnie. Już on ma swoje sposoby. Bo chyba nie chcesz, żeby się tu zakończyła nasza przyjaźń ziemsko-księżycowa?

   - Nie, proszę! Jeszcze nie! - Chwatko podskoczył do K-1 i prawie chciał mu wyrwać z ręki to coś, co zdradzi przed starszymi jego  nieudolność. - Na to mamy jeszcze czas! Spróbujmy jeszcze sami wydostać się z tej matni.

   Chwatko zaczął naświetlać K-1 swój plan działania. K-1 wszak niechętnie, ale słuchał uważnie co Chwatko ma mu do powiedzenia. W końcu go przekonał i razem już zastanawiali się jak to powiedzieć dzieciom, żeby je zbytnio nie wystraszyć zaistniałą sytuacją. No i tym, że musiałyby dłuższą chwilę zostać same, kiedy oni będą się przedzierać w stronę byłego wyjścia. Zastanawianie ich przerwały jednak dobiegające z dołu nawoływania dzieci.

   - Chłopaki, jaki macie problem?! Bo czuję, że jakiś macie na pewno - przekrzykiwał dzieci Nosolek, głośno podciągając swoim kinolem. - A czuję też, i to bardzo wyraźnie, powiew leśnego powietrza. Więc jestem pewien, że wyjście z jaskini musi być blisko. Może nie w tym samym miejscu co poprzednio, ale jest. To jest niezaprzeczalne. Sprawdźcie dokładniej, a my tu na dole spokojnie poczekamy! Prawda?! Zgadzacie się wszyscy ze mną?

   Co było robić? Trzeba było się zgodzić, bo każdy miał już dosyć tej jaskini, która była wcześniej taka piękna i tajemnicza. No może tajemnicza pozostała nadal, ale piękna nie wydawała się już nikomu. Za mało powiedziane. Wydawała się wręcz bardzo groźna, zimna, brudna i... tajemniczo nieprzyjemna. Każdy więc marzył, aby jak najszybciej wydostać się z tego nieprzyjemnego już miejsca i poczuć wreszcie zapach lasu, powiew wiatru oraz cieplutkie promienie słoneczne. Stały więc dzieci wytrwale pod zawaliskiem i czekały z niecierpliwością na wiadomość, jaką przyniosą ze szczytu zawaliska najstarsi chłopcy. Dzieciom wydawało się już, że ich czekanie trwa całą wieczność. A minęło zaledwie parę minut, kiedy znów zauważyli głowy swoich przewodników. A może i wybawicieli?

   - No moi drodzy! Chyba jesteśmy uratowani! - zawołał z góry Chwatko ucieszonym głosem. - Miałeś rację Nosolku. Jest wyjście. No może nie jest wyjściem samym w sobie, ale my zrobimy sobie z niego wyjście... na wolność.

  - Ja chyba tu padnę! - wrzasnął desperacko Gagatek i dla poświadczenia, że mówi prawdę, rymnął jak długi na ziemię. I z tej, jakże znaczącej pozycji, wrzeszczał dalej: - Gadałbyś lepiej jak człowiek, Chwatko, a nie nadawał coś o wolności uwięzionym ludziom. Słuchać tego nie można! Zaraz nas tu cosik trafi, jak nie zaczniecie nas wyciągać z tej olbrzymiej, mokrej i śmierdzącej dziury. Zrozumieliście, wy tam na górze?!

  - Zrozumieliśmy! Gagatku uspokój się, już was wyciągamy. Dawaj, jako pierwszy! Łap linę! - zawołał Chwatko z góry i jednym końcem liny obwiązał się w pasie i stanął za dużym głazem, a drugi rzucił w dół. Śpieszył się bardzo, bo zdał sobie sprawę jak bardzo ci na dole muszą być przerażeni i wycieńczeni, skoro nawet Gagatek, taki wielki chojrak, popada w desperację.

  Zaczęła się wspinaczka. A przebiegała ona bardzo sprawnie, bo Chwatko i K-1 w przypływie nowej nadziei odzyskali siły, a może nawet mieli jej o wiele więcej, gdyż wszystkich prawie wciągnęli na szczyt zawaliska. A wszystkim wciąganym bardzo się to podobało. Nie musieli się wielce trudzić żmudną wspinaczką. Odbijali się tylko nogami od zbocza zawaliska i windowali do góry, wyżej, coraz wyżej. Tak że nawet powbijane przez chłopców haki, okazały się niepotrzebne. Dziewczynki musiały upominać nawet swoich starszych braci, żeby je nie wciągali tak szybko, bo kolana sobie poobijają o skaliste zbocze. A ostatni wciągany, czyli Gryzio, też zażyczył sobie wolniejszego wciągania. No i zdążył powyciągać ze szczelin wszystkie Chwatkowe haki.

   Nie minął kwadrans, a wszystkie dzieci stały już razem obok siebie na szczycie zawaliska. A stały w ogromnej jasności, bo rodzeństwo K świeciło „na dwa ognie" jednocześnie. I ta jasność sprawiła, że zaczęły powoli odzyskiwać pogodę ducha, a co niektóre nawet dobry nastrój.

   - To było fajowe! Mucha nie siada! - krzyczał rozpromieniony Gagatek. - Jestem gotów zleźć z powrotem na ten wstrętny dół, a wy mnie jeszcze raz wciągnijcie.

   - No, no, ty już lepiej zostań na górze - zaśmiał się Chwatko i na wszelki wypadek złapał braciszka za ramię, aby go przytrzymać. - Została nam niecała tylko godzina do kolacji, a my ciągle sterczymy w jaskini.

   - Właśnie! Musimy się pośpieszyć - wtrąciła się Śmieszka. - Bo jak nie zdążymy na czas, to starsi będą na nas źli i dostaniemy szlaban na nasze wspólne wycieczki.

   - Gorzej! Zaczną nas szukać - dopowiedział K-1 z zatroskaną miną na dolnej twarzy i z poważną miną (jak zwykle) na górnej twarzy. - Jak znam mojego ojca, to jestem pewien, że nas znajdzie... i to bardzo szybko. A wtedy...? Żegnaj  przygodo!

   - Ooo, jak się rzeczy tak mają, to lepiej nie ryzykować - zadecydował Gagatek, poklepując K-1 po plecach. - No to jazda z tej nory! Czeka nas przygód moc!

   No i dzieci ruszyły w stronę domniemanego wyjścia z jaskini. Chwatko nie schował liny do plecaka, tylko nakazał wszystkim chwycić za nią w wiadomej kolejności i tak dla większego bezpieczeństwa powoli iść. Dotarli jednak dość szybko na miejsce, upewniani przez Nosolka, że to będzie dobre wyjście, bo zapach jest dobry. I gdy tak stali z głowami zadartymi do góry, wpatrzeni niczym sroka w kość w wąziutką szczelinę w stropie, nie wiedzieli już czy się mają cieszyć, czy smucić. I choć pocieszające było to, że przez szczelinę prześwitywało błękitne niebo i dotrzeć do niej nie powinno być aż tak ciężko, to jednak wydawała się ona zbyt wąska, by móc się przez nią przecisnąć. Wyraźnie było widać poprzeciągane przez nią grube korzenie drzew. Tworzyły one tak jakby jej okratowanie. Nie wyglądało to najlepiej. Dzieci posmutniały. Ale nie wszystkie.

   - Co u licha! - wrzasnął Nosolek tak, że aż wszyscy podskoczyli, bo nie było to do niego podobne. - Chyba nie macie zamiaru się smucić?! Trzeba działać! To dobre wyjście, mówię wam. Gryzio, wyłaź no na górę i tnij zębami to paskudztwo.

   - Na kieł mamuta z ery kamienia łup... łup... łupanego...! - zająknął się równie przejęty Gryzio i łupnął brata po karku. - Ty to masz nosa! Nie jeden zwierz mógłby ci takiego węchu pozazdrościć... Wy węszone, znalezione... no i zaraz będzie przegryzione. Jasne jak słońce, tam, w tej szczelinie, że... już się robi, Kinolku ty mój kochany!

  Wszystkie pozostałe dzieci były zachwycone postawą braci Poważalskich. Chwatko z K-1 szybko doskoczyli do Gryzia i obwiązali go liną. Chcieli, aby on przerzucił ją na zewnątrz (uprzednio zabezpieczając), kiedy tylko dotrze do szczeliny, a zanim zabierze się za rozprawianie z korzeniami. Myśleli, że będzie mu potrzebna pomoc i byli gotowi jej udzielić. Gryzio tylko zgrzytał ze śmiechu zębami coraz przeraźliwiej, tak jakby tym sposobem chciał je sobie przy okazji podostrzyć. Po małej chwili wszystkie dzieci raźnie podsadzały Gryzia, aby łatwiej mu było się wdrapać po obsypanej ziemią pochyłej ścianie. Widocznie ta zbawienna szczelina powstała w czasie zawału wewnątrz-jaskiniowego, przez którą z powierzchni obsunęła się ziemia, ogałacając korzenie drzew. I to był pierwszy pozytywny efekt zawału, jaki przyszło im doświadczyć. Wszystkie dzieci czuły wielkie podniecenie, bo oto zbliża się moment ich wyswobodzenia. Dlatego też każde z nich chciało mieć swój udział w tym decydującym momencie. A nie mogąc na razie zrobić nic innego, przepychały się w podsadzaniu Gryzia... Aż tu nagle, rozdzierający wrzask Gabcia zniweczył wszystkie te pozytywne uczucia.

   - Maaamciuuuu mooojaaa!!! - wrzeszczał jak potępieniec największy strachajło. - Ja... jaja ... ja ... ja... szczurka!!!

   Wszystkie dzieci tak bardzo sparaliżował ten wrzask Gabcia, że w momencie odruchowo opuściły ręce, nie bacząc, że Gryzio spadł z dość dużej już wysokości i wyłożył się na kamieniach tuż pod ich nogami. I zanim dotarło do ich świadomości co się stało, po głowach szalały im najprzeróżniejsze, straszne myśli.

   - Ja chyba zwariuję z tym Gabciem! - potężnym głosem huknął Gryzio z płasko wyłożonej pozycji. Gryzio tym razem pierwszy odzy skał rezon. A trudno żeby było inaczej! Wściekłość, ból i widok zrobiły swoje. - Zabierajcie te swoje buciory, depczecie po jaszczurkach!

   Głośny pisk przeszył każdy wolny zakamarek jaskini. Ale że na szczęście z tego miejsca gdzie dzieci stały tych wolnych zakamarków nie było dużo, bo prawie wszystkie zawalone były albo kamieniami, albo ziemią, to też pisk ich nie dotarł do echa jaskiniowego. No, to naprawdę wielkie szczęście, bo złe echo budziło się już pomału ze snu. Aż strach pomyśleć, co mogłoby się ponownie stać. A tak, znów trzeba by było użyć tego słowa: „na szczęście", przez szczelinę  w stropie pisk dzieci dotarł do echa, ale leśnego. A ono, dobre echo, pisk dzieci przerobiło na dźwięczną muzyczkę i rozniosło po lesie. Aż się słoneczko zachwyciło i puściło prosto w szczelinę złocisty promyk. I chyba to wszystko razem sprawiło, że dzieci jakoś szybciej się pozbierały i prawie w lot pojęły co zaszło.

   - Już w porządku, wszystkie zwinki uciekły - pocieszającym głosem oznajmił Chwatko, ale po chwili zmroziło go. Coś zobaczył. Zachowywał się jednak dalej bardzo spokojnie. Podszedł do K-2, i patrząc jej głęboko raz w jedną parę oczu, to znów w drugą, próbował ją zahipnotyzować, aby tylko nie popatrzyła pod nogi. - Słuchaj K-2, twoje światło mnie zachwyca. Jest w nim nie tylko jasność, jest też i czułość...

   - Ty, Chwatko, ty nie opowiadaj jej farmazonów, tylko popatrz lepiej co ona ma pod nogami - rzeczowo określił sprawę Gagatek i na wszelką ewentualność wziął nogi za pas.

   - Na wszechmocny Wszechświat! - wrzasnął K-1 i złapał siostrę za rękę, próbując ją ratować. - Uciekaj K-2! Masz zwiniętą szczurkę pod nogami...

   - Luno* najukochańsza, ratuj! - krzyczała wniebogłosy K-2 i ze strachu wrosła w ziemię, nie dając się bratu ruszyć z miejsca.

---------------------------------------

* Luna - (mit.rzym.) bogini księżyca

---------------------------------------

    I stało się to, co się stać musiało. K-2, szczękając złotymi zębami, stała jak wryta na ogonie jaszczurki nie zdolna do jakiegokolwiek ruchu. Jaszczurka natomiast szarpała się z całych sił, by się wyrwać z tej uwięzi. No i rezultat był taki, że jaszczurka zwinka szybko uwinęła się z niebezpieczeństwem. Wyrwała się spod złotego buta K-2 i czmychnęła między kamienie, pozostawiając przerażonej dziewczynce swój ogon. Może na pamiątkę?

   - Luno, Luno... Luno najukochańsza! - rozwrzeszczała się ponownie K-2, wprowadzając wszystkich tym razem w osłupienie. Bo przecież jaszczurka już uciekła, a ta dalej wrzeszczy zamiast się uspokajać. K-2 ze skrajności przeszła w skrajność i zaczęła rozpaczać nad losem jaszczurki. Podniosła z ziemi jaszczurczy ogonek, i płacząc rzewnymi łzami, łkała: - Co ja narobiłam?! Jestem okropna! Jestem wstrętna! Jestem... jestem głupia! Biedna szczurka zawinięta! Co ja jej zrobiłam?! Pomóż mi Siemieszka, znajdźmy ją natychmiast i oddajmy jej ogon, proszę!

   - Luna?! Jaka Luna?! Co za Luna?! Melepeta! Tak, melepeta jesteś... i tyle! Ale wymyśliła?! - zarechotał głośno Gagatek. - Co chcesz teraz zrobić z tym ogonem? Przyspawasz go jaszczurce, tak jak sobie spódniczkę? Ale będzie widok! Cha, cha, cha...! Auuu... boli! Co mi robisz Śmieszka?

   - Jak ty zaraz nie przestaniesz, to stłukę cię na kwaśne jabłko! - krzyczała Śmieszka, biorąc ponownie zamach, aby wymierzyć Gagatkowi ściętaka. - Jak ci nie wstyd naigrywać się z czyichś uczuć. Jesteś wstrętny! Wstyd mi za ciebie!... Chwatko zrób z nim coś, bo ja nie mam już siły do niego... Nie martw się K-2, zaraz coś razem poradzimy...      

   - Nic nie musicie radzić - uspakajającym tonem powiedział Chwatko do dziewczynek i jednocześnie zatkał Gagatkowi ręką buzię, aby go znów coś nie podkusiło do jej otwarcia. - Naprawdę, kompletnie nic. Jaszczurki mają już takie ogony. Są kruche i łatwo odpadają. Ale to, co was powinno pocieszyć, to to, że ich utracone ogony od samości szybko im odrastają. Tak że możesz K-2 z tym ogonem zrobić co chcesz, bo jaszczurce jest on już i tak niepotrzebny.

   - Mówisz prawdę? Czy chcesz mnie tylko pocieszyć? - K-2 podskoczyła do Chwatka z nadzieją w swych wielkich dwóch parach oczu, ściskając w dłoni nieszczęsny ogonek zwinki. A widząc poważne spojrzenie Chwatka uwierzyła mu i się uspokoiła. - Dziękuję wam moi przyjaciele. Jesteście wspaniali... Gagatek też... A powiedz mi Gagatku, czy ty mnie choć trochę lubisz?

   - Yhmmm! - wydusił z siebie Gagatek przez zatkane ręką Chwatka usta. A gdy ten odetkał mu je wreszcie, ochoczo odpowiedział na pytanie K-2: - Ma się rozumieć, że ciebie nawet lubię, bo inaczej nie przygadywałbym ci po swojemu, tylko bym... nic nie mówił...

  - Tak, K-2, możesz być pewna, że tak by było. Nieustanne dogadywanie, to jest jego specyficzny sposób na okazanie komuś sympatii. - wtrąciła się Śmieszka, łagodniejąc już na twarzy. - I chociaż Gagatek ciągle mnie denerwuje swoim zachowaniem, a zwłaszcza... gadaniem, i często mi wstyd za niego, to jednak jednego jestem pewna, że on ma dobre serduszko. I tak naprawdę nikomu nie zrobiłby krzywdy. Tylko z niego już taki okropny... nicpoń.

   - No, no, tylko nie nicpoń! - zaprotestował Gagatek, robiąc przy tym głupie miny. - Wystarczy mi moje imię, bo i też bardziej mi się podoba... Jak chcesz K-2, to razem poszukamy tej bezogoniastej szczurki i jej oddamy resztę jej ciała. Niech ona ma z tym fantem problem, a nie ty. I niech ona sobie z nim zrobi co jej się żywnie podoba. Nie chcesz chyba tego kikuta nosić ze sobą? Fuj! Zaśmierdnie ci w ręce. A wtedy mnie nawet nie dotykaj!

   - Masz rację Gagatku! - K-2 chętnie przystała na tę propozycję i  poszła z Gagatkiem i Śmieszką szukać między kamieniami krótszej o ogon jaszczurki. A po drodze zastanawiała się czy dalej chciałaby te „ślicznotki" wziąć ze sobą na Księżyc. Nie była już tego taka pewna.


