Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 122 700 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Poniedziałkowe randez-vous

poniedziałek, 09 listopada 2009 9:49

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

 

 

Poniedziałkowe

  randez-vous  

 

 

  Był poniedziałek. Okropny dzień. Najgorszy dzień tygodnia dla wielu ludzi. Dla Karoliny również. Nawet będąc na urlopie, Karolina jakoś dziwnie tego dnia nie lubiła. Pewnie z przyzwyczajenia. A akurat tamten poniedziałek, wydawał się jej jeszcze okropniejszym poniedziałkiem, ponieważ po całotygodniowej walce z potężnym przeziębieniem, wróciła do pracy. W pracy czekało na nią multum zaległości. Urobiła się straszliwie. Dodatkowo ta szaruga jesienna źle na nią wpływała. Od rana lało jak z cebra. Szaro, mokro, chłodno, brzydko. Niby to nic dziwnego, wszak już jesień, ale Karolina i jesieni nie znosiła. Zwłaszcza takiej. Smutnej i płaczącej deszczem od rana.

  - A niech to szlag trafi! - burknęła sama do siebie, wychodząc z biurowca swojej firmy.

  Ulica tonęła w deszczu. Karolina, garbiąc się, rozłożyła parasol i skierowała swe ociężałe kroki do pobliskiego supermarketu. Musiała zrobić jeszcze zakupy przed powrotem do domu. Lodówkę miała niemalże pustą. Przez cały tydzień choroby nie wychodziła z domu. Wprawdzie jej syn Błażej coś tam w tygodniu z podstawowych artykułów kupował, ale do przyrządzenia obiadu nie miała już nic. Zła była jak osa, że musi w taką pogodę łazić po ulicy wśród tłumu przemoczonych przechodniów. Najchętniej wsiadłaby już do autobusu by jak najszybciej znaleźć się w domu. Nie czuła się dobrze. Była osłabiona chorobą, a pogoda dodatkowo potęgowała jej złe samopoczucie. Poczucie obowiązku nakazywało jej jednak zrobić zakupy. Musi przecież wreszcie jakiś porządny obiad ugotować synowi. Błażej w poniedziałek po lekcjach ma od razu trening, wróci więc wygłodniały okrutnie.

  Kiedy dotarła do supermarketu, była już pewna, że żadnych większych zakupów robić nie będzie. Odechciało się jej całkowicie. Buty miała przemoczone. Było jej zimno. Poczuła się jeszcze bardziej osłabiona. Dreszcze przelatywały jej po plecach. Czoło zrosił zimny pot. Nie brała nawet wózka na zakupy. Nerwowym ruchem chwyciła za koszyk i poczłapała do środka.

  Po dziesięciu minutach była już gotowa z zakupami. Kupiła jedynie pieczywo, masło, ser, a na obiad: kurczaka, trochę jarzyn i ziemniaki. Ustawiła się do kolejki przy najmniej obleganej kasie, zastanawiając się jeszcze na szybko, czy czegoś jej w domu na już nie brakuje. Przypomniało jej się, że proszek do prania jest na ukończeniu. Odruchowo odwróciła się by sprawdzić jak daleko ma do stoiska chemicznego. Odległość wydała jej się nie do pokonania. Nie dzisiaj. Nie w takim dniu. Odwracając się na powrót twarzą do kasy, w kolejce przy kasie obok, zauważyła mężczyznę, którego widziała parę godzin temu na korytarzu biurowca. Mężczyzna patrzył na nią i uśmiechał się. Zawstydziła się. Czuła się fatalnie. Miała wrażenie, że fatalnie też wygląda. Wstyd ją ogarniał coraz mocniej, dając swój wyraz piekącym rumieńcem na spoconej wcześniej twarzy. Pewnie dlatego, że mężczyzna był bardzo przystojny i elegancki. Zauważyło to już na korytarzu biurowca, kiedy szła po kawę do automatu, ale że czuła się źle, nawet się na moment nie zastanowiła kto to taki. W innym dniu z pewnością choćby oko dyskretnie na nim zawiesiła. Zawsze jej się podobali tacy zadbani mężczyźni. Ale teraz, kiedy się tak fatalnie czuła, wolałaby żadnego takiego nie widzieć. A ten oto, jeszcze się do niej uśmiecha. Karolina poczuła, że rumieniec nabiera na sile, szybko spuściła więc wzrok, i udając, że nagle zainteresowała ją reklama nowych artykułów, wlepiła oczy w wiszący nad kasą plakat. Marzyła, aby jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz.

