Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 095 007 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Poniedziałkowe randez-vous

poniedziałek, 09 listopada 2009 9:49

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

 

 

Poniedziałkowe

  randez-vous  

 

 

  Był poniedziałek. Okropny dzień. Najgorszy dzień tygodnia dla wielu ludzi. Dla Karoliny również. Nawet będąc na urlopie, Karolina jakoś dziwnie tego dnia nie lubiła. Pewnie z przyzwyczajenia. A akurat tamten poniedziałek, wydawał się jej jeszcze okropniejszym poniedziałkiem, ponieważ po całotygodniowej walce z potężnym przeziębieniem, wróciła do pracy. W pracy czekało na nią multum zaległości. Urobiła się straszliwie. Dodatkowo ta szaruga jesienna źle na nią wpływała. Od rana lało jak z cebra. Szaro, mokro, chłodno, brzydko. Niby to nic dziwnego, wszak już jesień, ale Karolina i jesieni nie znosiła. Zwłaszcza takiej. Smutnej i płaczącej deszczem od rana.

  - A niech to szlag trafi! - burknęła sama do siebie, wychodząc z biurowca swojej firmy.

  Ulica tonęła w deszczu. Karolina, garbiąc się, rozłożyła parasol i skierowała swe ociężałe kroki do pobliskiego supermarketu. Musiała zrobić jeszcze zakupy przed powrotem do domu. Lodówkę miała niemalże pustą. Przez cały tydzień choroby nie wychodziła z domu. Wprawdzie jej syn Błażej coś tam w tygodniu z podstawowych artykułów kupował, ale do przyrządzenia obiadu nie miała już nic. Zła była jak osa, że musi w taką pogodę łazić po ulicy wśród tłumu przemoczonych przechodniów. Najchętniej wsiadłaby już do autobusu by jak najszybciej znaleźć się w domu. Nie czuła się dobrze. Była osłabiona chorobą, a pogoda dodatkowo potęgowała jej złe samopoczucie. Poczucie obowiązku nakazywało jej jednak zrobić zakupy. Musi przecież wreszcie jakiś porządny obiad ugotować synowi. Błażej w poniedziałek po lekcjach ma od razu trening, wróci więc wygłodniały okrutnie.

  Kiedy dotarła do supermarketu, była już pewna, że żadnych większych zakupów robić nie będzie. Odechciało się jej całkowicie. Buty miała przemoczone. Było jej zimno. Poczuła się jeszcze bardziej osłabiona. Dreszcze przelatywały jej po plecach. Czoło zrosił zimny pot. Nie brała nawet wózka na zakupy. Nerwowym ruchem chwyciła za koszyk i poczłapała do środka.

  Po dziesięciu minutach była już gotowa z zakupami. Kupiła jedynie pieczywo, masło, ser, a na obiad: kurczaka, trochę jarzyn i ziemniaki. Ustawiła się do kolejki przy najmniej obleganej kasie, zastanawiając się jeszcze na szybko, czy czegoś jej w domu na już nie brakuje. Przypomniało jej się, że proszek do prania jest na ukończeniu. Odruchowo odwróciła się by sprawdzić jak daleko ma do stoiska chemicznego. Odległość wydała jej się nie do pokonania. Nie dzisiaj. Nie w takim dniu. Odwracając się na powrót twarzą do kasy, w kolejce przy kasie obok, zauważyła mężczyznę, którego widziała parę godzin temu na korytarzu biurowca. Mężczyzna patrzył na nią i uśmiechał się. Zawstydziła się. Czuła się fatalnie. Miała wrażenie, że fatalnie też wygląda. Wstyd ją ogarniał coraz mocniej, dając swój wyraz piekącym rumieńcem na spoconej wcześniej twarzy. Pewnie dlatego, że mężczyzna był bardzo przystojny i elegancki. Zauważyło to już na korytarzu biurowca, kiedy szła po kawę do automatu, ale że czuła się źle, nawet się na moment nie zastanowiła kto to taki. W innym dniu z pewnością choćby oko dyskretnie na nim zawiesiła. Zawsze jej się podobali tacy zadbani mężczyźni. Ale teraz, kiedy się tak fatalnie czuła, wolałaby żadnego takiego nie widzieć. A ten oto, jeszcze się do niej uśmiecha. Karolina poczuła, że rumieniec nabiera na sile, szybko spuściła więc wzrok, i udając, że nagle zainteresowała ją reklama nowych artykułów, wlepiła oczy w wiszący nad kasą plakat. Marzyła, aby jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz.

  Po uregulowaniu należności za zakupione artykuły i załadowaniu ich byle jak do swojej torby, Karolina szybkim krokiem skierowała się do wyjścia. Pech chciał, że kiedy wychodziła już ze sklepu, jakiś dwóch chłopaczków, wbiegając do środka, wytrąciło jej torbę z rąk. Prawie cała zawartość jej torby wysypała się na posadzkę. Najgorsze, że siatka z ziemniakami pękła i ziemniaki porozlatywały się w różnych kierunkach. Karolina wściekła się okrutnie. Natychmiast się pochyliła i nerwowo zaczęła zbierać rozsypane artykuły, klnąc w duchu nawet nie tyle na niesfornych chłopców, co na poniedziałek. Nagle usłyszała nad sobą czyjś głos. Męski głos.

  - Co za utrapienie z takimi łobuzami. Nie dość, że wpadają na ludzi, to jeszcze nawet nie przeproszą.

  Karolina natychmiast popatrzyła do góry, i aż zamarła. Nad nią stał nie kto inny, a właśnie ten przystojny mężczyzna. Jej wściekłość natychmiast ustąpiła miejsca zawstydzeniu.

  - Proszę się podnieść - rzekł przystojny mężczyzna, podając Karolinie dłoń. - Ja pani wszystko pozbieram. Nie uchodzi by tak piękna dama pochylała się pod nogami tylu ludzi.

  - Ależ to nic... dam radę... to nic - jąkała się Karolina, zawstydzona już do granic możliwości.

  - O nie, nie, ja pozbieram, proszę dać mi swoją torbę - nie ustępował mężczyzna.

  Kiedy wychodzili razem ze sklepu, mężczyzna, oprócz swojej torby z zakupami, ciągle trzymał torbę Karoliny. A będąc już na ulicy, ukłonił się szarmancko, i zawołał:

  - Przepraszam, nie przedstawiłem się! Nazywam się Robert Kownacki.

  - Karolina Wierzyńska - niepewnym głosem przedstawiła się Karolina. - Miło mi.

  - A wiem, wiem, jest pani księgową w naszej firmie - zaśmiał się pan Robert. - A ja jestem od tygodnia nowym zaopatrzeniowcem. Szef wszystkim mnie przedstawił, ale że pani była na chorobowym, miał przedstawić dzisiaj. Jednak coś mu wypadło i musiał wyjechać.

  - Ach, to pan! - zawołała Karolina. - Koleżanki mi mówiły, że mamy nowego zaopatrzeniowca, ale nie wiedziałam, że to pan.

  - No to już się sami poznaliśmy. Wprawdzie nie w firmie, ale co to za różnica. Ważne, że już się znamy. A może da się pani zaprosić na kawkę? Tu w pobliżu jest bardzo miła kawiarenka.

  - Dziękuję za zaproszenie, ale nie wiem, czy to wypada tak od razu, z marszu...

  - Ze sklepu, nie z marszu - zachichotał pan Robert. - Ależ oczywiście, że wypada.

  Karolina jednak odmówiła, gdyż przypomniała sobie, że jej wygląd pozostawia wiele do życzenia, no i że Błażej niebawem wróci do domu. Musi mu przecież ugotować obiad.

  Robert zaprosił Karolinę do swojego samochodu i zawiózł ją pod sam dom. Pod domem chwilę jeszcze posiedzieli w samochodzie i porozmawiali. Umówili się też na wspólne wyjście do kawiarni w najbliższy piątek.

  Wspinając się po schodach do swojego mieszkania, Karolina rozmyślała nad tym dziwnym, niespodziewanym, ale w sumie bardzo przyjemnym spotkaniem z Robertem. Kiedy siedzieli jeszcze w samochodzie pod jej blokiem, dowiedziała się od niego, że jego żona zmarła przed pięcioma laty na raka. Że do tej pory jest wdowcem. Bezdzietnym. Nie związał się do tej pory z żadną kobietą. Robert opowiadał jej też, jak ciężkie chwile przeżywał po śmierci swojej ukochanej żony i jakim wspaniałym człowiekiem ona była. Karolinę tak bardzo wzruszył los Roberta, że sama zaczęła zwierzać się ze swojego życia. Opowiedziała Robertowi o swoim nieudanym małżeństwie, zakończonym przed dziewięcioma laty rozwodem, o tym jak sama musiała sobie radzić z wychowywaniem 18-letniego obecnie syna. Wspomniała też o tym, że przez cały ten okres nigdy jej nawet na myśl nie przyszło, aby się związać z innym mężczyzną. Że najważniejszy był dla niej syn, dom, praca, i że to wokół tych priorytetów, do dziś dnia, toczy się jej życie. Przyznała jednak szczerze, że od czasu, kiedy jej Błażej stał się dorosły i zaczął mieć swoje własne życie, coraz bardziej brakuje jej kontaktu z ludźmi. Brakuje jej przyjaznej duszy. Coraz częściej też odczuwa samotność.