                                                            Łącznie 313 stron

 

 



komentarze (4) | zaloguj się, aby dodać komentarz

K-X ląduje (1 fragment + opis powieści)

wtorek, 25 sierpnia 2009 22:26


K-X ląduje (około 15 arkuszy wydawniczych - 313 stron), to powieść dla dzieci i młodzieży o niezwykle brawurowych i spektakularnych przygodach fantasy, w których spotykają się trzy światy: świat leśnych ludków, świat księżycowych ludków oraz świat ludzi. Akcja powieści zaczyna się od momentu przygotowań całej rodzinki Śmieszalskich do przybycia z Księżyca K-X wraz z jego trzypokoleniową rodziną. K-X po 30 latach nieobecności na Planecie Ziemia, znów wyląduje na niej swoim statkiem kosmicznym. Ale tym razem na Ziemię przybywa nie z misją naukową, lecz ze specjalną wizytą do dziadka Hardego Śmieszalskiego. Chce poznać jego nowych członków rodzinki i w drodze powrotnej na Księżyc zabrać z sobą jego dorosłego już syna - Chwata. Od chwili kiedy K-X szczęśliwie wyląduje na lądowisku Śmieszalskich, jego wnukom i wnukom dziadka Hardego, rozpocznie się jedna wielka przygoda. Wspaniały i niezwykły czas, pełen niesamowitych przeżyć i doświadczeń. Dzieci poruszają się wszędzie samopojazdem ziemskim, który specjalnie dla nich został skonstruowany na Księżycu. Przemierzają nim dalekie zakątki lasu, polany leśne i łąki. Zwiedzają niebezpieczną jaskinię. W tajemnicy przed dorosłymi jadą nawet do odległego Domu Dziecka. Chcą dziadkowi K-X zrobić niespodziankę i zdobyć tam białe lilie, o których on zawsze marzył i pragnął mieć w swoim ogrodzie botanicznym na Księżycu. W drodze dzieci przeżywają niezwykłe przygody. Wiele w nich też i dramatycznych chwil, ale dzieci w swej mądrości i zaradności, pokonują wszystkie dramaty. Pomagają nawet dzieciom z Domu Dziecka, pomimo tego, że - w odróżnieniu od nich - sami są maciupeńkiego wzrostu. Jak tego dokonują? Ano dokonują tego przede wszystkim dobrocią swoich serduszek. A że przy tym było też i trochę... księżycowej magii, i co niektórzy stali się wielcy, to i tak nikt o tym wiedzieć nie mógł.

Akcja mojej powieści oprawiona jest pięknymi opisami świata przyrody oraz świata zwierząt. W tle przewija się też opis Wszechświata i legendy o nim. Czytając ją, młody czytelnik zwróci uwagę nie tylko na fantastyczne przygody jej głównych bohaterów, z pewnością zwróci uwagę na ogromną przyjaźń między nimi panującą. Jak również na ich szlachetną chęć niesienia pomocy innym, dzięki której odnoszą korzyści nie tylko ci, którym oni pomagają, ale też i oni sami. W powieści mojej nie ma agresji i brutalności... Każde zło - dobro zwycięża. Jest w niej natomiast bardzo dużo zabawnych sytuacji, radości i humoru, nawet w dramatycznych scenach. Warto taki świat poznać... i co nieco dla siebie z niego uszczknąć.



**************************************************************************

 

K-X ląduje

Fragment, w którym poznajemy głównych

bohaterów powieści

(str.1-45)





   Gdzieś daleko, za wieloma miastami i wieloma wioskami, na olbrzymich połaciach ziemi, rósł przepiękny, gęsty las. A w jego zielonej gęstwinie, w przecudnym otoczeniu pojedynczych skał sterczących wysoko ku niebu, między którymi hulał wiatr, wygrywając magiczne melodie, żyło małe społeczeństwo leśnych ludków. Była to miła i radosna, a przede wszystkim bardzo szczęśliwa rodzina Śmieszalskich.

   Głową tej rodziny był papcio Chwat Śmieszalski, który wraz ze swą mądrą żoną Radosną i swoimi sędziwymi rodzicami oraz czworgiem dzieci, wiódł życie dostatnio i bez większych trosk, w miłej atmosferze kochającej się rodzinki. A otaczająca ich zewsząd przyroda, tworzyła dopełnienie ich szczęścia.

   Leśne ludki z wyglądu niczym się nie różniły od ludzi żyjących w miastach i wsiach, poza jednym szczegółem. Byli bardzo niskiego wzrostu. Szczytem ich wzrostu była jedna stopa. I tyle właśnie mierzył papcio Chwat i jego ojciec Hardy. A to sprawiało, że wśród leśnych ludków uchodzili za wysokich i postawnych mężczyzn.

   Ich niewysoki wzrost miał wiele zalet. Mogli być prawie niezauważalni. Jak tylko chcieli, albo zaszła taka potrzeba ze względów bezpieczeństwa, na ten przykład, to w mig potrafili się schować. A przy ich wzroście mieli bardzo dużo możliwości.

  Najwięcej i najczęściej ze swojego wzrostu korzystało wesołe rodzeństwo Śmieszalskich, co było nie bez znaczenia i dawało wiele radości zwłaszcza w różnego rodzaju zabawach. Wprawdzie najstarszy z rodzeństwa - czternastoletni Chwatko - rósł i rósł, i zanosiło się na to, że w przyszłości będzie bardzo wysokim mężczyzną. A z tego papcio Chwat i dziadek Hardy byli bardzo zadowoleni. Wychowywali go  przecież na następcę rodu Śmieszalskich. Rok od niego młodsza siostra Śmieszka, była dużo niższa, ale za to serduszko miała ogromne. Była bardzo miłą i wesołą dziewczynką, ale jednocześnie szczerą i wrażliwą na czyjąś krzywdę. Dla wszystkich miała czas i dobre słowo. Najmłodsi z rodzeństwa natomiast, dziewięcioletni bliźniacy: Gagat i Gabro, byli bardzo mali jak na swój wiek, ale za to - bardzo żywotni. Energia ich rozpierała. Wszędzie było ich pełno, czy ktoś sobie tego życzył, czy nie. Wyrastali nagle jak dwa grzyby po deszczu i głośno oznajmiali - wszem i wobec - swoją obecność. Rodzice i dziadkowie często musieli ich upominać, dlatego też dla potrzeb wychowawczych wymyślili wspólne imię dla obu bliźniaków naraz. Było to imię: „Gaga", powstałe z połączenia dwóch pierwszych liter imion chłopców. Tak było im o wiele łatwiej obu jednocześnie przywoływać do porządku. Mamcia Radosna nieraz załamywała ręce nad ich postępkami, ale miała nadzieję, że z wiekiem nieco się uspokoją i spoważnieją. Bliźniacy byli bardzo do siebie podobni z wyglądu, ale różnili się usposobieniem. Chociaż rozrabiali zawsze razem, to jednak Gagat wodził prym w ich rozróbach. Gabro natomiast choć aktywnie uczestniczył we wszystkich poczynaniach „Wesołej Dwói" (jak ich też czasami nazywała babcia Miła), wolał podporządkowywać się bratu. A że prześladował go pech, zawsze musiał się w coś wpakować. Niechcący - ma się rozumieć. Te cechy ich charakteru nie omieszkało wykorzystać ich starsze rodzeństwo. Dla jasności wszelakich sytuacji, w jakie pakowali bliźniacy siebie i ich przy okazji, nazwało ich bardziej pasującymi do ich osobowości imionami: - Gagatek i Gabcio. I tak już zostało. Bliźniacy mieli więc wiele imion i chociaż ich prawdziwe imiona miały zupełnie inne znaczenia, bardziej wzniosłe, to pomimo tego, nie przeszkadzało im być nazywanym zupełnie inaczej, wręcz ich to bawiło.    

   Rodzinka Śmieszalskich żyła sobie wśród strzelistych skał w olbrzymiej jaskini, wyżłobionej bardzo dawno temu przez podziemną rzekę. A rzeka ta musiała być wielką artystką, jak to mawiał dziadek Hardy, bo wyrzeźbiła jaskinię przecudnie. Utworzyła jak gdyby piękne pomieszczenia, aż proszące się, aby w nich zamieszkać. Urządzili więc sobie Śmieszalscy jaskinię niby wnętrze pałacu, w której mieli dziesięć komnat, dwie kuchnie i trzy łazienki. Wszystkie pomieszczenia były pięknie umeblowane rzeźbionymi meblami, zrobionymi własnoręcznie przez dziadka Hardego i papcia Chwata. Udekorowane były zaś haftowanymi jedwabiami i wełnianymi dywanami, tudzież wspaniałymi gobelinami, wykonanymi przez babcię Miłą i mamcię Radosną. Gdzieniegdzie można było również zobaczyć małe dziełka Śmieszki. Na przykład: szydełkowane kolorowe serweteczki pod doniczkami z kwiatami oraz wiele wyszywanych wesołych makatek.

   W jaskini mieszkało się rodzince Śmieszalskich - jak w bajce - cudownie i szczęśliwie. A wytryskujące spod skał wapiennych źródło, swoim melodyjnym szumem, akcentowało dodatkowo tę atmosferę bajecznej szczęśliwości. Magię źródła odczuwało się nie tylko wewnątrz jaskini. Źródło, przebijając się pod jej frontową ścianą na zewnątrz, utworzyło ludkom tam mieszkającym coś w rodzaju długiego korytarza, łączącego ich ze światem zewnętrznym. A tam już, wśród soczystej zieleni lasu, błękitu nieba, i igrających wesoło złocistych promieni słonecznych, szumiało jeszcze bajeczniej. Swoim poszumem współgrało w wielkiej, leśnej orkiestrze, w której podmuchy wiatru wygrywały cichutką muzyczkę na drgających liściach drzew, dodając coraz to głośniejsze akordy. A to wiaterek potrafił doskonale. Dmuchał mocno pomiędzy strzeliste skały, i te, odpowiadały mu przepięknymi dźwiękami, jak piszczałki w olbrzymich organach organiście po naciśnięciu przez niego klawiszy. Natura, jak profesjonalny dyrygent ze swoimi muzykami, potrafiła wyczarowywać niezapomnianą muzykę, a chóralny śpiew ptaków dopełniał jej dzieła. Echo leśne, zachłanne na różne dźwięki, miało też udział w tym muzykowaniu. Długo rozkoszowywało się muzyką, a potem niosło ją daleko, bardzo daleko po lesie. 

   Sielankową i spokojną atmosferę rodzinki Śmieszalskich, od paru dni, zakłócało podniecenie związane z przygotowaniami do odwiedzin ciotki Pogodnej (siostry papcia) i jej męża Dumka Poważalskiego wraz z dwoma ich synami: trzynastoletnim Gryziem i jedenastoletnim Nosolem.

   Odwiedziny siostry papcia Chwata i jej rodzinki nie miały tym razem charakteru zwykłych, gościnnych odwiedzin. Rodzina miała się spotkać po to, aby omówić i przygotować podróż papcia na Księżyc. Otóż gdzieś przed miesiącem, Księżycowi Pobratymcy (dziadek Hardy tak nazywał swoich przyjaciół z Księżyca) nawiązali kontakt z Chwatem i oznajmili, iż w połowie lata (czyli jutro) przybędą na Ziemię po nowe roślinki. Zabawią więc jakiś czas na ziemskiej planecie. Przy tej okazji, chcieliby poznać jego rodzinę i w drodze powrotnej, zabrać go ze sobą na Księżyc. Pragną ugościć go u siebie, jak również pochwalić się florą, jaką udało im się wyhodować z ziarenek i sadzonek podarowanych im przez dziadka Hardego, przy ostatniej ich wizycie na Planecie Ziemia. Chcieliby też zaopatrzyć papcia Chwata w księżycowe kamienie energetyczne i uzdrawiające, jakich nie ma na Ziemi. 

   Papcio Chwat tylko mgliście pamiętał Księżycowych Pobratymców. Był małym chłopcem, kiedy jego ojciec, Hardy Śmieszalski, gościł ich u siebie uroczyście. Siostra Pogodna natomiast w ogóle ich nie widziała, gdyż wtedy nie było jej jeszcze na świecie. Wszyscy byli więc bardzo podekscytowani wizytą Księżycowych Pobratymców, a już najbardziej dzieci.

   W jaskini, i poza nią, prace wrzały. Mamcia Radosna i babcia Miła w kuchni gotowały i piekły pyszności. A babcia Miła dobrze wiedziała komu jakie przysmaki przygotować. Pamiętała nawet, jak bardzo smakował Księżycowym Pobratymcom placek jabłkowy w jej wykonaniu. Znajomy Jeżyk przyniósł jej wczoraj dorodne jabłuszka, mogła więc z myślą o nich upiec dużą blachę tego ciasta. Spiżarnia była już cała zastawiona wszelkiego rodzaju jadłem i napitkiem, a obie kobiety ciągle jeszcze krzątały się w kuchni.

   Śmieszka i Chwatko zajęci byli sprzątaniem całego, jaskiniowego pałacu. Starszyzna męska zaś odpowiedzialna była za przygotowanie palenisk kuchennych i kominków w komnatach. Wieczory i noce w jaskini były chłodne, a że mieli zamiar ucztować ze swoimi gośćmi do późnych godzin nocnych, trzeba było zadbać o duże ilości drwa. Najstarsi z rodu Śmieszalskich doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że następna okazja spotkania przyjaciół nie nadarzy się szybko. Pragnęli więc, aby wszystko było jak najlepiej przygotowane. Rąbali więc drwa... i rąbali, aż echo znudzone monotonnym odgłosem rąbiącej siekiery... ziewało niemiłosiernie.

  Pod wieczór, kiedy już wszystko było zrobione i przygotowane do przyjazdu pierwszych gości, czyli ciotki Pogodnej z rodziną, papcio Chwat zrobił obchód po swojej posiadłości. Był zadowolony, wszystko grało. Już prawie zamierzał skierować się w stronę jaskini, gdy nagle zauważył, że na podwórku, nieopodal źródła i tuż obok placu, zwanym lądowiskiem, poniewierają się po ziemi jakieś paprochy. Aż podskoczył z wrażenia, tak go to rozeźliło.

   - Gaga! Gagaaa!!! - zakrzyczał tubalnym głosem. - Pędem do mnie, i to już! Zbiórka przy mostku!

   - O rety! Co się stało?! - Bliźniacy wyrośli jak spod ziemi i jednocześnie wykrzyczeli pytanie. - Papciu, a ty czemu tak wrzeszczysz? - dołożył jeszcze jedno pytanie Gagat.

   - Nie wiele mieliście pracy zadanej na dzień dzisiejszy... I co ja widzę? Wszędzie paprochy - grzmiał papcio jeszcze głośniej. - Zabierajcie się natychmiast do zamiatania. Za dwie godziny gołębie z Gołębich Linii Lotniczych wylądują z Poważalskimi na lądowisku. A wy, co? Jeszcze nie gotowi? Jazda po miotłę!

   - Ależ papciu, my przecież już zamiataliśmy, i to solidnie - odezwał się pierwszy Gabro.

   - To wiatr, jak by się wściekł, tak dmuchał i roznosił nam to, co wyzamiataliśmy. To nie nasza wina. My naszą robotę wykonaliśmy  - doinformował papcia Gagat.

   - Wy mi tu nie opowiadajcie farmazonów. Do zamiatania... i to już! - głosem nieznoszącym sprzeciwu zakończył rozmowę papcio Chwat, i kręcąc głową, udał się do jaskiniowego pałacu.

   Co było robić? Bliźniacy, poszturchując się, pomaszerowali do komórki po narzędzia pracy. A kiedy zamiatanie - z grubsza - było prawie zakończone, Gagat z uciechy zaczął z miotłą tańczyć walca. Tak nią siarczyście wywijał, że nie zwracał uwagi na brata. Gabro akurat chciał się schylić, aby pozbierać ostatnią kupkę śmieci, gdy nagle pociemniało mu w oczach i padł - jak ścięty - twarzą prosto w pełen śmieci liść babki lancetowatej, który służył mu jako szufelka.

  - Och, mamciu moja kochana! Gagat, aż ty gagatku, co żeś znów narobił?! - krzyczała Śmieszka, biegnąc w stronę leżącego bez ruchu Gabro.

  Śmieszka akurat trzepała z Chwatkiem chodnik z korytarza. Kiedy zauważyła, jak Gagat wywija miotłą, chciała zawołać by uważał na brata. Nie zdążyła. Gabro w sekundzie leżał na ziemi jak długi.

   - Co to było...? Co się stało? - Z obolałą miną i błędnym wzrokiem, Gabcio starał się wykonać dwie próby naraz: zadać pytanie i podźwignąć się z ziemi.

   - Cha, cha, cha! Gabro, jak ty wyglądasz?! Jak jednorożec... jak... jak jednorogi diabeł... z oczeretu! - pękał ze śmiechu Gagat.

   - Gagatku, jak ci nie wstyd, przecież on cierpi - zgromił młodszego brata Chwatko, który szybciej od Śmieszki dobiegł do braci.

   - Ojej, boli cię? Naprawdę? - Gagat spamiętał się i w mig doskoczył do brata. Urwał kawałek liścia babki lancetowatej, którego Gabro używał jako szufelki, i już chciał mu przyłożyć do wielkiego guza, jaki narósł mu równo na środku czoła.

   - A tyś już chyba oszalał z kretesem! - krzyknęła Śmieszka i odsunęła Gagatka od Gabcia, strzepując jednocześnie paprochy poprzyklejane do Gabciowej twarzy. - Zabieraj się z tym liściem, i to już!

   - No co ty... przecież babcia Miła mówi, że to najlepsze lekarstwo... a babcia chyba wie... - obruszył się Gagat.

   - Tak, babcia na pewno wie, ale to musi być czysty liść... i nie na guza, tylko na krwawiącą ranę - na szybko doinformowała Śmieszka brata. - Chwatko, bierz Gabcia na ręce i nieś go do kuchni. Trzeba mu przyłożyć zimną, metalową łyżkę, najlepiej, maczaną w źródle, ale nieś go tak, aby starszyzna nie widziała.

   Dzieci w te pędy pognały do drugiej kuchni, gdzie nikogo akurat nie było. Śmieszka i Chwatko z wielkim namaszczeniem zajęli się na w pół przytomnym ciągle Gabciem, pomagając mu dojść do siebie, i próbując zminimalizować rozmiary rosnącego guza. Gagatek zaś, przyglądając się zabiegom starszego rodzeństwa, miotał się jak oszalały ze strachu o kochanego (jakby nie było) braciszka, no i ze strachu o siebie.

