Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 094 818 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


JAK POZNAŁAM EWĘ KURYLUK

niedziela, 18 kwietnia 2010 22:36


Jak poznałam

Ewę Kuryluk


Ewa Kuryluk: historyk sztuki, malarka, eseistka, pisarka, poetka, rysowniczka, autorka instalacji plastycznych, fotografik


 

 


   Ewę Kuryluk, jako moją kuzynkę, poznałam w niezwykłej sytuacji. Otóż kiedy parę lat temu, jak zwykle, oglądałam piątkowy program telewizyjny w TV Polonia pt. „Porozmawiajmy", gościem programu była właśnie Ewa. Gdy ją ujrzałam, byłam pod wielkim wrażeniem, gdyż nigdy wcześniej jej nie widziałam. Ba, nawet zapomniałam o jej istnieniu. Do czego muszę się ze wstydem przyznać. To znaczy wiedziałam, iż mój wujek, Karol Kuryluk (były Ministrem Kultury i Sztuki; Ambasador Polski w Austrii; Dyr. PWN) miał dwójkę dzieci: córkę i syna. Wiedziałam to od mojego ojca, który parokrotnie odwiedzał wujka w Warszawie. Ale że wujek zmarł wcześnie - w 1967r., a 4 lata po nim, mój ojciec, później nic już więcej o rodzinie Kuryluków nie słyszałam. Mama mojego ojca, a moja babcia, była siostrą ojca wujka Karola, a ona zmarła jeszcze wcześniej, bo w 1961r. Zaś Ewa, za czasów komuny, poza środowiskiem artystów, z pewnych względów, o których dopiero się od Niej dowiedziałam, nie za bardzo była znana szerszej społeczności w Polsce. Z Polski wyjechałam w 1989r., i dopiero będąc za granicą, zaczynałam dowiadywać się o twórczości Ewy Kuryluk. Jednak wtedy i tak nie kojarzyłam Jej z córką wujka Karola. Dopiero ten program „Porozmawiajmy" pozwolił mi rozpoznać ją jako moją kuzynkę. Ewa w programie tym wiele opowiadała o swoim życiu, o rodzicach, o młodszym bracie Piotrze. Od razu przypomniało mi się wszystko, co wiedziałam o jej rodzinie od mego ojca, a później już tylko z gazet. Byłam pod tak wielkim wrażeniem, że do końca programu, a nawet i po, próbowałam się dodzwonić do TV Polonia. Niestety, nie udało mi się. Postanowiłam więc napisać do programu „Porozmawiajmy" list z prośbą o przekazanie go Ewie. Tak też zrobiłam. Odpowiedzi jednak  nie otrzymałam.

   Minął rok. Jaka to była dla mnie przeogromna radość, a i wzruszenie zarazem, kiedy pewnego dnia, dostałam z Paryża list od Ewy. Wnet weszłyśmy w kontakt telefoniczny. Przemiły kontakt. Długo rozmawiałyśmy, opowiadając o sobie i o swojej rodzinie. Okazało się, że mój list TV Polonia od razu przesłała na adres Ewy w Warszawie, ale że Ewa w tym czasie przebywała w swoim drugim domu, w Paryżu, po prostu się zawieruszył. To znaczy, dotarł na miejsce, tylko gosposia Ewy tak „skrzętnie" go przechowywała, że sama o nim zapomniała. Od tamtej pory, utrzymujemy ze sobą stały kontakt. Jestem bardzo dumna, że mam tak Wielką, znaną na całym świecie, Kuzynkę.

 

 


Folder z retrospektywnej wystawy Ewy w warszawskiej Zachęcie pt. „Ludzie z powietrza", który od Niej otrzymałam wraz z Jej pierwszym listem

 

 

 

 

 


 

Przy pracy

 

 

obraz Ewy z lat sześćdziesiątych

 



Ewa...  i Jej tajemniczy uśmiech

 

 

Zdjęcie niezbyt wyraźne, ponieważ pochodzi z książki Ewy - z prześwitującą na

odwrocie dla mnie dedykacją

 

 

 


Gorąco polecam chociażby jedną ze stron EWY KURYLUK, a mianowicie:


http://www.kuryluk.art.pl/


(strona Ewy redagowana jest w jęz. angielskim i polskim, w prawym górnym rogu strony - można je zmieniać. Stronę tę mam również zalinkowaną z prawej strony - w moich ulubionych stronach)

 


Jej dorobek artystyczny jest przebogaty. Warto wejść na tę stronę by się z nim zapoznać. Jak również, aby poznać Jej autobiografią. Tak pięknego i bogatego życia, a zarazem uwikłanego w jakże niesamowite i okrutne przeciwności losu, w dzisiejszych czasach, niewielu z Wielkich Ludzi doświadczyło w swoim życiu.

 

 

 



Powyższe wspomnienie opublikowałam również na stronie głównej, czyli w kategorii: "Z życia wzięte", dlatego wszystkie do niego komentarze - znajdują się w tamtym miejscu. Jeśli ktoś z Was miałby ochotę je poczytać, wystarczy kliknąć w jego zalinkowany tutaj tytuł > "Jak poznałam Ewę Kuryluk",



komentarze (0) | dodaj komentarz

RYK MOTORU TOWARZYSZY MI OD DZIECKA

poniedziałek, 22 marca 2010 17:02


Ryk motoru

towarzyszy mi od dziecka


 


 

    Kiedy byłam małą dziewczynką, mój Ojciec, będąc z wizytą w swoim rodzinnym mieście Zbarażu, kupił tam sobie nowiusieńki motor Iż-49, i przywiózł go pociągiem do domu. Rany, co to była za wspaniała maszyna. Ciężka, ogromna... jak russische Panzer. Niestety, oprócz wielu „posiedzeń" na Iżu, nigdy nim nie jechałam. Ojciec mnie nigdy nie przewiózł. Nie miał prawa jazdy. Motor stał u nas w korytarzu kilka miesięcy i wreszcie Ojciec postanowił, że prawa jazdy robić jednak nie będzie, a motor sprzeda. Ależ byłam zawiedziona. Jak dziś pamiętam, co Ojciec mówił. A mówił, że nie będzie na trumnie jeździł. Ma zamiar jeszcze pożyć. Wygląda na to, że mój Ojciec smykałki do motorów za grosz nie miał.

    To po kim ja odziedziczyłam zamiłowanie do pędu, do szybkości zapierającej dech w piersiach, do świstu w uszach, do rozwianych włosów? Moja Mama mówiła, że pewnie po jej Dziadku ułanie. Wprawdzie mój Pradziadek nie na motorze, a na koniu szarżował, ale pewnie coś w tym jest, bo i ja konie kocham. A do Pradziadka to ja nawet i z wyglądu podobna jestem. Tak mówi moja rodzina.

    Jako młodziutka nastolatka, jeździłam już na motorowerze, na sławetnym Komarze. Ja i dwójka moich kolegów, mieliśmy takie same niebieskie Komary. Wszędzie jeździliśmy razem, i to nawet tak samo ubrani. Pamiętam, że moja krawcowa, na moją usilną prośbę, uszyła nam takie same spodnie a'la-dżinsy i koszule w drobniutkie kwiatuszki na czarnym tle. Ależ fajnie wyglądaliśmy. To były czasy!

    W wieku 18 lat zrobiłam prawo jazdy na motor i samochód. Ani dnia nie czekałam. Od razu ruszyłam na polskie drogi. (Choć i bez prawa jazdy wcześniej też mi się zdarzało... Oj, zdarzało... Ale o tym sza!). Rany, ile ja kilometrów natrzaskałam motorem. A nie byle jakim motorem, bo nowiusieńką SHL-ką. Ha, to był motor wówczas! :-D No, w każdym bądź razie lepszy od WSK-i... i droższy.



A oto i SHL-ka... Super motor, nieprawdaż?

 

 

Moja pierwsza dłuższa wyprawa motorem... Wakacje w Międzybrodziu k/Żywca

 

 


    Lubiłam szybką jazdę... i zawsze jeździłam jak szalona... gaz do dechy, ile fabryka dała. Niektórzy mnie przestrzegali, że jak tak będę jeździć, śmiercią naturalną na pewno nie umrę. Na szczęście, nigdy wypadku na motorze nie miałam. Raz tylko pikowałam po brukowej jezdni, ale to mój chłopak wtedy prowadził motor. Chcąc ominąć dziewczynkę, która wtargnęła niespodziewanie na jezdnię, wpadł w poślizg na mokrym bruku, no i wywaliliśmy się jak ta lala.

    Jeździłam na motorze bez względu na pogodę. Deszcz, ulewa, czy burza, żadna dla mnie przeszkoda. Wtedy jeszcze nie było można nigdzie kupić kombinezonów na motor, ale jakoś sobie radziłam. Sprawiłam sobie ciuchy z ortalionu, i jak było zbyt zimno, by nie przemarznąć, kolana, krzyż i piersi gazetami pod spodem owijałam.

 

 

 

Po maturze, wakacje w Bieszczadach - Jabłonki

 

 

Fotka niewyraźna, bo wycięłam dość pokaźne tło. A tłem był pomnik człowieka, który się kulom nie kłaniał (wiadomo, kto to taki)... Nie chcę mieć u siebie tego alkoholicznego pseudo-bohatera

 


    Tak, motor był moją pasją. A jazda nim, radością. Kochałam to uczucie pędu... i wolności. Wielką frajdę sprawiało mi wchodzenie w zakręty, kładzenie się motorem do samego niemalże asfaltu. Ha, tylko ten kto jeździł, albo jeździ motorem, wie o czym mówię. Przed moim miastem stał ogromny wiadukt kolejowy, a pod nim, biegła szosa. Och, jakże uwielbiałam to miejsce. Przed wiaduktem dwa ostre zakręty, i za wiaduktem kolejne dwa ostre zakręty. Cudownie tam się kładło motor. Raz, jak skądś wracałam do domu, pięknie weszłam w dwa zakręty, a na trzecim, za wiaduktem, mało nie pocałowałam asfaltu, delikatnie rzecz ujmując. Z jadącej przede mną ciężarówki, spadły snopki. Ja elegancko już wyłożona, a tu nagle snopki na zakręcie - do połowy drogi. Na szczęście udało mi się jakoś wyprostować motor... i w porę wyhamować. Na pierwszym snopku.