  Spotkanie w piątkowy wieczór było bardzo miłe. Karolina i Robert spędzili parę godzin w zacisznej kawiarence przy świecach. Nieustannie rozmawiali. Nie mogli się ze sobą nagadać. Opowiadali o swoim życiu, o swojej rodzinie, o swoich zainteresowaniach, wreszcie o swoich marzeniach. Karolina sama sobie się dziwiła, że aż tak bardzo otworzyła się przed obcym człowiekiem, ale czuła wyraźnie, że może mu zaufać. A to odczucie, bardzo ją cieszyło. Sprawiało przyjemną ulgę, że oto ona, po tylu latach, ma przed kim wyrzucić z siebie wszystko to, co leży jej na sercu, co przez tyle lat w sercu się nagromadziło. Podobnie odczuwał Robert.

  To był początek ich serdecznej znajomości. Od tej pory spotykali się bardzo często. Chodzili razem do kina, do teatru, czasami na pływalnię. Często też wyjeżdżali samochodem Roberta za miasta by  pospacerować po lesie. Oboje uwielbiali te swoje spacery na łonie natury. W pracy przed współpracownikami nie ujawniali swojej zażyłości. Nie chcieli wysłuchiwać komentarzy innych. Cieszyli się sobą, swoją przyjaźnią. Dla siebie jedynie pragnęli zachować tę słodką tajemnicę o rodzącym się między nimi uczuciu.

  Od jakiegoś już czasu, Karolina zauważyła, że jej syn Błażej momentami uważnie się jej przygląda. Trochę ją to dziwiło, dlatego pewnego wieczoru spytała go wprost:

  - Może mi powiesz wreszcie, dlaczego mi się tak przypatrujesz? Coś ze mną nie tak?  

  - Ależ tak, tak! Nawet bardziej niż tak! - zachichotał Błażej. - No dobra, powiem, skoro Ty sama nic nie mówisz... Otóż wydaje mi się, moja kochana mamciu, że masz kogoś... Faceta mam na myśli... Bo nigdy przedtem nie widziałem cię w tak promiennym nastroju. Nigdy przedtem też nie dbałaś aż tak o siebie. Odmłodniałaś. Wyładniałaś. To się widzi... i czuje. No to jak? Kto to jest? Powiesz mi wreszcie?

  Karolina, wsłuchując się w słowa syna, na moment oniemiała. Nie przypuszczała, że to jej dziecko jest już na tyle dorosłe, żeby zauważać takie rzeczy. No i co tu ukrywać, poczuła się trochę zawstydzona. Zorientowała się jednak w mig, że to już czas, aby synowi powiedzieć prawdę. Uśmiechnęła się, nabrała powietrza, i powiedziała:

  - Wiesz, Błażejku, że nawet mi na myśl nie przyszło, że ty cokolwiek możesz po mnie poznać. Ale to miłe... Znaczy, że interesujesz się matką... Tak, masz rację, poznałam wspaniałego człowieka, dzięki któremu moje życie nabrało barw. I nie będę ukrywać, że czuję się szczęśliwa.

  Karolina z wypiekami na twarzy opowiedziała Błażejowi kto to jest Robert i jak się z nim poznała. Ku jej radości, Błażejowi Robert się spodobał. Zaproponował nawet, ażeby spotykali się również i u nich w domu. Powiedział, że pragnie, aby jego matka była szczęśliwa. Zaś na koniec ich rozmowy, śmiejąc się, kilka razy powtórzył, że się postara nie być o Roberta zazdrosnym. Wreszcie wycałował Karolinę z każdej strony, i chichocząc coraz głośniej, znikł za drzwiami swojego pokoju. Po chwili jednak wystawił głowę zza drzwi, i dodał  jeszcze, ale już poważnym głosem:

  - Byleby był zawsze porządnym facetem i o ciebie dbał... bo jak nie, to ze mną będzie miał do czynienia... No!

  Karolina tak bardzo była uszczęśliwiona rozmową z synem, że jeszcze tego samego wieczoru zatelefonowała do Roberta. Pragnęła jak najszybciej podzielić się z nim dobrymi wieściami. Nigdy przed nim nie kryła, że obawia się reakcji Błażeja.  

  Od tej pory zaczęli się spotykać również i w domu Karoliny. Pewnej niedzieli, kiedy pod wieczór Robert zjawił się u Karoliny, Błażej akurat wychodził z domu. Nie omieszkał jednak się z Robertem przywitać. Poklepał go serdecznie po ramieniu, dając tym wyraz swej nieustającej aprobaty dla niego, a naciskając już klamkę u drzwi, wesoło zawołał:

  - Wychodzę do Marcina, posłuchać muzyki z kumplami... Wrócę około 21-szej! - A będąc już na schodach, zawył na cały głos:  - Dziecka nie ma... chata wolna... oj, będzie bal!

  Po raz pierwszy Karolina mogła być z Robertem w domu sam na sam. Poczuła się dziwnie podniecona. Całym sercem czuła, że się zakochała w Robercie, i że każda spędzona z nim chwila, jest dla niej  czymś wyjątkowym. Przy nim czuła się jak nowonarodzona. Przy nim czuła się prawdziwą kobietą. Coraz bardziej potrzebowała jego bliskości.

  Robert również obdarzał Karolinę miłością, ale nie miał odwagi jej o tym powiedzieć. Pragnął przebywać w jej towarzystwie jak najczęściej. Pragnął jej bliskości, również i tej fizycznej. Tłumił jednak w sobie to pragnienie, gdyż nie chciał by go Karolina źle odebrała. Wierzył, że czas będzie dla nich łaskawy, że kiedyś dojdzie do ich zbliżenia. Czekał wytrwale.

  Niedzielny wieczór zapowiadał się bardzo romantycznie. Obydwoje byli podnieceni swoją bliskością w zaciszu domowym. Kiedy po wspólnej kolacji przy świecach usiedli na sofie, Robert objął ramieniem Karolinę i zaraz potem zbliżył usta do jej ust. Karolina zamarła w bezruchu, lecz za moment poddała się jego pocałunkom. Poczuła jak jego język rozkosznie bada wnętrze jej ust, a uścisk jego ramienia nasila się. Pocałunki ich stawały się coraz intensywniejsze. Oboje czuli ogromne podniecenie. Coraz bardziej odczuwali wzmożoną potrzebę miłości fizycznej. I ta ich wzmożona potrzeba sprawiła, że oboje zapomnieli o jakichkolwiek wcześniejszych skrupułach. Karolina wsunęła drżące z podniecenia dłonie Robertowi pod koszulę. Wtedy Robert, z westchnieniem rozkoszy, niemalże bezwiednie zaczął rozpinać guziki jej bluzeczki. Ich podniecenie sięgało zenitu. Oboje czuli, że teraz, że już, że natychmiast staną się jednością... I wtedy, uszu ich dobiegł odgłos otwieranych drzwi wejściowych. Oderwali się od siebie jak piorunem rażeni. Cały romantyczny czar prysł w momencie niczym bańka mydlana. Przerażeni zaczęli poprawiać na sobie potargane ubranie i włosy. Nie zdążyli. Zobaczyli Błażeja jak wpada do pokoju, meldując już od drzwi:

  - Skończyliśmy wcześniej, bo kumple wybierali się jeszcze na dyskotekę, a ja, jako wzorowy syn, kroki swe skierowałem do domu.

  W pokoju stołowym zapanowała konsternacja. Błażej, widząc zmieszaną matkę, jak w pośpiechu zapina guziki bluzki, i nie dużo mniej zmieszanego Roberta, jak wciska koszulę do spodni, wycofał się natychmiast do swojego pokoju.

  Karolina czuła się potwornie zawstydzona. Czuła się jak nastolatka przyłapana przez ojca na obściskiwaniu się z chłopakiem. Robert też się czuł zawstydzony, ale przede wszystkim czuł ogromne zakłopotanie, gdyż nie wiedział jak ma zareagować. Widział jak bardzo zmieszana jest Karolina. Próbował porozmawiać z nią, uspokoić, jednak rozmowa się między nimi nie kleiła. Karolina wzdychała ciężko i zakrywała twarz dłońmi. Robert czuł się zakłopotany jeszcze bardziej. Nie wiedząc co ma zrobić, po godzinie wyszedł.

