Bloog Wirtualna Polska
Są 1 132 752 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


POCIĄG DO SPORTU

sobota, 01 maja 2010 8:31

==========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

ZAPRASZAM

na mój drugi blog:

http://PhotoHalszka.bloog.pl/

---------------------------------------------------------

 

 

 

Pociąg do sportu

 

 

U mnie pociąg do sportu, to pewnie dziedziczny jest. Mój Ojciec za młodych lat był sportowcem. Grał w piłkę nożną. Dzieciństwo spędziłam na boisku sportowych, i to nie tylko na meczach, między meczami również. W późniejszych latach, Ojciec pełnił społeczną funkcję Prezesa Klubu Sportowego, to też boisko stało przede mną i moimi starszymi siostrami otworem. Ale jedynie ja załapałam bakcyla sportowego na całe życie.

 

A oto fotki Ojca drużyny piłkarskiej, kiedy mnie jeszcze na świecie nie było.

 

 

Zdjęcie z 1947 r.

 

 

 

Ojciec klęczy po środku.


 

 

Pochód pierwszomajowy - 1949r.

 

 

 

Sportowcy na czele pochodu. Ojciec pierwszy z prawej.

 

 

 

 

Po kilku latach skład drużyny nieco się zmienił,

Ojciec grał nadal.

 

 

 

Ojciec w pozycji kucznej - drugi od lewej.

 

 

 

Kiedy ja się urodziłam, jako 3 córeczka kochanych rodziców (hihihi!... a miałam być syneczkiem), Ojciec jeszcze grał, ale ja tego nie pamiętam. Byłam zbyt mała. Pamiętam natomiast późniejsze lata, kiedy Ojciec był już Prezesem i zabierał mnie na mecze. Bardzo lubiłam być na meczach, zwłaszcza wtedy, kiedy Ojca drużyna strzelała gole. Nie to, że aż tak bardzo im kibicowałam, no, może trochę też, ale przede wszystkim dlatego, że co gol, to ja frrruuu!... w powietrze. Tatulko w szale radości za każdym golem podrzucał mnie jak piłkę. Wysoko, bardzo wysoko. Ależ to była dla mnie radocha!

 

Kochałam sport od dziecka i przez wszystkie lata szkolne byłam sportsmenką. Startowałam na wielu zawodach lekkoatletycznych. Chybabym nie zliczyła na ilu. Wyniki miałam różne, ale nigdy złe.

   

Proszę bardzo, oto moje hasło z tamtych lat. I nie tylko z tamtych. Zdjęcie pochodzi z uroczystych obchodów Dnia Sportu w szkole średniej.

 

 

 

Niech żyje sport!

 

 

 

Robiłam za słupek wyłaniający się z falującej na wietrze biało-czerwonej róży. Hihihi...! pamiętam, że dziewczyny tak krzywo mnie podnosiły, że ledwie utrzymałam równowagę. Mało na łeb, na szyję nie spadłam... Ale bym wtedy wyglądała z tym swoim hasłem.

 

 

 

Nawet niekiedy i w czasie wakacji startowałam w różnych zawodach. Najbardziej upamiętniły mi się zawody sportowe w Chybiu, w których brałam udział na prośbę mojego Ojca. Bo to Ojca Zjednoczenie organizowało tam zawody, a Ojciec koniecznie chciał, aby jego zakład pracy te zawody wygrał. Ku wielkiej radości mojego tatulki, zajęłam pierwsze miejsce w biegu na 100m. Długo jednak nie było nam dane z tego faktu się cieszyć, ponieważ po paru zaledwie minutach, zdyskwalifikowano mnie. Za co? Ano za to, że biegłam w kolcach (sic!), a nie na bosaka, jak kilka zawodniczek. Ot, i komunistyczna polityka sportowa. Bosonogich sprinterek im się zachciało. Wcześniej nie widziano, że stoję w blokach startowych w kolcach. A tak w ogóle, co to za bose zawody w drugiej połowie XX wieku, się pytam? Tzn. się pytałam. Wtedy. Bo dziś, to jedynie ubaw mam z tych wspomnień.

 

 

Przed startem

 

 

 

...oczywiście w kolcach na nóżkach.

 

 

Doskonale jednak pamiętam, jaka zła byłam po tej dyskwalifikacji na siebie, że mi się zachciało startować w takich dennych zawodach. Na szczęście później humor mi się nieco poprawił, bo udało mi się zająć pierwsze miejsce w pchnięciu kulą. Na bosaka oczywiście. Tatuś znów był dumny. Ja mniej, ale przynajmniej już taka wściekła nie byłam.

 

 

Po wielkich zawodach sportowych... Bosonogich!

 

 

 

Chwile na odpoczynek i refleksje. Dwóch zawodników: Martin i ja, trzymając w ręce zakazany detal sportowy - kolce, psioczymy na dziwolongowatość sędziów sportowych i całe te komiczne zawody. Dwóch niezawodników, czyli moja siostrzyczka i kolega Rysiek, wspomagają nas w psioczeniu. Nie powiem, trochę nam ulżyło. A potem, widząc tatulki mego zadowoloną minę, już się nawet cieszyłam, bo to też w końcu dla niego wzięłam udział w tych tzw. „zawodach sportowych".

 

 

Później wiele jeszcze lat startowałam w różnych zawodach. Nawet kiedy miałam już rodzinkę i dziecko.

 

Byłam w 2-gim miesiącu ciąży z drugim dzieckiem i nadal brałam udział w zawodach LA. Startowałam w Młodzieżowych Zawodach Sportowych w Riesie w NRD. Wtedy jednak jeszcze nie wiedziałam, że rodzinka mi się powiększy. Spokojnie więc wzięłam jeszcze i udział w Igrzyskach Młodzieżowych zorganizowanych przez ZMS. A po igrzyskach, uczestniczyłam naturalnie w wielkim bankiecie i odbierałam dyplomy. Po tych igrzyskach, przeszłam jednak w stan spoczynku. Po paru miesiącach, zostałam po raz drugi szczęśliwą mamą.