    Moje „wariacje" motorowe zakończyłam dopiero wtedy, kiedy byłam w ciąży z moją Córeczką. Chociaż nie od razu. Pamiętam, że byłam już chyba w 3 m-cu ciąży, kiedy wracając od mojej Siostry, zepsuł mi się motor. Wiele rzeczy przy motorze sama umiałam naprawić, ale wtedy było coś poważniejszego. Nie umiałam sobie poradzić. Ponad 5 km, i to w większości pod górkę, zmuszona byłam pchać motor z powrotem do miasta, w którym moja Siostra mieszkała. To była moja ostatnia jazda w ciąży. Potem i tak już przyszła zima. A kiedy urodziłam Córeczkę poprzysięgłam sobie, że już na motor nie usiądę. Miałam dla kogo żyć. Nie miałam prawa narażać swojego życia. Motor kazałam mężowi sprzedać. Żeby mnie broń Boże nie kusił. I pewnie bym wytrwała... gdyby nie mąż. Była wiosna, mąż przygotowywał motor do sprzedaży. Kiedy uśpiłam moją ukochaną Córeczkę, wyszłam na podwórko, aby zobaczyć jak mu idzie. Szło dobrze, kończył akurat wymieniać sprzęgło. A jak skończył, zaproponował mi, abym zrobiła próbną jazdę. Wzbraniałam się jak mogłam, mając na uwadze, co sobie poprzysięgłam. Wtedy mąż na to, że tylko po naszej ulicy. No i niestety, nie wytrzymałam. I choć tylko w pantoflach domowych byłam, wskoczyłam na motor. A jak już wskoczyłam, to mnie poniosło. Zapragnęłam po raz ostatni poczuć ten cudowny pęd... a i pożegnać się z motorem. Moje matczyne poczucie obowiązku nie pozwoliło mi jednak jechać zbyt daleko. Nie miałam nawet kasku na głowie. Niedaleko naszego domu była betonowa droga. Lokalna. Z Kombinatu PGR. Tam pojechałam. Pędziłam sobie szczęśliwa... a tu nagle, z bocznej drogi, osłoniętej zabudowaniami PGR-u, wyjechał traktor i zajechał mi drogę. Nie będę już nawet opisywać jak wyszłam z tej opresji, ani też swoich odczuć, ale o jednym wspomnę: Moja malutka Córeczka stanęła mi przed oczyma. Od tej pory, przez długie już lata, nie usiadłam na motor. Tym bardziej, że po 2 latach, jeszcze i Syneczek przyszedł na świat. Dopiero tu, w Niemczech, ale niestety zbyt rzadko niż bym chciała.


Tyle mi zostało obecnie z mojej dawnej pasji

 

 

... że sobie czasami choć w garażu na motorze posiedzę

 

 

    Nigdy jednak nie przejdę ulicą, aby nie zareagować na pędzący z rykiem motor. Zawsze przystanę, popatrzę, posłucham, uśmiechnę się szeroko i... idę dalej. A kiedy mój Syn wpada do mnie z rykiem do ogrodu, to aż serce mi się raduje... Potem truchleje. Jak zawsze! Kiedy Syn odjeżdża.

 

 


Powyższe wspomnienie opublikowałam również, łącznie z
aktualnym wpisem, w kategorii - z cyklu: "Z życia wzięte", pt. "Ryk motoru muzyką dla ucha", i wszystkie komentarze znajdują się w tamtym miejscu. Jeśli ktoś z Was miałby ochotę je poczytać, wystarczy, że kliknie w zalinkowany tytuł. 




komentarze (0) | dodaj komentarz

KANONIER Z PRZYPADKU

piątek, 12 marca 2010 12:03

 

Kanonier

z przypadku

 


    Wakacje jak zwykle minęły w kosmicznym tempie i już jestem w czwartej klasie. Zaraz na początku roku szkolnego profesor przysposobienia wojskowego, a nasz wychowawca, pan Kalecik, zorganizował dla nas wycieczkę do Jednostki Wojskowej w Katowicach. Profesor Kalecik był naszym wychowawcą już od III klasy. Byłyśmy bardzo oburzone tą zamianą wychowawców. Tym bardziej, że profesor Kalecik ni jak nie pasował nam do naszego wyobrażenia o prawdziwym mężczyźnie. Niby żołnierz, a taki niedorobiony. Małe to to, brzydkie i chude.... A krzykliwe, że nie daj Bóg! I ciągle latał z papierosiskiem w zębach. Byłyśmy okrutnie zawiedzione. No ale cóż, wpływu na tę zamianę i tak nie miałyśmy, więc trzeba nam było się z nią pogodzić, i tę chudzinę, profesora, zaakceptować. Mus! Po prostu mus. Mało atrakcyjne więc były te nasze lekcje z profesorem Kalecikiem. Musiałyśmy jednak zagryźć  zęby, i dla naszego dobra, nauczyć się okazywać szacunek dla wrzaskliwego profesora-żołnierza o posturze kurczaka. Na ile było to możliwe.

    Nie dla każdej z nas było to jednak możliwe. Na przykład dla Marysi Wagner, po pewnym wydarzeniu na lekcji przysposobienia wojskowego, przestało to być możliwe. Bo też to, co się na lekcji wydarzyło, miało prawo taką możliwość jej z głowy wybić. A było to tak: kiedy na jednej z lekcji przysposobienia wojskowego ćwiczyłyśmy  pod salą gimnastyczną strzelanie z KBKS-u (na sucho oczywiście, bez nabojów), i leżąc na kocach, uczyłyśmy się celowania do tarczy, Marysia Wagner, stojąc z KBKS-em w ręku, i czekając na swoją kolejkę, ni stąd, ni zowąd, dla żartów, lufą karabinu zaczęła okładać leżącą Lucynę Balicką po pupie. Gdy zobaczył to profesor Kalecik, jak oszalały podskoczył do niej, i najnormalniej w świecie, strzelił ją w twarz, wrzeszcząc przy tym okrutnie:

    - Aby mi to było ostatni raz, że któraś z was celuje do człowieka! Ile razy mam wam o tym przypominać?!... A niech to szlag, co za kretynka!

    Wśród nas zapanowała, delikatnie mówiąc, konsternacja. Marysia przez moment też w niej trwała, ale wnet obróciła się na pięcie, i bez słowa opuściła "plac boju". Biedna Marysia, na pewno było to dla niej straszne, taki znienacka piątak na twarzy. Na pewno do dziś go pamięta, no i chcąc nie chcąc, profesora Kalecika. Niedługo też po tym incydencie wyjechała do Niemiec. Trudno mi teraz odgadnąć, czy ten incydent z piątakiem na jej twarzy zaważył nad podjęciem takiej decyzji, ale fakt faktem, Marysia już więcej do szkoły nie przyszła...

    No ale wracam do naszej wycieczki do Katowic. Do Jednostki Wojskowej dotarłyśmy w wyśmienitych humorach i zaciekawione weszłyśmy na jej teren. Wśród żołnierzy zapanowała euforia. Zewsząd dały się słyszeć poświstywania i pogwizdywania. Powodzenie miałyśmy, że ho, ho! Nawet profesorowi Kalecikowi to podniecenie żołnierzy się udzieliło, i też co rusz, pogwizdywał, albo rechotał na przemian. Na terenie jednostki, wśród żołnierzy, poczuł się prawdziwym żołnierzem. Kiedy dotarliśmy na poligon wojskowy, duża grupa żołnierzy ćwiczyła strzelanie z dział armatnich. Na nasz widok żołnierze przestali strzelać, a zaczęli, podobnie jak ich koledzy z koszar, poświstywać i pogwizdywać. Wtedy ich dowódca z uśmiechem podszedł do nas i zawołał:

    - Witam was miłe panienki na naszym placu boju! Widzę, że podoba wam się u nas, bo wszystkie takie uśmiechnięte jesteście. To świetnie!... A może któraś z was zechciałaby na ochotnika strzelić z haubicy?

    Dziewczyny w pisk, a profesor Kalecik się speszył, i drapiąc się zawzięcie za uchem, wydukał:

    - A nie, panie kapitanie, takie działo to zbyt poważna rzecz dla dziewczyn. Dla niejednej z nich, strzelanie z KBKS-u jest wielkim wyzwaniem... To odpada... to odpada, panie kapitanie!

    Kiedy usłyszałam słowa profesora, to aż mną zatelepało, i to tak bardzo, i tak skutecznie, że komentując głośno jego słowa, od razu zgłosiłam się na ochotnika.

    Profesor Kalecik, widząc, że nie żartuję, pokraśniał jak dziewica, a dziewczyny zaczęły jeszcze bardziej piszczeć. Dowódca zaś podszedł do mnie, i zdjąwszy mi płaszcz, zaprowadził do jednego z dział. Żołnierze ze szczęśliwymi minami zrobili mi miejsce, wyjaśnili jak się strzela, i jak się trzeba przy dziale zachowywać. Nie powiem, miałam trochę tremy, ale nie zamierzałam się wycofać. Po krótkiej chwili, przyuczona odpowiednio, przymierzałam się już do strzału z haubicy. Dowódca rzucił rozkaz:

    - Ładuj!

    Jeden z żołnierzy załadował pocisk. Dowódca krzyknął:

    - Celuj!

    Drugi żołnierz wycelował lufę. Dowódca krzyknął:

    - Paaaal!!!

    A wtedy ja, zaparłam się nogami, i z całych sił pociągnęłam za linę odpalającą pocisk armatni... Ale się wtedy działo... A że działo to armata, armatniało się jak nie wiem co! Tym bardziej, że po moim wystrzale poszła w niebo cała salwa armatnia z innych dział.





    Dziewczyny w oddali piszczały jak oszalałe. Profesor Kalecik stojący nieopodal, aż pokraśniał i napęczniał w wyniku rozpierającej go dumy. Żołnierze z zachwytu bili brawo. Dowódca, rechocząc, poklepywał mnie po plecach. Pewnie też z zachwytu. A ja? Ja byłam też zachwycona, ba, chyba nawet szczęśliwa... Ale głucha jak pień. A czemu byłam głucha? Pojęcia nie mam. Przecież pamiętałam, aby przy odpaleniu działa szeroko rozdziawić swą szanowną buziunię... Ale fajnie było, nie powiem! Chociaż głucha chodziłam jeszcze i przez parę ładnych godzin. Nawet kiedy wieczorem wracaliśmy pociągiem z wycieczki do domu, ciągle jeszcze miałam przytępiony słuch. Tak że kiedy opowiadałyśmy sobie wśród naszych dziewcząt wrażenia z poligonu wojskowego, by coś usłyszeć, dobrze musiałam uszu nastawiać. Nie cierpiałam jednak z tego powodu. Wręcz przeciwnie, bo jak się niebawem okazało, ta moja głuchota mi się nawet przydała. Jak to możliwe? Już wyjaśniam.