  Następnego dnia, w poniedziałek, Karolina ciągle czuła się nieswojo. Nie mogła ochłonąć po niedzielnym wieczorze. Przez cały dzień w pracy bała się wyjść na korytarz by nie spotkać Roberta. Nie umiałaby mu w oczy spojrzeć. Na szczęście okazało się, że Roberta od południa nie ma w firmie, ponieważ wyjechał służbowo do hurtowni. Karolinie było to na rękę. Po skończeniu pracy, szybciutko przemieściła się na przystanek autobusowy, i za trzy kwadranse, wchodziła już do domu. Już w autobusie postanowiła nalepić pierogów. To ją zawsze uspokajało. Wiedziała, że Błażej z zawodów pływackich ma wrócić do domu dopiero około 20-tej. Miała więc parę godzin dla siebie... no i dla pierogów. Włączyła radio, przebrała się w swój wygodny domowy strój, założyła fartuszek, i zabrała się za te jakże filozoficzne, a i wyciszające zajęcie. Była już prawie w połowie roboty, kiedy nagle usłyszała dzwonek do drzwi. Zdenerwowała się. Była pewna, że to sąsiadka znów przyszła coś pożyczyć. W pośpiechu wytarła w fartuszek oklejone ciastem ręce i poszła do przedpokoju. Kiedy otworzyła drzwi wejściowe, grymas niezadowolenia natychmiast przekształcił się w serdeczny uśmiech. W drzwiach stał Robert z czerwoną różyczką w dłoni.

  - Wybacz Karolinko, że cię tak nachodzę bez uprzedzenia - niepewnym głosem odezwał się Robert, wręczając Karolinie kwiatek. - Wiesz, kiedy wróciłem z wyjazdu służbowego, nie mogłem sobie miejsca znaleźć w domu. Wyszedłem więc na spacer, i sam nie wiem nawet kiedy znalazłem się pod twoim blokiem.

  - Wchodź, wchodź, Robercie, przecież nie będziemy tak rozmawiać w drzwiach - odrzekła Karolina i uśmiech natychmiast znikł jej z twarzy, bo nagle uświadomiła sobie jak wygląda.

  - Ślicznie wyglądasz w domowym zaciszu... - Robert najwyraźniej odczytywał myśli Karoliny.

  - A wiesz, tak po domowemu... - zająknęła się Karolina. - Właśnie lepię pierogi na obiad.

  - Och, uwielbiam pierogi! - wyrwało się Robertowi.

  - Tak? To cieszę się. Na pewno cię poczęstuję, ale na razie proszę cię przejdź do pokoju stołowego i daj mi jakieś 15 minut. Dobrze?

  - No ale może mógłbym ci pomóc, co?

  - Nie, nie, poczekaj proszę w pokoju.

  Karolina wpadła do kuchni i szybko zabrała się za prowizoryczne sprzątanie pobojowiska, jakim chwilowo była jej kuchnia. Wszystkie ulepione pierogi ze stolnicy przełożyła na duże półmiski. Pościerała wszystko dookoła z wszechobecnej mąki. Kiedy już jako tako kuchnię doprowadziła do porządku, nastawiła duży garnek wody na zagotowanie pierogów. Spoglądnęła w lustro wiszące przy oknie i aż się wystraszyła swojego odbicia. Wyglądała okropnie. Na szybko otrzepała mąkę z policzków i włosów, palcami ułożyła jakoś fryzurę, i już chciała zdjąć z siebie fartuszek, kiedy wzrok jej utkwił na stolnicy.  Zwinnym ruchem otrzepała ją z mąki nad zlewozmywakiem i już chciała schować ją za szafkę, gdy nagle, pech chciał, że stolnica wysmyknęła jej się z rąk i z potężnym łomotem upadła na podłogę. Karolina fuknęła do siebie pod nosem:

  - Cholera jasna, wiadomo, poniedziałek - i szybko schyliła się by podnieść stolnicę, i wtedy, miedzy nogami, zobaczyła stojącego w drzwiach Roberta.

  - Karolinko, co się stało? - spytał zaniepokojony Robert, lustrując wzrokiem kuchnię.

  - Nic, nic, to tylko stolnica mi wypadła z rąk - odpowiedziała speszona Karolina.

  - Że ty też sobie nie pozwolisz pomóc. - Robert zbliżył się do Karoliny i objął ją za biodra. - A Błażeja nie ma w domu? - spytał po chwili, przyciągając Karolinę do siebie.

  - Nie ma, jest na zawodach pływackich, wróci późnym wieczorem - wyjaśniła Karolina drżącym z podniecenia głosem.

  - No to cudownie - ucieszył się Robert. - Głupio się czuję po wczorajszym. Całą noc nie mogłem spać, bo myślałem o tobie... Karolinko, czy ty o mnie też myślałaś?

   Karolina nie zdążyła nawet cokolwiek powiedzieć, bo nagle usta Roberta przylgnęły do jej ust. Karolinie aż się w głowie zakręciło. Poczuła przyjemne mrowienie w okolicach brzucha. Przytuliła się gwałtownie do Roberta i zaczęła łapczywie go całować. Nastrój erotycznego napięcia między nimi przemienił się w burzę. Karolina niemalże zdarła z Roberta koszulę. Robert wsunął ręce pod jej bluzę, a że Karolina nie miała na sobie biustonosza, zachłannie zaczął pieścić jej nabrzmiałe piersi. Po chwili zdarł z niej bluzę i rzucił ją, nie patrząc nawet gdzie. Bluza wylądowała na równiutko ułożonych na półmiskach pierogach. Karolina, widząc to, zachichotała tylko i wpiła się w nagi tors Roberta. Chwilę później leżała naga pod Robertem, na zimnej, kafelkowej posadzce, drżąc nie tyle z zimna, co z podniecenia. Robert zaczął znaczyć językiem ślad na jej brzuchu. Delikatnie, coraz niżej. Karolina zanurzyła dłonie w jego włosach i objęła go mocno nogami. Robert muskał ustami najskrytsze zakamarki jej ciała. Dłońmi pieścił wnętrze jej ud. Karolina była gotowa na rozkosz. Każdy Roberta ruch budził w niej uśpioną przez tyle lat potrzebę spełnienia. Ujęła dłońmi jego twarz i pragnęła już tylko jednego, aby cały należał do niej. Wygięła się w łuk, jeszcze mocnej przylgnęła do Roberta, i czując nad uchem jego szybki oddech, oddała się nadchodzącej fali rozkoszy... Odpłynęli jednocześnie.

  Kiedy po kilku minutach, leżąc obok siebie zdyszani i spoceni, popatrzyli na siebie, jednocześnie buchnęli gromkim śmiechem. Dopiero wtedy zobaczyli jak bardzo są utytłani mąką.

  Zanim Błażej wrócił do domu, zdążyli jeszcze wziąć wspólną i długą kąpiel w wannie i dokładnie posprzątać kuchnię. A kiedy Błażej stanął w drzwiach, byli  już po kolacji i znów siedzieli na sofie mocno wtuleni w siebie. Tym razem nie czuli jednak żadnego zakłopotania. Błażej podszedł do stołu, i z uśmiechem przyklejonym do twarzy, nabrał sobie pełen talerz pierogów i od razu oddalił się do swojego pokoju. Po krótkiej chwili z pokoju Błażeja uszu Karoliny i Roberta dobiegła piosenka Kombi (kliknij>) Nasze randez vous". Karolina zachichotała jak młodziutka dziewczyna i powiedziała śpiewnym głosikiem:

  - I pomyśleć, że ja nigdy nie lubiłam poniedziałków.

  - Czas to zmienić - zaśmiał się Robert i jeszcze mocniej przytulił Karolinę do siebie.

 



komentarze (16) | dodaj komentarz

Dolce Amore in Roma

piątek, 21 sierpnia 2009 16:39

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

 

 

Dolce Amore

in Roma

 

 

  Ewa zerwała się z łóżka rześka i radosna. Jest przecież w Rzymie. Po raz pierwszy w życiu. Spała tylko pięć godzin, ale nie chciała tracić czasu na spanie. Po co spać dłużej niż to konieczne? Szkoda jej było każdej chwili spędzonej w pokoju hotelowym. Pragnęła każdą możliwą chwilę wykorzystać na zwiedzanie miasta. Nawet bez przewodnika i całej tej grupy wycieczkowej, składającej się z obcych jej ludzi z Biura Podróży Obieżyświat. Zamierzała na własną rękę pochodzić po pobliskich ulicach zanim wszyscy po śniadaniu zejdą się przed autokarem. Miała więc dla siebie calusieńkie trzy godziny. Nie w głowie jej było śniadanie. - „Rany, być w Rzymie i myśleć o jedzeniu? Toż to grzech" - powiedziała głośno sama do siebie i pośpiesznie poszła do łazienki. - Postanowiła jak najwięcej wrażeń przywieźć z Rzymu, by potem mieć co koleżankom opowiadać i co wspominać. Pragnęła też przestać wreszcie myśleć o swoim byłym narzeczonym, z którym przed dwoma miesiącami zerwała. Specjalnie przecież wykupiła tę wycieczkę, aby swoje myśli zająć czymś innym. Czymś dla niej miłym i przyjemnym. Dość już miała przepłakanych nocy i dni.

  Dochodziła godzina szósta, kiedy Ewa zbiegała po schodach i kierowała się w stronę recepcji by oddać klucz z pokoju. Będąc już przy kontuarze, przyszło jej na myśl, by zagadnąć recepcjonistkę o ważne do zwiedzania miejsca znajdujące się w okolicy hotelu. Nie umiała dobrze po włosku mówić, ale znała najważniejsze słowa by się jakoś dogadać. Już w liceum trochę się uczyła tego języka, bo bardzo jej się zawsze podobał. Całą też drogę w autokarze wkuwała najważniejsze zwroty.