   - Gabciu mój kochany... tylko nie umieraj, proszę cię, błagam, tylko nie umieraj, bo co ja zrobię bez ciebie? Mamciu moja kochana... Śmieszka... Chwatko... ratujcie! - rozpaczał  coraz przeraźliwiej, wznosząc przestraszony wzrok ku sklepieniu jaskini.

   - Uspokój się głupolu! - nakrzyczał na brata Chwatko. - Pomyśl wprzódy co robisz, zamiast później panikować.

    - Co tu się dzieje? - spytała babcia Miła, stając w wejściu do kuchni, i przyglądając się dzieciom. - Wesoła Dwója znów coś zmalowała?

   - Nie, nic nie zmalowała babciu - szybko odpowiedział Gabcio,  wyprzedzając rodzeństwo, i mierzwiąc jednocześnie grzywkę tak, aby przysłoniła mu czoło. - Poślizgnąłem się tylko i upadłem, ale nic mi nie jest.

   Gabcio kłamał jak z nut, chociaż tego nie lubił. W tym przypadku, czuł się jednak usprawiedliwiony, bo kochał brata i nie chciał, aby ten oberwał od papcia. A i sam czuł się trochę winny, bo też mógł trochę bardziej uważać i nie przesadzać później ze swoimi dolegliwościami. Ale tak mu było dobrze, widząc troskę w oczach rodzeństwa, iż specjalnie ździebko dłużej posymulował cierpiącego niżby wypadało. No, oprócz guza, bo ten był prawdziwy.

   - No dziatki moje, wszystko gotowe? - zapytała mamcia Radosna, wchodząc do kuchni, i podejrzliwie przyglądając się dzieciom. - Coś nie tak z Gabciem?

   - Wszystko tak, mamciu... oprócz guza - ze śmiechem odpowiedziała Śmieszka i puściła do niej oczko.

   - No, tym razem muszę się zadowolić taką odpowiedzią, bo czas nagli... Szybko przebierajcie się w świąteczne ubrania i za godzinę wychodzimy na lądowisko witać Poważalskich - zakomunikowała mamcia Radosna, ciągle testując swoje dzieci spojrzeniem.

   Po niespełna godzinie, wszyscy członkowie rodzinki Śmieszalskich stali już - jak jeden leśny ludek - na lądowisku i zaglądali ciekawie na niebo, wypatrując gołębi z Gołębich Linii Lotniczych z Poważalskimi na pokładzie. Atmosfera była podniosła i uroczysta. Każdy był więc z lekka podenerwowany. Czy aby wszystko gra? Spoglądali co chwilę po sobie, sprawdzając swój wygląd. A już najbardziej mamcia Radosna kontrolowała każdego z osobna i wszystkich naraz, biegając oczami to po niebie, to po rodzince. Wszyscy chcieli jak najlepiej wypaść w oczach gości, dlatego też ubrali się na tę okoliczność bardzo starannie i ładnie. Kobiety już o to zadbały.

  Mamcia Radosna specjalnie na cześć gości założyła na siebie własnoręcznie uszytą suknię z białego jedwabiu, długą aż do ziemi, lekko marszczoną od pasa w dół, z długimi rękawami i okrągłym, podwójnym kołnierzykiem. Suknia ta była przepięknie haftowana w pomarańczowe, małe kwiatuszki. Na szyi mamci pyszniły się trzy sznury korali, a na nogach, zgrabne buciki obciągnięte jedwabiem, w takim samym koralowym kolorze. Swoje długie, złociste jak promienie słoneczne włosy, upięła w fantazyjny koczek, wypuszczając na czoło kilka krótszych, kręconych kosmyków. Wyglądała prześlicznie. Papcio Chwat z dumą zerkał na swoją zgrabną i uroczą żonę.

   Babcia Miła miała na sobie również piękną, własnoręcznie uszytą  suknię z jedwabiu, tyle że w zielonym kolorze, w białe, haftowane kwiatuszki. Szyję przyozdobiła białym, tiulowym szalem, a swoje czarne, gęste włosy uplotła w warkocz, owijając nim dwa razy głowę, i upinając go w coś w rodzaju koszyczka. Na nogach nie miała bucików. Babcia uwielbiała chodzić na bosaka, bo uważała, iż bezpośredni kontakt z ziemią daje jej dużo zdrowia i energii. Wszyscy ją znali z tego i byli już przyzwyczajeni do takiego jej stylu bycia. Suknia babci była zresztą tak bardzo suto marszczona i długa, że i tak nikt by nie zauważył jej bosych stóp. A poza tym, babcia wyglądała naprawdę dostojnie i elegancko.

   Papcio Chwat i dziadek Hardy ubrani byli tak samo. W ciemnozielone spodnie z szerokimi nogawkami, brązowe kamaszki i białe, bawełniane koszule. Z tym, że papcio miał koszulę z kołnierzem, włożoną do spodni, a dziadek ze stójką, wyłożoną na spodnie, ze względu na swoje „świadectwo dobrobytu", jak nazywał swój dość pokaźny brzuszek. Swoje siwe, długie do ramion włosy, dziadek zaczesał staranniej niż zwykle, gładko do tyłu. Wąsy i długą do piersi brodę wyszczotkował dokładnie, powiększając tym samym objętość i tak już pokaźnego zarostu. Wyglądał bardzo poważnie, ale i też dobrodusznie. Papcio Chwat miał zaś czarne włosy, i jeszcze dłuższe. Związał je sobie w koński ogon, luźno opadający na plecy. Papcio nie przepadał za brodą, ale żeby podkreślić swoją męskość, nosił wąsy. A były one gęste i czarne jak smoła. I chociaż nigdy zbytnio nie przywiązywał wagi do ich wyglądu, to tym razem, jak gdyby nabrały kształtu, a ich końcówki nad kącikami ust podkręcone były lekko ku górze. Zapewne mamcia musiała już nad nimi popracować. No i papcio wyglądał jak chłop... na schwał. Mamcia Radosna też miała wiele powodów, aby być dumną ze swojego przystojnego i dobrego męża.

   Natomiast Śmieszka, najmłodsza przedstawicielka płci pięknej rodzinki Śmieszalskich, wyglądała wręcz bajecznie. Śmieszka założyła na siebie piękny strój, który był wspólnym dziełem trzech kobiet. Wprawdzie najważniejsze prace związane z wykrojem i szyciem wykonała mamcia i babcia, to jednak Śmieszka miała też swój duży udział, chociażby przy haftowaniu i wykańczaniu stroju. A ten jej wspaniały strój składał się z trzech części: z bufiastych spodni uszytych z mocno błyszczącego, zielonego jedwabiu, z krótkiej gęsto udrapowanej spódniczki z cieniutkiej, białej bawełny oraz z obcisłej bluzeczki z długimi rękawami i okrągłym dekoltem, uszytej również z zielonego jedwabiu, ale o parę tonów jaśniejszym odcieniu. Bluzeczkę tę Śmieszka sama wyhaftowała według starego babcinego wzoru, przedstawiającego czterolistne koniczynki, w trzech rzędach wokół dekoltu, i po jednym wzdłuż rękawów. Śmieszce udało się dopasować do haftu nici w takim samym prawie ciemnozielonym kolorze w jakim były jej spodnie. Dało to wspaniały efekt. Tym wspanialszy, że pomiędzy koniczynki, Śmieszka naszyła (już sama od siebie) białe, świecące perełki. W tym stroju, w białych pantofelkach na nóżkach, i z burzą złotych loków skręconych w spirale, które opadały luźno do połowy jej pleców, wyglądała zjawiskowo pięknie. A co najważniejsze, sama czuła się pięknie. 

   Chwatko zaś, jak to chłopcy w jego wieku, czuł się najlepiej w ubraniu wygodnym i niekrępującym ruchów. Dlatego też nie dał się mamci namówić na żadną jedwabną koszulę z żabotem. Ubrał się w swoje niecałkiem już wprawdzie nowe, ale świeżo wyprane szerokie spodnie z białej bawełny, i też z bawełny, tyle że cieńszej, zieloną, obcisłą bluzę, uwydatniającą jego coraz to bardziej nabrzmiałe muskuły. Bluza miała długie rękawy, ale Chwatko zakasał je powyżej łokci, co nie bardzo spodobało się mamci. Chwatkowi jednak udało się jej przetłumaczyć. A tłumaczenie miał proste. Mówił, że po kilkudniowej harówie w pałacu, tak mu żyły nad nadgarstkami nabrzmiały, że rękawy go cisną i pękają w szwach. Nie miał więc innego wyjścia, jak je zakasać. Na takie dictum, mamci nie pozostało nic innego, jak tylko machnąć ręką. Buty, owszem, Chwatko założył, nawet nowe, podobne do papciowych kamaszków, ale z zamiarem zdjęcia ich tak szybko, jak to będzie tylko możliwe, aby za przykładem babci Miłej, być w bezpośrednim kontakcie z ziemią. Swoje czarne, falujące i długie do ramion włosy, zmoczył w źródle i uczesał gładko nad czołem, a z tyłu, pozwolił im luźno opadać na ramiona. W efekcie końcowym, ten młody mężczyzna - przyszły następca rodu Śmieszalskich - wyglądał interesująco.

   Co się tyczy zaś bliźniaków, to trzeba przyznać, że nie wymagali dużo zabiegów z garderobą. No, może tylko z toaletą było trochę gorzej. Ale kiedy już byli czyści jak dwa aniołki, mamcia podała im do ubrania takie same krótkie do kolan czerwone spodenki i błękitne, luźne koszulki z krótkimi rękawkami oraz czerwononiebieskie półbuciki. Z uczesaniem ich jasnych, kędzierzawych czupryn było trochę problemów, bo Gabcio na siłę chciał ukryć swojego guza. Kombinowali we dwóch tak długo, aż w końcu im się udało. Mamcia dwa razy uczesała Gagatka, a Gabcio nieuczesany w ogóle, szybko założył na głowę swój niebieski, słomkowy kapelusik, i sprawa była załatwiona.

   Stała więc tak pięknie przyodziana rodzinka Śmieszalskich na lądowisku i z przyklejonymi uśmiechami na twarzach spoglądała to na  siebie, to na niebo. Tylko Gabcio niezbyt się uśmiechał. Był zajęty ciągłym poprawianiem kapelusika na głowie. Raz naciągał go na czoło, to znów podnosił wyżej, kiedy go za bardzo uwierał w siniejącego już pomału guza. Po chwili znów go naciągał na czoło, i znów podnosił wyżej. I tak wkoło. Gabcio usilnie się jednak starał, aby te kapelusikowe zabiegi wykonywać między jednym spojrzeniem mamci, a drugim. Mamcia Radosna miała jednak wprawne oko i już się zorientowała, że coś jest nie tak, tylko nie za bardzo jeszcze wiedziała co. Domyślała się tylko, że to na pewno ma związek z bliźniakami. Wreszcie ją olśniło.

   - Ejże, Gaga, o co tu właściwie chodzi? - niepewnie spytała, lustrując dokładniej synów. - Jeden z was, a myślę, że to chyba Gabcio, ma kapelusik na głowie, tylko nie wiem po co, a drugi nie ma, i też nie wiem dlaczego. Meldować mi tu zaraz, co to ma znaczyć!

   - Tak, to ja, Gabcio, i to ja mam kapelusik. A mam go po to, ażeby Gryzio i Nosolek nas nie mylili - poinformował mamcię Gabcio, na szybko wymyślonym meldunkiem i szeroko się uśmiechnął, gdyż wszyscy z rodzeństwa, jak na komendę, wyszczerzyli do niego zęby.

   - Lecą gołębie! - głośno zakomunikował papcio Chwat i ze zgorszeniem popatrzył na żonę i bliźniaków. - A wy już, cicho tam! Ma kapelusik, czy go nie ma? Co za różnica?... Komitet Powitalny! Baczność!!! Doooo... śpiewu!!!

   I cała rodzinka Śmieszalskich - jak jeden leśny ludek - zaczęła głośno i pięknie śpiewać:


Na powitanie wszyscy razem:

Hip, hip, hura!

Hip, hip, hura!

Hip, hip, hura!


Z całego serca, pełnym gazem:

Hip, hip, hura!

Hip, hip, hura!

  Hura! Hura! Huraaa!!! 

             


   - Spooocznij!!! Machamy chusteczkami! - rzucił komendę papcio Chwat.

   Rozentuzjazmowany Komitet Powitalny ochoczo przystąpił do machania białymi chusteczkami, ślicznie wyhaftowanymi przez Śmieszkę, specjalnie na tę okazję.

   Cztery gołębie z Gołębich Linii Lotniczych wylądowały w międzyczasie na lądowisku. A lądowały przepięknie, tak jakby w zwolnionym tempie, dostojnie i z gracją.

   Rodzinka Poważalskich z wielką gracją zeskoczyła na ziemię.  Wszyscy rzucili się sobie w ramiona. Uściskom i całusom nie było końca. Jeden przez drugiego przekrzykiwał się w pozdrowieniach i  powitaniach.

   - No to proszę wszystkich do domu! Na ciepłą strawę! - Papcio Chwat pierwszy odzyskał zmysł organizacyjny i zaczął wszystkich przekrzykiwać, przywołując obydwie rodzinki do porządku. - Po tak długiej podróży, na pewno jesteście bardzo głodni.

   - Masz rację Chwatko - powiedziała siostra Pogodna. - Tylko najpierw musimy się wykąpać. Kurzyło dzisiaj niemiłosiernie przy tym upale.

   - Do domu, marsz! - zakomenderował ze śmiechem papcio Chwat i głośno cmoknął siostrę w policzek. - A ja tymczasem, zaprowadzę gołębie do wodopoju i poczęstuję je ziarnami pszenicy. No i przygotuję im miejsce do odpoczynku.

   Po godzinie obie rodzinki siedziały już w salonie przy olbrzymim, owalnym stole. Oprócz kobiet. Wszystkie trzy kobiety rodziny gospodarzy, zajęte były ciągłym donoszeniem do stołu pachnących przysmaków. A jedyna kobieta rodzinki Poważalskich, rozwieszała jeszcze na podwórku wyprane ze wszystkich podróżne, szare kombinezony.

   Pogodna również była wielką pedantką i przywiązywała wiele wagi do swojego wyglądu i wyglądu swoich mężczyzn. Sama ubrała się w długą, czerwoną suknię z białym kołnierzykiem i białymi mankietami. Na nogi założyła czerwone pantofelki na dość wysokim  obcasie. A swoje bardzo gęste i czarne włosy, długie do ramion, rozpuściła i wpięła w nie piękną, czerwoną różę.

   Mąż jej, Dumek Poważalski, ubrany był w czarne spodnie i czerwoną koszulę ze stójką oraz czarną kamizelkę. Na nogach miał czarne kamaszki, ale też, na dość wysokim obcasie. Dumko był niewysokiego wzrostu, i co tu dużo ukrywać, miał na tym punkcie kompleksy. Dlatego też, będąc z wizytą u rodziny żony, zawsze zakładał takie buty. Chciał w ten sposób, choć trochę dorównać wzrostem męskiej części jej rodu. Włosy miał jasne i krótkie, na czubku głowy wysoko stojące.

   Natomiast ich najstarszy syn, Gryzio, jak zwykle ubrany był na czarno. Koszula, spodnie, buty - wszystko czarne. Nie znosił na sobie ubrań w innym kolorze. Uważał, że tacy chłopcy jak on, rzucają się innym w oczy już poprzez swoją niespożytą energię, nie muszą więc ubierać się w kolory, aby być zauważalnym. Wręcz przeciwnie. Czasami lepiej być w ogóle mało widocznym. Gryzio lubił niekiedy (choć bardzo rzadko), tylko kolorowe dodatki. I na tą okazję właśnie, założył na szyję czerwoną apaszkę. A swoje czarne, długie włosy uplótł w gruby warkocz i związał go czerwonoczarną gumką. Tak ubrany, wyglądał uroczo i męsko, chociaż rysy twarzy miał jeszcze chłopięce. Tatko Dumko zerkał na niego dumnie, gdyż zapowiadał się na przystojnego, a przede wszystkim wysokiego mężczyznę. Już był wyższy o pół głowy od niego. Gryzio telepatycznie wyczuwał zadowolenie ojca, i co rusz, szeroko się do niego uśmiechał. A uśmiech jego był przepiękny. Gryzio miał zdrowe, bardzo duże, i niesamowicie białe zęby. Jakimś dziwnym trafem, urodził się już z zębami.

   Co się zaś tyczy Nosola, młodszego syna Poważalskich, był on zupełną odwrotnością swojego starszego brata. Widząc go - na pierwszy rzut oka - każdy zrazu miarkował, że to bardzo cichy i spokojny chłopak. Nosolek też, jakby na odwyrtkę, uwielbiał biały kolor i zawsze życzył sobie ubioru w tym kolorze. Tak więc, ubrany był - naturalnie - cały na biało. No, prawie na biało, bo z okazji odświętnego spotkania z kuzynostwem, narzucił na siebie dodatki trochę w innym kolorze. Miał na sobie białe, obcisłe spodnie włożone do błękitnych kamaszków z długą cholewką, białą bluzę z długimi rękawami, również obcisłą, a na niej, krótką, błękitną kamizelkę. Na swoje jasne, kręcone włosy, długie do ramion, założył czapeczkę z daszkiem, też błękitną. Daszek tej czapeczki nieco zakrywał Nosolkowy - niczego sobie -  pokaźny nos, ale Nosolek na pewno nie założył tej czapeczki z takim zamiarem, bo bardzo lubił swój kinolek (jak nazywał swój nosek), i wiele mu zawdzięczał. I chociaż był on dużych rozmiarów, to jednak nie zakrywał jego miłego uśmiechu. Nosol mało mówił, ale zawsze się uśmiechał. I to co było jeszcze znamienne w jego przypadku, to to, że miał też zawsze takie rozmarzone spojrzenie. Czasami potrafił się całkowicie wyłączyć i być - tak jakby - nieobecnym. Podciągał tylko cichutko nosem, i tymi swoimi rozmarzonymi oczami, patrzył gdzieś przed siebie w dal, dodając jeszcze wyraz rozmarzenia do nieustającego uśmiechu.