  Po uregulowaniu należności za zakupione artykuły i załadowaniu ich byle jak do swojej torby, Karolina szybkim krokiem skierowała się do wyjścia. Pech chciał, że kiedy wychodziła już ze sklepu, jakiś dwóch chłopaczków, wbiegając do środka, wytrąciło jej torbę z rąk. Prawie cała zawartość jej torby wysypała się na posadzkę. Najgorsze, że siatka z ziemniakami pękła i ziemniaki porozlatywały się w różnych kierunkach. Karolina wściekła się okrutnie. Natychmiast się pochyliła i nerwowo zaczęła zbierać rozsypane artykuły, klnąc w duchu nawet nie tyle na niesfornych chłopców, co na poniedziałek. Nagle usłyszała nad sobą czyjś głos. Męski głos.

  - Co za utrapienie z takimi łobuzami. Nie dość, że wpadają na ludzi, to jeszcze nawet nie przeproszą.

  Karolina natychmiast popatrzyła do góry, i aż zamarła. Nad nią stał nie kto inny, a właśnie ten przystojny mężczyzna. Jej wściekłość natychmiast ustąpiła miejsca zawstydzeniu.

  - Proszę się podnieść - rzekł przystojny mężczyzna, podając Karolinie dłoń. - Ja pani wszystko pozbieram. Nie uchodzi by tak piękna dama pochylała się pod nogami tylu ludzi.

  - Ależ to nic... dam radę... to nic - jąkała się Karolina, zawstydzona już do granic możliwości.

  - O nie, nie, ja pozbieram, proszę dać mi swoją torbę - nie ustępował mężczyzna.

 

 

 

A gdzie się podział ciąg dalszy? ;)

 

 

Przepraszam, ale usuwam stąd dalszy ciąg tego opowiadania, ponieważ stwierdziłam w necie jego wielokrotną kradzież przez nieuczciwych internautów i opublikowanie na blogach i FB jako swojego.

 

Zaznaczam, że opowiadanie to w całości zostało wydane przez Wydawnictwo Książkowe "Amazon" w formie e-booka.

 

 Miłość przyszła niespodzianie.jpg

 

 

Oto link:

 

"Miłość przyszła niespodzianie" (Polish Edition)

 

 



komentarze (18) | dodaj komentarz

Dolce Amore in Roma

piątek, 21 sierpnia 2009 16:39

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

 

 

Dolce Amore

in Roma

 

 

  Ewa zerwała się z łóżka rześka i radosna. Jest przecież w Rzymie. Po raz pierwszy w życiu. Spała tylko pięć godzin, ale nie chciała tracić czasu na spanie. Po co spać dłużej niż to konieczne? Szkoda jej było każdej chwili spędzonej w pokoju hotelowym. Pragnęła każdą możliwą chwilę wykorzystać na zwiedzanie miasta. Nawet bez przewodnika i całej tej grupy wycieczkowej, składającej się z obcych jej ludzi z Biura Podróży Obieżyświat. Zamierzała na własną rękę pochodzić po pobliskich ulicach zanim wszyscy po śniadaniu zejdą się przed autokarem. Miała więc dla siebie calusieńkie trzy godziny. Nie w głowie jej było śniadanie. - „Rany, być w Rzymie i myśleć o jedzeniu? Toż to grzech" - powiedziała głośno sama do siebie i pośpiesznie poszła do łazienki. - Postanowiła jak najwięcej wrażeń przywieźć z Rzymu, by potem mieć co koleżankom opowiadać i co wspominać. Pragnęła też przestać wreszcie myśleć o swoim byłym narzeczonym, z którym przed dwoma miesiącami zerwała. Specjalnie przecież wykupiła tę wycieczkę, aby swoje myśli zająć czymś innym. Czymś dla niej miłym i przyjemnym. Dość już miała przepłakanych nocy i dni.