  Przy recepcji stały dwie osoby. Jakiś starszy jegomość z laseczką i dama w słomkowym kapeluszu. Zapewne włosi, gdyż płynnie rozmawiali po włosku. Kiedy recepcjonistka zwróciła się do niej, pochyliła się nad kontuarem. Nie chciała by ci państwo słyszeli jej "łamanej włoszczyzny". Wstydziła się. Recepcjonistka na szczęście w mig pojęła o co jej chodzi. Dała jej nawet plan miasta i zakreśliła na nim miejsca wokół hotelu godne zobaczenia. Ewa podziękowała, i uszczęśliwiona, skierowała się do wyjścia z hotelu. Już miała wejść w drzwi obrotowe, kiedy nagle usłyszała za plecami:       

  - Dzień dobry! Słyszałem, że chce pani pozwiedzać okoliczne zabytki. Z przyjemnością pójdę z panią. Znam je tu wszystkie bardzo dobrze... O przepraszam! Zapomniałem się przedstawić. Nazywam się Paweł.

  - Dzień dobry! Jestem Ewa... - odpowiedziała nieco zdziwiona propozycją młodego mężczyzny. - A skąd pan wie, że jestem Polką?

  - Słyszałam jak pani pytała recepcjonistkę - uśmiechnął się Paweł. - Stałem za panią.

  - No tak, mogłam się domyślić - zaśmiała się. - Moja łamana włoszczyzna mnie zdradziła.

  - Nie łamana a akcentowana... Ale co tam zdolności językowe. Ważne, że się jest odważnym... Wszak do odważnych świat należy. No to jak, pozwoli pani sobie towarzyszyć?

  Ewa zgodziła się bez namysłu, gdyż Paweł wydał się jej być miłym mężczyzną. Takim, co do którego, od razu można mieć zaufanie.

  Wyszli razem z hotelu i poszli wzdłuż alei prowadzącej do Wzgórza Kapitolińskiego. Nie zaszli jednak daleko. Nie mieli zbyt wiele czasu. Tak że oprócz zabytkowych kamieniczek na pobliskich uliczkach, nic innego Ewa nie zobaczyła. Mimo to, nie żałowała, bo już sama rozmowa z Pawłem, dawała jej wiele przyjemności. W końcu przesiedzieli dobrą godzinę przy kawie w malutkiej kawiarence nieopodal hotelu. Z rozmowy Ewa dowiedziała się, że Paweł od pięciu lat prowadzi we Włoszech interesy. Stąd też bardzo dobrze zna język włoski. Że wczoraj przyleciał samolotem z Krakowa, i że w Rzymie spędzi kilka dni. Ma do załatwienia parę spraw handlowych. Potem zaś leci do Palermo do swojej narzeczonej, z którą wkrótce ma się ożenić i przejąć kilka winnic jej ojca.    

  Była punkt dziewiąta, kiedy Ewa stanęła przy pustym jeszcze autokarze na parkingu hotelowym. Z Pawłem pożegnała się przy wejściu do hotelu. Umówili się na wieczór na wspólną kolację. Ewie bardzo się Paweł spodobał. Był nie tylko inteligentnym mężczyzną, był też bardzo przystojny. To nic, że był zajęty i wkrótce miał się żenić. Ewie zależało jedynie by miło spędzić czas. Tym bardziej, że  Paweł znał bardzo dobrze miasto i sam zaproponował jej pokazanie najciekawszych miejsc. Nie będzie więc musiała z całą grupą obcych jej ludzi łazić po mieście.

  Z zaplanowanej w pierwszym dniu wycieczki po Watykanie, wycieczkowicze wrócili do hotelu na kolację. Ewa jednak nie poszła ze wszystkimi do restauracji, tylko od razu pobiegła do swojego pokoju, aby wziąć prysznic i przebrać się na umówioną kolację z Pawłem. Była bardzo podniecona tym ich wspólnym wyjściem. Nawet zwiedzając Watykan, łapała się na tym, że zamiast skupić się nad świętością zwiedzanego miejsca, ciągle myśli o Pawle. Momentami aż była zła na siebie. Jednak teraz, kiedy stała przed lustrem odświeżona i ubrana w śliczną czerwoną sukieneczkę na ramiączkach, zapinając na szyi sznur różnokolorowych korali, spokojnie mogła myśleć już tylko o Pawle... I też myślała. Cieszyła się bardzo, że w tak miłym towarzystwie przez kilka dni będzie mogła zwiedzać Rzym. Już nawet  zgłosiła przewodnikowi wycieczki, że od jutra sama będzie organizować sobie zwiedzanie Wiecznego Miasta.

  Kolacja była wspaniała. Ewa coraz bardziej była zachwycona Pawłem. Wiele opowiadał jej o sobie, o swojej rodzinie. O ukochanej młodszej siostrzyczce chorej na autyzm. Wreszcie o urokach Włoch, które zdążył już poznać wzdłuż i w szerz. Ona mu również opowiadała o sobie. Zwierzyła mu się nawet ze swojej nieudanej miłości i rozpaczy, jaką przeżywała po zerwaniu ze swoim chłopakiem.

  Przez kolejne cztery dni, Paweł każdego ranka czekał na Ewę w holu recepcji i potem całymi dniami zwiedzali Rzym. Poruszali się po mieście wynajętym przez Pawła skuterem. Dzięki temu Ewa  zobaczyła wszystkie te miejsca, które objęte były programem jej wycieczki z biura turystycznego. Razem podziwiali też Panteon, Villę Borghese, przez kilka godzin spacerowali po Ogrodach Borghese. Trzymając się za ręce, biegali po Schodach Hiszpańskich. Dwukrotnie. W dół i w górę. Potem u podnóża schodów, spoceni i zziajani, ze śmiechem chlapali się wodą z fontanny Barcaccia. Ewa miała ze sobą kamerę i wszystkie zwiedzane miejsca utrwalała na pamiątkę. Paweł zaś robił jej masę zdjęć swoim aparatem fotograficznym, zapewniając ją, że je wszystkie przyśle na jej adres w Polsce. 

 

 

 

  Pod Coloseum Ewa ubawiła się zachowaniem starożytnych legionistów. Kiedy chciała nakręcić ich kamerą, jeden z nich podszedł do niej i powiedział, że zademonstrują się jej w pełnej okazałości, lecz najpierw niech ich poczęstuje papierosem. Jak Paweł jej to przetłumaczył, Ewa pękała ze śmiechu, widząc oczami wyobraźni starożytnych legionistów z papierosami w ustach. Jednak natychmiast pobiegła do pobliskiego kiosku i kupiła paczkę papierosów. Legioniści byli zachwyceni. Cichaczem wypalili po jednym za jedną z arkad, i po chwili, maszerowali już dostojnym krokiem wzdłuż głównego wejścia do Coloseum, pozwalając się jej uwiecznić kamerą wideo, i co rusz puszczając do niej oczko.

  W ostatni ich wspólny wieczór, po zwiedzaniu Wzgórza Kapitolińskiego, Paweł zaprosił Ewę na słynne włoskie gelato affogato (lody oblane kawą) do jednej z malutkich knajpek na Campo di Fiore. W knajpce, przy lodach, już nie bardzo się im rozmowa kleiła. Oboje zdawali sobie sprawę, że są to ich ostatnie już wspólne chwile. Jakiś niewypowiedziany smutek ich ogarniał... choć każde z nich nadrabiało miną. Żadne nie chciało dać po sobie pokazać, że te kilka dni razem, mocno zamieszało w ich sercach, i że ciężko będzie im się rozstać. Długo w knajpce nie posiedzieli. Do hotelu wrócili w milczeniu.

  Paweł odprowadził Ewę pod drzwi jej pokoju, i kiedy Ewa już je otwierała, złapał ją nagle za rękę, i powiedział:

  - Nie kończmy jeszcze naszego wieczoru, proszę - i spojrzał jej głęboko w oczy.

  - Czy nie będzie tak lepiej? - spytała Ewa ze smutną miną.

  - Nie, nie będzie... Proszę, daj się jeszcze porwać na wspólny spacer po nocnych uliczkach Rzymu. Jutro wyjeżdżacie dopiero po południu, zdążysz się wyspać.

  - Nie o spanie mi chodzi... - zająknęła się Ewa i aż spąsowiała. Po krótkiej chwili dodała: - Nieważne... No dobrze, idźmy na spacer. Daj mi tylko chwilkę. Zaraz będę gotowa.

  - Kwadrans wystarczy? - spytał Paweł ze szczęśliwą miną.

  - Z pewnością.

  - Oki, przyjdę po ciebie.

  Ledwie Ewa zdążyła się trochę przemyć i przebrać, usłyszała ciche pukanie do drzwi. Jak uskrzydlona pobiegła otworzyć.

  - Salute, bella ragazza! - rozległo się w drzwiach zza ogromnego bukietu czerwonych róż.