    Kiedy tak sobie opowiadałyśmy i śmiałyśmy się, dosiadł się do nas taki facet, który od jakiegoś już czasu ciągle, próbował mnie poderwać, a którego nie znosiłam od pierwszych dni moich dojazdów do szkoły. A nie znosiłam go za pewien jego komentarz pod moim adresem. Jak dziś pamiętam, że kiedy na początku pierwszej klasy jechałam do szkoły zatłoczonym jak zwykle pociągiem, stałam z kilkoma koleżankami tuż obok tego faceta. Byłam wtedy jeszcze bardzo zahukana, zakompleksiona, wylękniona moją nową sytuacją, i bardzo wrażliwa na każde złe słowo. A ten facet, stojąc ze swoim kolegą przy mnie, popalał sobie papierosa, i dmuchał mi prosto w twarz. Nagle papieros wyleciał mu z ręki i spadł na podłogę. Facet rozpychając nas na boki, schylił się, i chwilę w takiej schylonej pozycji pozostał. Wreszcie się podniósł, i z papierosem w zębach, wyrechotał do kolegi:

    - Cha, cha, cha...! Ty, ta mała ma nogi jak dwa giewonty!

    Myślałam wtedy, że spłonę ze wstydu. Taka zniewaga! W szkole na wszystkich lekcjach siedziałam jak struta. Cały czas dumałam, co mam zrobić, aby nabrać choć trochę ciała, i żeby moje nogi nie były takie chude. Dumałam i dumałam, no i wydumałam. Kiedy tylko przyjechałam ze szkoły do domu, zaraz pobiegłam do apteki i kupiłam sobie ćwiartkową butelkę tranu. Uradowana ze swojego pomysłu, z butelką za pazuchą, przybiegłam do domu. Schowałam się w spiżarce, i w ukryciu (coby nikt kuracji mojej nie wyśmiał), wypiłam całą jej zawartość na eks. A co, miałam sobie łyżeczką dozować? Jak już, to najlepiej iść na całość... i szybciej nabrać ciała. Po paru minutach, myślałam, że umrę. Jak mi było niedobrze! Brzuch mi napęczniał i zrobił się ciężki niczym ołów. A do tego wszystkiego, cały czas odbijało mi się tym wstrętnym tranem. Jeszcze i przez parę dni tą ohydą mi się odbijało. Pomna tych doświadczeń z tranem i facetem w tle, miałam nagle mizdrzącego się do mnie faceta przed sobą. Dobrze, że dzięki przytępionemu słuchowi, nie słyszałam co do mnie mówił, szybciej więc mogłam zdobyć się na odwagę i wywrzeszczeć mu prosto do ucha:

    - Weź się stary odpieprz ode mnie, bo jak nie, będziesz miał z siłą wyższą do czynienia!

    Facet zdębiał. Dziewczyny w ryk. A ja puściłam facetowi jeszcze nad wyraz udaną małpią minę, i odwróciłam się do okna. Wtedy facet zmył się natychmiast. Ale zanim się zmył, usłyszał jeszcze Elę Hirowską. Nawet ja ją dokładnie usłyszałam, bo Ela tuż nad moją głową krzyknęła w jego kierunku:

    - Ty, uważaj, i nawet do takiej nie startuj, bo ona z haubicy strzela i może ci coś ustrzelić... Ja... ja... ja ci dobrze radzę, zostaw ją w spokoju!   

    No i faceta miałam z głowy raz na zawsze. Nie wiem, czy tak się przejął tą siłą wyższą, czy haubicą, ale fakt faktem, od tej pory dał mi spokój. Ha, nawet zaczął mnie unikać. To i dobrze! Bo wkurzona byłam na niego okrutnie. Bo co se facet tak w ogóle myślał? Uderzać do mnie? Nie dość, że stare to to, to jeszcze jakieś takie niechlujne, niedomyte, i do tego śmierdzące... tranem.




Komentarze do tych moich wspomnień znajdują się na stronie głównej. Jeśli ktoś z Was miałby ochotę je poczytać, wystarczy, że kliknie o właśnie >  tutaj

 




komentarze (0) | dodaj komentarz

Byłam Podolanką... i na zawsze pozostanę

niedziela, 04 października 2009 15:56

 


Wspomnienie to, jest tylko małym fragmentem z biografii mojej Matki... Fragmentem, dotyczącym Jej życia na Podolu. Być może kiedyś, za zgodą mojej ukochanej Mamusi, opublikuję Jej całą biografię.

 


Byłam Podolanką...

i na zawsze pozostanę

 (wspomnienia mojej 83-letniej Matki)


 



      Dzieciństwo moje było bardzo piękne. Rodzina moja była średnio zamożna, ale dzięki pracy dziadków i rodziców, niczego nam nie brakowało. Mój ojciec był Polakiem, a matka Ukrainką, mimo to wszyscy żyliśmy w zgodzie. Nasza wieś, Dobrowody, była duża i piękna. Była tam szkoła 7-mio klasowa, był Dom Ludowy i Ukraiński Narodnyj Dim. Był duży staw, zapora i młyn. Był również duży pomnik Orła Białego w locie, a na postumencie wyrzeźbiona głowa J.Piłsudzkiego. To była nasza chluba. Nas Polaków we wiosce było bardzo mało. Nawet kościoła nie mieliśmy, tylko kaplicę. Parafia zaś była 3 km dalej, w Opryłowicach. Moi starsi bracia i siostra zawsze tam jeździli rowerami. Jednak Ukraińcy mieli swoją cerkiew. Z Ukraińcami też chodziłam do szkoły i na religię. Religii uczył nas tylko ukraiński ksiądz. Tak że modlitw po polsku uczyłam się w domu. Najwięcej nauczył mnie dziadek Józef. Pamiętam jak siadywał zimową porą na krześle pod piecem i modlił się głośno, a ja tuż przy nim, na podłodze, powtarzałam za nim wszystkie te piękne modlitwy. Bardzo lubiłam modlić się z dziadkiem. Śpiewać również. Babci Julianny z Sieniawskich już niestety nie było na świecie. Zmarła w 1933r. Moja mama natomiast zawsze chodziła do cerkwi. Jej rodzina była bardzo pobożna. Brat mamy był starszym bratem w cerkwi. To taka sama funkcja jak kościelny w kościele. Pamiętam mamę jak przy czytaniu Pisma Świętego zawsze klęczała pod amboną z zapaloną świecą i pochyloną głową. Pamiętam też, że zawsze miała przy sobie taki duży różaniec. Mówiła, że to koronka, bo miała siedem tajemnic. Dziwiło mnie to, bo w cerkwi nikogo z takim różańcem, ani koronką nigdy nie widziałam. A kiedy byłam jeszcze mała, mama zawsze mnie tam za rękę prowadziła. Potem, kiedy byłam już trochę starsza, często porównywałam modlitwy dziadka i mamy, i choć wydawały mi się nieco inne, z czasem nauczyłam się modlić i po polsku i po ukraińsku. Jest jeszcze jedna rzecz, którą z dzieciństwa pamiętam doskonale. To wyprawka ślubna mojej mamy. W jej kufrach było wiele pięknych, kolorowych kilimów i kilimków. Duże chusty w trzech kolorach: białym, żółtym i czerwonym. Piękny długi kożuszek w kolorze czerwonym z czarnym wełnianym kołnierzem i mankietami, haftowany dołem. A drugi  krótki, bordowy. I wiele innych pięknych ubrań. Najbardziej mi się mama podobała w swoim kostiumie, „kościumczyku", jak to mama mówiła. Był uszyty z takiej drogiej, delikatnej wełenki w kolorze chabrowym. Góra z baskinką, dopasowana, a spódnica lekko poszerzana z delikatnym maszynowym haftem u dołu. Buciki miała na obcasie, wysokie i sznurowane. Miała ładną figurę. Zawsze bardzo mi się podobała. Mama pochodziła z bogatej rodziny. Tak że miałam dwie rodziny, polską i ukraińską. I zupełnie nam to nie przeszkadzało. Nie było żadnych różnic. Aż do roku 1939, kiedy wybuchła II wojna światowa. Pozbawiono nas wtedy rodzinnych więzi.

      Ja zawsze byłam bardzo szczera, lubiłam się ze wszystkim dzielić. Moje koleżanki były z biednych rodzin. Nosiłam im przede wszystkim miód, bo mój ojciec miał pasiekę. Też i z chlebem biegałam do nich, bo u nich był czarny chleb, a nasz biały, pieczony w blachach. A najbardziej lubiłam jechać do kościoła na Wszystkich Świętych. Tam obok kościoła klęczały tzw. „dziady". Bardzo mi było ich żal. Pytałam ojca dlaczego oni tak brzydko ubrani przyszli do kościoła. Ojciec mi tłumaczył, że oni są bardzo biedni, nie mają w co się ubrać, ani co jeść. Dlatego też moja mama piekła dużo bułek, a tato zawsze miał przy sobie drobne pieniążki dla nich. Bardzo lubiłam im to wszystko rozdawać. Bułki wyciągałam z koszyka, a pieniążki z garści ojca. Dziady łapały mnie za rączki, dziękowały i modliły się. Pamiętam też, że chodziłam z moją mamą z jedzeniem do takiej starej, biednej babci na skraju wsi. Ona nie miała nikogo. Gmina wyznaczyła co bogatszych ludzi by jej po kolei nosili jedzenie. Kiedy tam weszłam, do tej jej biednej chatynki po raz pierwszy, bardzo się wystraszyłam. Babcia ta wyglądała jak Baba-Jaga z mojej książeczki. Była brudna, gruba, pomarszczona, miała strasznie rozczochrane długie czarne włosy... i siedziała na piecu.



                                               Szkoła w Dobrywodach

        



      Moja szkoła mieściła się w pałacyku jakiegoś hrabiego. On miał w Dobrywodach duży majątek. Ogromne zabudowania gospodarcze, czworaki, a dookoła piękny park. Tu, u jego pradziadków, w 1745r. zdarzył się cud. Oni mieli obraz Matki Bożej Bolesnej Łaskawej, i pewnego dnia, na jej obliczu pojawiły się krwawe łzy. Zauważyła to służąca i zszokowana zaczęła je wycierać, a one ciągle płynęły dalej. Władze kościelne, kiedy dowiedziały się o tym niesamowitym wydarzeniu, uznały ten obraz za cudowny i zabrały do Monastyżysk do parafii. Obraz ten, w czasie naszej wywózki, jakimś dziwnym trafem, w 1945r. przywędrował razem z nami na Ziemie Odzyskane. Obecnie znajduje się w Bogdanowicach (4 km od Głubczyc) w kościółku pod wezwaniem Św. Krzyża, gdzie znajduje się takie małe sanktuarium.