  Dochodziła godzina szósta, kiedy Ewa zbiegała po schodach i kierowała się w stronę recepcji by oddać klucz z pokoju. Będąc już przy kontuarze, przyszło jej na myśl, by zagadnąć recepcjonistkę o ważne do zwiedzania miejsca znajdujące się w okolicy hotelu. Nie umiała dobrze po włosku mówić, ale znała najważniejsze słowa by się jakoś dogadać. Już w liceum trochę się uczyła tego języka, bo bardzo jej się zawsze podobał. Całą też drogę w autokarze wkuwała najważniejsze zwroty.

  Przy recepcji stały dwie osoby. Jakiś starszy jegomość z laseczką i dama w słomkowym kapeluszu. Zapewne włosi, gdyż płynnie rozmawiali po włosku. Kiedy recepcjonistka zwróciła się do niej, pochyliła się nad kontuarem. Nie chciała by ci państwo słyszeli jej "łamanej włoszczyzny". Wstydziła się. Recepcjonistka na szczęście w mig pojęła o co jej chodzi. Dała jej nawet plan miasta i zakreśliła na nim miejsca wokół hotelu godne zobaczenia. Ewa podziękowała, i uszczęśliwiona, skierowała się do wyjścia z hotelu. Już miała wejść w drzwi obrotowe, kiedy nagle usłyszała za plecami:       

  - Dzień dobry! Słyszałem, że chce pani pozwiedzać okoliczne zabytki. Z przyjemnością pójdę z panią. Znam je tu wszystkie bardzo dobrze... O przepraszam! Zapomniałem się przedstawić. Nazywam się Paweł.

  - Dzień dobry! Jestem Ewa... - odpowiedziała nieco zdziwiona propozycją młodego mężczyzny. - A skąd pan wie, że jestem Polką?

  - Słyszałam jak pani pytała recepcjonistkę - uśmiechnął się Paweł. - Stałem za panią.

  - No tak, mogłam się domyślić - zaśmiała się. - Moja łamana włoszczyzna mnie zdradziła.

  - Nie łamana a akcentowana... Ale co tam zdolności językowe. Ważne, że się jest odważnym... Wszak do odważnych świat należy. No to jak, pozwoli pani sobie towarzyszyć?

  Ewa zgodziła się bez namysłu, gdyż Paweł wydał się jej być miłym mężczyzną. Takim, co do którego, od razu można mieć zaufanie.

  Wyszli razem z hotelu i poszli wzdłuż alei prowadzącej do Wzgórza Kapitolińskiego. Nie zaszli jednak daleko. Nie mieli zbyt wiele czasu. Tak że oprócz zabytkowych kamieniczek na pobliskich uliczkach, nic innego Ewa nie zobaczyła. Mimo to, nie żałowała, bo już sama rozmowa z Pawłem, dawała jej wiele przyjemności. W końcu przesiedzieli dobrą godzinę przy kawie w malutkiej kawiarence nieopodal hotelu. Z rozmowy Ewa dowiedziała się, że Paweł od pięciu lat prowadzi we Włoszech interesy. Stąd też bardzo dobrze zna język włoski. Że wczoraj przyleciał samolotem z Krakowa, i że w Rzymie spędzi kilka dni. Ma do załatwienia parę spraw handlowych. Potem zaś leci do Palermo do swojej narzeczonej, z którą wkrótce ma się ożenić i przejąć kilka winnic jej ojca.    