  - O mamma mia, Paweł, to ty? - krzyknęła i podskoczyła do góry by sprawdzić.

  - A spodziewałaś się jeszcze kogoś?

  - Tylko ciebie... Ale te róże...

  -  Te róże, to w podziękowaniu za piękny czas z tobą.

  Ewę wzruszył widok tak ogromnego, pięknego bukietu czerwonych róż. A właściwie to widok Pawła z tym bukietem. Przyjęła go bez słów i poszła włożyć do wazonu, pozostawiając Pawła przy drzwiach.

  Po chwili wychodzili już z hotelu. Paweł chwycił Ewę za rękę i przyciągnął bliżej siebie. Szli nadal w milczeniu.

  Włóczyli się po wąskich, gwarnych uliczkach, cudownie oświetlonych, i przyglądali się rozbawionym ludziom. Czasami zamienili ze sobą parę słów by skomentować to czy tamto, ale na tym koniec. Wewnętrzny smutek ściskał im gardła. Nie potrafili rozmawiać. Wreszcie znaleźli się tuz przy fontannie Di Trevi, w miejscu, gdzie spotykają się zakochani.

 

      
            

                        

  - Jak wrzucisz do niej monetę, to z pewnością tu wrócisz - odezwał się nagle Paweł, podając Ewie dwa euro.

  - W twoim towarzystwie? - zapytała Ewa i od razu się zawstydziła. 

  - A chciałabyś? - wyszeptał Paweł.

  Ewa bez słowa wzięła monetę i wrzuciła do fontanny. Przeszył ją wtedy dziwny dreszcz. Popatrzyła na Pawła. Zauważyła, że on również wygląda na bardzo podnieconego.

  - Wracajmy, już późno - powiedziała nagle, czując, że powoli zaczynają przekraczać jakąś niewidzialna barierę.

  Kiedy znaleźli się już pod drzwiami pokoju Ewy, Paweł na pożegnanie mocno ścisnął jej rękę. Po chwili z impetem przyciągnął ją do siebie, wpijając się w jej usta. Całowali się tak namiętnie, i tak szaleńczo, jak niespełnieni kochankowie. Wreszcie Ewa nie wytrzymała i odepchnęła Pawła od siebie.

  - To nie ma sensu - wyszeptała i drżącą rękę sięgnęła kluczem do zamka.

  Na dworze już świtało, a Ewa ciągle leżała bez ruchu na łóżku i płakała, rozmyślając o wszystkich tych cudownych chwilach z Pawłem. Nagle usłyszała cichutkie pukanie do drzwi. Serce jej zamarło. Zerwała się z łóżka i pobiegła do drzwi. W drzwiach stał Paweł.

  Nagle zniknęły gdzieś wszystkie hamulce i tych dwoje rzuciło się na siebie w wielkim uniesieniu i pożądaniu. Ich usta połączyły się w pocałunku. Gorącym, namiętnym. Ewa stała oparta plecami o drzwi. Paweł drżącymi rękami uniósł jej sukienkę. Nie protestowała. Nie mogła się nasycić jego bliskością. Po chwili ich ubrania leżały na podłodze, a oni nadzy, pochłonięci sobą, idealnie zestrojeni w ruchach, zatracili się w rozkoszy. Kiedy Ewa poczuła w sobie jego gorącą, twardą męskość, świat zawirował jej w oczach. Wbiła palce głęboko w jego plecy nieprzytomna z uniesienia. Przez mgłę rozkoszy popatrzyła na Pawła. Jego twarz wyrażała największe skupienie. Ruchy jego stały się powolne, poczuła, że wnika w nią coraz głębiej. Wreszcie odchylił głowę do tyłu. Wyglądał w jej oczach jak anioł... i nagle, usłyszała jego jęk, gardłowy, jedyny w swoim rodzaju. Stali się jednością, zatopieni w gorących falach rozkoszy.

  I tak już było każdej nocy, każdego dnia... Obydwoje przedłużyli pobyt w Rzymie o tydzień. Po tym tygodniu, pełnym rozkoszy i uniesień, wrócili do swoich domów... Ale po to tylko, aby Paweł mógł zerwać zaręczyny, i za następne dwa tygodnie znów spotkać się w Krakowie. Paweł zamierzał przedstawić Ewę swoim rodzicom i ogłosić ich zaręczyny.

 



komentarze (7) | dodaj komentarz

Zamienię Cię...

piątek, 14 sierpnia 2009 21:15

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

 

 

 

 

Zamienię Cię...

 

 

  Majka siedziała pochylona przy biurku i zawzięcie biegała palcami po klawiaturze, co rusz wierzchem dłoni ocierając cieknące po policzku łzy. Pisała list pożegnalny do swojego chłopaka Roberta. W tle, z głośnika wieży stero, sączyła się melancholijna (< kliknij) muzyka, przy której się poznali i zbliżyli do siebie. To właśnie przy tej piosence pocałowali się po raz pierwszy, tańcząc mocno wtuleni w siebie na imprezie urodzinowej jej koleżanki. Specjalnie ją nastawiła, aby móc się wypłakać. Pragnęła by łzy zmyły ciężar, jaki od wczorajszego wieczoru w sercu nosiła. Pisała i płakała. Wiedziała, że to już koniec. Po półtora roku bycia razem. Że wybaczyć nie będzie w stanie. Nie, czegoś takiego, na pewno nie. Kończąc pisać, zastanawiała się jaką by tu piosenkę na pożegnanie zadedykować swojemu byłemu już chłopakowi.

  - A tak... już wiem -  powiedziała sama do siebie. - Wymienię (< kliknij) cię na lepszy model...Ty... ty... zdrajco jeden! - Po czym pośpiesznie zalinkowała piosenkę do treści listu i kliknęła na: „wyślij".

  Wpatrując się w ikonkę: „wiadomość została wysłana", rozpłakała się na dobre. Schowała twarz w dłoniach. I kiedy tak zanosiła się aż od płaczu, nagle uszu jej dobiegł dźwięk komórki. Odsłoniła twarz i zaczęła się za nią rozglądać. Gdzieś ją wczoraj z nerwów kopnęła, gdyż bez przerwy dzwonił Robert. Nie odbierała, ale kiedy odczytała jego SMS-a o treści: „I don't want to talk about it... Ale kocham tylko ciebie", nie wytrzymała i potraktowała ją tak, jakby to był Robert. Rzuciła się na podłogę i na czworaka szła za dźwigiem. Znalazła. W łazience za muszlą.

  - Halo, wspólniku! - usłyszała głos Karola, swojego współpracownika. - A co to się z tobą dzieje, że w pracy się nie meldujesz?

  - A nic, nic! Zaraz będę - odpowiedziała pośpiesznie, chcąc zakończyć rozmowę.

  - Ejże, Majka, ty płaczesz? - spytał Karol.

  - Nie, nie, chyba mam katar - skłamała Majka. - Ale zaraz wychodzę.

  - Dobra, przychodź, to pogadamy - skończył rozmowę Karol.

  Majka odłożyła komórkę i zabrała się za poranną toaletę. Szybko się umyła, ubrała, rzuciła na siebie byle jaki makijaż, i nim minęło pół godziny, była gotowa do wyjścia. Zamykała już drzwi, kiedy nagle przypomniała sobie, że nie wyłączyła komputera. Pobiegła z powrotem. Wyłączając komputer, zrobiła taką minę, jakby co najmniej zadawała ostateczny cios swemu najgorszemu wrogowi.

  - No, jesteś wreszcie! - przywitał ją Karol, kiedy stanęła w drzwiach ich wspólnej pracowni fotograficznej. - Pokaż no się. Chcę zobaczyć twój zakatarzony nos... A nie, moja droga duszko, to nie katar. Z twojej twarzy czytam jak z otwartej księgi... Ty płakałaś. Już mi tu gadaj, kto cię skrzywdził? Słyszysz?!

  Majka znów się rozpłakała i rzuciła się Karolowi w ramiona. Łkając opowiedziała mu jak to wczoraj wieczorem pojechała do Roberta, aby dogadać z nim szczegóły urlopu na Majorce, na który mieli polecieć za 3 dni, i kiedy zajechała pod jego dom, nagle zauważyła jego samochód i jego w nim z jakąś dziewczyną, z którą  całował się w czułych objęciach.

  - Oj, nie płacz, moja droga - uspokajał Karol, głaszcząc Majkę po włosach. - Najwyraźniej to zwykły sukinsyn, skoro na coś takiego go stać. Mieć tak wspaniałą dziewczynę jak ty i jeszcze się miętolić z jakimiś innymi? Nazwałbym go dosadniej, ale oszczędzę twoje uszy. Majka, mówię nie płacz, bo jak by na to nie patrzeć, to lepiej, żeś się teraz o nim prawdy dowiedziała, niż byś po ślubie miała się dowiedzieć... Co za sku...

  - Ale my mieliśmy lecieć na Majorkę i on miał zamiar mi się tam oświadczyć! - Majka zawyła jeszcze bardziej rozpaczliwie. - I co ja teraz z tymi biletami lotniczymi mam zrobić?