      Bardzo lubię wspominać moje dzieciństwo, bo było wspaniałe. Wszędzie byłam lubiana. W domu, na wsi, w szkole, i przez kierownika szkoły pana Pronkiewicza, i przez jego żonę. Pani Pronkiewiczowa prowadziła Kółko Artystyczne, w którym moi bracia i siostra brali aktywny udział. Na scenie liczył się zwłaszcza brat Staszek, ponieważ umiał pięknie śpiewać. Często go naśladowałam.

Do dziś pamiętam wiele piosenek z jego repertuaru. Jak np. ta:


                 W tajemnej głębi duszy,

                  gdzie płynie cicha łza,

                  jesienna zawierucha

                  żałobny nokturn gra.


                  Dziś między mną a tobą,

                  nic prócz minionych burz,

                  prócz mogił zmarłych tęsknot

                  i girland zwiędłych róż.


                  Jak jam ciebie nie znała,

                  dusza jak wolny ptak

                  tęsknoty nie znała...

                  był dla mnie piękny świat.


                  Tyś mi uwięził serce,

                   zniewolił myśli me,

                   co w ciągłej są rozterce...

                   Och, wróć mi serce me.


Albo ta:

                   Tajemna lampa marzeń,

                   może wygasła już do cna...

                   Wiatr szumi pieśń żałosną,

                    i łka, i łka, i łka...


Albo taka:

                    Wróć, wróć do mnie moja mała,

                    czarowny mój ty śnie.

                    Wróć do mnie ukochana,

                     ja czekam cię...

                     Ja ci wszystko zapomnę,

                     scałuję wszystkie łzy...

                     Moje szczęście ogromne

                      razem z Tobą wróci mi.

                     Wróć, wróć do mnie moja mała,

                      bez ciebie tak mi źle,

                      noce bezsenne...

                      Czekam i wołam cię!


Albo takie jak:

„Mały biały domek"; „Wieczorny dzwon"; „Chryzantemy złociste"


Albo jeszcze: „Czerwone jabłuszko"


Czerwone jabłuszko przekrojone na krzyż,

Czemu ty, dziewczyno, krzywo na mnie patrzysz?


Ref. Gęsi za wodą, kaczki za wodą,

Uciekaj, dziewczyno, bo cię pobodą!

Ja ci buzi dam, ty mi buzi dasz,

Ja cię nie wydam, ty mnie nie wydasz!

Mazurek, mazureczek, oberek, obereczek, kujawiak, kujawiaczek,

Chodźże Maryś, chodźże, chodź, chodź!


Czerwone jabłuszko po ziemi się toczy,

Tego chłopca kocham, co ma czarne oczy...


      Ja też czasami brałam udział w teatrzykach szkolnych. Raz grałam niezapominajkę. Ubrali mnie w niebieską sukienkę papierową i w takim samym kolorze czepeczek. Moje jasne warkoczyki upleciono w koszyczek. Ładnie wyglądałam Byłam bardzo dumna z siebie. Było nas więcej dziewczynek, podobnie jak ja ubranych. Trzymałyśmy się za ręce i śpiewałyśmy taką piosenkę:


                      Niezapominajki,

                      to są kwiatki z bajki,

                      rosną nad potoczkiem,

                      patrzą żabim oczkiem.


                      Gdy się jedzie łódką,

                      śmieją się cichutko

                      i szepczą skromnie

                      nie zapomnij o mnie.


A jeszcze pamiętam taką piosenkę, moją ulubioną:


                      Na Podolu biały kamień,

                      Podolanka siedzi na nim.

                      Siedzi sama, wianki wije

                      jak nie z róży, to lilije.


                      Przyszedł do niej cudzoziemiec.

                      Podolanko daj mi wieniec.

                      Rada bym ci wieniec dała,

                      gdybym mamy się nie bała...


      Pani Pronkiewiczowa, żona dyrektora szkoły, zabierała mnie nieraz do siebie, żeby się pobawić z jej córeczką Renią. Fajne to było, ale czasem lekcje uciekały. A potem na koniec roku miałam świadectwo z góry na dół bardzo dobre. Moi rodzice bardzo się cieszyli z moich ocen. No ale mi niestety w późniejszych latach brakowało wiadomości z opuszczonych lekcji. Miałam 7 lat, kiedy rodzice zapisali mnie do szkoły. Był to rok 1933. I w tym też czasie przystąpiłam do Pierwszej Komunii Świętej. Po Komunii moja mama  zapisała mnie do takiego Bractwa Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, tzn. Dzieci Maryji. Byłam dumna z mojej przynależności do Bractwa i bardzo szczęśliwa.

      Od najmłodszych lat bardzo lubiłam też pracować. Pomagałam rodzicom, uczyłam się od nich wszystkiego, a zwłaszcza od mamy. Lubiłam sprzątać podwórko. W każdą sobotę ogromną miotłą zamiatałam całe. Mając przy tym dużą przyjemność. A sprzątanie domu to dopiero sprawiało mi radość. Szczególnie na koniec, kiedy mogłam wszędzie poustawiać kwiaty. Bo ja bardzo kocham kwiaty. Od starszej siostry Kasi uczyłam się robótek na drutach, szydełkiem, a i pięknie haftować. Kasia chodziła na kurs do sióstr zakonnych do niedalekiej polskiej wioski Chrobrówki (częściej zwanej przez Ukraińców Netreba), która w czasie wojny została zupełnie spalona.

 


                              Wieś Chrobrówka - kurs mojej siostry Kasi

   


Na zdjęciu: Kasia stoi w samym środku ubrana w piękną sukienkę własnoręcznie uszytą. Siedzący od lewej to: Siostra Przełożona, Ks. Proboszcz naszej parafii (później zamordowany), pani Pronkiewiczowa,  żona  dyr. szkoły  pana  Pronkiewicza,  który  siedzi  jako szósty od lewej.



      Lubiłam też naszą ziemię, ogród, sad, pole, gdzie latem kwitł len. Cały zagon w niebieskich kwiatach. Na drugim zaś zagonie obok, rosła greczka. Miała łodygi ciemne, a kwiaty białe. Piękna kompozycja. Jakże ta ziemia pachniała, zwłaszcza w słońcu. Był to mój cudowny świat. Jak rodzice z sierpami szli na pszeniczne i żytnie pole, szłam z nimi. Pamiętam, że łany były wyższe ode mnie, ale ja z wielką radością uczyłam się wszystkiego co starsi robili. A ten len jak wyrósł i dojrzał, zrywaliśmy go i wiązaliśmy we wiązki by nasiona wyschły. Potem bracia obijali te wiązki, ażeby suche już ziarno się wysypało. Z ziarna tłoczyło się olej w olejarni u ukraińskiego chłopa. Snopki zaś wrzucało się do wody w stawie. Musiały tak długo się moczyć, aż wszystkie łodyżki obgniły i włókno samo się od nich oddzielało. Wtedy zabierało się je wszystkie ze stawu i przywoziło do domu. W domu trzeba było je opłukać czystą wodą, bo były trochę zanieczyszczone błotem z dna stawu, a potem ustawiało się je  wszędzie, gdzie tylko słońce docierało. Następnie łamało się je na takim przęśle i otrzepywało z badyli. Włókno zaś czesało się na takich szczotkach, aż w rękach stawało się długie i czyste. Przędło się je ręcznie, albo na kołowrotkach. Bardzo lubiłam to robić, zwłaszcza prząść na kołowrotku. Wychodziły takie cieniutki nitki, które kołowrotek zwijał. Potem zwijało się je na większe motki i oddawało do tkaczy, którzy tkali z nich płótno. Płótno to było zawsze szare. Więc kiedy odbieraliśmy je od tkaczy, ojciec wiózł mnie z nim od razu nad rzeką, gdzie była czysta trawa. Moczyłam je wtedy w wodzie i w kawałkach rozciągałam na trawie. A potem, siadałam pod wierzbą z jakąś robótką ręczną, albo książką, i czekałam aż wyschnie. Kiedy wyschło, moczyłam je od nowa i znów rozkładałam na trawie. To była dla mnie wielka frajda, bo mogłam sobie posiedzieć pod drzewem z robótką, albo książką w ręce, tak długo, aż płótno po moim wielokrotnym moczeniu z szarego robiło się białe. Z tak białego płótna można było szyć wszystko. Obrusy na stół, które się potem pięknie haftowało, pościel, ręczniki, a nawet ozdobne makatki, które się wyszywało jako ozdoby na ikony do cerkwi. Pamiętam też jak pani Proniewiczowa z naszego płótna uszyła dla mnie i Kasi takie piękne wąskie spódniczki z dwoma fałdkami po bokach, lekko otwartymi u dołu, a po środku trzy duże białe guziki. Uszyła nam również bluzeczki z krótkim rękawkiem kimono i dekoltem karo, z bardzo ozdobnym przodem. Piękne to były bluzeczki i jakie gustowne. Chodziłam dumna jak paw, kiedy miałam ten strój na sobie.

      Mieliśmy też taki piękny lasek. Gaik. Ukraińcy mówili: „hajok". Był nieduży, ale tak cudowny, że czułam się w nim jak w raju. Rosły w nim same białe drzewa, tzn. brzozy. Bajeczny tworzyły widok. Białe pnie, równe i proste jak świece, sterczały w ziemi, i nic, żadnych gałęzi, dopiero trzeba było głowę wysoko zadrzeć, aby je zobaczyć. A one wszystkie, pięknie zielone, tworzyły jak gdyby baldachim nad głową. Na ziemi zaś rosła soczysto-zielona trawa i piękne, przeróżne kwiatuszki. Mój ojciec bardzo dbał o to, by pięknie wyglądał. Gaik nasz, to była jego duma. Bardzo lubiłam z nim tam jeździć. Rozkoszowałam się jego pięknem. Wdychałam jego cudowny zapach. Zawsze też mnóstwo kwiatuszków w gaju nazbierałam. Robiłam z nich piękne bukiety i wiozłam do domu. Potem cały nasz dom nimi pachniał... Pachniał gajem.

      W trzynastym roku mojego życia, tuż przed wojną, pojawiła się moja pierwsza miłość. Był to Polak, chłopak starszy ode mnie od dwa lata, nazywał się Władysław. Był kolegą mojego kuzyna Łukasza. Władek był bardzo miłym, delikatnym i bardzo opiekuńczym chłopcem. Bardzo się lubiliśmy. Często spotykaliśmy się u kuzyna na drugiej ulicy. Odprowadzał mnie do domu, przynosił cukierki, częstował. Najczęściej jednak spotykaliśmy się na pastwisku, tak trochę dalej za wioską, na wymarłym jeziorze. Było to pastwisko dla koni. A ja bardzo lubiłam jeździć konno.