  Była punkt dziewiąta, kiedy Ewa stanęła przy pustym jeszcze autokarze na parkingu hotelowym. Z Pawłem pożegnała się przy wejściu do hotelu. Umówili się na wieczór na wspólną kolację. Ewie bardzo się Paweł spodobał. Był nie tylko inteligentnym mężczyzną, był też bardzo przystojny. To nic, że był zajęty i wkrótce miał się żenić. Ewie zależało jedynie by miło spędzić czas. Tym bardziej, że  Paweł znał bardzo dobrze miasto i sam zaproponował jej pokazanie najciekawszych miejsc. Nie będzie więc musiała z całą grupą obcych jej ludzi łazić po mieście.

  Z zaplanowanej w pierwszym dniu wycieczki po Watykanie, wycieczkowicze wrócili do hotelu na kolację. Ewa jednak nie poszła ze wszystkimi do restauracji, tylko od razu pobiegła do swojego pokoju, aby wziąć prysznic i przebrać się na umówioną kolację z Pawłem. Była bardzo podniecona tym ich wspólnym wyjściem. Nawet zwiedzając Watykan, łapała się na tym, że zamiast skupić się nad świętością zwiedzanego miejsca, ciągle myśli o Pawle. Momentami aż była zła na siebie. Jednak teraz, kiedy stała przed lustrem odświeżona i ubrana w śliczną czerwoną sukieneczkę na ramiączkach, zapinając na szyi sznur różnokolorowych korali, spokojnie mogła myśleć już tylko o Pawle... I też myślała. Cieszyła się bardzo, że w tak miłym towarzystwie przez kilka dni będzie mogła zwiedzać Rzym. Już nawet  zgłosiła przewodnikowi wycieczki, że od jutra sama będzie organizować sobie zwiedzanie Wiecznego Miasta.

  Kolacja była wspaniała. Ewa coraz bardziej była zachwycona Pawłem. Wiele opowiadał jej o sobie, o swojej rodzinie. O ukochanej młodszej siostrzyczce chorej na autyzm. Wreszcie o urokach Włoch, które zdążył już poznać wzdłuż i w szerz. Ona mu również opowiadała o sobie. Zwierzyła mu się nawet ze swojej nieudanej miłości i rozpaczy, jaką przeżywała po zerwaniu ze swoim chłopakiem.

  Przez kolejne cztery dni, Paweł każdego ranka czekał na Ewę w holu recepcji i potem całymi dniami zwiedzali Rzym. Poruszali się po mieście wynajętym przez Pawła skuterem. Dzięki temu Ewa  zobaczyła wszystkie te miejsca, które objęte były programem jej wycieczki z biura turystycznego. Razem podziwiali też Panteon, Villę Borghese, przez kilka godzin spacerowali po Ogrodach Borghese. Trzymając się za ręce, biegali po Schodach Hiszpańskich. Dwukrotnie. W dół i w górę. Potem u podnóża schodów, spoceni i zziajani, ze śmiechem chlapali się wodą z fontanny Barcaccia. Ewa miała ze sobą kamerę i wszystkie zwiedzane miejsca utrwalała na pamiątkę. Paweł zaś robił jej masę zdjęć swoim aparatem fotograficznym, zapewniając ją, że je wszystkie przyśle na jej adres w Polsce. 

 

 

 

  Pod Coloseum Ewa ubawiła się zachowaniem starożytnych legionistów. Kiedy chciała nakręcić ich kamerą, jeden z nich podszedł do niej i powiedział, że zademonstrują się jej w pełnej okazałości, lecz najpierw niech ich poczęstuje papierosem.

      
            

                        

 

 

A gdzie się podział ciąg dalszy? ;)

 

 

Przepraszam, ale usuwam stąd dalszy ciąg tego opowiadania, ponieważ stwierdziłam w necie jego wielokrotną kradzież przez nieuczciwych internautów i opublikowanie na blogach i FB jako swojego.

 

Zaznaczam, że opowiadanie to w całości zostało wydane przez Wydawnictwo Książkowe "Amazon" w formie e-booka.

 

 

Miłość przyszła niespodzianie.jpg

 

 

Oto link:

"Miłość przyszła niespodzianie" (Polish Edition)

 



komentarze (7) | dodaj komentarz

Zamienię Cię...

piątek, 14 sierpnia 2009 21:15

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

 

 

 

 

Zamienię Cię...