   Tak, Nosol i Gryzio byli rodzonymi braćmi, a różnili się diametralnie. Jak głośny, ognisty piorun na niebie i bezgłośna, niebiańsko-kolorowa tęcza... Jak czerń i biel.

   Rodzice chłopców często się zastanawiali, jak to możliwe, ażeby byli aż tak inni. Pomimo jednak zupełnie różnego usposobienia, bracia przepadali za sobą. A każdy z osobna miał wiele zalet. Dlatego rodzice kochali ich takimi, jakimi są.

   Członkowie rodzinki Śmieszalskich i Poważalskich, już w komplecie, ze wszystkimi kobietami, ucztowali uroczyście i miło. I kiedy najedli się już do syta, zrobiło się bardzo wesoło, bo każdy opowiadał jakieś zabawne historyjki, jakie mu się przytrafiły od ostatniego rodzinnego spotkania. A było co opowiadać.

   - No, moje dziadki! - zawołał wesoło dziadek Hardy. - Jak już posililiście się jak trzeba, to przejdźmy do drugiego salonu i zasiądźmy przy kominku. Czas już, abym wam poopowiadał o naszych jutrzejszych gościach, o Księżycowych Pobratymcach.

   - Oj, dziaduniu Harduniu! - zaświergotała milutko Śmieszka. - Jesteś kochany.Tacy już jesteśmy niecierpliwi. A przylecą do nas też dzieci księżycowe?

   - No właśnie?! Opowiadaj... opowiadaj dziadku! - wyrwało się z młodych, chłopięcych gardeł niemal jednocześnie.

   Po chwili wszyscy już siedzieli przy kominku. Starsi zajęli miejsca na sofach, a dzieci u ich stóp, na podłodze, na mięciutkich poduszeczkach. Każdy trzymał w ręce szklaneczkę pysznego, babcinego kompotu malinowo-waniliowego i wyczekująco wpatrywał się w dziadka Hardego.

  - Na braterską krew Pobratymca! Dziadku, nie każ dłużej czekać i startuj z opowieścią! - zawołał głośno Gryzio, dodając szeroki, biały uśmiech. - Zamieniamy się w słuch.

   - No dobrze, już dobrze! Słowo obiecane musi być dotrzymane - rzekł dziadek i podniósł prawą rękę do góry na znak zgody, a lewą z wyciągniętym palcem wskazującym przyłożył do ust, aby uciszyć rozhukaną gromadkę, bo znów zrobił się rwetes wśród najmłodszych.

   - No, już cicho sza! Opowiem wam wszystko, co wiem. A wiem na pewno, że przybędzie do nas sześciu Księżycowych Pobratymców, w tym dwoje dzieci, chłopczyk i dziewczynka. Osobiście znam tylko najstarszego członka tej małej, księżycowej społeczności. A poznałem go bardzo dawno temu, wraz z trzema innymi jego towarzyszami, w tragicznej dla nich sytuacji. To bardzo długa historia, ale postaram się ją opowiedzieć wam w skrócie. Otóż, byłem wtedy sam w lesie z zamiarem nazbierania dużej ilości chrustu na uroczyste ognisko, które miałem zamiar urządzić za dwa dni, z okazji urodzin Miłej, waszej matki i babci. Jeszcze nie zdążyłem nic nazbierać, bo chciałem pierw porozkoszować się cudownym, wczesnoporannym zapachem wiosennego lasu, gdy nagle usłyszałem dziwne odgłosy. Tak jakbym słyszał stojącą na stacji lokomotywę parową. Zdziwiłem się bardzo. Bo skąd lokomotywa w lesie? Ale zaraz zobaczyłem pod wielką, rozłożystą sosną, jak coś połyskuje metalicznie. Odchyliłem gałęzie... i... wystraszyłem się nie na żarty. Pod drzewem stały cztery dziwne postacie w srebrnych kombinezonach, i tak samo jak ja, wystraszone. Patrzyliśmy na siebie bez ruchu jakąś chwilę, przerażeni, odgadując swe zamiary. Według mnie - wtedy - były to niesamowite istoty. Chociaż właściwie aż tak bardzo nie różniły się od nas ludków, tyle, że miały po sześć palców u każdej ręki, a ich kciuki były wygięte haczykowato na zewnątrz. Wzrostu, prawie mojego, tyle, że o głowę wyżsi... o drugą głowę. Mieli po dwie głowy i po dwie twarze...

   - Na kły dzika! Toż to, wypisz wymaluj, istne monstra! - wrzasnął przerażony Gryzio i popatrzył na strwożone również twarze pozostałych dzieci.

   - Cicho bądź! - nieco za głośno krzyknął tatko Dumko i zmiażdżył Gryzia spojrzeniem. Po czym przeleciał wzrokiem po twarzach dorosłych, i gdy stwierdził, że są spokojne, ba, nawet uśmiechnięte, już łagodniej dodał, próbując się nawet uśmiechnąć: - Nikt cię nie prosił o zabieranie głosu. Daj dziadkowi mówić.

   - No właśnie! A jutro się sami przekonacie, jakie to miłe istoty - z uśmiechem rzekł dziadek Hardy i przystąpił do kontynuowania opowieści: - Nie wiem, jak długo byśmy jeszcze tak stali i patrzyli po sobie, wyczekując pierwszej reakcji któregoś z nas, gdyby nie nagły potężny wybuch, który doleciał do nas, od strony Łysej Polany. Ja się wystraszyłem jeszcze bardziej, a oni zrobili tylko bardzo smutne miny - na wszystkich twarzach. A po chwili... po chwili odgłos głośnej eks- plozji ucichł, i zaległa nagła, przerażająca cisza. I wtedy, ten najstarszy, który do nas przybędzie wraz z rodziną, powiedział coś w ich języku. Był to bardzo dziwny język. Brzmiał, jak coś w rodzaju zgrzytu ocierających się o siebie zardzewiałych kół zębatych. Śmieszne, ale wtedy dźwięk jego mowy od razu skojarzył mi się z dźwiękiem wydawanym przez wysłużoną piłę tarczową naszego gajowego... A na koniec, on powiedział jeszcze coś, co zrozumiałem, tak jakby: „To już po nas". Może to zabrzmi teraz niesmacznie, ale wtedy, to mnie bardzo ucieszyło, bo zrozumiałem jego słowa. Powiedziałem im zrazu, że nie wiem kim są, skąd przybywają, i jakie mają zamiary, ale postaram się im pomóc we wszystkim, cokolwiek by to nie było. Wszyscy popatrzyli na mnie z wielką nadzieją w swych dwóch parach oczu, ogromnych i czarnych jak cztery węgliki. Zdziwiłem się. Czyżby mnie zrozumieli? Wyglądało na to, że tak, bo nagle dwóch z nich chwyciło mnie jakoś tak dziwnie swoimi haczykowatymi kciukami za ręce i pociągnęło w stronę polany. Tam oczom moim ukazał się nieziemski widok. Na trawie leżał jakiś dziwny, duży pojazd, buchający czerwoną parą. Wyglądał jak gigantyczne cygaro, tyle, że z obu stron dymiące. I wtedy znów ten sam osobnik powiedział do mnie w naszym języku, ale już wyraźniej, bez tego piłującego w uszach zgrzytu, że przybyli z Księżyca, i że odwiedzają naszą planetę dość często, ale pierwszy raz mają awarię pojazdu kosmicznego. Doszło do zatarcia się podzespołów systemu chłodzenia i w konsekwencji do przegrzania obudowy zbiorników paliwa kosmicznego. Musieli ratować się awaryjnym lądowaniem i ucieczką z pojazdu. W każdej chwili mogło dojść do wybuchu paliwa. I doszło. Co było słychać. Ale szczęściem w nieszczęściu, eksplodował na razie tylko zapasowy zbiornik. Jeżeli nie uda im się szybko, jakimś sposobem ochłodzić pojazdu, to nie będą mieli żadnych szans wrócić at home*. Jak to dobrze, że opodal Łysej Polany płynie nasz potok. Odwiązałem szybko grubą linę, którą miałem na  plecach... I patrzcie, jaki przypadek! Tą linę wziąłem z komórki tylko dlatego, że nie mogłem znaleźć normalnego sznura na chrust. Dnia poprzedniego, mój kochany synek Chwat zabawiał się nim i nie położył go na miejsce, chociaż tego od niego wymagałem. Śmieszne, ale pierwszy raz w życiu byłem zadowolony, że mój syn czasami był nieposłuszny, ba, byłem mu nawet za to wdzięczny...

   - Hej, ojcze! Nigdy mi o tym nie wspominałeś - zawołał wesoło papcio Chwat. - To się porobiło, no no... No ale opowiadaj, opowiadaj dalej.

   - Bo wtedy, byłoby to niepedagogiczne. A potem zapomniałem... Ale słuchajcie dalej. Przywiązałem tę „zbawienną" linę do wystającego spod tego pojazdu zaczepu, i chociaż poparzyłem sobie przy tym ręce okrutnie, nie czułem w ogóle bólu. Zacząłem ciągnąć to olbrzymie cygaro jak oszalały. Czułem w sobie jakąś dziwną, potężną moc. A oni? Oni tylko na mnie patrzyli, kręcąc obydwiema głowami ze zdumienia. Zacząłem krzyczeć: - „razem!" i pokazywać jak to się robi. Wtedy dopiero zrozumieli, i ze zgrzytającym okrzykiem na wszystkich ustach: - „rrrrr-aaazeemrrrrr-azemrrrrr...", złapali za linę i... pojazd ruszył gładko w kierunku potoku. Nie mogłem się nadziwić, skąd oni mają tyle siły. Żaden tur nie powstydziłby się takiej krepy. A że szczęśliwym trafem działo się to wczesnym rankiem, i trawa była jeszcze zroszona, pojazd ślizgał się po mokrej polanie jak po maśle. W mgnieniu oka wciągnęliśmy ich środek lokomocji do potoku. Zadudniło. Zaskwierczało. Zasyczało. I z głośnym sykiem, spod pojazdu buchnęły ogromne kłęby pary, tym razem białej. Po chwili wszystkie odgłosy ucichły i... pojazd był uratowany. No, na tyle, że nie spłonął z kretesem. „I co dalej?" - spytałem tego mówiącego naszym językiem, i wyglądającego na dowódcę tej nieszczęsnej załogi kosmicznej. Ale on mi nie odpowiedział. Kosmici bez słowa wpatrywali się w siebie, o mnie zapominając. I ni stąd, ni zowąd, zaczęli się głośno śmiać. Co dopiero później zrozumiałem, że to był ich

-----------------------------------

* at home - do domu (ang.)

------------------------------------

śmiech. Takie zgrzytające: „rrra-rrra-rrra-rrra..." I co było dziwne, śmiali się tylko dolnymi twarzami. Górna wyrażała powagę. No, może i... zdumienie. Potem z radości zaczęli padać na ziemię... i momentalnie się podnosić, i to na sztywnych  nogach. Znów  padać, i  znów się  podnosić... i tak wiele razy. Podobnie jak stara zabawka Śmieszki - „wańka-stańka". Bardzo zabawnie to wyglądało. Sam zacząłem się śmiać, ale po naszemu, ma się rozumieć. Na dźwięk mojego śmiechu, oni momentalnie zaprzestali tej „gimnastyki" i spoważnieli. Poczułem się aż niezręcznie. Ale gdy stwierdziłem, że oni nie zwracają na mnie uwagi, też spoważniałem, i dalej im się przyglądałem. Kosmici chwycili się tymi swoimi haczykowatymi kciukami, i nagle, coś skwiercząc, zaiskrzyło między nimi. Dosłownie: zaiskrzyło. Wyraźnie było widać przelatujące złocisto-niebieskie iskry pomiędzy ich górnymi głowami. Przeleciała mi wtedy taka myśl po mojej pojedynczej głowie, że te ich kciuki, służą im chyba też do doładowywania się jakąś potężną energią. Bo skąd u mnie się wzięła aż tak nieziemska siła, kiedy ciągnąłem ich pojazd? Przecież dwóch z nich trzymało mnie wcześniej za ręce. Popatrzyłem wtedy na swoje ręce, aby sprawdzić, czy coś jeszcze z tej mocy czuję... i oniemiałem z przerażenia. Moje ręce były poparzone aż do kości. Nie czułem jednak żadnego bólu. I to mnie chyba jeszcze bardziej przeraziło. Gdy tak stałem strwożony, wpatrując się w swoje ręce, podszedł do mnie ten „dowódca" i wyciągnął zza pazuchy jakiś kamień i przytknął go, raz do mojej jednej ręki, raz do drugiej. Jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem, że poparzenie zniknęło zupełnie. Nie mogłem oderwać oczu od moich rąk. On wtedy powiedział: „Pytałeś mnie: I co dalej? To ja ci odpowiadam", i znów sięgnął za pazuchę i wyciągnął jakieś dwa metalowe, małe przedmioty. Nie za bardzo rozumiałem o co mu chodzi, ale domyślałem się, że one muszą być niezmiernie ważne. Nacisnął jeden z nich... i z cichym szelestem otworzyły się drzwi pojazdu, których wcześniej nie było w ogóle widać. Po chwili na całej długości pojazdu rozbłysnęły setki różnokolorowych, pulsujących światełek. To był przepiękny widok. A za moment, uszu moich dobiegł cichutki dźwięk, tak jakby cymbałków. Każde światełko oprócz refleksów świetlnych, wygrywało przepiękną muzykę. Czułem się jak w bajce - zaczarowany. I nagle, w rytm tej niebiańskiej muzyki, pojazd bezdźwięcznie zaczął się podnosić w górę, po czym zawisł w powietrzu, ponad naszymi głowami. Dowódca pokazał mi wtedy ten drugi przedmiot i powiedział, że jest to zapasowa część do podzespołów systemu chłodzenia, które uległy zatarciu i spowodowały awarię. Mowił, że z wymianą jej nie będzie jednak kłopotu, ale z naprawieniem skutków awarii, będzie gorzej. I pokazał mi szczeliny jakie powstały po eksplozji zapasowego zbiornika paliwa kosmicznego. Wszystkie księżycowe istoty wpatrywały się w te pęknięcia na obudowie pojazu i kręciły ze zmartwienia głowami, podwójnymi głowami. Wtedy ja wpadłem na pomysł, że może tu pomóc żywica, która uszczelni dokładnie wszystko. Powiedziałem o tym dowódcy, i on znów nacisnął ten pierwszy przedmiot metalowy. Oczom naszym (a moim bardzo zdziwionym), ukazał się duży ekran, który wyświetlił się na tle pojazdu, a na nim opis właściwości żywicy, i to w naszym języku. Po odczytaniu tego, co było napisane, dowódca zgodził się ze mną i zapytał tylko: „Skąd to wziąć?" Wiedziałem dobrze - skąd. Ale potrzebowałem na to czasu. Zaproponowałem więc mu, aby ukryć należycie pojazd przed ewentualnymi wścibskimi i udać się do mojego domu. Że u mnie będą mogli odpocząć i posilić się, a ja za ten czas nazbieram żywicy z leśnych drzew. Ochoczo przystali na moją propozycję i uśmiechali się przy tym szeroko, pokazując swoje duże, srebrne zęby. Uśmiechała się naturalnie tylko dolna twarz. Górna zachowywała powagę. Przykryliśmy więc pojazd gałęziami i pomaszerowaliśmy w stronę naszej jaskini. Moi księżycowi goście maszerowali niezwykle rześko, zamaszyście i... dziwnie. Tak, znów po raz któryś muszę użyć tego słowa: „dziwnie". Bo oni, moi drodzy, maszerowali parę centymetrów nad ziemią, nie dotykając stopami podłoża. Kiedy dotarliśmy już do jaskini, poprosiłem moich gości, aby chwileczkę poczekali na zewnątrz. Musiałem przecież Miłą i Chwata jakoś przygotować na tak niezwykłych gości, aby się zbytnio nie wystraszyli na ich widok. Ale nie chcieli poczekać. Wparowali za mną do środka i...

   - Ani mi nie przypominaj. Myślałam, że umrę ze strachu - przerwała dziadkowi babcia Miła. - I gdyby nie ten twój, wtedy, szeroki uśmiech, to by tak było.

   - A ja myślałem, że ty prowadzisz przebierańców na mamy uroczystości urodzinowe - powiedział papcio Chwat i zarechotał rubasznie. - I pamiętam, że zaraz jednego chwyciłem za rękę. Chciałem się z nim bawić...