 

Nie bez powodu najbardziej zapamiętały mi się te Igrzyska Młodzieżowe, bo jak się okazało, były to moje ostatnie zawody. Zawody, bo ze sportu nie zrezygnowałam do dziś. 

 

 

 

Moje ostatnie zawody - Igrzyska Młodzieżowe ZMS

 

 

 



komentarze (6) | dodaj komentarz

JAK POZNAŁAM EWĘ KURYLUK

niedziela, 18 kwietnia 2010 22:36


Jak poznałam

Ewę Kuryluk


Ewa Kuryluk: historyk sztuki, malarka, eseistka, pisarka, poetka, rysowniczka, autorka instalacji plastycznych, fotografik


 

 


   Ewę Kuryluk, jako moją kuzynkę, poznałam w niezwykłej sytuacji. Otóż kiedy parę lat temu, jak zwykle, oglądałam piątkowy program telewizyjny w TV Polonia pt. „Porozmawiajmy", gościem programu była właśnie Ewa. Gdy ją ujrzałam, byłam pod wielkim wrażeniem, gdyż nigdy wcześniej jej nie widziałam. Ba, nawet zapomniałam o jej istnieniu. Do czego muszę się ze wstydem przyznać. To znaczy wiedziałam, iż mój wujek, Karol Kuryluk (były Ministrem Kultury i Sztuki; Ambasador Polski w Austrii; Dyr. PWN) miał dwójkę dzieci: córkę i syna. Wiedziałam to od mojego ojca, który parokrotnie odwiedzał wujka w Warszawie. Ale że wujek zmarł wcześnie - w 1967r., a 4 lata po nim, mój ojciec, później nic już więcej o rodzinie Kuryluków nie słyszałam. Mama mojego ojca, a moja babcia, była siostrą ojca wujka Karola, a ona zmarła jeszcze wcześniej, bo w 1961r. Zaś Ewa, za czasów komuny, poza środowiskiem artystów, z pewnych względów, o których dopiero się od Niej dowiedziałam, nie za bardzo była znana szerszej społeczności w Polsce. Z Polski wyjechałam w 1989r., i dopiero będąc za granicą, zaczynałam dowiadywać się o twórczości Ewy Kuryluk. Jednak wtedy i tak nie kojarzyłam Jej z córką wujka Karola. Dopiero ten program „Porozmawiajmy" pozwolił mi rozpoznać ją jako moją kuzynkę. Ewa w programie tym wiele opowiadała o swoim życiu, o rodzicach, o młodszym bracie Piotrze. Od razu przypomniało mi się wszystko, co wiedziałam o jej rodzinie od mego ojca, a później już tylko z gazet. Byłam pod tak wielkim wrażeniem, że do końca programu, a nawet i po, próbowałam się dodzwonić do TV Polonia. Niestety, nie udało mi się. Postanowiłam więc napisać do programu „Porozmawiajmy" list z prośbą o przekazanie go Ewie. Tak też zrobiłam. Odpowiedzi jednak  nie otrzymałam.

   Minął rok. Jaka to była dla mnie przeogromna radość, a i wzruszenie zarazem, kiedy pewnego dnia, dostałam z Paryża list od Ewy. Wnet weszłyśmy w kontakt telefoniczny. Przemiły kontakt. Długo rozmawiałyśmy, opowiadając o sobie i o swojej rodzinie. Okazało się, że mój list TV Polonia od razu przesłała na adres Ewy w Warszawie, ale że Ewa w tym czasie przebywała w swoim drugim domu, w Paryżu, po prostu się zawieruszył. To znaczy, dotarł na miejsce, tylko gosposia Ewy tak „skrzętnie" go przechowywała, że sama o nim zapomniała. Od tamtej pory, utrzymujemy ze sobą stały kontakt. Jestem bardzo dumna, że mam tak Wielką, znaną na całym świecie, Kuzynkę.

 

 


Folder z retrospektywnej wystawy Ewy w warszawskiej Zachęcie pt. „Ludzie z powietrza", który od Niej otrzymałam wraz z Jej pierwszym listem

 

 

 

 

 


 

Przy pracy

 

 

obraz Ewy z lat sześćdziesiątych

 



Ewa...  i Jej tajemniczy uśmiech

 

 

Zdjęcie niezbyt wyraźne, ponieważ pochodzi z książki Ewy - z prześwitującą na

odwrocie dla mnie dedykacją

 

 

 


Gorąco polecam chociażby jedną ze stron EWY KURYLUK, a mianowicie:


http://www.kuryluk.art.pl/


(strona Ewy redagowana jest w jęz. angielskim i polskim, w prawym górnym rogu strony - można je zmieniać. Stronę tę mam również zalinkowaną z prawej strony - w moich ulubionych stronach)

 


Jej dorobek artystyczny jest przebogaty. Warto wejść na tę stronę by się z nim zapoznać. Jak również, aby poznać Jej autobiografią. Tak pięknego i bogatego życia, a zarazem uwikłanego w jakże niesamowite i okrutne przeciwności losu, w dzisiejszych czasach, niewielu z Wielkich Ludzi doświadczyło w swoim życiu.