 

 

  Majka siedziała pochylona przy biurku i zawzięcie biegała palcami po klawiaturze, co rusz wierzchem dłoni ocierając cieknące po policzku łzy. Pisała list pożegnalny do swojego chłopaka Roberta. W tle, z głośnika wieży stero, sączyła się melancholijna (< kliknij) muzyka, przy której się poznali i zbliżyli do siebie. To właśnie przy tej piosence pocałowali się po raz pierwszy, tańcząc mocno wtuleni w siebie na imprezie urodzinowej jej koleżanki. Specjalnie ją nastawiła, aby móc się wypłakać. Pragnęła by łzy zmyły ciężar, jaki od wczorajszego wieczoru w sercu nosiła. Pisała i płakała. Wiedziała, że to już koniec. Po półtora roku bycia razem. Że wybaczyć nie będzie w stanie. Nie, czegoś takiego, na pewno nie. Kończąc pisać, zastanawiała się jaką by tu piosenkę na pożegnanie zadedykować swojemu byłemu już chłopakowi.

  - A tak... już wiem -  powiedziała sama do siebie. - Wymienię (< kliknij) cię na lepszy model...Ty... ty... zdrajco jeden! - Po czym pośpiesznie zalinkowała piosenkę do treści listu i kliknęła na: „wyślij".

  Wpatrując się w ikonkę: „wiadomość została wysłana", rozpłakała się na dobre. Schowała twarz w dłoniach. I kiedy tak zanosiła się aż od płaczu, nagle uszu jej dobiegł dźwięk komórki. Odsłoniła twarz i zaczęła się za nią rozglądać. Gdzieś ją wczoraj z nerwów kopnęła, gdyż bez przerwy dzwonił Robert. Nie odbierała, ale kiedy odczytała jego SMS-a o treści: „I don't want to talk about it... Ale kocham tylko ciebie", nie wytrzymała i potraktowała ją tak, jakby to był Robert. Rzuciła się na podłogę i na czworaka szła za dźwigiem. Znalazła. W łazience za muszlą.

  - Halo, wspólniku! - usłyszała głos Karola, swojego współpracownika. - A co to się z tobą dzieje, że w pracy się nie meldujesz?

  - A nic, nic! Zaraz będę - odpowiedziała pośpiesznie, chcąc zakończyć rozmowę.

  - Ejże, Majka, ty płaczesz? - spytał Karol.

  - Nie, nie, chyba mam katar - skłamała Majka. - Ale zaraz wychodzę.

  - Dobra, przychodź, to pogadamy - skończył rozmowę Karol.

  Majka odłożyła komórkę i zabrała się za poranną toaletę. Szybko się umyła, ubrała, rzuciła na siebie byle jaki makijaż, i nim minęło pół godziny, była gotowa do wyjścia. Zamykała już drzwi, kiedy nagle przypomniała sobie, że nie wyłączyła komputera. Pobiegła z powrotem. Wyłączając komputer, zrobiła taką minę, jakby co najmniej zadawała ostateczny cios swemu najgorszemu wrogowi.

  - No, jesteś wreszcie! - przywitał ją Karol, kiedy stanęła w drzwiach ich wspólnej pracowni fotograficznej. - Pokaż no się. Chcę zobaczyć twój zakatarzony nos... A nie, moja droga duszko, to nie katar. Z twojej twarzy czytam jak z otwartej księgi... Ty płakałaś. Już mi tu gadaj, kto cię skrzywdził? Słyszysz?!

  Majka znów się rozpłakała i rzuciła się Karolowi w ramiona. Łkając opowiedziała mu jak to wczoraj wieczorem pojechała do Roberta, aby dogadać z nim szczegóły urlopu na Majorce, na który mieli polecieć za 3 dni, i kiedy zajechała pod jego dom, nagle zauważyła jego samochód i jego w nim z jakąś dziewczyną, z którą  całował się w czułych objęciach.