   - No właśnie! I gorzko tego pożałowałeś, bo on nie odgadł twoich intencji, no i „poczęstował" cię jakimiś promieniami. Dokładnie było widać snop świetlistych, czerwonych promieni, przelatujący z jego ręki do twojej. Przez chwilę stałeś jak wryty, bez ruchu i bez świadomości. Wtedy ja się wystraszyłem i popatrzyłem błagalnie na dowódcę. Ten momentalnie zrugał swojego towarzysza, i to w naszym języku. No, ale potem to już było miło, serdecznie i wesoło. Nasi goście ucztowali całą parą. Zjedli doszczętnie wszystko, co Miła zdążyła już wtedy przygotować na swoje urodziny. A już najbardziej smakowł im placek z jabłek. Pałaszowali go, głośno mlaskając ustami dolnej twarzy, i komicznie cmokając ustami górnej twarzy. To był pierwszy taki moment, w którym zauważyłem jakąś wyraźniejszą reakcję ich górnej twarzy. Chociaż jej oczy, dalej wyrażały tylko powagę. Kiedy zjedli już wszystko, co Miła podała, rozmawialiśmy dużo. Okazało się, że nie tylko dowódca mówi naszym językiem, ale pozostali jego towarzysze również. No, może nie tak wyraźnie jak on, bo więcej w ich mowie było zgrzytania, ale dobrze się wsłuchując, można było ich zrozumieć. Chwalili się, że znają też inne języki ziemskie, bo od setek lat odwiedzają naszą planetę, i chcą nasz świat rozumieć. W trakcie pobytu na naszej Ziemi, przeprowadzają naukowe badania skorupy ziemskiej, a zwłaszcza ziemskiej roślinności. Latają też na inne planety, ale rzadziej. Bo po pierwsze, że są to zbyt duże odległości, a po drugie, i to jest najistotniejsze, że Ziemia, ze wszystkich planet we Wszechświecie, podoba im się najbardziej. Wręcz są w niej zakochani. Opowiadali więc o urokach naszej Ziemi, o pięknych morzach i oceanach, górach i dolinach, rzekach i jeziorach, pustyniach i puszczach. A przede wszystkim o ziemskiej florze. To właśnie nasza roślinność  wzbudzała w nich najwięcej emocji. Byli tak rozentuzjazmowani własnymi opowieściami, że aż się im widocznie podwyższyła temperatura ciała. Stwierdzili wtedy, wycierając srebrzysty pot z podwójnych czół, że takie uczucie ciepła, to dla nich nowość... i zdjęli z głów swoje obcisłe, srebrne kaptury. Ku naszemu zdumieniu, oczom naszym ukazał się niesamowity obrazek. Oni mieli długie, gęste i... co znów bardzo dziwne - zielone włosy, które wyrastały im na górnej głowie, opadały na dolną, i sięgały aż do ramion. Górna głowa miała bardzo krótką szyję, wyłaniającą się wprost z dolnej, czego wcześniej nie zauważyłem. Natomiast ich obydwie twarze, na tle zielonych włosów, stały się tak jakby jeszcze bledsze. Prawie białe jak śnieg. Ale czasami, jak zauważyłem, gdy opowiadali o czymś, co ich jeszcze bardziej wewnętrznie pobudzało i ich emocje sięgały zenitu, na ich białych twarzach  ukazywał się lekki rumieniec. No, może bardziej wpadający w fiolet niż w róż, ale na pewno był to rumieniec. Zaś włosy swe z kolei, odruchowo raz po raz, odgarniali za ucho dolnej głowy. Byli niesamowici, ale na swój sposób, wspaniali. A i ich opowieści były wspaniałe.  Potrafili opowiadać jak mało kto - interesująco. A zresztą... nie ma co tu dużo ukrywać, że bardzo miło się słucha dobrych słów na temat tego, co nasze. A oni właśnie tyle dobrego opowiadali o naszej kochanej Ziemi. Byli naszym światem zafascynowani. Było to widać i czuć. Jedyne czego żałowali i do czego się przyznali, to to, że nie poznali jeszcze świata zwierząt, no i... ludzi. Wpatrywałem się w nich i wsłuchiwałem z wielkim zainteresowaniem. Miła nie inaczej. Nawet Chwat siedział jak skamieniały (co do niego było niepodobne) i wpatrywał się z rozdziawioną buzią w naszych gości, sprawiając wrażenie, jakby cały zamienił się w słuch...

   - A widzisz ojcze, ja prawie nic z tego nie pamiętam. Coś tam, mało co, i to tylko tak jakby przez mgłę - z zadumą w głosie powiedział papcio Chwat. - Wiem, że wtedy byłem jeszcze małym wyrostkiem, ale nie na tyle małym, aby tak prawie nic... chyba, że to te promienie jeszcze tak działały?

   - Całkiem możliwe, synu. Sami się wtedy przyznali, że nic o nas nie wiedzą. Więc może niechcąco dostałeś nieodpowiednią dawkę promieni.

   - Biedny papcio! - z głębokim współczuciem powiedziała Śmieszka i popatrzyła na miny swoich braci, które również wyrażały współczucie.

   - Ale tak czy inaczej, mamy bardzo sympatyczne wspomnienia z ich pobytu. No, przepraszam, Chwat może mniej. Ale że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło... Oni ten błąd zapamiętali, i chcąc Chwatowi to wynagrodzić, już go wtedy zaprosili na przyszłość do siebie. No i jak widać: słowa dotrzymują. To było też czuć i widać, że bardzo chcieli się z nami zaprzyjaźnić. Sami siebie wówczas nazwali:  „Księżycowymi Pobratymcami wszystkich dobrych ludzi na Ziemi". To było naprawdę miłe. Obiecali utrzymywać z nami kontakt, i tak było, i jest. Wysyłali do nas różne wiadomości o sobie, o swoich rodzinach, o życiu na Księżycu, no i o swoich interesujących podróżach kosmicznych po Wszechświecie. Bo musicie wiedzieć, że oni w tym czasie, od ostatniego pobytu na naszej Ziemi, wykonali wiele planowych lotów międzyplanetarnych. Raz nawet, może około dziesięciu lat temu, otrzymaliśmy od nich wiadomość z Jowisza. Wprawdzie tekst był niezbyt wyraźny, ale nazwę planety można było odczytać całkiem dobrze. Tak więc, co jakiś czas, czasami co parę  miesięcy, czasami co parę lat, dawali nam znać o sobie i o swoich planowanych lotach na przyszłość. I tego lata właśnie, mają planowany lot na naszą planetę. O czym nas powiadomili przed miesiącem...

   - Oj, dziadziuniu kochany, a opowiedz, jak oni nawiązują z wami kontakt? - poprosił Nosolek, słuchając z wielkim zainteresowaniem, a jego rozmarzone oczy stały się jeszcze większe.

   - Nie, nie, to my...! - z wielkim podnieceniem krzyknęli razem bliźniacy, po czym Gagatek szturchnął łokciem Gabcia, nakazując mu tym samym milczenie, a sam zwrócił się do dziadka Hardego: - Dziadku, pozwól mi opowiedzieć, bo przecież wszystko widzieliśmy i wiemy jak to wygląda...

   - No oczywiście, ale daj zacząć Gabciowi, a potem ty dalej będziesz opowiadał - ze śmiechem rzekł dziadek i puścił oczko do mamci Radosnej.

   - No bo wiecie... - Gabcio ochoczo przystąpił do opowiadania: - Wtedy to była Noc Świętojańska i rodzice pozwolili nam pierwszy raz w naszym życiu wziąć udział w poszukiwaniu kwiatu paproci. A to dla mnie i Gagata było bardzo ważne, bo babcia Miła mówiła nam kiedyś, że ten chłopak, który znajdzie taki kwiat będzie w przyszłości bogaty i pozyska dar przepowiadania przyszłości. Będzie umiał leczyć ludzi i zwierzęta, a i uzyska też zdolności stawania się niewidzialnym... Ale my tam bogaci nie chcemy być... nam tylko chodziło o te inne rzeczy... no wiecie... a przede wszystkim przydałoby się nam umieć być niewidzialnym... Była już noc, za trzy kwadranse północ, kiedy wyszliśmy wszyscy z jaskini, ale że to była pełnia Księżyca, było dość jasno i nie tak strasznie, i wtedy...

  - Nagle usłyszeliśmy dziwny dźwięk - wpadł bratu w słowo zniecierpliwiony Gagatek. - Iii...

   - Ależ Gagatku, daj Gabciowi chociaż dokończyć zdanie i postawić kropkę - pouczyła syna mamcia Radosna, kryjąc przy tym grymas uśmiechu.

   - Aha, no dobra. Gabciu postawiłeś już kropkę, co? Tak?... No... i wszyscy zatrzymaliśmy się momentalnie. - Gagat szybko przystąpił do kontynuowania przerwanego mu zdania, czym wywołał nagły atak śmiechu u swoich słuchaczy. Ale niezrażony tym w ogóle, odczekał tylko małą chwilkę aż się trochę uciszyli, ciągnął dalej: - Ten dźwięk można by było porównać do brzęczenia pszczoły. Brzęczało i brzęczało. Aż tu nagle, na jaskini rozbłysnął żółty kwadrat i na nim czarnymi literami coś się pisało, co papcio Chwat odczytywał nam głośno. A to było o tym, że oni przylecą do nas, a papcio poleci na Księżyc...

   - No właśnie, myślę, że Gaga dokładnie opisali Nosolkowi i pozostałym Poważalskim jak Księżycowi Pobratymcy nawiązują z nami kontakt - włączył się już dziadek Hardy, ubawiony opowieścią bliźniaków. - Tak to wygląda, a odbywa się to zawsze przy pełni Księżyca. Tym razem nasi przyjaciele trafili dodatkowo na Kupalnockę*, jak wspominał Gabcio. Tą wiadomością sprawili nam naprawdę wielką przyjemność i jeszcze bardziej umilili nam nasze - tamtejszego dnia - zabawy sobótkowe. No ale wróćmy jeszcze na chwilę do ich ówczesnego pobytu na Ziemi i w naszych progach. Otóż, okazało się, że oni w ogóle nie śpią. Miła przygotowała im posłanie w komnacie dla gości, a ja pokazałem im gdzie mogą się odświeżyć. Patrzyli na nas ze zdziwionymi minami na wszystkich twarzach i nie mogli pojąć, co my od nich chcemy. Wyszło na to, że my też nie spaliśmy tamtej nocy. No bo jak zostawić gości...? Nawet Chwatowi nie kazaliśmy iść spać, gdyż po takiej dawce promieniowania jaką otrzymał, woleliśmy mieć go na oku. Siedział więc nieborak przy stole jakiś taki przymulony, trzymając w rękach swoją ociężałą głowę, i co chwilę klipał sennymi powiekami... Więc skoro nikt nie spał, bo co niektórzy spać nie chcieli, poszliśmy wszyscy razem po żywicę do lasu. A że było już ciemno, wziąłem ze sobą świetlikową latarenkę, aby trafić do tych drzew, na których moim zwyczajem miałem porozwieszane zbiorniczki na żywicę. Wtedy to, nasi nowi przyjaciele zaskoczyli nas ponownie. Bo nagle zrobiła się taka jasność, że aż na chwilę zdębiałem. Po czym odstawiłem swoje skromne źródło światła, no i poprowadziłem ich do drzew żywicznych - w zupełnej jasności. Możecie sobie wyobrazić? Oni wyglądali jak chodzące żarówki. Całe kaptury im jaskrawo świeciły, 

-----------------------------------------------------------------------------------------------

* Kupalnocka - to inna, słowiańska nazwa Nocy Świętojańskiej z 21

                             na  22 czerwca,  w której  następuje letnie przesilenie

                             słońca, i odbywają się związane z nim obrzędy oraz

                             zabawy sobótkowe

------------------------------------------------------------------------------------------------

dookoła głów. A cztery takie kaptury razem, wiecie iledawały światła? Nieprawdopodobna i niesamowita wręcz jasność... i jeszcze bym dodał: nieziemska jasność... No dobrze, opowiadam dalej. Kiedy już dotarliśmy do żywicodajnych drzew, ucieszyłem się bardzo, bo na szczęście w zbiorniczkach było wyjątkowo dużo żywicy. Zacząłem się uwijać razem Miłą i Chwatem i zbierać to uszczelniające cudo natury do wiaderka, które przezornie wziąłem ze sobą. Nasi goście w tym czasie zajęli się rozmową i „zgrzytali" coś tam między sobą po swojemu. Jak już wiaderko było pełne, podszedłem do nich i pokazałem nasze zbiory. Cieszyli się jak dzieci, skacząc w powietrzu bez dotykania ziemi stopami. Chwat był wniebowzięty na widok ich umiejętności. Sam nawet spróbował raz tak skoczyć... i wyrżnął jak długi na twardą ziemię...

   - Ooo, zaraz, zaraz, już sobie coś przypominam - rzekł uradowany papcio Chwat. - To było związane z moim guzem. Z kosmicznym... chyba... guzem. Czy jakoś tak... W każdym bądź razie, coś w tym rodzaju.

   - Masz rację synu! - śmiejąc się powiedział dziadek Hardy. - To był kosmiczny guz. Tak nazwała go twoja mamcia Miła, kiedy ty leżałeś wyciągnięty na wystających z ziemi korzeniach drzew i brałeś głęboki oddech, aby rozryczeć się wniebogłosy. Powiedziała ci też, że ten guz, to będzie pamiątka po gościach z kosmosu. Ale zaraz doskoczył do ciebie jeden z Pobratymców i dotknął twoje czoło jakimś kamieniem. Przestało cię boleć i guz zniknął. Wtedy ty się zbuntowałeś. Chciałeś z powrotem mieć tego guza... nawet z bólem. Podszedł znów ten sam Księżycowy Pobratymiec, i przeraźliwie zgrzytając ze śmiechu, przyłożył do twojego czoła tym razem tylko swój palec wskazujący i... guz pojawił się z powrotem, tyle, że ładniejszy, bo kolorowy. Różowo-fioletowo-zielony. Byłeś bardzo zadowolony. No i potem... mogliśmy się zająć już żywicą. Tłumaczyłem im, że musimy się wrócić do domu, aby rozgrzać wiaderko z zawartością, celem rozmiękczenia żywicy, bo z twardą nic nie zdziałamy. Na to ich dowódca  powiedział, że to zbyteczne. Że oni muszą at home, i to niezwłocznie. Wziął ode mnie wiaderko i powiesił go na swoim haczykowatym kciuku. W wiaderku coś zaskwierczało, zabulgotało... i w powietrzu rozniósł się intensywny zapach rozgrzanej żywicy. Wtedy on z szerokim uśmiechem na dolnej twarzy spytał: „A co to takiego, to trudne słowo: rozmiękczenia?" I nie czekając na moją odpowiedź, powiedział: „Konsystencja stała, nie musi być stała. Zmienić ją w płynną, to żadna chwała... Czy jakoś tak podobnie. Czytałem o tym w naszej księżycowej bibliotece, w Leksykonie Ziemskiej Fizyki, wydanym w języku... w tym... no wiesz, w tym, co go najwięcej na waszej planecie... ach, już wiem, amerykańskim... Czy angielskim? Sam już nie jestem pewien. Bo może po awarii naszego statku kosmicznego moje receptory przetwarzania języków ziemskich nie działają prawidłowo." I wiecie, co on potem zrobił? Nie uwierzycie. Krzyknął głośno: „Kocham cię" i... cmoknął mnie w rękę dolnymi ustami, i spytał: „Tak to się u was robi?" I jak zwykle, nie czekał na odpowiedź, tylko pobiegł z wiaderkiem w stronę Łysej Polany, a za nim jego towarzysze. A ja zaskoczony i kompletnie skołowany stałem jakiś czas z rozdziawioną buzią i tylko patrzyłem za nimi, nie mogąc zrobić ani jednego kroku. No ale do porządku szybko przywołała mnie Miła, swoim głośnym śmiechem. Ta moja wspaniała żona, a wasza matka i babcia, aż pękała ze śmiechu. Tak ją ta sytuacja ubawiła...    

   - Bo gdybyś wtedy mógł zobaczyć swoją minę, też byś się śmiał do rozpuku - przerwała dziadkowi babcia Miła, dławiąc ponowny atak śmiechu. - Tak głupio zdziwionej miny, nie widziałam u ciebie nigdy.

   - Zazdroszczę ci mamciu, że ty to pamiętasz - powiedział wesolutko papcio Chwat i zwrócił się do ojca: - Musiałeś papciu, delikatnie mówiąc, fajnie wyglądać.