 

 

 



Powyższe wspomnienie opublikowałam również na stronie głównej, czyli w kategorii: "Z życia wzięte", dlatego wszystkie do niego komentarze - znajdują się w tamtym miejscu. Jeśli ktoś z Was miałby ochotę je poczytać, wystarczy kliknąć w jego zalinkowany tutaj tytuł > "Jak poznałam Ewę Kuryluk",



komentarze (0) | dodaj komentarz

RYK MOTORU TOWARZYSZY MI OD DZIECKA

poniedziałek, 22 marca 2010 17:02


Ryk motoru

towarzyszy mi od dziecka


 


 

    Kiedy byłam małą dziewczynką, mój Ojciec, będąc z wizytą w swoim rodzinnym mieście Zbarażu, kupił tam sobie nowiusieńki motor Iż-49, i przywiózł go pociągiem do domu. Rany, co to była za wspaniała maszyna. Ciężka, ogromna... jak russische Panzer. Niestety, oprócz wielu „posiedzeń" na Iżu, nigdy nim nie jechałam. Ojciec mnie nigdy nie przewiózł. Nie miał prawa jazdy. Motor stał u nas w korytarzu kilka miesięcy i wreszcie Ojciec postanowił, że prawa jazdy robić jednak nie będzie, a motor sprzeda. Ależ byłam zawiedziona. Jak dziś pamiętam, co Ojciec mówił. A mówił, że nie będzie na trumnie jeździł. Ma zamiar jeszcze pożyć. Wygląda na to, że mój Ojciec smykałki do motorów za grosz nie miał.

    To po kim ja odziedziczyłam zamiłowanie do pędu, do szybkości zapierającej dech w piersiach, do świstu w uszach, do rozwianych włosów? Moja Mama mówiła, że pewnie po jej Dziadku ułanie. Wprawdzie mój Pradziadek nie na motorze, a na koniu szarżował, ale pewnie coś w tym jest, bo i ja konie kocham. A do Pradziadka to ja nawet i z wyglądu podobna jestem. Tak mówi moja rodzina.

    Jako młodziutka nastolatka, jeździłam już na motorowerze, na sławetnym Komarze. Ja i dwójka moich kolegów, mieliśmy takie same niebieskie Komary. Wszędzie jeździliśmy razem, i to nawet tak samo ubrani. Pamiętam, że moja krawcowa, na moją usilną prośbę, uszyła nam takie same spodnie a'la-dżinsy i koszule w drobniutkie kwiatuszki na czarnym tle. Ależ fajnie wyglądaliśmy. To były czasy!

    W wieku 18 lat zrobiłam prawo jazdy na motor i samochód. Ani dnia nie czekałam. Od razu ruszyłam na polskie drogi. (Choć i bez prawa jazdy wcześniej też mi się zdarzało... Oj, zdarzało... Ale o tym sza!). Rany, ile ja kilometrów natrzaskałam motorem. A nie byle jakim motorem, bo nowiusieńką SHL-ką. Ha, to był motor wówczas! :-D No, w każdym bądź razie lepszy od WSK-i... i droższy.



A oto i SHL-ka... Super motor, nieprawdaż?

 

 

Moja pierwsza dłuższa wyprawa motorem... Wakacje w Międzybrodziu k/Żywca

 

 


    Lubiłam szybką jazdę... i zawsze jeździłam jak szalona... gaz do dechy, ile fabryka dała. Niektórzy mnie przestrzegali, że jak tak będę jeździć, śmiercią naturalną na pewno nie umrę. Na szczęście, nigdy wypadku na motorze nie miałam. Raz tylko pikowałam po brukowej jezdni, ale to mój chłopak wtedy prowadził motor. Chcąc ominąć dziewczynkę, która wtargnęła niespodziewanie na jezdnię, wpadł w poślizg na mokrym bruku, no i wywaliliśmy się jak ta lala.

    Jeździłam na motorze bez względu na pogodę. Deszcz, ulewa, czy burza, żadna dla mnie przeszkoda. Wtedy jeszcze nie było można nigdzie kupić kombinezonów na motor, ale jakoś sobie radziłam. Sprawiłam sobie ciuchy z ortalionu, i jak było zbyt zimno, by nie przemarznąć, kolana, krzyż i piersi gazetami pod spodem owijałam.

 

 

 

Po maturze, wakacje w Bieszczadach - Jabłonki

 

 

Fotka niewyraźna, bo wycięłam dość pokaźne tło. A tłem był pomnik człowieka, który się kulom nie kłaniał (wiadomo, kto to taki)... Nie chcę mieć u siebie tego alkoholicznego pseudo-bohatera

 


    Tak, motor był moją pasją. A jazda nim, radością. Kochałam to uczucie pędu... i wolności. Wielką frajdę sprawiało mi wchodzenie w zakręty, kładzenie się motorem do samego niemalże asfaltu. Ha, tylko ten kto jeździł, albo jeździ motorem, wie o czym mówię. Przed moim miastem stał ogromny wiadukt kolejowy, a pod nim, biegła szosa. Och, jakże uwielbiałam to miejsce. Przed wiaduktem dwa ostre zakręty, i za wiaduktem kolejne dwa ostre zakręty. Cudownie tam się kładło motor. Raz, jak skądś wracałam do domu, pięknie weszłam w dwa zakręty, a na trzecim, za wiaduktem, mało nie pocałowałam asfaltu, delikatnie rzecz ujmując. Z jadącej przede mną ciężarówki, spadły snopki. Ja elegancko już wyłożona, a tu nagle snopki na zakręcie - do połowy drogi. Na szczęście udało mi się jakoś wyprostować motor... i w porę wyhamować. Na pierwszym snopku.