      Wkrótce wybuchła ta straszliwa wojna światowa, no i skończyły się moje szczęśliwe lata dzieciństwa. Był 1 września, szłam do szkoły, miałam rozpocząć siódmą klasę, naraz słyszę warkot samolotów, bicie dzwonów, zewsząd krzyk: wojna, wojna! Wystraszona, z płaczem, pobiegłam do domu. Smutek i strach ogarnął wszystkich. Wnet mój brat Stanisław został zmobilizowany do wojska. Nie trwało długo, bo 17 września, we wiosce naszej pojawiły się nagle, czołgi, samochody, a w nich, takie straszne wojsko, taka biedota. Sami nie wiedzieli gdzie są. Pytali nas: - „Eto gorod?" - Straszny był to widok. Tym straszniejszy, że nie mogliśmy pojąć co oni tu robią. Przecież to Niemiec wypowiedział Polsce wojnę. Co tu więc Ruski robią? Wkrótce zobaczyliśmy... co zaczęli robić. Rozpoczęły się masowe wywózki kolonistów na Sybir. Rozkułaczanie co bogatszych rodzin. Pozabierali nam lasy, kamieniołomy. Rodzice mieli kopalnię białego kamienia, tzw. biały piaskowiec, wszystkiego nas Ruski pozbawili. Nawet ze stajni zabrali bydło co lepsze. Zostawili nam tylko pole 16h, żeby potem mieć z czego zabierać gotowe ziarno. Tak że my ciężko musieliśmy pracować, przecież większość prac wykonywało się wtedy rękami. A oni zabierali wszystko. Na pniu. Nie zważali na to by nam coś zostawić na życie i na nasienie. Pamiętam, jak rodzice kryli się ze zbożem i zakopywali w ziemi by było czym przeżyć i czym zasiać. Pracowaliśmy ciężko i jeszcze w wielkim strachu, bo musieliśmy się wywiązać z nałożonego na nas kontyngentu... Bo jak nie, czekał na Sybir.

      Starszy brat Stanisław, jak już wspominałam, już 1939r. został zmobilizowany do wojska, bo miał stopień oficerski. Szczęściem w nieszczęściu, że po Kampanii Wrześniowej dostał się do niewoli niemieckiej, bo gdyby dostał się do ruskich obozów, to by zginął w Katyniu, czy w Charkowie. Dobry Bóg uchronił go. W domu był jeszcze młodszy brat, Piotr. Jak wojna wybuchła, był akurat w służbie czynnej. Po klęsce wrześniowej wrócił do domu.

      Kiedy zabierali na Sybir rodzinę męża mojej siostry Kasi, jej wraz z mężem udało się uciec i skryli się u nas. Dzięki temu udało im się uniknąć wywózki. Byli z nami aż do roku 1944. Brata Piotra w międzyczasie zabrali do Niemiec na roboty. Zaś na wiosnę w 1944r. zmobilizowano do Armii Kościuszkowskiej mojego szwagra, męża Kasi, i mojego starszego brata Stanisława, który zaledwie rok wcześniej powrócił schorowany z niewoli niemieckiej. Wtedy dopiero było nam ciężko żyć. Przez tą potworną wojnę musiałam stać się dorosłą już w wieku 14 lat. Tym bardziej, że ojciec mój chorował. Ojciec nauczył mnie podstawowych prac w gospodarstwie i z końmi w polu. Nauczył mnie też kosić paszę dla bydła. Pomagały nam również kobiety sąsiedzkie z polskiej rodziny. Ciężko nam było strasznie. Same kobiety i schorowany ojciec oraz staruszek dziadek. Całymi dniami ciężko pracowaliśmy, a po nocach musieliśmy się ze strachu kryć, bo banderowcy napadali na polskie domy i mordowali Polaków. Palili domy, nieraz i całe wsie. W Dobrowodach zamordowali dwie polskie rodziny i spalili ich wszystkie zabudowania, grabiąc najpierw z nich co się tylko dało. Dochodziły do nas słuchy, że płoną całe polskie wsie. Że mordują wszystkich Polaków, nie szczędząc ani dzieci, ani kobiet, ani nawet starców. Straszne piekło na ziemi zgotowali Polakom banderowcy. Wtedy nie mogłam tego zrozumieć, jak to może być, żebyśmy się musieli nagle kryć przed swoimi ukraińskimi sąsiadami, znajomymi, ba, nawet rodziną. Z tego też względu ojciec wynajął mieszkanie na starej stacji w Zbarażu i wywiózł tam moją starszą siostrę Kasię wraz z jej malutkim synkiem Adamem. W mieście było bezpieczniej. My nadal zostaliśmy w Dobrowodach by pilnować naszego majątku. Mama uważała, że skro jest Ukrainą z pochodzenia, banderowcy nic jej, ani nam, zrobić nie mogą. Raz zdarzyło się tak, że ja spałam u koleżanki Marusi z sąsiedztwa (vis-a'-vis naszego domu), z drugą koleżanką Ukrainą. Pamiętam, że Marusia bardzo była wtedy zdenerwowana i wystraszona. Nie mogłam  zrozumieć, czego ona się tak boi. Nagle w nocy słyszę, a tu ruch we wsi. Nasze psy strasznie ujadają. Wystraszyłam się, że moich rodziców już wymordowali i zaraz przyjdą po mnie. Leżałam na wpół żywa. Po chwili słyszę, że ktoś puka do drzwi. Struchlałam całkowicie... No to już oni. Co będzie z Marusią? Leży przy mnie. Wreszcie usłyszałam głos jej matki. Wołała po cichu: - „Marusiu, chody, chłopci pryjechały." - Marusia ubrała się w pośpiechu i wyszła. Byłam przerażona tą sytuacją, ale leżałam bez ruchu, udając, że śpię. Uszu moich wyraźnie dobiega prychanie naszych koni i ujadanie psów. Stach paraliżował mnie coraz bardziej. Wydawało mi się to wszystko takie nierealne, tak jakby z zaświatów. Jak długo to trwało, nie wiem. Dla mnie były to wieki. Nagle słyszę, że ktoś wchodzi do domu i kieruje się w moją stronę. Modlę się. To i mój już koniec... Nie, to Marusia. Marusia kładzie się na powrót obok mnie. Głos mi uwiązł, nie mogę się do niej odezwać. Trwało to dobrą  chwilę. Wreszcie kiedy ochłonęłam nieco, ochrypłym szeptem pytam, czy moi rodzice żyją? A ona mi na to: - „Żyjut, żyjut... Tycho, spyj." Pytam, a co będzie ze mną? Marusia odpowiada: - „Pytały mene i kazały szczomy znajem de ta Polka spyt, to ja skazała, szczo ty ne Polka, bo twaja mama Ukrainka." - Wtedy zrozumiałam, że ona też jest w tej organizacji. To był dla mnie szok. W międzyczasie na naszym podwórku zrobiło się cicho. Psy przestały szczekać. Nie mogłam się doczekać rana. Godziny wlekły się. Marusia wróciła zmarznięta i śpi. Ja z trwogą czekam ranka. Jak tylko zaczęło świtać, pobiegłam do domu. Mama otwiera mi drzwi i płacze. Znów mnie strach przenika. Pytam gdzie tato. Mama odpowiada, że nie ma, że zabrali go z końmi i saniami. Nie wiadomo czy wróci. Czekałyśmy cały tydzień. Modliłyśmy się. Po tygodniu na szczęście wrócił. Umęczony do kresu wytrzymałości. Konie też. Wtedy była sroga zima. Dużo śniegu. Nie powiedział nam gdzie był. Miał zakazane. Dla nas było najważniejsze, że wrócił. Tym razem mieliśmy szczęście. Raz wpadli do domu, przewrócili wszystko, szukając za czymś. Ale nas wtedy wystraszyli. Ojca wypytywali o brata Sraszka. Wiedzieli, że miał stopień oficerski. Wcześniej byli u bratowej, żony Staszka, która wraz z małą córeczką Stasią mieszkała wtedy u swojej matki w Berezowicy Małej. Tam ich też mocno wystraszyli. Podobnie jak i u nas, przetrzepali cały dom. Znaleźli Staszka czapkę strażacką z orzełkiem. Zabrali ją. A bratową pod obstrzałem pytań męczyli bardzo długo. Chcieli ją złamać, by się do czegoś przyznała na czym im zależało. Za młodszego brata Piotra też nas wszystkich męczyli. Wiedzieli, że bracia przed wojną należeli do Organizacji Młodzieżowej i do Kółka Strzeleckiego. W tym czasie Staszek był ciągle w obozie jenieckim w Niemczech. Piotr też już był w Niemczech na robotach.

      Sowieci i nas dziewczyny wykorzystywali do roboty. Jak był front, to u nas we wsi mieścił się szpital polowy. Pamiętam, że miałam jakieś zadanie do wykonania w szpitalu. Jak tylko tam weszłam i zobaczyłam tylu rannych żołnierzy, tyle krwi wokoło, od razu zemdlałam. Kiedy doszłam do siebie, zobaczyłam nad sobą lekarza. On powiedział do mnie ze śmiechem: - „Niczewo, niczewo, diewuszka, prywykniesz." - Musiałam „prywyknąć". Pod Zbarażem budowali jakiś prymitywny Aerodrom, tzn. lotnisko, tam nas też zapędzili do roboty. Wywozili samochodami. Trzeba było mieć swoją własną łopatę i odgarniać śnieg. Zima była ostra i bardzo śnieżna. Padałyśmy ze zmęczenia. Noclegi dali nam w jakiś domach pod Zbarażem. Ale co to były za noclegi. Na podłodze porozrzucana słoma. Rzędem musiałyśmy na niej spać. Jedzenie przynosiłyśmy sobie z wojskowej kuchni. Wojsko Polskie też tam stacjonowało. Żołnierze spali w jednym pokoju, a my w drugim. Czasami robili nam różne hece. Musiałyśmy szafami drzwi zastawiać.

      Mój chłopak Władysław wraz z rodziną ukrywał się przed banderowcami. We wsi go nie było. Wiedziałam o tym. Milczałam. Wtedy zainteresował się mną kolega z klasy. Ukrainiec. Najprzystojniejszy chłopak we wsi. Wszystkie koleżanki były bardzo zazdrosne. Tym bardziej się bałam. On mi jednak tłumaczył, że nie mam powodu się bać, gdyż nic mi nie grozi, ani mojej rodzinie. Dał mi do zrozumienia, że on też jest w tej organizacji. Pokazał mi pistolet. Przekonywał mnie, że w organizacji tej oni walczą o wolną Ukrainę. Od koleżanki dowiedziałam się też, że oni nie mordują Polaków, że to tylko jakaś bandycka swołocz dostała od Ruskich broń i podszywa się pod nich, rabując, gwałcąc, mordując, specjalnie na ich konto.