   - No, no...! Cicho już tam! - nakazał dziadek Hardy rozbawionym głosem i popatrzył na podłogę, na siedzących tam wnuków. - A wy, trzpioty, co tak rechoczecie?... Wiecie, gdyby można było personifikować uczucia... to tamtego długiego dnia, byłbym: „chodzącym zdziwieniem"... Ale, że mnie Miła w porę spamiętała, machnąłem tylko ręką na wszystkie dziwy tego świata, i nie tylko tego... chwyciłem Miłą i Chwata za ręce, i pognaliśmy za naszymi gośćmi jak szaleni. Bo żeby chodzić przy nich, jak widzicie, nie było mowy. Gdy ich wreszcie dopadliśmy, oni uwijali się już jak w ukropie wokół swojego statku kosmicznego. Powiedziałem im wtedy, że wcale nie muszą się tak śpieszyć, że ja im pomogę, i że spokojniej będzie wszystko nazajutrz naprawić. I już prawie miałem powiedzieć: „o świcie, kiedy już będzie jasno", ale na szczęście w porę się powstrzymałem, bo wygłupiłbym się okrutnie, mówiąc to w zupełnej jasności, jaką oni dawali sobą dookoła. Wysłuchali mnie z uśmiechem, no i z powagą jednocześnie. A ich dowódca po krótkim namyśle powiedział, że muszą koniecznie tej nocy wystartować, gdyż mogą to zrobić tylko przy pełni Księżyca. W przeciwnym razie będę musiał gościć ich przez następne dwadzieścia siedem dni*, to znaczy, do dnia kolejnej pełni Księżyca. Nie od razu pokapowałem o co mu chodzi, ale powiedziałem, że to dla nas żaden problem, że chętnie będziemy ich gościć tak długo, jak tylko zechcą. I szybko, tak na wszelki wypadek, schowałem swoje ręce za siebie. Wszyscy jednocześnie zazgrzytali ze śmiechu, nie przerywając pracy. Tylko dowódca wpatrywał się we mnie z wyrazem namysłu na obydwu twarzach. Po czym rzekł, że są wdzięczni za naszą pomoc i gościnność, że nigdy nam tego nie zapomną. Że na pewno nam się odwdzięczą, ale tym razem muszą wracać planowo, aby nie zakłócić ich Planu Lotów Kosmicznych. Domyślałem się, że taki plan to ważna sprawa, więc zamilkłem i zabrałem się do pomocy. Nie wiele jednak miałem roboty, bo oni, że tak powiem: w kosmicznym tempie uwinęli się ze wszystkim i po pęknięciach w obudowie pojazdu nie było śladu. Na koniec jeden z Pobratymców pobiegał jeszcze dookoła pojazdu z wyciągniętymi palcami wskazującymi, kierując je w stronę uszczelnionych pęknięć, i wyobraźcie sobie, w miejscach tych, z dziwnym świstem, powstawała gruba warstwa szronu. W ten sposób utwarzał i utrwał uszczelnienia. I pomyśleć, nasza ziemska żywica jest tak niezawodna. No i wylądowała na Księżycu... Księżycowi Pobratymcy nie kryli zadowolenia. Dowódca nacisnął swój mały metalowy przedmiocik, i drzwi pojazdu się otworzyły, a za moment, z cichym poszumem wysunęły się spod nich schodki. Dowódca prawie jednym susem wskoczył do środka. Na krótką chwilę zaległa cisza. Wszyscy wstrzymaliśmy oddech, wyczekując jego reakcji. Ale na szczęście nie czekaliśmy długo, bo już  po paru sekundach dało się słyszeć leciutki pomruk pojazdu, i zgrzytające, głośne: „hurrrrra!", najpierw dowódcy, a potem już nas wszystkich. Z tym, że nasze ludkowe, było mniej zgrzytające. Po chwili dowódca stanął w drzwiach i głośno ogłosił, krótkie: „at home!" Uradowany zeskoczył do nas, a ja po jego minie, naturalnie dolnej, poznałem, że znów nam

---------------------------------------------------------------------------------------

* 27 dni -  w ciągu tylu dni Księżyc obiega Ziemię i tyleż czasu trwa

                  jego obrót dookoła osi, wskutek czego z Ziemi widoczna                 

                  jest zawsze ta sama część jego powierzchni

----------------------------------------------------------------------------------------

będzie wylewnie dziękował. Podsunąłem więc Miłą do przodu, i on, ku jej zachwycie, wycałował jej obydwa policzki, a Chwata wziął na ręce i powiedział: „Teraz you, little boy* będziesz naszym gościem. Versprechen!"** No to wtedy też zauważyłem, że jego receptory odpowiedzialne za przetwarzanie naszych ziemskich języków co nieco szwankują. Ale to nam nie przeszkadzało. A zwłaszcza Chwatowi, bo i tak nic nie zrozumiał, tylko zachwycał się jego świetlistym kapturem z tak bliska. Potem pozostali Księżycowi Pobratymcy podchodzili po kolei i robili to samo, co ich dowódca. A ja stałem nieco w tyle. Gdy zakończyli swój dziękczynny ceremoniał, podszedłem do nich i powiedziałem, że my wszyscy czujemy się ogromnie zaszczyceni gościć ich w swoich progach, i że nie mają nam za co dziękować. Zaprosiłem ich do nas na przyszłość i powiedziałem, że mogą nas zawsze odwiedzać, kiedy tylko mogą i chcą. Następnie pokazałem im ziemski, męski uścisk „na niedźwiedzia". Byli zachwyceni. A ja widziałem wyraźnie, że im się łzy zakręciły w oczach, i to (w co nie mogłem uwierzyć) w oczach górnej twarzy... A może w uścisku z nimi, zbyt mocno byłem oślepiony ich jasnością? Ale wtedy nie zastanawiałem się nad tym, bo sam poczułem wilgoć pod oczami. Nie będę ukrywał, oni mi bardzo przypadli do serca... I kiedy już wszystko było przygotowane do ich startu, wręczyłem dowódcy wiklinowy kosz pełen przeróżnych sadzonek i ziarenek, jakie tylko Miła zdołała na szybko przygotować. A on uszczęśliwiony niesamowicie, wręczył mi w rewanżu dwa kamienie. Widząc moje zdziwienie, powiedział, że to nie są zwykłe kamienie. Że jeden nazywa się: „gagat"***, a drugi: „gabro"****...

   - Och, mamciu najmilejsza! A to co?! - wrzasnęli Gaga jednocześnie.     Gagatek zerwał się z podłogi jak poparzony. Stanął naprzeciw dziadka Hardego i wywrzeszczał jeszcze jedno pytanie:

    - Czy my aby dobrze słyszymy?!

  - Niesamowite! To naprawdę niesamowite! - z ogromnym zainteresowaniem na twarzy rzekł Chwatko, który do tej

------------------------------------------------------------------------------------------------

    * you, little boy  - ty, mały chłopcze (jęz.ang.)

   ** Versprechen  - obietnica (jęz.niem.)

  *** gagat  - odmiana węgla brunatnego, zwany też czarnym bursztynem.

                    Używany do wyrobu ozdób.

**** gabro - magmowa skała głębinowa. Materiał drogowy i dekoracyjny

-----------------------------------------------------------------------------------------------

pory siedział cichutko i milcząco chłonął każde wypowiedziane słowo. - Siadaj Gagatku, i bądź cicho. Dziadziuś na pewno nam wszystko opowie... Tak, dziadku? Dobrze słyszymy? Mówisz: gagat i gabro?

   - Tak, moi drodzy, dobrze słyszycie - poważnie odpowiedział dziadek, ale i z lekką wesołością w głosie. - Zaraz wam wszystko wytłumaczę. Ale po kolei. Otóż, dowódca wyjaśnił mi, że podobne kamienie występują na Ziemi, że wie o tym dokładnie, bo od dawna badają naszą skorupę ziemską, ale nasze, ziemskie, nie mają aż takich właściwości, jak ich, księżycowe. A nazwali swoje kamienie tak samo jak nasze, bo im się nasze nazwy spodobały. Zrazu pomyślałem, że to na pewno ze względu na ich zgrzytający sposób wymowy, ale to w końcu nie takie ważne. Opowiedział mi potem, jakie właściwości mają podarowane mi kamienie. A więc: gagat zawraca złe energie tam, skąd przyszły, chroni przed przemocą zarówno ludzką, jak i astralną*, wzmacnia kreatywność i twórczość, pomaga pokonać bariery czasowe. Odpędza również negatywne myśli, pobudza ciekawość, pomaga pożegnać się z tym co odeszło, lub powinno odejść. A i w chorobach przeróżnych jest niezastąpionym lekarstwem. Wystarczy przyłożyć go do chorego miejsca i w mig jest się zdrowym, sprawnym jak wprzódy. Natomiast gabro daje ogromną siłę fizyczną i psychiczną oraz hart ducha. Ugruntowywuje w człowieku dobre cechy charakteru i nieugiętość. Zapewnia również odporność na ogień. Nowo wzniesione domy, czy inne budowle, po zetknięciu z promieniami tegoż kamienia, stają się ogniotrwałe. A droga, którą podążamy, łatwiejsza do pokonania... Tak że widzicie, były to naprawdę cudowne kamienie... i są do tej pory.

   - No dobrze, dziadziuniu. Ale co my mamy wspólnego z tymi cudownymi kamieniami? Albo one z nami? - zapytał zniecierpliwiony Gabcio.

   Gagatek, nie czekając na dziadka odpowiedź, dołożył jeszcze jedno pytanie:

   - Czy my mamy takie same właściwości jak te kamyki?

   - Cha, cha, cha!... Zaraz... już... już wam mówię... - wykrztusił z siebie dziadek, śmiejąc się rubasznie. I śmiał się dalej, bo śmiech jest zaraźliwy, a całe towarzystwo zanosiło się aż od śmiechu. Po dobrej chwili, kiedy

----------------------------------------------------------------------------------------------

* Astralna - gwiezdna; zaświatowa; niematerialna; związana z kultem ciał   

                   niebieskich

----------------------------------------------------------------------------------------------

wszyscy już się trochę uspokoili, gryząc swój wąs, by znów nie parsknąć śmiechem, powiedział: - No, może nie macie takich samych właściwości jak kamienie podarowane mi przez Księżycowych Pobratymców, ale nieraz działacie na nas tak jak te kamienie. A całkiem już poważnie, to muszę wam powiedzieć, moje kochane wnuczęta, że u nas, w naszym społeczeństwie leśnych ludków, jest taka tradycja, że nowo narodzonym dzieciom imiona nadaje senior rodu. To znaczy, że w myśl tej tradycji ja nadawałem wam imiona. I kiedy w przypadku was starszych wnuków nie miałem żadnych problemów z wyborem imienia, bo każdy z was urodził się już z wypisanym tak jakby na twarzyczce imieniem, to w przypadku najmłodszych, czyli was bliźniaków, problem ten się pojawił. Otóż wtedy, wszyscy byliśmy podwójnie szczęśliwi, bo byliście naszymi pierwszymi bliźniakami w rodzinie, dlatego też chciałem was nazwać jakoś szczególniej, wznioślej. Długo obmyślałem jakie by tu imiona wam nadać. I kiedy raz znów byłem zajęty wymyślaniem wam imion, nagle usłyszałem charakterystyczne brzęczenie... To nasi przyjaciele z Księżyca wchodzili z nami w kontakt... I zanim jeszcze cokolwiek wyświetliło się na ekranie, byłem już pewny, że nazwę was Gagat i Gabro. No i tak się stało.

   - Och, jak ja kocham Księżycowych Pobratymców! - wrzasnął Gabcio na wskroś przejęty tym, co usłyszał. A Gagatek rzucił się na niego i w przypływie nagłej euforii, zaczął ściskać go jak imadło, i również wrzeszczeć, tyle że jeszcze głośniej: - Ja też, ja też, ja też!!!

   - Gagatku, ty utrapienie nasze, puść biednego Gabcia, bo go udusisz! - zawołał Chwatko i zwrócił się do dziadka. - Dziadziuniu złociutki, a powiedz... powiedz nam, gdzie są teraz te kamienie?

   - Są, są... i to w dobrym miejscu. Gabro leży sobie w pięknej szkatułce, schowanej w naszym sejfie. Kiedy zachodzi potrzeba, wyciągamy go z wielkim namaszczeniem, a po pomyślnym zawsze użyciu, z takim samym namaszczeniem chowamy go z powrotem. Natomiast gagat... jest... no dobra, Miła, demonstruj!

   - Voila'!!! Proszę bardzo! - zdjąwszy z szyi tiulowy szal, zawołała babcia Miła i zademonstrowała wszystkim swój piękny naszyjnik. - No widzicie, gagat ma się dobrze. Od tamtej pory, noszę go zawsze na szyi. Zmieniam tylko aksamitki, w zależności od koloru mojego stroju. A gdy zajdzie taka konieczność, aby go niezwłocznie wykorzystać, mam go stale pod ręką. I już nieraz miałam okazję, a właściwie potrzebę jego użycia. I muszę przyznać z pełną odpowiedzialnością, że mnie jeszcze nigdy nie zawiódł. Wręcz przeciwnie. Noszę go już tyle lat, a on mnie ciągle zaskakuje swą nieziemską mocą. Macie rację Gaga, Księżycowi Pobratymcy są bardzo kochani.

   Wszystkie dzieci zerwały się z poduszek, i po kolei podchodząc do babci Miłej, dotykały tego cudownego, ciemnobrązowego kamienia, wiszącego na jej szyi na aksamitce - w kolorze jej zielonej sukni.

   Nawet Dumko zerwał się z ciekawości z zajmowanego miejsca na sofie. Podszedł do babci Miłej i nieśmiało spytał:

   - Droga teściowo, czy ja też to cudo mogę dotknąć?

   - Ależ oczywiście Dumko. Ty go też jeszcze nie widziałeś.

   - Właśnie. Radosna coś mi tam kiedyś o nim wspominała, ale nie bardzo chciałem wierzyć - powiedział rozpromieniony Dumko i drżącą ręką dotknął kamienia. A kiedy poczuł go pod palcami, przez głowę przeleciała mu myśl, że może by tak kamień ten sprawił, iż urośnie jeszcze chociaż ździebeczko? Ale zaraz zawstydził się sam przed sobą i tylko głośno, może nawet ciut za głośno, powiedział: - No tak, taki szlachetny kamień musi być używany tylko do szlachetnych celów!

   - I przysięgam, Dumko, zawsze do takich tylko celów był używany - oznajmił z powagą dziadek Hardy. - Kiedy tylko byliśmy w jakiś poważnych tarapatach, albo nękały nas choroby, jego działanie sprawiało, że wszystko wracało szybko do normy, a my do zdrowia. Tak, masz świętą rację Dumko. Nie godziło by się go używać do innych celów, jak tylko szlachetnych...

   - No widzisz Gabciu, jacy my jesteśmy szlachetni?! - bardziej stwierdził niż zapytał Gagatek i wyrżnął brata poduszką w głowę, ale ostrożnie, aby nie trafić w guza, któego on ciągle ukrywał pod kapelusikiem.

   - Akurat. Różnie z tą waszą szlachetnością bywa - stwierdziła ze śmiechem Śmieszka. - Ale miejmy nadzieję, no, przynajmniej mamcia i papcio ją mają, że z wiekiem nabierzecie szlachetności. W myśl tej zasady: nomen omen*.

----------------------------------------------------------------

* Nomen omen - imię znaczy (łac.), tj. w imieniu

                          osoby objawia się jej charakter

----------------------------------------------------------------

  - Będzie dobrze - zawyrokował dziadek Hardy. Po czym zabrałGagatkowi z rąk poduszkę, rzucił ją na podłogę i posadził go na niej z powrotem. Gabciowi zaś poprawił przekrzywiony kapelusik i poklepał po ramieniu, puszczając jednocześnie do Śmieszki oczko. Szeroko się do wszystkich uśmiechnął i mówił dalej: - Wtedy kiedy dowódca wręczał mi te kamienie, nie miałem zielonego pojęcia, jak będzie wyglądała nasza przyszłość, bo i skąd zresztą. Ale jakoś dziwnie, podświadomie bardziej niż świadomie, wyczuwałem, że nasze życie będzie bezpieczniejsze i przeto jeszcze bardziej szczęśliwe. I nie myliłem się. Patrzcie, ile może zdziałać przyjaźń i wiara w dobro. Żałowałem wówczas najbardziej tego, że tak szybko musieliśmy się pożegnać. Że oni musieli w wkrótce wracać at home, jak to mówili. Przez te wszystkie lata ciągle tego żałowałem. Jak już wspominałem, oni mi bardzo przypadli do serca. Pomimo swej niespożytej energii i ruchliwości, emanowali wewnętrznym spokojem, ciepłem i wielką dobrocią. Byłem nimi zafascynowany. I chociaż co rusz zaskakiwali mnie, to jednak muszę przyznać, że to były miłe zaskoczenia. Czułem też, że i oni nas polubili. Wyrażały to ich wszystkie twarze, nawet stale poważne górne twarze. Tak, to się po prostu czuje... No i niestety, w końcu przyszedł taki moment, że musieli wsiadać już do swojego pojazdu kosmicznego. Pojazd uruchomiony wcześniej przez dowódcę, nabrał już odpowiedniej mocy i nad wejściem do niego włączył się dźwiękowy sygnał: „pip, pip, pipirrrri-pip..." i wyświetlił się jakiś napis, same esy-floresy w ich języku, co dowódca mi przetłumaczył na: „ready!* start!" I dalej: „pip, pip, pipirrrripip..." Aż w uszach gwizdało, takie to były przeraźliwie, wysokie dźwięki. Wprawdzie dowódca znów troszeneczkę pomylił ziemskie języki, ale zrozumiałem, że oto pożegnanie stało się rzeczywistością. Wszyscy nasi księżycowi przyjaciele ustawili się w szereg i oddali nam coś w rodzaju salutu. Obiema rękami najpierw złapali się za górne głowy, a następnie wyciągnęli ramiona do przodu, i z rękami złożonymi w koszyczek, skierowali je w naszą stronę. I tak, w takiej pozycji, na chwilę w bezruchu postali. A my poczuliśmy jakieś miłe ciepło, rozchodzące się po naszym ciele. Potem usłyszeliśmy jednogłośne: „dooo widzzzeniaaa"... i jednym skokiem,

--------------------------------

* ready   - (ang.) gotowy

--------------------------------

wszyscy, jak jeden Księżycowy Pobratymiec, znaleźli się w środku statku kosmicznego, a właz z ledwo słyszalnym szelestem zamknął się za nimi. Zrobiło się nam bardzo smutno, ale był to uroczysty smutek. Bo i sytuacja była niezwykle uroczysta i podniosła... Po chwili pojazd zaczął się pomału unosić do góry... wyżej... coraz wyżej. I nagle, kiedy był już wysoko ponad naszymi głowami, zawisł w bezruchu. To co się potem działo nie można opisać słowami. To trzeba przeżyć osobiście... To była bajeczna iluminacja świetlna połączona z anielską muzyką... No nie, na serio brak mi słów... Miła, może ty opowiesz. Kobiety są przecież wrażliwsze i lepiej potrafią opowiadać o pięknie...