    Moje „wariacje" motorowe zakończyłam dopiero wtedy, kiedy byłam w ciąży z moją Córeczką. Chociaż nie od razu. Pamiętam, że byłam już chyba w 3 m-cu ciąży, kiedy wracając od mojej Siostry, zepsuł mi się motor. Wiele rzeczy przy motorze sama umiałam naprawić, ale wtedy było coś poważniejszego. Nie umiałam sobie poradzić. Ponad 5 km, i to w większości pod górkę, zmuszona byłam pchać motor z powrotem do miasta, w którym moja Siostra mieszkała. To była moja ostatnia jazda w ciąży. Potem i tak już przyszła zima. A kiedy urodziłam Córeczkę poprzysięgłam sobie, że już na motor nie usiądę. Miałam dla kogo żyć. Nie miałam prawa narażać swojego życia. Motor kazałam mężowi sprzedać. Żeby mnie broń Boże nie kusił. I pewnie bym wytrwała... gdyby nie mąż. Była wiosna, mąż przygotowywał motor do sprzedaży. Kiedy uśpiłam moją ukochaną Córeczkę, wyszłam na podwórko, aby zobaczyć jak mu idzie. Szło dobrze, kończył akurat wymieniać sprzęgło. A jak skończył, zaproponował mi, abym zrobiła próbną jazdę. Wzbraniałam się jak mogłam, mając na uwadze, co sobie poprzysięgłam. Wtedy mąż na to, że tylko po naszej ulicy. No i niestety, nie wytrzymałam. I choć tylko w pantoflach domowych byłam, wskoczyłam na motor. A jak już wskoczyłam, to mnie poniosło. Zapragnęłam po raz ostatni poczuć ten cudowny pęd... a i pożegnać się z motorem. Moje matczyne poczucie obowiązku nie pozwoliło mi jednak jechać zbyt daleko. Nie miałam nawet kasku na głowie. Niedaleko naszego domu była betonowa droga. Lokalna. Z Kombinatu PGR. Tam pojechałam. Pędziłam sobie szczęśliwa... a tu nagle, z bocznej drogi, osłoniętej zabudowaniami PGR-u, wyjechał traktor i zajechał mi drogę. Nie będę już nawet opisywać jak wyszłam z tej opresji, ani też swoich odczuć, ale o jednym wspomnę: Moja malutka Córeczka stanęła mi przed oczyma. Od tej pory, przez długie już lata, nie usiadłam na motor. Tym bardziej, że po 2 latach, jeszcze i Syneczek przyszedł na świat. Dopiero tu, w Niemczech, ale niestety zbyt rzadko niż bym chciała.


Tyle mi zostało obecnie z mojej dawnej pasji

 

 

... że sobie czasami choć w garażu na motorze posiedzę

 

 

    Nigdy jednak nie przejdę ulicą, aby nie zareagować na pędzący z rykiem motor. Zawsze przystanę, popatrzę, posłucham, uśmiechnę się szeroko i... idę dalej. A kiedy mój Syn wpada do mnie z rykiem do ogrodu, to aż serce mi się raduje... Potem truchleje. Jak zawsze! Kiedy Syn odjeżdża.

 

 


Powyższe wspomnienie opublikowałam również, łącznie z
aktualnym wpisem, w kategorii - z cyklu: "Z życia wzięte", pt. "Ryk motoru muzyką dla ucha", i wszystkie komentarze znajdują się w tamtym miejscu. Jeśli ktoś z Was miałby ochotę je poczytać, wystarczy, że kliknie w zalinkowany tytuł. 




komentarze (0) | dodaj komentarz

KANONIER Z PRZYPADKU

piątek, 12 marca 2010 12:03

 

Kanonier

z przypadku

 


    Wakacje jak zwykle minęły w kosmicznym tempie i już jestem w czwartej klasie. Zaraz na początku roku szkolnego profesor przysposobienia wojskowego, a nasz wychowawca, pan Kalecik, zorganizował dla nas wycieczkę do Jednostki Wojskowej w Katowicach. Profesor Kalecik był naszym wychowawcą już od III klasy. Byłyśmy bardzo oburzone tą zamianą wychowawców. Tym bardziej, że profesor Kalecik ni jak nie pasował nam do naszego wyobrażenia o prawdziwym mężczyźnie. Niby żołnierz, a taki niedorobiony. Małe to to, brzydkie i chude.... A krzykliwe, że nie daj Bóg! I ciągle latał z papierosiskiem w zębach. Byłyśmy okrutnie zawiedzione. No ale cóż, wpływu na tę zamianę i tak nie miałyśmy, więc trzeba nam było się z nią pogodzić, i tę chudzinę, profesora, zaakceptować. Mus! Po prostu mus. Mało atrakcyjne więc były te nasze lekcje z profesorem Kalecikiem. Musiałyśmy jednak zagryźć  zęby, i dla naszego dobra, nauczyć się okazywać szacunek dla wrzaskliwego profesora-żołnierza o posturze kurczaka. Na ile było to możliwe.

    Nie dla każdej z nas było to jednak możliwe. Na przykład dla Marysi Wagner, po pewnym wydarzeniu na lekcji przysposobienia wojskowego, przestało to być możliwe. Bo też to, co się na lekcji wydarzyło, miało prawo taką możliwość jej z głowy wybić. A było to tak: kiedy na jednej z lekcji przysposobienia wojskowego ćwiczyłyśmy  pod salą gimnastyczną strzelanie z KBKS-u (na sucho oczywiście, bez nabojów), i leżąc na kocach, uczyłyśmy się celowania do tarczy, Marysia Wagner, stojąc z KBKS-em w ręku, i czekając na swoją kolejkę, ni stąd, ni zowąd, dla żartów, lufą karabinu zaczęła okładać leżącą Lucynę Balicką po pupie. Gdy zobaczył to profesor Kalecik, jak oszalały podskoczył do niej, i najnormalniej w świecie, strzelił ją w twarz, wrzeszcząc przy tym okrutnie:

    - Aby mi to było ostatni raz, że któraś z was celuje do człowieka! Ile razy mam wam o tym przypominać?!... A niech to szlag, co za kretynka!