  - Polecisz sama... Aby od niego odpocząć... I zapomnieć! - wrzasnął Karol. - No, skończ się już mazgaić. Ja ci pomogę przygotować się do podróży. Deklaruję się nawet po sklepach z tobą połazić byś sobie jakieś fajne fatałaszki pokupowała.

  Majka przestała płakać i z objęć Karola poczłapała do swojego biurka. Usiadła i zamyśliła się. Myślała o Karolu. Była wdzięczna losowi, że go ma za przyjaciela. Znali się już kilku lat, a od 3 lat prowadzą wspólnie pracownię. Tysiące godzin przesiedzieli razem w tym ciasnym pomieszczeniu. Wiedzieli o sobie wszystko, bo też czas  pracy umilali sobie zwierzeniami. Opowiadała mu wszystkie historie ze swojego życia. I te dobre, i te złe. Opowiadała mu również o swoich miłosnych porażkach z poprzednimi chłopakami. A ostatnio, o problemach i wątpliwościach związanych z Robertem, jak tylko się jakieś pojawiły. Mimo, iż wierzyła w miłość Roberta i sama go kochała. Karol zaś opowiadał jej o swoich kłopotach małżeńskich. O alkoholowym problemie jego żony. A kiedy się rozwodził, cały czas wspierała go i dodawała otuchy. Na swój sposób byli  przyjaciółmi. Dobrze im było z sobą. Poza pracą nigdy się nie spotykali. To fakt. Jakoś tak wyszło. No ale tyle wspólnie spędzonych godzin w pracy wystarczyło, aby się zaprzyjaźnili i mieli do siebie całkowite zaufanie.   

  - No jak, już lepiej? - Karol wyrwał ją z rozmyślań, stając nad nią z filiżanką kawy. - Masz, napij się, kawa postawi cię na nogi. Wyglądasz strasznie zmarnowana. Oczy czerwone, podkrążone, blade lica... Och, Majka, głowa do góry! Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zobaczysz.

  - Może i masz rację, Karolu, ale to boli... Bardzo boli.

  - Czas, czas moja droga zrobi swoje. Przestanie boleć. Zapomnisz... Posłuchaj, teraz trochę popracujemy, a po pracy idziemy na zakupy. Kupisz sobie śliczne ciuszki na Majorkę. Polecisz tam jak gwiazda i...

  - Coś ty, rzeczywiście myślisz, że ja sama mam lecieć? - Majka weszła Karolowi w słowo.

  - Ależ oczywiście. Urlop dobrze ci zrobi. Sama się przekonasz.

  Po pracy Karol powyłączał wszystko w pracowni i pozamykał, wziął Majkę pod rękę i poprowadził do pobliskiego Domu Mody. Majka nawet się nie wzbraniała. Chociaż w tym momencie akurat na zakupach nie zależało jej w ogóle. Pragnęła jedynie by Karol z nią był. Wszystko jedno gdzie... byleby był. Kiedy weszli do środka, Karol zaprowadził ją do stoiska z letnimi sukienkami i strojami kąpielowymi. Nie widząc w Majki oczach żadnego zainteresowania, sam powybierał kilka sukienek i kilka strojów bikini, i pociągnął ją w stronę przymierzalni.

  - Właź i przymierzaj... No, ruszże się Majka! - huknął jej do ucha. - Popatrz, jakie śliczniutkie fatałaszki. Zrobisz furorę na Majorce... Mówię ci! No, właź, nie ociągaj się. Jak chcesz mogę ci doradzić. Wkładaj je po kolei na siebie i urządzaj pokaz. Będę tu czekał.

  Majka chcąc nie chcąc, wzięła z rąk Karola wszystkie ciuchy i weszła do kabiny. Nie bardzo jej się chciało czegokolwiek przymierzać, ale nie chciała robić Karolowi przykrości. Zdjęła z siebie swoje ubranie i wbiła się w pierwszą sukienkę. Nawet nie popatrzyła do lustra jak w niej wygląda, od razu odsłoniła kotary przymierzalni i pokazała się Karolowi. Karol był zachwycony. Zachwyt miał wymalowany w oczach. Przymierzyła wszystkie sukienki, i w każdej pokazywała się Karolowi. Jedynie na jedną sukienkę Karol przecząco pokręcił głową. Potem założyła pierwszy z brzegu strój bikini. Nie bardzo wiedziała, czy w takim stroju też ma się pokazać Karolowi, ale że zapięcie staniczka na karku się jej zacięło, w końcu zmuszona była go o pomoc poprosić. Przez chwilę sama mocowała się z nim zdenerwowana. Wystraszyła się jednak, że go uszkodzi, wtedy odsłoniła kotarę kabiny i poprosiła Karola by wszedł do środka.     

  Karol wszedł bez wahania. Kiedy zobaczył Majkę mocującą się z zapięciem i zarumienioną ze złości, wydała mu się taka śliczna, że zapragnął ją do siebie przytulić. Na samą myśl, gorąco mu się zrobiło. Drżącymi palcami sięgnął do zamka staniczka. Poczuł, że wzbiera w nim pożądanie. Słodka muzyka(< kliknij),jaka dobiegała z głośnika nad kabiną, zniewalała go. Zapięcie nagle puściło i elastyczna tkanina zsunęła się Majce z piersi, obnażając je całe. Karol, widząc ich odbicie w lustrze, nie mógł się już opanować. Odwrócił Majkę do siebie i przywarł ustami do jej ust.

  - Karol, no coś ty? Co ty robisz? - spytała Majka zupełnie zaskoczona.

  - Nic, nic, Majeczko... Jesteś taka piękna - westchnął Karol i mocno przytulił ją do siebie, pieszcząc dłońmi jej nagie ramiona. - Słyszysz tę muzykę? To tobie ją dedykują z okazji twojego wkrótce rozkoszowania się słoneczną Majorką.

  - Karol, przestań, ktoś tu może wejść? - szepnęła Majka, ale nie broniła się przed jego pocałunkami i coraz to śmielszymi pieszczotami. Błogo czuła się w jego objęciach przy tej słodkiej muzyce.

   Majka nawet nie zauważyła, kiedy ich pocałunki przestały być subtelne i czułe, a stały się namiętne. Czuła się tak cudownie, że przestała się nawet zastanawiać nad tym, że ktoś ich może w takim stanie nakryć. Jednak kiedy z głośnika sączyć się zaczęła jeszcze bardziej tkliwa (kliknij) muzyka, i kiedy ich pieszczoty i pocałunki stawały się coraz bardziej namiętne, odsunęła od siebie Karola. Resztkami zdrowego rozsądku zdała sobie sprawę, że jeśli teraz nie przestaną, za moment już nie będą w stanie.

  - I co teraz będzie? Jak teraz będziemy razem pracować? - spytała,  kiedy już opuszczali Dom Mody.

  - No jak to? Jeszcze lepiej, moja kochana! - odpowiedział Karol i objął ją w pół.

  - A myślisz, że to jest możliwe, żebyśmy my... no wiesz, mogli być razem? Przecież znamy się tyle lat i coś takiego między nami dopiero teraz? Jak to możliwe?

  - Widać, że możliwe... I chyba wiem, dlaczego... - Karol odpowiedział po chwili. - Bo znamy się dobrze. Mam nawet takie wrażenie, że kochaliśmy się już od dawna, tylko że nie mieliśmy odwagi sobie tego uświadomić.

  - I co teraz będzie z nami? Jak to sobie wyobrażasz?

  - Bardzo prosto. Za trzy dni lecimy na nasz pierwszy wspólny urlop.

  - Tak? - ucieszyła się Majka. - To jutro idziemy tobie kupić ciuchy na ten nasz wspólny wyjazd... Ale do innego sklepu!

  Oboje buchnęli śmiechem, i wtuleni w siebie, spacerowym krokiem ruszyli w drogę powrotną. Kiedy radośni jak dwa skowronki dotarli na parking pod ich pracownią fotograficzną, załadowali do bagażnika auta Majki wspólnie kupione ciuszki, i pojechali do niej domu... Koniecznie musieli obgadać ich wspólny wyjazd na Majorkę.

 



komentarze (4) | dodaj komentarz

Urlopowa Miłość

wtorek, 11 sierpnia 2009 16:46
===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

 
 
Urlopowa miłość

 

 

  Ostatni dzień urlopu. Marta kończy pakować swoją walizkę. Nazajutrz, zaraz po obiedzie, rusza w drogę powrotną do domu. Nie była zadowolona z tego powodu. Mazury bardzo się jej podobają.  Pokój w pensjonacie też. Jest przestronny, zadbany, wygodny. Niosąc z łazienki kosmetyki, rozmyśla nad swoimi wrażeniami z urlopu. Żadnych większych wrażeń nie miała, to prawda. Nic szczególnego się nie wydarzyło. Ale narzekać też nie może. Odpoczęła. Naprawdę odpoczęła. Po ostatnich przeżyciach w firmie z mobbing'iem w roli szefa w tle, należał jej się odpoczynek i spokój. Cieszyła się, że jak wróci do pracy szefa już nie będzie. Wygrała z nim sprawę w sądzie. Został zwolniony dyscyplinarnie. Dobrze mu tak. Wszyscy pracownicy firmy byli też tego zdania i trzymali jej stronę. Znali dobrze jego zapędy. Jednak do tej pory żadna kobieta nie odważyła mu się przeciwstawić. A co dopiero do sądu podać. To była Marty mała satysfakcja. Fakt, że w międzyczasie zerwała ze swoim chłopakiem, który również pracował w tej samej firmie. No ale teraz już tego nie żałuje. Więcej, uważa nawet, że to dobrze, iż tak się stało. Facet okazał się być wielkim tchórzem. Nawet nie próbował bronić jej przed zwyrodniałym szefem.