  - Oj, nie płacz, moja droga - uspokajał Karol, głaszcząc Majkę po włosach. - Najwyraźniej to zwykły sukinsyn, skoro na coś takiego go stać. Mieć tak wspaniałą dziewczynę jak ty i jeszcze się miętolić z jakimiś innymi? Nazwałbym go dosadniej, ale oszczędzę twoje uszy. Majka, mówię nie płacz, bo jak by na to nie patrzeć, to lepiej, żeś się teraz o nim prawdy dowiedziała, niż byś po ślubie miała się dowiedzieć... Co za sku...

 

 

 

A gdzie się podział ciąg dalszy? ;)

 

 

Przepraszam, ale usuwam stąd dalszy ciąg tego opowiadania, ponieważ stwierdziłam w necie jego wielokrotną kradzież przez nieuczciwych internautów i opublikowanie na blogach i FB jako swojego.

 

Zaznaczam, że opowiadanie to w całości zostało wydane przez Wydawnictwo Książkowe "Amazon" w formie e-booka.

 

 

Miłość przyszła niespodzianie.jpg

 

 

Oto link:

 

"Miłość przyszła niespodzianie" (Polish Edition)

 

 



komentarze (4) | dodaj komentarz

Urlopowa Miłość

wtorek, 11 sierpnia 2009 16:46
===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

 
 
Urlopowa miłość

 

 

  Ostatni dzień urlopu. Marta kończy pakować swoją walizkę. Nazajutrz, zaraz po obiedzie, rusza w drogę powrotną do domu. Nie była zadowolona z tego powodu. Mazury bardzo się jej podobają.  Pokój w pensjonacie też. Jest przestronny, zadbany, wygodny. Niosąc z łazienki kosmetyki, rozmyśla nad swoimi wrażeniami z urlopu. Żadnych większych wrażeń nie miała, to prawda. Nic szczególnego się nie wydarzyło. Ale narzekać też nie może. Odpoczęła. Naprawdę odpoczęła. Po ostatnich przeżyciach w firmie z mobbing'iem w roli szefa w tle, należał jej się odpoczynek i spokój. Cieszyła się, że jak wróci do pracy szefa już nie będzie. Wygrała z nim sprawę w sądzie. Został zwolniony dyscyplinarnie. Dobrze mu tak. Wszyscy pracownicy firmy byli też tego zdania i trzymali jej stronę. Znali dobrze jego zapędy. Jednak do tej pory żadna kobieta nie odważyła mu się przeciwstawić. A co dopiero do sądu podać. To była Marty mała satysfakcja. Fakt, że w międzyczasie zerwała ze swoim chłopakiem, który również pracował w tej samej firmie. No ale teraz już tego nie żałuje. Więcej, uważa nawet, że to dobrze, iż tak się stało. Facet okazał się być wielkim tchórzem. Nawet nie próbował bronić jej przed zwyrodniałym szefem.

  Z rozmyślań wyrwało ją pukanie do drzwi. Pobiegła otworzyć. W drzwiach stał młody mężczyzna, którego znała już z widzenia. Widziała go każdego wieczoru na przystani, jak podpływał jachtem. Nawet bardzo się jej podobał. Nie robiła jednak nic, aby nawiązać z nim kontakt. Nie po to przyjechała na Mazury. Chciała tylko odpocząć. Mężczyzn miała dosyć na długi czas.

  - Witam, nazywam się Martin! - odezwał się mężczyzna i uśmiechnął się do niej szeroko. - Przyszedłem się spytać, czy nie miałabyś ochoty na ognisko na wyspie? Wybacz moją śmiałość... Drogo mnie ona kosztowała, zanim się na nią zdobyłem... Ale pomyślałam, że muszę spróbować... Bardzo mi się podobasz. Od pierwszego dnia, kiedy cię tylko zobaczyłam. Wcześniej nie miałem tyle śmiałości, żeby do ciebie podejść. No ale w końcu się na nią zdobyłem, bo domyśliłem się, że jutro z pewnością wracasz do domu. Pomyślałem więc, że muszę spróbować, bo jak nie, całe życie będę miał do siebie o to żal.