    Wśród nas zapanowała, delikatnie mówiąc, konsternacja. Marysia przez moment też w niej trwała, ale wnet obróciła się na pięcie, i bez słowa opuściła "plac boju". Biedna Marysia, na pewno było to dla niej straszne, taki znienacka piątak na twarzy. Na pewno do dziś go pamięta, no i chcąc nie chcąc, profesora Kalecika. Niedługo też po tym incydencie wyjechała do Niemiec. Trudno mi teraz odgadnąć, czy ten incydent z piątakiem na jej twarzy zaważył nad podjęciem takiej decyzji, ale fakt faktem, Marysia już więcej do szkoły nie przyszła...

    No ale wracam do naszej wycieczki do Katowic. Do Jednostki Wojskowej dotarłyśmy w wyśmienitych humorach i zaciekawione weszłyśmy na jej teren. Wśród żołnierzy zapanowała euforia. Zewsząd dały się słyszeć poświstywania i pogwizdywania. Powodzenie miałyśmy, że ho, ho! Nawet profesorowi Kalecikowi to podniecenie żołnierzy się udzieliło, i też co rusz, pogwizdywał, albo rechotał na przemian. Na terenie jednostki, wśród żołnierzy, poczuł się prawdziwym żołnierzem. Kiedy dotarliśmy na poligon wojskowy, duża grupa żołnierzy ćwiczyła strzelanie z dział armatnich. Na nasz widok żołnierze przestali strzelać, a zaczęli, podobnie jak ich koledzy z koszar, poświstywać i pogwizdywać. Wtedy ich dowódca z uśmiechem podszedł do nas i zawołał:

    - Witam was miłe panienki na naszym placu boju! Widzę, że podoba wam się u nas, bo wszystkie takie uśmiechnięte jesteście. To świetnie!... A może któraś z was zechciałaby na ochotnika strzelić z haubicy?

    Dziewczyny w pisk, a profesor Kalecik się speszył, i drapiąc się zawzięcie za uchem, wydukał:

    - A nie, panie kapitanie, takie działo to zbyt poważna rzecz dla dziewczyn. Dla niejednej z nich, strzelanie z KBKS-u jest wielkim wyzwaniem... To odpada... to odpada, panie kapitanie!

    Kiedy usłyszałam słowa profesora, to aż mną zatelepało, i to tak bardzo, i tak skutecznie, że komentując głośno jego słowa, od razu zgłosiłam się na ochotnika.

    Profesor Kalecik, widząc, że nie żartuję, pokraśniał jak dziewica, a dziewczyny zaczęły jeszcze bardziej piszczeć. Dowódca zaś podszedł do mnie, i zdjąwszy mi płaszcz, zaprowadził do jednego z dział. Żołnierze ze szczęśliwymi minami zrobili mi miejsce, wyjaśnili jak się strzela, i jak się trzeba przy dziale zachowywać. Nie powiem, miałam trochę tremy, ale nie zamierzałam się wycofać. Po krótkiej chwili, przyuczona odpowiednio, przymierzałam się już do strzału z haubicy. Dowódca rzucił rozkaz:

    - Ładuj!

    Jeden z żołnierzy załadował pocisk. Dowódca krzyknął:

    - Celuj!

    Drugi żołnierz wycelował lufę. Dowódca krzyknął:

    - Paaaal!!!

    A wtedy ja, zaparłam się nogami, i z całych sił pociągnęłam za linę odpalającą pocisk armatni... Ale się wtedy działo... A że działo to armata, armatniało się jak nie wiem co! Tym bardziej, że po moim wystrzale poszła w niebo cała salwa armatnia z innych dział.





    Dziewczyny w oddali piszczały jak oszalałe. Profesor Kalecik stojący nieopodal, aż pokraśniał i napęczniał w wyniku rozpierającej go dumy. Żołnierze z zachwytu bili brawo. Dowódca, rechocząc, poklepywał mnie po plecach. Pewnie też z zachwytu. A ja? Ja byłam też zachwycona, ba, chyba nawet szczęśliwa... Ale głucha jak pień. A czemu byłam głucha? Pojęcia nie mam. Przecież pamiętałam, aby przy odpaleniu działa szeroko rozdziawić swą szanowną buziunię... Ale fajnie było, nie powiem! Chociaż głucha chodziłam jeszcze i przez parę ładnych godzin. Nawet kiedy wieczorem wracaliśmy pociągiem z wycieczki do domu, ciągle jeszcze miałam przytępiony słuch. Tak że kiedy opowiadałyśmy sobie wśród naszych dziewcząt wrażenia z poligonu wojskowego, by coś usłyszeć, dobrze musiałam uszu nastawiać. Nie cierpiałam jednak z tego powodu. Wręcz przeciwnie, bo jak się niebawem okazało, ta moja głuchota mi się nawet przydała. Jak to możliwe? Już wyjaśniam.

    Kiedy tak sobie opowiadałyśmy i śmiałyśmy się, dosiadł się do nas taki facet, który od jakiegoś już czasu ciągle, próbował mnie poderwać, a którego nie znosiłam od pierwszych dni moich dojazdów do szkoły. A nie znosiłam go za pewien jego komentarz pod moim adresem. Jak dziś pamiętam, że kiedy na początku pierwszej klasy jechałam do szkoły zatłoczonym jak zwykle pociągiem, stałam z kilkoma koleżankami tuż obok tego faceta. Byłam wtedy jeszcze bardzo zahukana, zakompleksiona, wylękniona moją nową sytuacją, i bardzo wrażliwa na każde złe słowo. A ten facet, stojąc ze swoim kolegą przy mnie, popalał sobie papierosa, i dmuchał mi prosto w twarz. Nagle papieros wyleciał mu z ręki i spadł na podłogę. Facet rozpychając nas na boki, schylił się, i chwilę w takiej schylonej pozycji pozostał. Wreszcie się podniósł, i z papierosem w zębach, wyrechotał do kolegi:

    - Cha, cha, cha...! Ty, ta mała ma nogi jak dwa giewonty!