      W 1941r. Niemcy wkroczyli na nasze Podole. Zrobiło się trochę lepiej. Pomimo, że zabierali polską młodzież na roboty do Niemiec, to jednak na wsi było spokojniej. Niemieccy żołnierze byli czyści, dobrze ubrani i syci. Nie tacy jak ruska hołota, brudna, cuchnąca, głodna i żądna wszystkiego. No i nie zabijali bezbronnych ludzi. Przynajmniej u nas na wsi. Wtedy też przez Czerwony Krzyż wrócił z lagrów niemieckich mój najstarszy brat Staszek. Potwornie był wycieńczony.

      W 1942r. Sowieci zawiązali kołchozy. Pozbierali wszystkie pola, i nasze, Polaków, i od wszystkich Ukraińców, bo ta prymitywna biedota i tak nie uprawiała pól, które wcześniej otrzymała po zamordowanych Polakach, albo na Sybir wywiezionych. Pola te w większości stały ugorem. Nie chciało im się pracować na roli, albo po prostu nie umieli. Pamiętam, z jakim bólem serca musieliśmy rozkopywać miedze na naszych polach. Chodziłam po naszej kochanej ziemi z ryskalem i aż się zanosiłam od płaczu. Potem wszyscy musieliśmy chodzić do roboty do kołchozu, by zarabiać trudodni.

      W tym też czasie, ukraińskie kierownictwo szkolne założyło 2-letnią szkołę zawodową, tj. Szkołę Gospodarstwa Domowego. Do szkoły tej uczęszczała młodzież od 15 roku życia. Tak że ja też chodziłam do tej szkoły. Przyznać muszę, że bardzo lubiłam moją szkołę. Uczyli nas tam gotować, szyć, uprawiać ogródek, pielęgnować niemowlęta. Wszystkiego tego, czego nam dziewczynom w przyszłości będzie potrzebne. Religii uczył nas taki młody ukraiński ksiądz. Założył chór cerkiewny. Śpiewałam w tym chórze w cerkwi. Miałam dosyć dobry głos. Ksiądz mnie chwalił.



                 Pamiątkowe zdjęcie z muzykowania młodzieży dobrywodzkiej                                             

         

Od lewej: ja, Taras z sąsiedztwa, oraz moja najlepsza koleżanka Marusia, z najbliższego sąsiedztwa 



Względny spokój trwał tylko nie cały rok, aż Niemcy bez wypowiedzenia wojny napadli na Sowietów. Wojska niemieckie przejeżdżały przez naszą wieś, gnali gdzieś Sowietów w głąb Rosji i tam padali wycieńczeni mrozem. Potem znowu front i znów Sowieci gonili Niemców. I znowu Ruscy wkroczyli na nasze ziemie. Wtedy też ruskie zwierzchnictwo zmobilizowało wszystkich mężczyzn, i polskich, i ukraińskich. Z polskich żołnierzy formowała się Armia Kościuszkowska, ukraińskich zaś wcielano do Armii Czerwonej. Mojego brata Staszka też zabrano do armii. Chociaż jeszcze nie doszedł do siebie po niemieckim lagrze. Zabrali go wraz ze szwagrem Bronisławem, mężem Kasi. Wtedy to banderowcy ze zdwojoną siłą zaczęli szaleć po wsiach.

      W 1944r. przyszedł rozkaz, by ewakuować całą wieś na czas nieokreślony, ale tylko na terenie zbaraskim. Ojciec wybrał wieś Sieniahówkę, bo tam mieliśmy rodzinę. Boże, jaki chaos panował wtedy we wsi. Trzeba było mieć na wszystko dokumenty. A brało się tylko to, co było najważniejsze. Prowiant, bydło, paszę. Pamiętam jak woziłam końmi te rzeczy przez Czarny Las. Strasznie się bałam. Każdorazowo zabierałam ze sobą ojca, bo sama bałam się tamtędy jechać. Ojciec był chory, sam nie mógł powozić, więc musiałam ja. A musiałam mieć od władz sowieckich taką specjalną przepustkę. Bez niej ani rusz. Do dziś ją zachowałam.

      Zanim opuściliśmy swój dom i cały nasz majątek doszło jeszcze do bardzo dramatycznej sytuacji. Otóż ojca nie było w domu, był w Zbarażu u mojej siostry Kasi. Pojechał tam zawieźć następne nasze rzeczy. W domu byłam tylko ja i mama. Mama pewna tego, że banderowcy nic jej zrobić nie mogą, chciała jak najdłużej pozostać w domu, by przypilnować pozostałego dobytku przed grabieżą. Ja wieczorem poszłam spać do koleżanki. Mama została na noc sama. No i wtedy w nocy wpadli do naszego domu banderowcy. Pozabierali sobie wszystko co im tylko było potrzeba, ale szukali zwłaszcza za butami. Butów w tym czasie wszystkim brakowało najbardziej. Wiedzieli (nie wiadomo skąd), że tato kupił mamie jakieś stare wojskowe buty. Szukali wszędzie za nimi. Mama ze strachu wskoczyła do łóżka tak jak stała, ubrana, z butami na nogach. Udawała chorą. Wtedy oni, wrzeszcząc na mamę, i przeklinając, wywracali wszystko dookoła w poszukiwaniu butów. Wreszcie któryś z nich podniósł kolbą karabinu pierzynę i kiedy zobaczył buty na jej nogach, wyzwał ją od najgorszych, zerwał buty z nóg, i wtedy dopiero odjechali. Mama była tak przerażona, że owinęła nogi tylko jakimiś szmatami, i po nocy, pobiegła do Zbaraża, odległego o 14 km. A był to miesiąc marzec. Po tej historii tato chciał jak najszybciej zabrać nas do Zbaraża. W Zbarażu stacjonowało wojsko, banderowcy nie mieli tam prawa wstępu. Wszystkie polskie rodziny już tam były i czekały na transport na Ziemie Odzyskane. Znajomi Ukraińcy prosili mnie, żebym jednak została we wsi. Mój chłopak słał mi listy przez swoją siostrę z zapewnieniem, że mi, ani mojej rodzinie, nic nie grozi. Ksiądz prosił, abym chociaż do odpustu została, bo potrzebował chóru w komplecie. Bardzo mi było żal opuszczać swoje rodzinne strony. A nawet odmówić księdzu, ponieważ przez czas wojny bardzo związałam się z cerkwią. Od początku wojny, my Polacy, zostaliśmy pozbawieni kościoła. Chrobrówka, jako cała wieś polska, z kościołem, z zakonnicami i polskim księdzem przyjeżdżającym z parafii, pierwsza została doszczętnie spalona. Przywiązałam się więc do naszej wiejskiej cerkwi. Przez całą wojnę chodziłam z mamą i koleżankami do cerkwi na msze. Ja jednak wtedy już na dobre wyjechałam z mojej ukochanej rodzinnej wsi. Ze ściśniętym sercem, zrozpaczona, załamana.

      W Zbarażu było nam dobrze. Przede wszystkim mogliśmy się spokojnie kłaść spać i rano wstawać. Czekaliśmy aż przyjdzie na nas kolej do transportu na Zachód. Ci państwo, u których wynajmowaliśmy mieszkanie, oprócz dwóch córek, mieli jeszcze dwóch synów. Synowie ich pracowali na kolei. Kolej była zmilitaryzowana, tak że oni nie musieli iść na front. Tam, gdzie ginęli nasi chłopcy w ich wieku. Z mojej rodziny zginęło trzech młodych chłopaków. Dwóch Ukraińców i jeden Polak, Łukasz. Miał 19 lat, był jedynakiem. To była wielka rozpacz w naszej rodzinie.

      W Zbarażu mieszkaliśmy 3 miesiące, aż do samego wyjazdu. W międzyczasie zaprzyjaźniłam się z chłopcami. Synami właściciela domu. Pomagałam im w gospodarstwie. Mieli gospodarstwo na przedmieściu Zbaraża. Bardzo już przez komunę zrujnowane, choć krótko przed wojną zbudowane za ciężko zarobione pieniądze w Kanadzie przez ojca chłopców. Mimo to, mieli tu w Zbarażu o wiele spokojniejsze życie, bo nie napadali na nich banderowcy, ani też sowieci.

      Z wojny cały czas pisał do mnie mój chłopak przez pocztę polową. Podałam mu zbaraski adres. Pisał nawet jeszcze wtedy, kiedy mnie już tam nie było. Młodszy syn gospodarza, Tomek, przesyłaj mi je na mój nowy adres na Ziemiach Odzyskanych. Tomek był miłym chłopcem. W czasie mojego pobytu w Zbarażu, zabierał mnie do kina, albo na spacer. Nieraz też i do swojej zamężnej już siostry Karoliny. A tam, jego szwagier, grał nam piękne melodie miłosne na skrzypcach. Oczarowana tą muzyką, jeszcze bardziej tęskniłam za swoim chłopcem, który walczył o wolną Polską pod sztandarem: Bóg, Honor, Ojczyzna.

      W Zbarażu było dużo dziewcząt z okolicznych wiosek. Spotykałyśmy się wszystkie po wyjściu z kościoła. Zbarascy chłopcy chodzili za nami i każdej z nas przyczepiali jakąś łatkę. A że ta ma takie nogi, a ta takie. A że ta jest ładna, a ta mniej... A że ta jest taka, a ta taka... Bardzo mnie to gniewało, że siedzą w domu, trzymając się maminej spódnicy, kiedy nasi chłopcy giną na froncie, i jeszcze mają głupoty w głowie. A nam, młodziutkim dziewczynom, które pouciekały banderowcom spod noży i kryją się w mieście przerażone swą nową, nieznaną sytuacją, nie tego trzeba było. Ja miałam wtedy 18 lat. Moją młodość, moje najpiękniejsze lata zjadła wojna. Ciężka praca, strach, głód, tęsknota. A ja, jak każda dziewczyna, chciałam się ubrać, buciki mieć ładne. Nie miałam nic. Szczęście, że moja siostra Kasia, która była już mężatką przed wojną, wspomagała mnie czasami i pożyczała mi swoje ubrania i buciki.

      No i tak doczekaliśmy się końca wojny. Był 8 maja 1945r. Wielka radość! Ale my nie mieliśmy już siły się cieszyć. Wreszcie 13 maja podstawiono odkryte wagony towarowe. Pozbieraliśmy swoje resztki, jakie zostały nam po wojnie, i jedną krowę, którą nam pozwolili zabrać ze sobą ze względu na małe dziecko Kasi i staruszka dziadka, no i wyruszyliśmy w świat. Przy załadunku pomagał nam Tomek. Widziałam, że jak się z nami żegnał, miał łzy w oczach.