  Marta była tak zaskoczona widokiem tego akurat mężczyzny u swoich drzwi, a jeszcze bardziej tym, co mówił, że przez jakiś czas stała z rozdziawioną buzią i słowa z siebie wydusić nie mogła. Wreszcie doszła jakoś do siebie i zaprosiła go do pokoju. Sama sobie się dziwiła, że tak postąpiła. W końcu nie znała faceta. No ale jakoś nie wiedzieć czemu, od razu poczuła do niego ufność. Porozmawiali chwilę o Mazurach, o pogodzie... o wszystkim i o niczym, no i umówili się na wieczorne ognisko. Marta zaoferowała się kupić kiełbaski i zrobić surówkę warzywną. Martin protestował, bo sam chciał wszystko kupić, ale w końcu się zgodził i pozostało mu do kupienia jedynie napoje. Umówili się na godzinę 18-tą na przystani dla jachtów.

  Kiedy Martin wyszedł z pokoju, Marta na powrót usiadła w fotelu by zebrać myśli. Była bardzo zaskoczona tą nagłą sytuacją. Poczuła jednak ogromne podniecenie. I to podniecenie spowodowało, że nagle zerwała się z fotela i jak uskrzydlona pobiegła do sklepu po zakup wszystkich składników do swojej ulubionej surówki, z nadzieją, że i Martinowi będzie smakowała. Po godzinie była już z powrotem w swoim pokoju. Pożyczyła od właścicielki pensjonatu przybory kuchenne i plastikowe pojemniczki i swój pokój zamieniła w kuchnię. Zabrała się za przygotowywanie surówki. Seler starła na tarce na wiórki, jabłko i ogórek pokroiła na małe kawałki, cykorię na większe. Wszystkie składniki wymieszała i doprawiła czosnkiem, solą odrobiną cukru, i na koniec polała jogurtem. Kiełbaski ponacinała nożykiem i w nacięcia powtykała po kawałeczku boczku, cebulki i papryki. Dochodziła 17:30, kiedy była już gotowa ze wszystkim. Surówka i kiełbaski pięknie zapakowane w pojemniczkach, tylko jeszcze odpowiednio się ubrać, i może wychodzić na spotkanie z Martinem.

  Punkt 18-ta zjawiła się na przystani. Już z daleka widziała przycumowany jacht Martina i jego samego jak macha do niej ręką, i wreszcie jak wyskakuje na pomost. Ciągle nad wyraz podniecona tą nową dla niej sytuacją, podeszła do niego. Martin ze szczęśliwą miną odebrał od niej cały ekwipunek i pomógł wejść na pokład jachtu. Na początek zaproponował jej małą przejażdżkę jachtem po jeziorze. Marta od razu na to przystała, gdyż nigdy jeszcze jachtem nie pływała.

  Kiedy tak żeglowali dookoła wysepki, Marta nie mogła oczu od Martina oderwać. Od jego wspaniałej sylwetki. Podziwiała jego naprężone muskuły, i jak świetnie sobie radzi z żaglami i sterem. Nie czuła żadnego lęku. I to ją najbardziej dziwiło.

  Po przeszło dwóch godzinach pływania, dotarli do wysepki i Martin zaprowadził Martę do miejsca na ognisko.

  - O rany, a ty kiedy to wszystko zrobiłeś? Pozostało jedynie podłożyć ogień i można zacząć piec kiełbaski... - zawołała zaskoczona Marta. - Ojej, i nawet taką dużą stertę chrustu na zapas nazbierałeś!

  - Wyobraź sobie, że to wszystko przygotowałem zanim odważyłem się do ciebie pójść... To takie psychofizyczne zadziałanie na samego siebie - zaśmiał się Martin.

  Ognisko było wspaniałe. Ogień trzaskał przyjemnie, co rusz strzelając iskierkami w powietrze. Dookoła słychać było śpiew ptaków, cykanie świerszczy, w oddali rechot żab.