    Myślałam wtedy, że spłonę ze wstydu. Taka zniewaga! W szkole na wszystkich lekcjach siedziałam jak struta. Cały czas dumałam, co mam zrobić, aby nabrać choć trochę ciała, i żeby moje nogi nie były takie chude. Dumałam i dumałam, no i wydumałam. Kiedy tylko przyjechałam ze szkoły do domu, zaraz pobiegłam do apteki i kupiłam sobie ćwiartkową butelkę tranu. Uradowana ze swojego pomysłu, z butelką za pazuchą, przybiegłam do domu. Schowałam się w spiżarce, i w ukryciu (coby nikt kuracji mojej nie wyśmiał), wypiłam całą jej zawartość na eks. A co, miałam sobie łyżeczką dozować? Jak już, to najlepiej iść na całość... i szybciej nabrać ciała. Po paru minutach, myślałam, że umrę. Jak mi było niedobrze! Brzuch mi napęczniał i zrobił się ciężki niczym ołów. A do tego wszystkiego, cały czas odbijało mi się tym wstrętnym tranem. Jeszcze i przez parę dni tą ohydą mi się odbijało. Pomna tych doświadczeń z tranem i facetem w tle, miałam nagle mizdrzącego się do mnie faceta przed sobą. Dobrze, że dzięki przytępionemu słuchowi, nie słyszałam co do mnie mówił, szybciej więc mogłam zdobyć się na odwagę i wywrzeszczeć mu prosto do ucha:

    - Weź się stary odpieprz ode mnie, bo jak nie, będziesz miał z siłą wyższą do czynienia!

    Facet zdębiał. Dziewczyny w ryk. A ja puściłam facetowi jeszcze nad wyraz udaną małpią minę, i odwróciłam się do okna. Wtedy facet zmył się natychmiast. Ale zanim się zmył, usłyszał jeszcze Elę Hirowską. Nawet ja ją dokładnie usłyszałam, bo Ela tuż nad moją głową krzyknęła w jego kierunku:

    - Ty, uważaj, i nawet do takiej nie startuj, bo ona z haubicy strzela i może ci coś ustrzelić... Ja... ja... ja ci dobrze radzę, zostaw ją w spokoju!   

    No i faceta miałam z głowy raz na zawsze. Nie wiem, czy tak się przejął tą siłą wyższą, czy haubicą, ale fakt faktem, od tej pory dał mi spokój. Ha, nawet zaczął mnie unikać. To i dobrze! Bo wkurzona byłam na niego okrutnie. Bo co se facet tak w ogóle myślał? Uderzać do mnie? Nie dość, że stare to to, to jeszcze jakieś takie niechlujne, niedomyte, i do tego śmierdzące... tranem.




Komentarze do tych moich wspomnień znajdują się na stronie głównej. Jeśli ktoś z Was miałby ochotę je poczytać, wystarczy, że kliknie o właśnie >  tutaj

 




komentarze (0) | dodaj komentarz

Przeklęta data 13 grudnia 1981r.

środa, 16 grudnia 2009 10:42

 ===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAM

na mój drugi blog:

http://PhotoHalszka.bloog.pl/

----------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

 

Przeklęta data
13 grudnia 1981r.

 

 

   Dzień 13 grudnia, wcześniej kojarzył mi się zawsze z piosenką Kasi Sobczyk:

 

         „Trzynastego nawet w grudniu jest wiosna.

          Trzynastego każda droga jest prosta..."

 

     Bo taki już ze mnie wesoły i pozytywnie nastawiony do życia człowiek. Natomiast data 13 grudnia 1981r., tak jak i wszystkim  Polakom, nie kojarzy mi się dobrze. I już do końca życia w pamięci będę miała koszmar, jaki w tym dniu przeżyłam...  

   13 grudnia 1981r. nie było wiosny, a droga była prosta jedynie dla Jaruzelskiego i jego pofyrtanej, komunistycznej świty.

 

   W dniu ogłoszenia stanu wojennego, od tygodnia byłam u mojego Wujka w Niemczech. Wujek ściągnął mnie do siebie, do Monachium, siłą... perswazji. Chciał mnie przekonać do emigracji do Kanady. Fakt, miałam wtedy dość  takiej Polski. Przede wszystkim bałam się o przyszłość moich dzieci w tak rozdygotanym kraju. Jednakowoż, nie umiałam sobie wyobrazić życia w innym kraju. Wujka, starszego pana po 70-ce, wcześniej nie znałam osobiście, mieliśmy tylko kontakt listowny. W listach, od jakiegoś już czasu, Wujek przemawiał mi do rozsądku i nakazywał poważnie traktować to, co w Polsce się dzieje. Pisał, że jak najszybciej powinnam opuścić kraj, póki on jeszcze żyje i może mi pomóc. Uważał też, że prognozy dla Polski na następne długie lata nie są dobre, bo komuna tak szybko nie odpuści. Że „Związek Nasz Bratni" jest realnym zagrożeniem dla Polski. Wujek był od lat redaktorem paryskiej „Kultury", z pewnością wiedział więc o wiele więcej niż ja, szary obywatel Polski Ludowej. Rozsądek podpowiadał mi wierzyć mu. Ale serce? Serce chciało Polski. Nikt, kto wtedy nie miał możliwości wyjazdu z kraju, pojęcia mieć nie może, co za dylemat musiał przeżywać każdy z nas, który taką potencjalną możliwość miał. Wszak była szansa by uciec od tego niebezpiecznego bagna i nadzieja na lepsze życie dla dzieci. Czy właśnie ze względu na dobro dzieci, godziło się szansy takiej nie wykorzystać? Z drugiej zaś strony, chciało się żyć w Polsce. Przecież Polska, to nasz ukochany Ojczysty Kraj. Tu nasze dzieciństwo. Tu nasza młodość. Tu nasze życie. Straszny był to dylemat. Człowiekiem szarpały przeróżne wątpliwości. A najgorsza była ta niepewność, ta wielka niewiadoma, co czeka nas w nieznanym świecie. Czy aby na pewno lepsze życie? Ale w jeszcze gorszej sytuacji byli ci, którzy nie mając żadnej możliwości wyjazdu z kraju, mimo wszystko, nawet z narażeniem życia, uciekali przez zieloną granicę. Ba, byli nawet tacy, co porywali samoloty. Z pewnością ich serca nie mniej były rozdarte.