   - A piękno było ujmujące - zaczęła opowiadać babcia Miła, patrząc gdzieś w dal rozmarzonymi oczami. - Setki pulsujących, różno-kolorowych światełek. Każde światełko jak gdyby uśmiechało się do nas i rzucało w naszym kierunku złociste confetti*. Aż chciało się je złapać... ale to tylko optyczna iluzja. Złote krążki rozpływały się w powietrzu, zastępując złudzenia wizualne dźwiękiem... Ciche dzwoneczki drżały na wietrze, intonując swą delikatną muzyczką głośniejszej i nagle rozbrzmiałej muzyce. Muzyce anielskich fujarek. Była to przecudna muzyka. Balsam dla duszy. Tkliwość dla serca. Czuliśmy się jak gdyby zawieszeni na błękitnych obłokach, gdzieś w niebiańskiej przestrzeni, kołysani przez delikatny i cieplutki zefirek. A wokół nas wszystko tchnęło miłością. Niebiańską miłością. Chciałoby się tak zostać na wieczność... Ale niestety, statek kosmiczny drgnął nagle i muzyka ucichła... Wszystkie światełka rozbłysły niebieskim kolorem, a po środku ukazał się złoty napis: „As you like it?"** Nasi przyjaciele jeszcze raz... i niestety przedostatni (jak się po chwili okazało), pomylili nasze ziemskie języki. Wprawdzie nie za bardzo znaliśmy wtedy angielski, ale słowo: „like" kojarzyło nam się dobrze. Zaczęliśmy więc wiwatować i bić brawo. Bo widok był niebiański. Iluminacja gwieździstego nieba. W odpowiedzi na nasz entuzjazm usłyszeliśmy ich zgrzytający, ale miły śmiech, rozbrzmiewający jakby z megafonów, gdzieś wysoko z nieba... A może już nam się tylko tak wydawało...? Może był to tylko dźwięk wchodzących na obroty silników? Po chwili poczuliśmy silny

--------------------------------------------------------------------------------------

  * confetti - (wł.) maleńkie krążki z różnokolorowego papieru,

                    którymi obrzucają się uczestnicy zabaw, balów itp.

** As you like it? - (ang.) Jak wam się podoba?

-------------------------------------------------------------------------------------

podmuch wiatru. Pojazd zerwał się do odlotu, pokonując wysokość kilkudziesięciu metrów. Jeszcze raz zatrzymał się na moment i zawisł w powietrzu. Światełka przybrały kolor zielony i na ich tle, po środku, rozbłysło olbrzymie, czerwone serce z napisem: „Love!"* I nagle wszystko znikło. Silniki zaryczały jeszcze głośniej, po to, żeby za moment zupełnie zamilknąć i buchnąć olbrzymimi kłębami czerwonego dymu z obu stron pojazdu. Ten ich wspaniały pojazd wyglądał z tej wysokości jak gigantyczna fujarka, ziejąca ognistym dymem. Staliśmy tak jak zaczarowani, wpatrując się w to nieziemskie zjawisko. Lecz już niedługo mogliśmy podziwiać to cudo, bo za chwilkę coś zaszumiało, zagrzmiało, i błysło jak potężna błyskawica... i tyle żeśmy ich widzieli. Zniknęli tak nagle z naszych oczu, że nie byliśmy już pewni, czy to była prawda, czy to tylko sen...

   - Jakie to wszystko przepiękne - z rozmarzoną miną powiedziała Pogodna i wtuliła się w ramiona swojej mamci Miłej. - A jak ty, mamo, potrafisz ślicznie opowiadać. Jako dziecko i jako dorastająca panna, nieraz byłam świadkiem nawiązywania z nami kontaktów przez Księżycowych Pobratymców, ale jakoś to wszystko do mnie nie przemawiało należycie. Wydawało mi się to jakieś nierealne, oderwane od rzeczywistości. Och, jaka byłam głupia. Mogłam przecież bardziej zainteresować się nimi. Poczytać ich wiadomości. Wypytać was o nich. A ja nic... Zła jestem teraz na siebie, ale też sama sobie jestem winna.

   - No właśnie! - Dumko krótko a dosadnie utwierdził żonę w jej przekonaniu. - Dlatego i ja nic o nich nie wiem. Oj, Pogodna, Pogodna!

   - Oj, mamciu, mamciu! - głośno zawołali bracia Poważalscy.

   - Ale na szczęście nic straconego - powiedział uspokajająco dziadek Hardy. - Jutro wszyscy będziecie mieli okazję ich poznać i podziwiać. I ręczę, że na pewno ich polubicie.

   - A teraz moi mili, pora iść spać - wesoło oznajmiła wszem i wobec mamcia Radosna. - Musimy być wypoczęci. Przypominam: nasi goście z Księżyca nie śpią w nocy. Szybko do łóżek, proszę bardzo... A ty Chwatko, jazda do łazienki! Myć nogi! I najlepiej będzie, jak weźmiesz z sobą swoją babcię. Co z was za charakterki?... Zawsze i wszędzie z tymi bosymi, i jak widać, brudnymi stopami.

---------------------------------

 * Love - (ang.) Miłość

---------------------------------

   Nazajutrz, skoro świt, wszyscy już byli na nogach. Dziwnie - nad wyraz wypoczęci i tryskający wyśmienitym humorem, szykowali się do śniadania. Blokując po kolei wszystkie łazienki, robili dokładniejszą niż zwykle toaletę i zakładali znów swoje odświętne ubrania. Potem, siedząc przy stole po spożyciu śniadania, układali program na uroczyste przywitanie Księżycowych Pobratymców. Wprawdzie goście mieli przylecieć gdzieś około południa, ale wszyscy chcieli być przygotowani na każdą ewentualność, i w czasie, i w sytuacji. Mieli więc o czym dyskutować i - nierzadko - o co się spierać.

   - No co ty, Gryzio, chyba nie chcesz podawać im ręki - powiedział zdegustowany Chwatko. - Jeszcze cię który w nią pocałuje i będziesz się miał z pyszna.

   - A może coś się u nich zmieniło od tamtej pory? - w zadumie spytał Gryzio. - Minęło przecież tyle lat... Więc może ich konwenanse uległy zmianie? Przyleci też nowa generacja Księżycowych Pobratymców, może chociaż ci będą inni? Gdzie dziadziuś Hardy? On na pewno coś wie.

   - Dziadek wyszedł z wujkiem Chwatem wyprawić gołębie do powrotnego lotu - stwierdziła babcia Miła i odebrała od Śmieszki cały stos zebranych ze stołu talerzy. - A potem mieli iść otworzyć zawory w cieplicy* i napełnić zbiorniki ciepłą wodą. Bo wiadomo, że wy jak kaczki wszystką wodę wychlapiecie w łazienkach podczas porannej toalety. A przecież dla naszych księżycowych gości ciepła woda chyba też będzie potrzebna. Tak przynajmniej myślę...

   - Na ząb rekina! - wrzasnął podniecony Gryzio. - Babciu kochana, gdzie to jest? Zawsze chciałem zobaczyć jak wyglądają te wasze wodociągi. O rany, jakie u was wszystko ciekawe!

   - Za późno już... tralalala! - śpiewnie oznajmił Gagatek na widok wchodzącego dziadka Hardego i papcia Chwata, ale widząc zawiedzioną minę kuzyna, zaraz zaczął go pocieszać. - Pójdziemy tam później razem, bo oni na pewno będą teraz często tam latać... Daj ucho, to ci

------------------------------------------------------

* cieplica - terma, źródło wód ciepłych

------------------------------------------------------

jeszcze coś powiem... A więc... jak się postaramy więcej dbać o higienę... no wiesz... niby się myć, to i ciepłej wody więcej będzie potrzeba. To może im się znudzi tak często tam latać, i wtedy, może nam samym pozwolą odkręcać zawory.

   - No, no, Gagatku, bądź szlachetny. - Gryzio ze śmiechem pogroził kuzynowi palcem i zwrócił się do dziadka. - Mogę następnym razem iść z wami? Tak bardzo mnie ciekawi jak te wodociągi funkcjonują.

   - Oczywiście, że tak - odpowiedział dziadek Hardy. - Ba, możesz się nam do pomocy nawet przydać, bo ciepłej wody teraz będzie potrzeba... ho, ho... hektolitry.

   - A my, a my... dziadziuniu? - z wielką nadzieją w głosie zapytał Gabcio i szturchnął brata, aby ten mu dopomógł w razie odmowy.

   - Jasne, że my też będziemy mogli pomagać - stwierdził za dziadka Gagatek. - Toż to męska rzecz, taka robota.

   - W porządku Gaga. Chyba da się to jakoś zrobić - ze śmiechem poinformował dziadek bliźniaków. - Ale tylko przy naszej obecności i jako młodsi asystenci. No! Zrozumiano?! A teraz powiedźcie mi, jaki program przygotowaliście na przywitanie naszych księżycowych gości?

  - No właśnie, dziadku. - Gryzio podjął temat. - Rozmawialiśmy wszyscy już o tym i opracowaliśmy dokładny program.  Nie wiemy tylko czy im podawać rękę, czy może tak jak ty, uścisnąć w ramionach? 

   - Uważam, że najlepiej będzie, jak chwilę odczekamy po ich zejściu ze statku kosmicznego i zorientujemy się jak oni będą się zachowywać. Bo wiecie, to będą trzy pokolenia, a ja znam tylko tego jednego z pokolenia najstarszych. Więc sam już nie wiem, jak ich witać. Zobaczymy - powiedział dziadek Hardy po krótkim namyśle, drapiąc się po swej długiej brodzie, i patrząc na skupione twarze słuchających go wnuków. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale nie zdążył, bo nagle dało się słyszeć charakterystyczne brzęczenie.

   Tak, to Księżycowi Pobratymcy wchodzili w kontakt z ludkami. Wszyscy w mig zerwali się od stołu, i z wielką i nieukrywaną radością, wybiegli na podwórko. Zwłaszcza najmłodsi byli niesamowicie podnieceni. A już bracia Poważalscy, to wprost szaleli z podniecenia. Podobnie działo się z ich ojcem Dumkiem. Dla niego to też była pierwszyzna, choć należał do grona starszych. Każdy wlepiał wzrok na skałę, gdzie po chwili wyświetlił się duży ekran, a na nim zaczęła się wypisywać wiadomość: „Za godzinę lądujemy. Rozpalcie duży ogień. Tam będziemy siadać".

   - Och, na psa powonienie! To już... to już za chwilę będziemy ich czuć... o przepraszam!... widzieć - z nieopisanym entuzjazmem zawołał Nosolek i popatrzył na błękitne niebo skąpane w słońcu. A że złociste, letnie słońce nie żałowało promieni i rzucało nimi ochoczo, toż oślepiło go na moment. Nosolek zmrużył oczy i naciągnął głębiej swoją czapeczkę z daszkiem, tak, że tylko jego kinolek spod daszka było widać.

   - Ty, Nosolek, schowaj się gdzieś lepiej - poradził głośno Gagatek z szerokim uśmiechem. - No bo wiesz, tą swoją antenką, to znaczy nosem, zmylisz Księżycowych Pobratymców w nawigacji. I jeszcze wylądują nie tam gdzie trzeba i...

   - A ty Gagat nie bądź taki dowcipny, tylko bierz Nosolka za rękę, i jazda za mną, do drewutni po drzewo! - zakomenderował głośno papcio Chwat, przekrzykując piskliwy śmiech wszystkich dzieci, łącznie z Nosolkowym, i grożąc jednocześnie synowi palcem. - Wszyscy chłopcy, za mną! Rozpalimy duże ognisko na lądowisku.

                                                                

   Po niespełna godzinie wszyscy Śmieszalscy i Poważalscy stali już    w jednym szeregu na lądowisku. Podekscytowani, ale i bardzo radośni. Co chwilę lustrowali niebo i głośno komentowali swoje uwagi na temat kierunku przylotu statku kosmicznego. Atmosfera była gorąca. A była gorąca nie tylko ze względu na sytuację. Była gorąca również ze względu na autentyczną gorąc.

   Słoneczko, zerkając na ziemię, spostrzegło wielkie poruszenie wśród społeczeństwa leśnych ludków, i to poruszenie, udzieliło się też i jemu. Z wielką przyjemnością podgrzało więc temperaturę ciskanych na ziemię promieni. Chciało w ten sposób wykazać się dobrą wolą i pokazać ziemianom co potrafi, no i... grzało niemiłosiernie.

  - Ja chyba zaraz zakwitnę! Kochani Księżycowi Pobratymcy przybywajcie! - głośno zawył spocony Gryzio, opędzając się od igrających w powietrzu parzących iskierek, ochoczo wystrzeliwanych przez wielkie ognisko. - Słońce upalne i ognisko. Pasuje jak... jak pięść do szczęki... Wszechświecie wszechmocny, zlituj się nad nami, i wypluj już tych kosmitów w naszym kierunku!

   - Nie lamentuj już aż tak! - na wesoło skarcił syna Dumko i otarł pot z czoła. Po czym jął strzepywać popiół (pozostałość po wesołych iskierkach) z włosów i ubrań swoich najbliższych. A widząc ich ciągle szczęśliwe miny, fuknął jeszcze, ale już bardziej w kierunku ogniska niż Gryzia: - Nam też jest więcej niż ciepło, a daleko nam do marudzenia.

   - No, moi kochani, cierpliwości. Oni zaraz będą - uspokoił rodzinkę dziadek Hardy i dmuchnął w lecącą w jego kierunku iskierkę. - Komitet Powitalny musi znieść wszystkie niedogodności z humorem i godnością. No nie? Tak jak my. Lepszego Komitetu nie uświadczysz nawet w... w pobliskim le... lee... leeeecą już!!!

  - Komitet Powitalny! Baczność!!! - wrzasnął przeraźliwie głośno zdenerwowany papcio Chwat i zaczął biegać jak opętany wokół ogniska.

   Zdenerwowanie papcia Chwata udzieliło się wszystkim. Nawet dziadek Hardy stracił nieco swój animusz. Każdy pod wpływem kumulacji własnego zdenerwowania ze zdenerwowaniem udzielonym, zaczął wyprawiać różne dziwne rzeczy, tylko nie to, co było zaplanowane w programie powitalnym. W końcu nie wytrzymali napięcia i puścili się pędem za papciem Chwatem, zerkając przy tym nerwowo na niebo. Tymczasem świetlisty punkt na niebie stawał się coraz większy i wyraźniejszy. Papcio Chwat nagle się zatrzymał, i to tak raptownie, że wszyscy zaczęli wpadać na siebie. Jeden na drugiego. Szybko pozbierali się jednak z ziemi, a po chwili pozbierali się też i w sobie i opanowali nieco swe emocje. Papcio Chwat z gromkim okrzykiem: - „Tu jesteśmy, tu lądujcie!", zaczął podskakiwać w miejscu jak odbijana piłka i z wyciągniętymi ramionami ku niebu, obserwował rosnącą w oczach świetlistą kulę. Za jego przykładem poszedł cały Komitet Powitalny... A świetliste, nie z tej ziemi cudo, rosło i... rosło. Aż słoneczko poczuło zazdrość, i z nieco obrażoną miną, zaczęło zazdrosnym okiem przyglądać się tej świetlistej, ogromniejącej kuli, zapominając na moment o swoim zadaniu. Zrobiło się przeto nieco chłodniej na ziemi. To i dobrze! Bo wszyscy byli już tak spoceni ze wszystkich powodów naraz, iż chwilowy chłód dobrze im zrobił. Trochę ich orzeźwił i otrzeźwił. Ale nie na tyle, aby ktokolwiek przypomniał sobie o czymś w rodzaju programu powitalnego. Tym bardziej, że w międzyczasie świetlista kula zmieniała swój wygląd i nabierała już konkretnych kształtów. Wyglądała z dołu jak kręcąca się czerwona głowa Stańczyka. Efekt był niesamowity. Tak niesamowity, że nawet dziadek Hardy nie mógł opanować emocji. Był jeszcze bardziej zachwycony i przejęty niż przy pierwszym kontakcie z przybyszami z Księżyca. I choć nawet przypomniał sobie na moment o przygotowanym programie na ich przywitanie, to jednak z rezygnacją machnął ręką... na wszystkie programy świata. Sam nie mógł się opanować i pozwolił innym - na nieopanowanie.

   Statek kosmiczny Księżycowych Pobratymców znów zmienił swój wygląd. Z kręcącej się głowy Stańczyka, która powoli zwalniała obroty i wyhamowywała szybkość, nabrał wyglądu olbrzymiego, niebieskiego pająka o czterech łapach. I ten monstrualnych rozmiarów pająk, zawisł nad głowami ludków w bezruchu. Słychać było tylko cichutki szum... Aż nagle, z jego czterech łap, buchnęły kłęby niebieskiego dymu i utworzyły w powietrzu wesołe obłoczki. A te, dźwięcząc, opadały na ziemię. Potem na brzuchu pająka ukazało się duże, czerwone serce, a w nim pulsujący złoty napis: - „Witamy Naszych Kochanych Ziemskich Pobratymców" - i to wypisany poprawnie, w ludkowym języku. Reakcja tych na dole była natychmiastowa. Wszyscy zaczęli wrzeszczeć, przekrzykując się nawzajem: - „Witamy Naszych Kochanych Księżycowych Pobratymców! Witamy i zapraszamy! Kochamy Was... Chodźcie tu do nas!"

   Komitet Powitalny zafundował swoim gościom tak przeogromny chaos dźwiękowo-wizualny, że wątpliwe, aby ci na górze cokolwiek z tego zrozumieli.

   Nawet słoneczko zbaraniało z kretesem i wytrzeszczyło oczy, nie rozumiejąc kompletnie nic, o co im wszystkim chodzi. I na wszelki wypadek, poczerwieniało ze wstydu, nie bardzo zdając sobie sprawę z tego, czy wstydzi się za nich, bo nie wiedzą co robią, czy za siebie, bo nie wie co oni robią. A wiadomo, że jak się czerwienieje ze wstydu, powstają na twarzy rumieńce, czyli gorące wypieki. Słoneczko przeto znów zaczęło grzać bezlitośnie (choć tym razem bezwiednie). Wprost całe promieniowało gorącem, powodując, że z nieba zaczął lać się żar nie do zniesienia.

   Wszystkim ludkom nowa fala potu zalała oczy. Ale nic sobie z tego nie robili. Nie byli w stanie. Byli tak rozentuzjazmowani przybyciem gości z Księżyca, że właściwie nie zdawali sobie do końca sprawy z tego typu niedogodności. Odruchowo tylko i szybkim ruchem przecierali oczy chusteczkami (tymi, którymi zgodnie z programem mieli machać do gości, a które specjalnie na ten cel wydziergała Śmieszka), aby nawet na moment nic nie stracić z tego spektakularnego widowiska, jakie rozgrywało się przed ich oczami.