 

 

 

 

A gdzie się podział ciąg dalszy? ;)

 

 

Przepraszam, ale usuwam stąd dalszy ciąg tego opowiadania, ponieważ stwierdziłam w necie jego wielokrotną kradzież przez nieuczciwych internautów i opublikowanie na blogach i FB jako swojego.

 

Zaznaczam, że opowiadanie to w całości zostało wydane przez Wydawnictwo Książkowe "Amazon" w formie e-booka.

 

 

Miłość przyszła niespodzianie.jpg

 

 

Oto link:

"Miłość przyszła niespodzianie" (Polish Edition)

 



komentarze (3) | dodaj komentarz

Oczekuj miłości, a przyjdzie

wtorek, 28 lipca 2009 11:21

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

 

 

 

Oczekuj miłości,

a przyjdzie...

 

 

  Irena jeszcze parę miesięcy temu chodziła jak struta. Z dnia na dzień popadała w depresję. Odszedł od niej mąż. Po 25 latach małżeństwa. Nie to jednak było dla niej najgorsze. Ich małżeństwo od początku było niezbyt udane. Żyli ze sobą właściwie tylko dla dzieci. Od kiedy dzieci się usamodzielniły, nic ich już nie łączyło. Przestali już nawet spać w jednym łóżku. Spać, bo o seksie to już przez ostatnie 10 lat nawet mowy nie było. Pogodziła się z jego odejściem. Zaczęła już nawet sobie życie jakoś układać. Cały jej ciężko wypracowany spokój runął jednak, i to w jednym momencie, kiedy pewnego feralnego dnia zobaczyła męża z inna kobietą. Ani to młodszą, ani  ładniejszą. A on, ten jej mąż, szedł przy niej uśmiechnięty i tachał  wypchane siaty z zakupami. Ten widok ją dobił. Bo jakże to tak, przez tyle lat on nigdy tego nie robił. - „Jak ona tego dokonała? Co ona ma, czego ja nie mam?" - Irena wciąż się zastanawiała, płacząc po nocach. Nieustannie analizowała całe ich pożycie małżeńskie, obwiniając raz siebie, raz męża. I gdyby nie jej koleżanka z pracy, Bożena, pewnie by popadła w całkowitą depresję. Bożena zaczęła wyciągać ją na różne imprezy dla singli. Niezbyt jej się to na początku podobało, ale  poddawała się koleżance, bo nie miała siły się jej przeciwstawiać. Aż raz, na takim jednym spotkaniu, poznała Tomasza. Tomasz był bardzo miłym, dystyngowanym panem około pięćdziesiątki. Nie przeszkadzało jej, że był nieco starszy. Ważne, że był miły i bardzo delikatny. Żadnej nachalności, żadnego grubiaństwa, do jakiego przez tyle lat była przyzwyczajona, ze strony Tomasza nie doświadczyła. Zaczęli się coraz częściej spotykać.

  - Irenko, to może już nasza ostatnia szansa na miłość - Tomasz powtarzał jej wkoło.

 

 

A gdzie się podział ciąg dalszy? ;)

 

Przepraszam, ale usuwam stąd dalszy ciąg tego opowiadania, ponieważ stwierdziłam w necie jego wielokrotną kradzież przez nieuczciwych internautów i opublikowanie na blogach i FB jako swojego.

 

Zaznaczam, że opowiadanie to w całości zostało wydane przez Wydawnictwo Książkowe "Amazon" w formie e-booka.

 

 

Miłość przyszła niespodzianie.jpg

 

 

Oto link:

"Miłość przyszła niespodzianie" (Polish Edition)

 

 



komentarze (4) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 21 października 2014

Licznik odwiedzin:  637 462  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Wszystkie teksty oraz zdjęcia opublikowane na moim blogu są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione.

Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie.

(Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dnia 4 lutego 1994 r., nr 24, poz. 83)

Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję osobom, które o nią proszą.

 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tutaj również swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

 

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 637462
Wpisy
  • liczba: 694
  • komentarze: 9769
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 1915 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to