      Władze gminne zaopatrzyły nas w karty ewakuacyjne i w karty majątkowe, w których zapisany był cały nasz majątek, jaki pozostawiliśmy w swojej rodzinnej wsi. Jechaliśmy długo. Jazda była bardzo uciążliwa. Wagony były otwarte, czasami było nam strasznie zimno, a jak padał deszcz byliśmy przemoknięci. Dojechaliśmy do Mikulczyc. Tam nas powyrzucano z wagonów na rampy. Myśleliśmy, że już tam zostaniemy. Ale nie. Nasze wagony były im potrzebne do celów wojskowych. Kiedy tak czekaliśmy na rampie, podchodzili do nas tamtejsi ludzie, i choćby za kromkę chleba, chcieli wymienić niekiedy takie śliczne rzeczy. Biedni ludzie. No ale my już sami niewiele chleba mieliśmy, chociaż przed drogą bardzo dużo nasuszyliśmy. Nie wiedzieliśmy też, co z nami będzie. Dokąd nas powiozą. Jak długo jeszcze będziemy musieli jechać. Wreszcie podstawili wagony kryte. Trzeba było wszystko na nowo przepakowywać. A tu w większości starcy, kobiety i dzieci. Najgorzej było z ciężkimi workami. No ale dzięki Bogu jedni drugim pomagali i się jakoś załadowaliśmy do tych nowych wagonów. Z bydłem też był ogromny problem. Bydło wystraszone nie chciało się dać przeprowadzić. Ryk, pisk, skowyt, wierzganie. Ale w końcu ruszyliśmy. Dalej jedziemy w nieznane. Po drodze często musieliśmy stawać, bo na torach były różne przeszkody. Miejscami torów nie było w ogóle. Niektóre mosty były uszkodzone. Czekaliśmy aż naprawią i powoli ruszaliśmy dalej. Tak że jechaliśmy miesiąc czasu. 13 czerwca 1945r. dotarliśmy na dworzec w Baborowie. Każą nam się rozładowywać na rampie. A tu płacz i nikt nie chce wyjść z wagonu. Ludzie wołali, że uciekli banderowcom spod noży, i nie chcą teraz cierpieć w niemieckich lagrach. Wreszcie nas zmuszono. Ze wszystkim opuściliśmy wagony, ale z dworca i tak nikt się nie ruszył. Pobudowaliśmy z byle czego jakieś budy i tak koczowaliśmy przez 2 tygodnie. Baborów wyglądał strasznie. Same zgliszcza. Ludzi w ogóle nie było widać. Po ulicach łaziły tylko bezdomne psy i koty. Wszędzie pełno gruzów i szkła. Pióra fruwały przy każdym podmuchu wiatru. Żołnierze przychodzili do nas i namawiali, abyśmy zajmowali domy, że to wszystko teraz nasze, że tu już Niemców nie ma, a ci, co zostali jeszcze, są w lagrze. Coraz bardziej dokuczał nam głód, chłód i deszcze. Nocą podchodziło do nas ruskie tałatajstwo, świecąc latarkami, szukali dziewcząt. Pamiętam, że spałam obok dziadka z przykrytą głową. Dygotałam ze strachu na każdy dźwięk albo odgłos. Strasznie bałam się tej swołoczy. Wreszcie po dwóch tygodniach, kiedy byliśmy już strasznie wycieńczeni i straciliśmy już jakąkolwiek nadzieję, że ktoś nas stąd zabierze, przyjechał po nas taki duży wóz zaprzęgnięty w parę olbrzymich koni. Końmi powoził młody chłopak. Umiał mówić po polsku. Rozwoził nas po Baborowie, gdzie kto chciał. Mój ojciec popełnił wtedy wielki błąd. Szukał tylko byle jakiego dachu nad głową, ponieważ uważał, że jak to wszystko ucichnie, wrócimy do domu, na  swoje. A z drugiej strony był zdania, że nie można sobie ot tak cudzą własność zabierać. Inni byli mądrzejsi. Cwani. Zajmowali najlepsze gospodarstwa. Nasze bogate gospodarstwo zostało do dziś dnia na papierze. Pomimo tego, że mój brat Staszek tyle lat walczył o wolną Polskę. Był w niewoli niemieckiej. Był ciężko ranny, i to kilkakrotnie. Nie był jednak w partii.

      Staszek, kiedy w wiosną 1944r. po raz drugi został zmobilizowany, walczył z okupantem niemieckim o wolną Polskę w Armii Kościuszkowskiej. Niemcy pozakładali obozy koncentracyjne. Zabierali do nich zwłaszcza Żydów i polską inteligencję, która jeszcze została. Zabierali też księży. Wojna była straszna, a koniec wojny jeszcze straszniejszy. 1 sierpnia w Warszawie wybuchło powstanie. Warszawa w ogniu. Armia Kościuszkowska dotarła do Warszawy i pod dowództwem gen. Zygmunta Berlinga, stanęła po drugiej stronie Wisły. Gen. Berling nie mógł sam wydać rozkazu by armia włączyła się do walki, podsunął tylko myśl, aby ten kto chce, na ochotnika, ruszył na pomoc Warszawie. Wojsko ruszyło. Ładowali się po pięciu, siedmiu do jednej łódki. Ładowali sprzęt. Pod osłoną nocy zaczęli forsować Wisłę. Niemcy rakietami oświetlali rzekę i ostrzeliwali forsujących żołnierzy. Wielu żołnierzy zginęło od razu. Jednak wielu też udało się przedostać na drugi brzeg i podążyć powstańcom z pomocą. Na jednej z tych łódek znajdował się mój brat Staszek. W łódce było siedmiu żołnierzy. Czterech od razu zginęło od kul hitlerowców, trzech ciężko rannych, a m.in. Staszek, przygniecieni ciałami zabitych, płynęło dalej z prądem Wisły. Nurt rzeki zaniósł ich pod przęsło rozwalonego Mostu Poniatowskiego. Była noc. Zrobiło się cicho. Trójka rannych żołnierzy Armii Kościuszkowskiej wykaraskała się spod ciał zabitych kolegów i z ogromnym trudem dotarła na brzeg. Jeden z nich miał wyrwane pośladki. Męczył się potwornie. W końcu nad ranem zmarł. Mój brat miał strzaskane całe biodro. Pozostały przy życiu kolega o nazwisku Wychopień, był mniej ranny. I tak we dwóch zostali pod mostem - 22 dni. Pili tylko wodę z Wisły. Po tygodniu czasu, pod mostem zjawił się młody chłopak, powstaniec. Zobaczył straszny widok. Dwóch na wpół przytomnych żołnierzy z poszarpanym, opuchniętym ciałem, bez żadnego opatrunku. Głodnych. Pytał się jak im pomóc. Brat poprosił go, aby z ich łódki, która zatopiła się już wraz z ciałami zabitych kolegów, przyniósł im chlebaki z chlebem. Chłopak był wystraszony, że musi grzebać pomiędzy zabitymi. Wtedy mój brat mu powiedział: - „Nie bój się zabitych, oni ci nic nie zrobią. Patrz tylko, żeby cię Niemcy nie dostrzegli." - Rysiek, bo tak miał na imię ów 13-letni powstaniec, wydobył dla nich chleb. Chleb był rozmoczony wodą z Wisły i krwią zabitych kolegów. Ranni żołnierze byli jednak szczęśliwi, że chociaż takim mogą się nieco posilić. Wydzielali go sobie w malutkich kawałkach. Starczyło na tydzień. W takich oto warunkach siedzieli pod mostem. Modlili się i czekali zbawienia. W ich ranach namnożyło się już robactwo. Z drugiego brzegu Wisły widzieli ich polscy żołnierze. Bali się jednak ryzykować, bo Niemcy chodzili po moście. Mieli działa, i co rusz, oświetlając Wisłę i jej brzegi, puszczali serie z dział. Wreszcie kiedy na 22 dzień, ranni żołnierze, będąc u kresu wytrzymałości, żegnali się już życiem, zauważyli nagle płynącą w ich kierunku łódkę z przywiązanym do niej kajakiem. To było ich wybawienie. Nikt nigdy nie doszedł do tego, skąd się wzięła ta łódka z kajakiem, i jakim cudem do nich dopłynęła. Żołnierze resztkami sił dotarli do łódki i pod osłoną nocy odbili od brzegu. Chyba ich sam Pan Bóg prowadził, bo wkrótce dotarli na drugi brzeg Wisły. Daleko od mostu. Myśleli, że są uratowani, aż tu nagle, słyszą szczęk karabinów. Znów żegnali się z życiem. Jednak szczęściem w nieszczęściu okazało się, że to polscy żołnierze celują w nich, biorąc ich za wroga. Wreszcie słyszą nad sobą śmiech żołnierzy. Jeden z nich powiedział: - „No, koledzy, będziecie długo żyć, bo już mieliśmy wyładować w was cały magazynek." - Żołnierze natychmiast zajęli się rannymi i odwieziono ich do szpitala polowego. Potem wraz z Armią Kościuszkowską dotarli do Berlina, gdzie zastał ich już koniec wojny.

      Do nas dochodziły słuchy, że Armia Kościuszkowska bierze udział w Powstaniu Warszawskim, że jest wielu zabitych, potopionych przy forsowaniu Wisły. Szaleliśmy z niepokoju. Bratowa, żona Staszka, nie wierzyła, mimo iż jej listy wracały z powrotem. Pisała do dowództwa z prośbą o wiadomości. Modliła się gorąco. Zaufała Bogu. Oni byli młodym małżeństwem. Rok przed  wojną się pobrali. Bardzo się kochali. Czekaliśmy na jakąkolwiek wiadomość z frontu. Po miesiącu przyszła wiadomość ze szpitala. Boże, ale żeśmy byli szczęśliwi.

      Trzydzieści lat po wojnie, wojskowy redaktor Alojzy Sroga, w archiwach wojskowych wygrzebał notatkę o ciężko rannych żołnierzach, którzy 22 dni pod Mostem Poniatowskiego czekali na ratunek. Zafrapowany tą notatką dotarł do Staszka i na podstawie jego opowiadań napisał książkę pt. „Nadzieje". Również w Ekspresie Wieczornym codziennie w odcinkach opisywano tę tragiczną historię Staszka. Wtedy Staszek nagle stał się bohaterem. Dziennikarze nagabywali go o wywiady. Jednak nigdy nikt się nie zatroszczył o jego stan zdrowia, który już do końca jego dni nie był dobry. Potworne rany doznane w czasie wojny, a zwłaszcza w Powstaniu Warszawskim, pozostawiły ślad na całe jego życie. Odszkodowania jakiegoś też nigdy nie dostał. Ot, i dola żołnierza polskiego!