   Wujek wiedział o moich dylematach, dlatego postanowił ściągnąć mnie do siebie, żeby pokazać mi Zachód i oswoić z nim. Uważał, że wtedy łatwiej będzie mi podjąć decyzję. Rozsądek podpowiadał mi, że powinnam pojechać i przynajmniej spróbować się rozejrzeć. Tak też zrobiłam. Po kilkudniowym nocnym koczowaniu pod Biurem Paszportów, wywalczyłam paszport i od razu, tak żeby się nie rozmyślić, wykupiłam bilet. Dzieci zostawiłam pod opieką mojej mamy, i z myślą, że jadę tylko na dwa tygodnie, z duszą na ramieniu pojechałam na Zachód. Po raz pierwszy w życiu.

   W nocy z 12-go na 13-tego grudnia, byłam z Wujkiem na przyjęciu zorganizowanym dla uchodźców z Polski. Poznałam tam wielu polskich azylantów. Przegadałam z nimi całą noc. Opowiadali mi swoje potworne przeżycia związane z ucieczką z kraju. Rany, książkę by można było napisać, takie to dramatyczne historie były. Każdy z nich dziwił mi się, że chcę wracać do Polski. Namawiali, żebym została. Ja byłam jednak nieugięta. Wiedziałam, że bez dzieci nawet mowy być nie może, bym gdziekolwiek na Zachodzie została.

  Kiedy wróciłam z Wujkiem do domu, prawie już świtało. W domu jeszcze powspominaliśmy na wesoło wszystkie zabawne historie z przyjęcia, pośmialiśmy się, i ja, gdzieś tak około godziny 8-mej, położyłam się spać. Wujek już się nie kładł. Żartował, że się może nawet walić i palić, on jednak swoim wieloletnim zwyczajem, codziennie pisze od godz. 8-ej do 12-tej, i tym razem też będzie. Zasiadł do biurka i zaczął stukać na maszynie do pisania. Rytmiczne stukanie maszyny, dobiegające z jego gabinetu, uśpiło mnie momentalnie. Ledwie usnęłam, a tu nagle w drzwiach mojego pokoju stanął Wujek, i z przerażoną miną, już od drzwi, wołał:

   - Halszka, obudź się! Coś złego dzieje się w Polsce.

   Zerwałam się na równe nogi i jak porażona, pobiegłam do jego gabinetu, gdzie stał telewizor. Jak zobaczyłam Jaruzelskiego i dotarło do mnie o czym mówi tym swoim monotonnym głosem, myślałam, że zwariuję.

   - Chryste, przecież tam zostały moje dzieci... Tam jest moja rodzina! - powtarzałam wkoło.

   Szalałam ze strachu przede wszystkim o swoje dzieci. Wujek na różne sposoby próbował mnie uspokoić. Jednak nie udawało mu się. Sam miał nietęgą minę. Po chwili rozdzwonił się telefon. To moi nowo poznani Polacy dzwonili do mnie. Też byli okropnie przerażeni. Każdy z nich zostawił przecież rodzinę w Polsce. Każdy z nich tak samo szalał z niepokoju. Nie wiedzieliśmy, co robić... Co stanie się z naszymi rodzinami w Polsce. Co stanie się z Polską.

   Chciałam do Polski... Już! Natychmiast! Ale jak?! Granice zamknięte. Telefony głuche. Poczta niemiecka nie przyjmowała listów do Polski, ani żadnych innych przesyłek. Wiadomości z Polski nie docierały. Telewizja niemiecka co rusz puszczała jedynie przemówienie Jaruzelskiego. Horror! Potworny horror!

   Wujek przekonywał mnie, żebym już została. Że na razie załatwi mi legalny pobyt w RFN, a potem przez Czerwony Krzyż ściągniemy moje dzieci. A kiedy dzieci do mnie dotrą, to już tylko - kierunek Kanada. Nie chciałam nawet o tym słyszeć. Bez dzieci? Mowy nie ma! Przecież nikt nie był w stanie mi powiedzieć, jak długo przyszłoby mi na dzieci czekać.

   Następne dni były dla mnie potworne. Miotałam się ze strachu o dzieci i szukałam jakiejkolwiek możliwości, aby skontaktować się z domem. Niestety, wszystkie moje próby paliły na panewce. Wreszcie nawiązałam kontakt z moją dobrą znajomą, z którą w Polsce pracowałam w tej samej szkole, a która już 2 lata wcześniej uciekła przez Jugosławię wraz z całą swoją rodziną. Znajoma mieszkała w Diseldorfie. Pojechałam tam do niej, gdyż ona specjalnie dla mnie uruchomiła kontakty ze swoją ciotką mieszkającą w Holandii, która przy kościele organizowała transport z pomocą humanitarną dla Polski. Wysłałyśmy na adres jej ciotki paczkę oraz list do mojej matki. Kierowca TIR-a był znajomym ciotki. Obiecał osobiście paczkę dostarczyć oraz czekać na odpowiedź moich najbliższych. Chciałam, aby dali mi znać, co z nimi, co z dziećmi, no i oczywiście, co mam robić. Zostać, czy wracać? TIR z 20-tonami darów dla mieszkańców mojego miasta, miał wyjechać w nocy w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia. Niestety, nie wyjechał. Tego dnia, późnym wieczorem, zadzwoniła ciotka by nam przekazać tę hiobową wiadomość. Okazało się, że żona kierowcy, kiedy tylko zobaczyła w telewizji jakiś reportaż z Polski nakręcony ukrytą kamerą, nie chciała go puścić. Zrobiła wielkie larum, że męża na śmierć nie puści, bo w Polsce czołgi jeżdżą po ulicach, a wojsko i milicja strzela do ludzi.