   Tymczasem niebieski pająk, przy delikatnych dźwiękach dzwoneczków, ciągle obniżał swój pułap. Aż w końcu osiadł miękko na czterech łapach na skraju lądowiska i... zaległa cisza. Wszystko i wszyscy zamarli w bezruchu.

   Nawet słoneczko zapomniało o swoim zawstydzeniu i z rozdziawioną buzią, podobnie jak wszystkie ludki, wlepiało wzrok w gigantycznego pająka i wyczekiwało na to, co nastąpi.

   Po krótkiej chwili, pająk jak gdyby sapnął ciężko, i znów rozległ się dźwięk dzwoneczków. Z cichym szelestem zaczęły się otwierać okrągłe drzwi i jednocześnie wysuwało się od spodu coś w rodzaju balkoniku. Wszyscy wstrzymali oddech. I nagle, oczom oniemiałym z wrażenia widzom, ukazał się niesamowity i bardzo sympatyczny  widok. Księżycowi Pobratymcy zaczęli dostojnie i w milczeniu wychodzić na balkonik. Pierwszy wyszedł znany już dziadkowi Hardemu i babci Miłej - dowódca poprzedniego statku kosmicznego. Po nim wyszedł jego syn, a następnie żona dowódcy i żona syna. I na samym końcu, prawie jednocześnie, i prawie wyskoczyło a nie wyszło - dwoje dzieci. Chłopiec i dziewczyna. Tym razem było o wiele łatwiej rozpoznać płeć gości z Księżyca, ponieważ byli ubrani jakoś tak bardziej znacząco i odpowiednio do płci. A byli ubrani nieziemsko pięknie. Wszyscy mieli na sobie złote kombinezony i na głowach - górnych głowach - w tym samym złotym kolorze, berety ze sterczącymi antenkami. Dowódca miał takie same zielone włosy jak za pierwszym razem, tyle, że przyprószone złotem. Podobnie jak u ziemian w podeszłym wieku - siwizną. Jego syn i wnuk mieli identyczne włosy jak on przed laty. Natomiast wszystkie kobiety, łącznie z najmłodszą, miały jeszcze dłuższe włosy, bo sięgające aż do połowy pleców. I były one koloru jaskrawoczerwonego. Włosy najstarszej kobiety były również przyprószone złotem. Kobiety miały na swoich złotych i obcisłych kombinezonach ubrane krótkie spódniczki w różnych kolorach. Najstarsza miała spódniczkę w kolorze zielonym, takim, jak włosy jej męża. Średnia - w kolorze czerwonym, w takim jak jej włosy. Natomiast najmłodsza - w różnych kolorach, podobnych do kolorów tęczy. Wszystkie miały bardzo ładne oczy, oczywiście, dwie pary oczu. A były one jeszcze większe i bardziej błyszczące niż męskiej części ich rodu. No i przede wszystkim miały bardzo długie, czerwonoczarne rzęsy. Jedna rzęsa czarna, druga czerwona, i tak na przemian. Zabawnie to wyglądało, ale też i ładnie. Obydwie twarze kobiet były bardziej zaróżowione i miały po dwa fikuśne, czerwonawe rumieńce. A usta? Usta przepiękne, duże, aksamitne, czerwone i uśmiechnięte, i to na obydwu twarzach. Chociaż trzeba przyznać, że na dolnych twarzach ich uśmiech był o wiele wyraźniejszy. Był po prostu szeroki i bardzo miły. Każda z nich trzymała w rękach jakieś szarfy w różnych kolorach, które z łopotem powiewały na wietrze. Wszyscy razem wyglądali przecudnie. A na tle ich niebieskiego, gigantycznych rozmiarów statku kosmicznego, sprawiali sobą wrażenie, jak gdyby byli złotymi gwiazdeczkami, zawieszonymi gdzieś na bezkresnym firmamencie. Gwiazdeczkami, które przyozdobiły się  kolorowymi bombkami, i wesoło baraszkując przy dźwiękach dzwoneczków, migotają ku uciesze ziemian.

  Słoneczko, widząc ten wspaniały spektakl, uspokoiło się wreszcie i z szerokim uśmiechem puściło w kierunku jego scenerii kilka złocistych promieni. Chciało mieć swój udział w tym niezapomnianym widowisku. Przyuważył to wiaterek, który od jakiegoś już czasu również z wielkim zaciekawieniem przyglądał się temu fenomenowi i jednocześnie zabawiał się szarfami trzymanymi przez kobiety-kosmitki, dmuchając w nie z różnym natężeniem. Gdy zauważył nadlatujące promienie słoneczne, dmuchnął w nie z uciechy ze zdwojoną mocą. Promienie słoneczne załamały się i zaczęły pulsująco opadać na gości z kosmosu. A odbijając się od ich złotych kombinezonów, utworzyły fantastyczne refleksy świetlne. Wiaterek zadowolony ze swojego żartu puścił oczko do słoneczka. A że słoneczku ten żart też się spodobał, odpowiedziało wiaterkowi podwójnym oczkiem. No a potem na powrót zajęło się już swoją normalną pracą, uradowane, że wszystko się jakoś wyjaśniło, i w dodatku, tak pięknie było.

  Księżycowi Pobratymcy stali w rzędzie jeszcze przez chwilę i przypatrywali się wszystkim ludkom stojącym na lądowisku. Wreszcie pierwszy odezwał się znany dziadkowi Hardemu i babci Miłej dowódca:

   - Witamy naszych drogich Ziemskich Pobratymców! Jesteśmy szczęśliwi, że możemy się z wami spotkać, i to w tak dużym gronie.

   - Witamy! Witamy drogich Księżycowych Pobratymców! - rozległo się donośnie na dole.

   - Ale was się namnożyło! - zaśmiał się dowódca serdecznie, a za nim, jak na komendę, pozostali Księżycowi Pobratymcy. Wszyscy śmiali się głośno i z charakterystycznym dla nich zgrzytaniem, pokazując przy tym wszystkie zęby. I co było dziwne, wszyscy mieli złote zęby, a nie srebrne, jak ostatnim razem. Czyżby zmieniali kolor zębów w zależności od koloru kombinezonów? Tak jak babcia Miła zmienia kolor aksamitki do swojego naszyjnika z gagatem?

   Kiedy skończyli się śmiać, dowódca nacisnął guzik na poręczy balkonu, i zaczęli zjeżdżać w dół. A gdy balkon z całą załogą statku dotknął ziemi, dowódca rozpoczął jej prezentację:

   - Oto moja żona K-Alpha, moja synowa K-Beta, mój syn K-Y. No i mój wnuk K-1 oraz wnuczka K-2. No i ja, stary bywalec waszej pięknej Planety Ziemia. Najwyższy czas, abym przedstawił się z imienia. Otóż ja nazywam się K-X.

   - Bardzo nam miło poznać was wszystkich - powiedział radośnie dziadek Hardy i również przedstawił swoją liczną rodzinkę. A kiedy skończył, z uśmiechem dodał: - Zapraszamy serdecznie wszystkich państwa w nasze progi, i proszę się czuć jak u siebie w domu.

   Wszyscy Księżycowi Pobratymcy, jak na zawołanie, zeskoczyli z balkoniku i ruszyli w stronę leśnych ludków, lekko unosząc się nad ziemią. A balkonik z cichym szelestem pojechał do góry, chowając się na swoje miejsce. Natomiast okrągły właz pojazdu wydał z siebie kilka dźwięcznych taktów, coś w rodzaju: - „tryli, tryli, trylilili..." i zamknął się szczelnie.

   Kiedy goście z Księżyca zbliżali się już do ludków, ci nie bardzo wiedzieli jak mają się zachować przy przywitaniu. Nie musieli jednak zbyt długo się nad tym zastanawiać, gdyż goście bez żadnych oporów, rzucili się na nich z szeroko otwartymi ramionami i zaczęli wszystkich po kolei ściskać - „na niedźwiedzia". Ku zadowoleniu najmłodszych ludków. Zakotłowało się okrutnie wśród Ziemsko-Księżycowych Pobratymców, i już nie wiadomo było kto kogo ściskał. Gdy ceremoniał powitania dobiegał końca, leśne ludki zauważyły nagle, że mają pozawieszane kolorowe szarfy na szyi. Uradowani, zaczęli jeden przez drugiego głośno wykrzykiwać słowa podziękowania i tym razem to oni rzucili się na gości z szeroko otwartymi ramionami.

   Nie wiadomo jak długo jeszcze trwałby ten ceremoniał uścisków, gdyby nie dziadek Hardy, który pierwszy odzyskał zmysł organizacyjny i zaintonował:

   - „Na powitanie wszyscy razem..." - a zanim jedenaście gardeł z rodziny Śmieszalskich i Poważalskich:

   - „Hip, hip, hura. Hip, hip hura..." - a potem jeszcze... i sześć gardeł z rodziny K (drugie sześć milczało):

   - „Hiprrr, hiprrr, hurra, hurra, hurrrrra." - Zazgrzytało siarczyście, wywołując tym samym serdeczny śmiech wśród najmłodszych gardeł leśnych ludków.

   I wszyscy razem, osiemnaście Ziemsko-Księżycowych istot, ruszyło raźno w stronę pałacu wśród strzelistych skał, ucząc się po drodze swoich imion nawzajem. A zabawy przy tym mieli, ho ho, co niemiara. Śmiechom i chichom nie było końca. Zwłaszcza przy wymawianiu imienia Śmieszki przez K-2. Jak ze wszystkimi imionami K-2 jakoś sobie poradziła i zapamiętała, to przy Śmieszce zacięła się jak zardzewiałe koło zębate, i ni rusz nie mogła tego imienia wymówić. Wychodziło jej coś w rodzaju: - „Sieimierrrszka", albo „Sierrreszka", albo w najlepszym razie: „Sięmieszka", co szybko podłapł ogromnie rozbawiony Gagatek.

   - Sie mieszka niedaleko! - rechotał jak wariat, wprawiając wszystkich swym śmiechem w niezły ubaw.

   - Nie mów, że ona niedaleko, bo ona jest tu, obok mnie - powiedziała zdziwiona K-2, drapiąc się z zakłopotaniem po górnym czole. - No, Sięmieszka, powiedz że mam rację.

  - Nie przejmuj się nim K-2. - Śmieszka uspokajała swą nową przyjaciółkę. - On zawsze tak sobie żartuje ze wszystkich i ze wszystkiego. Taki to już z Gagatka gagatek. Musisz się do niego tylko przyzwyczaić, to go nawet polubisz. Bo w istocie nie jest taki zły...

   - Hej, ty, Śmieszalska Śmieszko, co to znaczy: „nie jest taki zły"? - dalej rechocząc, spytał Gagatek. - Nie taki zły? Jam do rany przyłóż! Gabciu, dawaj twojego guza! Zaraz wam udowodnię... jak działam... jak stary Księżycowy Pobratymiec na papciowego guza przed wieloma laty. No Gabciu, zdejmuj kapelusik... No czemu uciekasz?!

   - Ty się Gagatku lepiej uspokój, póki mamcia nie usłyszy i nie zobaczy, co Gabcio ukrywa pod tym swoim kapelusikiem właśnie z twojego powodu - poradził bratu Chwatko. - I nie rób już z siebie takiego uzdrowiciela, bo akurat na odwyrtkę przykładasz się do ran... to znaczy... zadajesz rany...

   - Co mówiliście o paciowym guzie? - z zainteresowaniem spytał dziadek Hardy, odstępując od starszych, i podchodząc do rozbawionych dzieci. - Opowiadałeś Gagatku swoim nowym przyjaciołom o tej guzowej historii waszego ojca? No, to było zabawne. Prawda dzieci?

   - Jeszcze jak! - poinformował dziadka Hardego K-1 i z szerokim, złotym uśmiechem przeleciał wzrokiem po wszystkich dzieciach. - Nasz dziadek K-X też nam o niej opowiadał.

   - No widzicie, jaki ten świat, och, przepraszam, wszechświat jest mały, bo tyle o sobie wiemy - rzekł ucieszony dziadek Hardy i głośno do wszystkich już dodał: - Bardzo jestem szczęśliwy, że wszyscy możemy być razem... Niezmiernie jestem szczęśliwy... A teraz moi drodzy, wchodźmy już do naszego pałacu. Nasi goście muszą się posilić po tak długiej podróży.

   Wszyscy posłusznie weszli do środka prowadzeni przez pacia Chwata. Na podwórku został tylko dziadek Hardy i dziadek K-X. Chwilę patrzyli na siebie bez słów ze wzruszeniem w oczach. Po czym rzucili się sobie jeszcze raz w ramiona i w końcu dali upust swojemu wzruszeniu. Podciągając głośno nosami, stali tak w mocnym, męskim uścisku i co chwilę jedną ręką wycierali oczy, a drugą poklepywali się po plecach. Tak bardzo byli wzruszeni, że nawet nie zauważyli, iż w wejściu do jaskini ponownie zjawili się ich synowie, Chwat i K-Y, i przypatrywali się im.

   - Widać, że nasi ojcowie bardzo mocno przeżywają spotkanie po latach - odezwał się pierwszy papcio Chwat i otarł w skrycie płynącą po policzku łzę.

   - Tak, bardzo - powiedział K-Y w zadumie na obu twarzach. Ale zaraz dolna twarz mu się rozjaśniła i już z uśmiechem dodał: - No, ale miejmy nadzieję, że teraz to się zmieni i często będziemy się odwiedzać. Prawda, Chwat?

   - Ja też mam taką nadzieję - odpowiedział papcio i również szeroko się uśmiechnął. Po czym złapał K-Y za rękę i pociągnął go za sobą, w kierunku ich ojców. I kiedy stanęli już razem naprzeciw nich, odezwał się: - Drodzy nasi ojcowie, my, to znaczy K-Y i ja, zanim was tutaj znaleźliśmy, rozmawialiśmy o możliwościach częstszych spotkań. A teraz, na waszym przykładzie widzimy, że jest to wręcz konieczne by dołożyć wszelkich starań, ażeby naszych spotkań było jak naj więcej...

   - No właśnie, i tak będzie! - K-Y wszedł papciowi Chwatowi w słowo i poklepał obu ojców (ciągle złączonych w uścisku) po plecach.

   - Popatrz ojcze, co dostałem od K-Y - ze szczęśliwą miną powiedział papcio i pokazał ściskany w swej potężnej dłoni czarny przedmiot. - Dzięki temu małemu urządzeniu, które K-Y nazywa fontelem, będziemy mogli bezpośrednio rozmawiać z naszymi drogimi przyjaciółmi, kiedy tylko zechcemy.

   - Nie do wiary! - wrzasnął podniecony dziadek Hardy i podskoczył do syna, aby zobaczyć, co to za cudo trzyma w dłoni. - Przez wszystkie te lata najbardziej brakowało mi tego, że nie mogłem z wami tak po prostu porozmawiać, skoro już nie mogłem was widzieć. To jest naprawdę niewiarygodne. Sami skonstruowaliście taką wspaniałą rzecz? Nam... nam niestety nigdy się jeszcze nie udało osiągnąć takiego postępu technicznego...

   - I też nie musi, bo wszystko możecie mieć od nas - przerwał mu K-X i zaczął ściskać obu Śmieszalskich naraz. W rozpędzie nawet i własnego syna wyściskał. Po czym poważnym głosem dodał: - Cóż z tego, że nie osiągnęliście wyższego postępu technicznego? Cóż znaczy postęp techniczny w porównaniu z wartościami, jakie wy posiadacie? Wy, sami sobą, jesteście najwyższą wartością, bo jesteście dobrymi i uczuciowymi istotami o gorących sercach. Też było mi żal, że nie mogłem z tobą Hardy bezpośrednio rozmawiać. Czasami mogliśmy was tylko trochę obserwować. I to nie zawsze wyraźnie... Było to mało, ale na tyle dużo, że mogliśmy się od was nauczyć mnóstwo wspaniałych rzeczy związanych z uczuciami, a które były nam wcześniej obce. Staliśmy się dzięki wam lepsi. Jest nam teraz o wiele łatwiej żyć, samym z sobą, w rodzinie, i wśród naszego księżycowego społeczeństwa. A te wspaniałości zawdzięczamy właśnie wam. Żaden postęp techniczny, choćby największy, ani nie zastąpi uczuć, ani uczuć nie nauczy. Dlatego, przez wszystkie te lata od naszego pierwszego spotkania z wami, staraliśmy się ulepszyć nasz sprzęt kosmiczny oraz nasze statki kosmiczne, jak i również wszelkiego rodzaju urządzenia, aby móc z wami przebywać jak najwięcej. Albo bezpośrednio, albo przynajmniej rozmawiać z wami. I muszę się w tym miejscu pochwalić, że udało nam się to osiągnąć. Przede wszystkim zbudowaliśmy takie pojazdy, którymi możemy latać na Ziemię o każdej porze, bez względu na fazy Księżyca. A nasz system łączności ulepszyliśmy do tego stopnia, że teraz będziemy mogli rozmawiać w obydwie strony. Ba, będziemy się mogli nawet widzieć nawzajem w trakcie naszej rozmowy fontelowej. W przeciągu naszego obecnego, trzydniowego pobytu, pokażemy wam wszystkie te urządzenia i nauczymy was posługiwać się nimi. A potem, w przyszłości, już zawsze będziemy w bliskim kontakcie. Będziemy się odwiedzać, a w czasie między odwiedzinami, rozmawiać ze sobą, i choć trochę siebie widzieć.


                                                                   Łącznie 313 stron





komentarze (6) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 29 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  806 567  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Halina Krüsch Czopowik

Facebook i Google

Wszystkie teksty oraz zdjęcia tutaj opublikowane są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie. (Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dn. 4.02.1994 r., nr 24, poz. 83). Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję, jak ktoś o nią prosi. 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tu także swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 806567
Wpisy
  • liczba: 738
  • komentarze: 10335
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 2897 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to