  Z rozmyślań wyrwało ją pukanie do drzwi. Pobiegła otworzyć. W drzwiach stał młody mężczyzna, którego znała już z widzenia. Widziała go każdego wieczoru na przystani, jak podpływał jachtem. Nawet bardzo się jej podobał. Nie robiła jednak nic, aby nawiązać z nim kontakt. Nie po to przyjechała na Mazury. Chciała tylko odpocząć. Mężczyzn miała dosyć na długi czas.

  - Witam, nazywam się Martin! - odezwał się mężczyzna i uśmiechnął się do niej szeroko. - Przyszedłem się spytać, czy nie miałabyś ochoty na ognisko na wyspie? Wybacz moją śmiałość... Drogo mnie ona kosztowała, zanim się na nią zdobyłem... Ale pomyślałam, że muszę spróbować... Bardzo mi się podobasz. Od pierwszego dnia, kiedy cię tylko zobaczyłam. Wcześniej nie miałem tyle śmiałości, żeby do ciebie podejść. No ale w końcu się na nią zdobyłem, bo domyśliłem się, że jutro z pewnością wracasz do domu. Pomyślałem więc, że muszę spróbować, bo jak nie, całe życie będę miał do siebie o to żal.

  Marta była tak zaskoczona widokiem tego akurat mężczyzny u swoich drzwi, a jeszcze bardziej tym, co mówił, że przez jakiś czas stała z rozdziawioną buzią i słowa z siebie wydusić nie mogła. Wreszcie doszła jakoś do siebie i zaprosiła go do pokoju. Sama sobie się dziwiła, że tak postąpiła. W końcu nie znała faceta. No ale jakoś nie wiedzieć czemu, od razu poczuła do niego ufność. Porozmawiali chwilę o Mazurach, o pogodzie... o wszystkim i o niczym, no i umówili się na wieczorne ognisko. Marta zaoferowała się kupić kiełbaski i zrobić surówkę warzywną. Martin protestował, bo sam chciał wszystko kupić, ale w końcu się zgodził i pozostało mu do kupienia jedynie napoje. Umówili się na godzinę 18-tą na przystani dla jachtów.

  Kiedy Martin wyszedł z pokoju, Marta na powrót usiadła w fotelu by zebrać myśli. Była bardzo zaskoczona tą nagłą sytuacją. Poczuła jednak ogromne podniecenie. I to podniecenie spowodowało, że nagle zerwała się z fotela i jak uskrzydlona pobiegła do sklepu po zakup wszystkich składników do swojej ulubionej surówki, z nadzieją, że i Martinowi będzie smakowała. Po godzinie była już z powrotem w swoim pokoju. Pożyczyła od właścicielki pensjonatu przybory kuchenne i plastikowe pojemniczki i swój pokój zamieniła w kuchnię. Zabrała się za przygotowywanie surówki. Seler starła na tarce na wiórki, jabłko i ogórek pokroiła na małe kawałki, cykorię na większe. Wszystkie składniki wymieszała i doprawiła czosnkiem, solą odrobiną cukru, i na koniec polała jogurtem. Kiełbaski ponacinała nożykiem i w nacięcia powtykała po kawałeczku boczku, cebulki i papryki. Dochodziła 17:30, kiedy była już gotowa ze wszystkim. Surówka i kiełbaski pięknie zapakowane w pojemniczkach, tylko jeszcze odpowiednio się ubrać, i może wychodzić na spotkanie z Martinem.

  Punkt 18-ta zjawiła się na przystani. Już z daleka widziała przycumowany jacht Martina i jego samego jak macha do niej ręką, i wreszcie jak wyskakuje na pomost. Ciągle nad wyraz podniecona tą nową dla niej sytuacją, podeszła do niego. Martin ze szczęśliwą miną odebrał od niej cały ekwipunek i pomógł wejść na pokład jachtu. Na początek zaproponował jej małą przejażdżkę jachtem po jeziorze. Marta od razu na to przystała, gdyż nigdy jeszcze jachtem nie pływała.

  Kiedy tak żeglowali dookoła wysepki, Marta nie mogła oczu od Martina oderwać. Od jego wspaniałej sylwetki. Podziwiała jego naprężone muskuły, i jak świetnie sobie radzi z żaglami i sterem. Nie czuła żadnego lęku. I to ją najbardziej dziwiło.

  Po przeszło dwóch godzinach pływania, dotarli do wysepki i Martin zaprowadził Martę do miejsca na ognisko.

  - O rany, a ty kiedy to wszystko zrobiłeś? Pozostało jedynie podłożyć ogień i można zacząć piec kiełbaski... - zawołała zaskoczona Marta. - Ojej, i nawet taką dużą stertę chrustu na zapas nazbierałeś!

  - Wyobraź sobie, że to wszystko przygotowałem zanim odważyłem się do ciebie pójść... To takie psychofizyczne zadziałanie na samego siebie - zaśmiał się Martin.

  Ognisko było wspaniałe. Ogień trzaskał przyjemnie, co rusz strzelając iskierkami w powietrze. Dookoła słychać było śpiew ptaków, cykanie świerszczy, w oddali rechot żab.

 

 

 

  Zapadał już zmierzch, kiedy Marta i Martin po zjedzeniu wszystkiego co do zjedzenia mieli, wyłożyli się przy ognisku z kubkami szampana w ręku. Martin się postarał, w restauracji przy przystani kupił najdroższego jakiego tylko mieli. To nic, że teraz piją go z plastikowych kubeczków. W tak cudownej atmosferze smakuje jeszcze lepiej niż z drogiego szkła. Zajadali też truskawki, które Martin specjalnie do szampana kupił, i rozmawiali. Marta dopytywała się Martina o jego wrażenia jako samotnego żeglarza po mazurskich jeziorach. Martin z przyjemnością opowiadał. Przy okazji Marta dowiedziała się też, że na ten miesięczny rejs Martin chciał się wybrać ze swoją dziewczyną, z którą był od pół roku, ale w końcu ona okazała się być zwykłą lalką dyskotekową. Niczym więcej. O żadnym urlopie na jachcie słyszeć nawet nie chciała, bo jak mówiła, to nie dla niej, i że połamać sobie paznokci na byle jakiej łajbie nie zamierza.

  - Powinnam być wdzięczna jej głupocie, bo dzięki niej, ja mogę być z Tobą - zaśmiała się Marta i roztarła truskawkę Martinowi na policzku.

  - Och, ty! Chcesz bym wyglądał jak Indianin? - Martin złapał za kilka truskawek naraz i w odwecie porozcierał je na twarzy Marty. - Bawimy się w Indian, czy wolisz maseczkę odżywczą?

  Oboje zaczęli się tarzać po ziemi i rozcierać sobie nawzajem pozostałe jeszcze truskawki. Kiedy już ich brakło, buchnęli gromkim śmiechem, bo dopiero wtedy dokładnie zobaczyli swoje twarze.

  - No, teraz wyglądamy rzeczywiście jak Indianie - wyła ze śmiechu Marta. - Martin, marsz do wody, bo jak ta maź na nas  zastygnie i zesztywnieje, nie będziemy mogli rozmawiać.

  Marta zwinnym ruchem ściągnęła z siebie bluzę i dżinsy, i pozostając jedynie w bluzeczce na ramiączkach i w dolnej części stroju kąpielowego, pobiegła do jeziora. Martin pobiegł za nią,  zrzucając po drodze swoje dżinsy i T-shirt. Kiedy do niej dobiegł, stała w wodzie zanurzona po pas. Mokre kosmyki włosów oblepiały jej twarz. Na rzęsach drgały kropelki wody. Bluzeczka przylegała jej do ciała i stała się niemal przeźroczysta. Jej piersi widać było zupełnie wyraźnie. Wyglądała tak fascynująco, tak pociągająco, że Martin miał ochotę chwycić ją w ramiona i mocno przytulić.

  - Popływamy? - Marta zaproponowała kusząco i zanurzyła się po szyję.