  Załamana, wróciłam natychmiast do Monachium. Byłam u kresu wytrzymałości psychicznej. I kiedy tylko otworzyli granicę, ku sprzeciwowi Wujka, natychmiast wykupiłam bilet powrotny.

  Dnia 9 stycznia 1982r., wracałam już do Polski. Na dworzec w Monachium odprowadzał mnie Wujek oraz kilkanaścioro polskich azylantów. Żegnali się ze mną ze łzami w oczach. Bez słów. Słowa były zbędne. Wiadomo było gdzie jadę. Każdy z nich na swój własny sposób przeżywał moment pożegnania. Ale każdy też z nich, jakoś tak dziwnie wpatrywał się we mnie, jak gdyby widział we mnie łącznika między nim a Polską.

   Pociąg relacji Monachium-Wrocław jechał niemalże pusty. Byłam tak bardzo sparaliżowana lękiem o swoich najbliższych, że mało co zapamiętałam z podróży. Pamiętam tylko tyle, że całą tę podróż, trwającą wieki, przepełniało mnie pragnienie, aby jak najszybciej znaleźć się w domu i chwycić moje dzieci w ramiona.

   Kiedy pociąg popołudniu dotarł do granicy, zostałam tam dokładnie przetrzepana przez wopistów i zwykłych żołnierzy. Wzięli mnie też w krzyżowy ogień pytań, i jeden przez drugiego, wypytywali mnie, co robiłam w RFN, i dlaczego teraz akurat wracam do Polski. Jak nakręceni maglowali mnie, zadając te same pytania. Boże, myślałam, że mnie wykończą tym ogniem pytań. W końcu dali mi spokój i wzięli się za innych pasażerów. Zabrali mi tylko wszystkie moje zdjęcia, jakie jeszcze przed stanem wojennym zrobił mi Wujek w Wiosce Olimpijskiej w Monachium.

  Wreszcie pociąg ruszył. Kiedy przekroczyliśmy granicę polsko-NRD-owską, było już ciemno. Cały czas stałam przy oknie i z przerażeniem patrzyłam na obraz pogrążonej w ciemnościach Polski. Myślałam, że oszaleję ze strachu. Nie, nie o siebie się bałam, bałam się o moje dzieci i rodzinę. Bałam się nawet sobie wyobrażać, jak żyją w tym mrocznym, ponurym... w stanie wojennym kraju.

  Około godziny 18-tej, pociąg dotarł do Wrocławia. We Wrocławiu miałam przesiadkę. Kiedy wyszłam z pociągu na ciemny dworzec, przeraziłam się jeszcze bardziej. Wszędzie wałęsali się rosyjscy żołnierze* z przyklejonymi do twarzy marsowymi minami. Wszyscy byli jakoś tak dziwnie ubrani. Najdziwniejsze to były te ich szynele, długie, prawie do samej ziemi. Na posadzce dworca, nie wiedzieć czemu, porozsypywane były trociny, które zamiatane szynelami ruskich sołdatów, fruwały w powietrzu po każdym ich przejściu. Ten widok był przerażający. Czułam się jak w transie. Zupełnie nie pamiętam, jak dojechałam do swojego miasta, i jak dostałam się do domu. Pamiętam tylko, że jakąś niby taksówką. Niby, bo normalna to ona z pewnością nie była. W środku siedziało dwóch podpitych ormowców. Doszłam do siebie dopiero wtedy, kiedy znalazłam się w domu wśród swoich najbliższych, wśród swoich ukochanych istot. Lęk i przerażenie, natychmiast przerodziło się w niewypowiedziane szczęście. Tak bardzo byłam szczęśliwa, że było mi już wszystko jedno, co dzieje się za oknem. Najważniejsze, że mogłam wreszcie przytulić swoje dzieci.

 

 

Na zdjęciu mój Wujek z Monachium - redaktor paryskiej „Kultury". To jest jedyne zdjęcie, jakie zachowało mi się z tamtego okresu. Wszystkie inne, wopiści zabrali mi na granicy.

       

 

 

 

* Pisząc po latach te wspomnienia zorientowałam się, że to nie mogli być rosyjscy żołnierze, skoro nie było interwencji ZSRR. Nie mogli, ale jednak byli. Pamiętam ich dokładnie, jakby to było wczoraj. Snuli się po dworcu niemrawym krokiem i rozmawiali po rosyjsku. Do dziś pojęcia nie mam skąd tam się wzięli. Może byli to żołnierze wojska radzieckiego (stacjonowało pod Wrocławiem) - w podróży do swojego kraju, albo gdzieś tam? To całkiem możliwe. Tak myślę dzisiaj. Co nie zmienia jednak faktu, że to oni mnie wtedy najbardziej przerazili. Polscy żołnierze i zomowcy, których tam też było wielu - nie byli mi aż tak straszni.



komentarze (24) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 21 grudnia 2014

Licznik odwiedzin:  655 685  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Wszystkie teksty oraz zdjęcia opublikowane na moim blogu są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione.

Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie.

(Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dnia 4 lutego 1994 r., nr 24, poz. 83)

Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję osobom, które o nią proszą.

 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tutaj również swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

 

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 655685
Wpisy
  • liczba: 694
  • komentarze: 9903
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 1976 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to