  Martin wolniutko zbliżał się do niej. Marta wynurzyła się na powrót, ale odwróciła się tyłem. Martin zobaczył, że jej ramiona drżą z chłodu. Stanął tuż za nią, i wtedy... Marta nagle się odwróciła i przylgnęła do niego całym ciałem. Martina aż dreszcze z podniecenia przeszły. Jej rozchylone, wilgotne usta zapraszały do pocałunku. Spostrzegł, że po jej brodzie spływa samotna, przejrzysta kropla. Zdjął ją końcem języka i przesunął po swej dolnej wardze. Czuł, że palce Marty coraz mocniej zaciskają się na jego ramionach. Przywarł ustami do jej ust, zsuwając jednocześnie ramiączka jej bluzeczki i majteczki z  kostiumu. Wtedy ona płynnym ruchem oderwała nogi od dna i  otoczyła nimi jego nagie biodra. Martin nawet przez moment się nie  zastanawiał, czy wolno mu skorzystać z zaproszenia. Wsunął się w nią, zaciskając dłonie na jej krągłych pośladkach. Marta w wodzie stała się lekka jak piórko, wchodził w nią łagodnym, powolnym rytmem. Marta jęknęła, objęła go mocniej, pozwalając mu dotrzeć jeszcze głębiej. Zatracili się w rozkoszy... Tak bardzo, że Martin stracił wreszcie równowagę i z głośnym pluskiem osunęli się do wody. Kiedy się wynurzyli, ciągle byli wtuleni w siebie. Zaczęli się śmiać. Wreszcie Martin chwycił Martę za rękę i pociągnął w stronę jachtu. Na jachcie wziął ją na ręce i zaniósł na koję. Nachylając się nad nią, dotykał jej gładkiej szyi. Przesuwał palce po wilgotnej, napiętej skórze. Językiem drażnił jej sterczące, ciemnoróżowe sutki. Dłońmi zapamiętale pieścił jej brzuch i pośladki. Przesunął rękę nieco niżej. Marta nie protestowała. Sama była zaskoczona swoją reakcją. Nie znała siebie takiej, ale w tym momencie nawet znać nie chciała. Pragnęła jedynie żyć chwilą. Rozkoszną chwilą. W odpowiedzi na ruch Martina z westchnieniem rozsunęła uda i sięgnęła ręką do jego podbrzusza. Martin usiadł, i opierając się o ścianę kabiny, pociągnął Martę na siebie. Marta objęła kolanami jego uda, ramiona zarzuciła na szyję... I znów stali się jednością. Martin gładził jej plecy, a ona wpijała się ustami w jego wargi. Wreszcie zamarli w bezruchu, czując jednocześnie przepływające przez nich fale orgazmu.

  - Marta, a nie mogłabyś przedłużyć swojego urlopu? - spytał Martin po chwili, kiedy leżeli już obok siebie wyczerpani doznaniami miłosnymi. - Proszę... błagam... nalegam... - zaczął powtarzać w kółko, całując jej przymknięte powieki, zaróżowione policzki, rozchylone usta.

  - Chyba już nawet muszę - chichotała Marta. - Ale też i chcę. Bardzo chcę!

 



komentarze (2) | dodaj komentarz

Oczekuj miłości, a przyjdzie

wtorek, 28 lipca 2009 11:21

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

 

 

 

Oczekuj miłości,

a przyjdzie...

 

 

  Irena jeszcze parę miesięcy temu chodziła jak struta. Z dnia na dzień popadała w depresję. Odszedł od niej mąż. Po 25 latach małżeństwa. Nie to jednak było dla niej najgorsze. Ich małżeństwo od początku było niezbyt udane. Żyli ze sobą właściwie tylko dla dzieci. Od kiedy dzieci się usamodzielniły, nic ich już nie łączyło. Przestali już nawet spać w jednym łóżku. Spać, bo o seksie to już przez ostatnie 10 lat nawet mowy nie było. Pogodziła się z jego odejściem. Zaczęła już nawet sobie życie jakoś układać. Cały jej ciężko wypracowany spokój runął jednak, i to w jednym momencie, kiedy pewnego feralnego dnia zobaczyła męża z inna kobietą. Ani to młodszą, ani  ładniejszą. A on, ten jej mąż, szedł przy niej uśmiechnięty i tachał  wypchane siaty z zakupami. Ten widok ją dobił. Bo jakże to tak, przez tyle lat on nigdy tego nie robił. - „Jak ona tego dokonała? Co ona ma, czego ja nie mam?" - Irena wciąż się zastanawiała, płacząc po nocach. Nieustannie analizowała całe ich pożycie małżeńskie, obwiniając raz siebie, raz męża. I gdyby nie jej koleżanka z pracy, Bożena, pewnie by popadła w całkowitą depresję. Bożena zaczęła wyciągać ją na różne imprezy dla singli. Niezbyt jej się to na początku podobało, ale  poddawała się koleżance, bo nie miała siły się jej przeciwstawiać. Aż raz, na takim jednym spotkaniu, poznała Tomasza. Tomasz był bardzo miłym, dystyngowanym panem około pięćdziesiątki. Nie przeszkadzało jej, że był nieco starszy. Ważne, że był miły i bardzo delikatny. Żadnej nachalności, żadnego grubiaństwa, do jakiego przez tyle lat była przyzwyczajona, ze strony Tomasza nie doświadczyła. Zaczęli się coraz częściej spotykać.

  - Irenko, to może już nasza ostatnia szansa na miłość - Tomasz powtarzał jej wkoło.

  - Ach bredzisz - odpowiadała mu, udając zezłoszczoną.         

  Wyczuwała, że Tomasz pragnie czegoś więcej od niej, ale ciągle wyznaczała granice. I choć Tomasz wciąż i wciąż je przekraczał, nie miała mu za złe, gdyż robił to bardzo delikatnie. Wreszcie kiedy pewnego wieczoru wracali z teatru, Tomasz zaprosił ją do siebie. Już w przedpokoju przywarł do niej i zaczął namiętnie całować i pieścić. Irena czuła się bardzo speszona, jednak z każdą chwilą coraz bardziej poddawała się jego pieszczotom. Nie sądziła, że mogą jej sprawiać aż taką przyjemność. Tym większą im bardziej się rozluźniała.

  - Tomasz, proszę, nie - szepnęła bez przekonania.

  - Bo co, bo nam już nie wypada? - usłyszała tuż przy swoim uchu.

  - Boję się - szepnęła jeszcze, bo nagle przyszło jej na myśl, że on może być zawiedziony jej ciałem.

  - Nie bój się, będę bardzo delikatny. Obiecuję. To dla mnie też pierwszy raz od wielu lat - uspokajał ją miłym tembrem głosu.

  Irena przestała protestować i już całkowicie poddała się coraz mocniej napierającej fali namiętności. Poczuła wilgoć jego warg na szyi. Odchyliła odruchowo głowę. Już za nic nie chciała by przestał. Przeszło ją dziwne mrowienie. I kiedy Tomasz chwycił ją za rękę i pociągnął do sypialni, nie protestowała już w ogóle. Ani wtedy, kiedy rozpinał jej bluzeczkę, guzik po guziku, i kładł ją delikatnie na łóżku. Pieszczoty jego były nieśpieszne. Całował ją, muskał, głaskał, szukając czułych miejsc na jej ciele. Pytał też czy to jej sprawia przyjemność. Irena była zdziwiona jego pytaniami, bo przecież jej  mąż, jej jedyny do tej pory mężczyzna, nigdy o to nie dbał. Chciała mu odpowiedzieć, ale jedynie westchnienie pożądania wydobyło jej się z ust. Czuła, że jej wnętrze wypełnia nieznana jej rozkosz. Że każdy centymetr jej ciała drga i pulsuje. Gdy poczuła go w sobie, przeszył ją spazm niebiańskiej rozkoszy. Straciła nad sobą panowanie. Cała była rozkoszą. Jej ciało brało i dawało... i wciąż chciało więcej i więcej. Było naprężone, gorące, wilgotne. Nagle znieruchomiała, a z jej piersi wydobył się jęk rozkoszy... Odpłynęła.

  - Kochanie, ty płaczesz? - spytał Tomasz po chwili, kiedy leżeli już obok siebie wyczerpani doznaniami miłosnymi. - Coś nie tak?

  - Nie... A właściwie tak - poprawiła się Irena, wycierając  spływające łzy i uśmiechając się jednocześnie. - Czy ty wiesz, co ty ze mną zrobiłeś? Chyba właśnie miałam orgazm. - Irena aż się zająknęła, bo słowo to ledwo jej przez gardło przeszło. - Po raz pierwszy w życiu czułam to tak bardzo intensywnie.

  - Naprawdę? - zdziwił się Tomasz. - Nie nabierasz mnie? Przecież przez tyle lat byłaś mężatką.

  - Ale moje ciało nigdy tak nie reagowało - stwierdziła Irena z euforią. - Drogi Tomaszu, czy możemy to powtórzyć?

 

 



komentarze (4) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


piątek, 25 kwietnia 2014

Licznik odwiedzin:  535 261  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 20 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia tu i tam. Konfrontacja, która czasami potrafi zadziwiać, cz...

więcej...

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 20 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia tu i tam. Konfrontacja, która czasami potrafi zadziwiać, czasami denerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć. Publikuję tutaj również swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka wydania.

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 535261
Wpisy
  • liczba: 666
  • komentarze: 9069
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 1735 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to