      Mój ojciec i bracia byli uczciwymi ludźmi, byli prawdziwymi Polakami. Nic od nikogo z żadnego poniemieckiego domu nie wzięli. Jak już wspominałam, zajęliśmy malutki, zniszczony domek. Musieliśmy zaczynać wszystko od nowa, żeby tylko przeżyć. Ojciec wziął od naszych nowych sąsiadów, Niemców, 2 hektary w dzierżawę. Tak na początek. Później, kiedy dojechał do nas brat Staszek z bratową, to bratowa na swoją osobną kartę wzięła jeszcze 4 hektary pola. Zamieszkaliśmy wszyscy razem, cztery rodziny, w takim małym domku. Z nami zamieszkała też ciocia Anna, siostra mojego ojca, matka 19-letniego Łukasza zamordowanego na wojnie oraz druga, Frania, z trójką synów.

      Była jesień 1945r. Brat Staszek wrócił z wojny bardzo wycieńczony. Miał malarię. Nie mógł pracować. A tu żona i mała córeczka. Ja też się rozchorowałam. Na tyfus. Dużo ludzi w Baborowie chorowało wtenczas na tę chorobę. Lekarzy nie było. Lekarstw też nie. Wiele ludzi umarło. Mnie bardzo długo trzymała wysoka gorączka. Byłam cała w płomieniach. Wypadły mi włosy. W Baborowie stacjonowało wojsko rosyjskie. Przychodziła do mnie lekarka wojskowa. Lekarka kazała rodzicom by mnie zawijali prześcieradłami moczonymi w zimnej wodzie i często zmieniali.  Przeżyłam. Po mojej chorobie z siostrą Kasią odbyliśmy pielgrzymkę na Jasną Górę, aby podziękować Matce Boskiej Częstochowskiej za ocalenie. To była moja pierwsza pielgrzymka. Pamiętam, że jechałyśmy dzień wcześniej. Miałyśmy ze sobą koce. Miałyśmy nocować na błoniach. Jednak całą noc modliłyśmy się wraz z innymi ludźmi. Byłam oczarowana pięknym śpiewem, modlitwami, widokiem Matki Bożej w Jej przepięknym sanktuarium. Płakałyśmy obydwie. Ze szczęścia i ze wzruszenia.

      W tym czasie był to dla mnie wielki przełom. Do tej pory żyłam tylko wśród Ukraińców i Żydów. Rozmawiałam z nimi po ukraińsku. Chodziłam z nimi do cerkwi. Wtedy wydawało mi się, że jest to normalne. A tu nagle widzę samych Polaków. Było też i kilka rodzin niemieckich, ale to byli mili ludzie. Umieli mówić po polsku. Żadnych cerkwi nie było, tylko same kościoły rzymsko-katolickie. Czułam się na początku trochę zagubiona. Przecież do tej pory znałam tylko obrządek cerkiewny. Nie powiem, bardzo mi się w kościołach podobało, ale jednak brak możliwości uczestniczenia we mszach św. w mojej rodzinnej wsi w Dobrywodach, stale dawało o sobie znać  brakiem obycia w obrzędach kościelnych. Ale ciągle się uczyłam. Pamiętam, że kiedy po moim ślubie weszłam wraz z mężem do zakrystii po świadectwo ślubu, to ksiądz mi powiedział pół żartem, pół serio, że przed chwilą była tu chyba jakaś moja rywalka, bo chciała zaprzeczyć naszej przysiędze małżeńskiej. Mówiła, że ja jestem z innej wiary. Ksiądz śmiał się, mówiąc, że ta pani chyba jest niezorientowana, że wiara grecko-katolicka i rzymsko-katolicka, to jedno. Wtedy dopiero tak naprawdę zdałam sobie sprawę, że ja do tej pory to właściwie należałam do wiary grecko-katolickiej. Zastanawiałam się, czy to grzech. W końcu doszłam do wniosku, że właśnie przez to, jeszcze bardziej w wierze jestem wzmocniona... Bo i tą, i tą, bardzo kochałam i w sobie utrwalałam. Uwielbiałam chodzić do kościoła, modlić się, śpiewać. Organy tak pięknie grały. W kościele czułam się jak w niebie. Pytałam ojca jak to właściwie ze mną jest. Jakiej jestem wiary? Ojciec mi odpowiedział, że przed wojną było takie zarządzenie, że w mieszanych rodzinach córki przyjmują chrzest wg religii matki, a synowie wg religii ojca, ale że nasze obydwie religie to jedno. Od tej pory byłam już całkowicie uspokojona. Nabrałam pewności, że to właśnie te nasze dwie religie, uratowały naszą rodzinę.

      W Baborowie, tylko się osiedliliśmy, zawiązała się drużyna harcerska. Wstąpiłam do niej od razu. Byłam bardzo dumna z przynależności do harcerstwa. Mieliśmy co jakiś czas zbiórki. Byliśmy wierni prawom boskim i harcerskim. Kościół parafialny był całkowicie zniszczony. Księdza nie było. Przyjeżdżał z którejś wioski i odprawiał msze w drewnianym kościółku na cmentarzu. Kościółek jakimś cudem ostał się prawie nietknięty. A my, harcerze, zbieraliśmy się też na rynku przy figurze Matki Bożej. Śpiewaliśmy, modliliśmy się, odmawialiśmy litanie. W maju odprawialiśmy majowe nabożeństwa. To było piękne. Do nas przyłączało się coraz więcej ludzi i modlili się razem z nami. Na Boże Narodzenie kolędowaliśmy razem z ludźmi, robiliśmy szopkę, graliśmy jasełka. Ja byłam pastuszkiem.

      Na Święta Bożego Narodzenia transportem ze Zbaraża przyjechali chłopcy naszego gospodarza: Tomek i Władek. Mówili, że wszyscy Polacy wyjechali, i że oni też już nie mają tam czego szukać. Że rodzice zostali z ich siostrą Karoliną wydaną za Ukraińca. A zostali też dlatego, bo żal im było ich dobytku, który zdobyli ciężką pracą. A banderowcy im niegroźni, bo wszędzie jest wojsko. Starszy brat Władysław miał już w Zbarażu dziewczynę, moją koleżankę Stasię, która również wraz ze swoją rodziną przybyła transportem do  Baborowa. W lutym 1946r. pobrali się i zamieszkali u jej rodziców. Dostali jeden pokoik. Młodszy brat Tomek zamieszkał z nimi.

 

         


                                      Od lewej: Tomek, ja, Stasia i Władek



      Tomek czuł się bardzo nieswojo, bo i od rodziców daleko, i ciasno mieszkać w jednym pokoiku z nowożeńcami. Nikogo jeszcze nie znał, tylko naszą rodzinę. Prawie codziennie do nas przychodził i użalał się. Czym mogliśmy, to mu pomagaliśmy. Tomek szukał pracy. Był po Gimnazjum Kupieckim. Wreszcie znalazł, ale w Nadleśnictwie. Zaczął się do mnie zalecać. Nie wiedziałam co mam robić. Mój chłopak przestał pisać. Z wojny wracali nasi bracia, chłopcy. Wielu jednak nie wróciło. W tym czasie też przyszła na nasz adres karta pośmiertna Łukasza. Napisane tam było, że zginął w Czechach, niedaleko Pragi, i w jakiej mogile jest pochowany. Mój ojciec i stryjek jednak tej karty nie pokazali swojej siostrze Annie. Nikomu nie pokazali. Nie chcieli, aby ich siostra załamała się zupełnie. Woleli wmówić jej, że Łukasz zaginął bez wieści, i tym samym sprawić, by żyła w ciągłej nadziei na jego powrót. Wiedzieli, że ciocia Ania by tego nie przeżyła. Straciła przecież dwóch mężów i czworo dzieci. Ostał jej się tylko najmłodszy Łukasz, w którym widziała cały świat.  Jak można było jej powiedzieć, że i on nie żyje? Ciocia do śmierci czekała na swojego syna, i to czekanie, dawało jej siłę do życia.

      Mój brat Staszek wrócił z wojny ciężko ranny. Nie od razu jednak przyjechał do nas. Po zaleczeniu ran pojechał najpierw w lubelskie do żony Maryni i córeczki Stasi, ponieważ one tam wraz z Maryni matką od 1944r. mieszkały. Banderowcy wymordowali prawie całą ludność jej rodzinnej wsi Berezowice Małe, a potem wieś tę całkowicie spalili. Im udało się przeżyć. Uciekły w lubelskie. Były tam bezpieczne. Tam nie było banderowców. Tereny te były pod ochroną AK-ców. Wkrótce jednak w trójkę do nas dojechali. A kiedy z wojny wrócił wujek Karol, mąż cioci Frani, drugiej siostry ojca, to zabrał ją wraz z synami do lepszego miejsca. Było to niewielkie gospodarstwo, ale w dobrym stanie. Natomiast mąż mojej siostry Kasi nie wrócił jednak do niej i do ich 5-letniego Adasia. Został w wojsku, na szkole oficerskiej. Daleko, bo aż w Białowieży. Wyrzekł się Boga i rodziny. I nawet swoich trzech braci, którzy mieszkali zagranicą. Nie chciał by mu przeszkadzali w karierze wojskowej. Przez niego bracia nie mogli wrócić do kraju. Z Armią Andersa zaszli tak daleko, a on im odciął drogę powrotu. Siostra bardzo płakała. Nie chciała tak daleko od swoich rodziców żyć. Bała się też Bronka zaangażowania politycznego, w którym nie ma miejsca dla Boga. Mój brat Staszek od 1944r. był wraz z nim w Armii Kościuszkowskiej, to opowiadał, że szwagier Bronek w ogóle nie brał udziału w walkach tylko trzymał się tyłów, gdzie latał pomiędzy żołnierzami z tą swoją „biblią" i robił żołnierzom wodę z mózgów. Jednak Kasia musiała się wreszcie zgodzić i wyprowadzić się do Białowieży. Bronek przyjechał po nią i zabrał wraz z Adasiem.

      Drugi mój brat, Piotr, dopiero w 1947r. wrócił z Niemiec, gdzie był na robotach. Wrócił z żoną Milą z Mazur, którą poznał w Niemczech. Mila też była tam na robotach. Zamieszkali razem niedaleko Głubczyc, w Braciszkowie, w takiej rozwalonej chałupince.

      Mój chłopak nie wrócił. Został w wojsku. Jego rodzice osiedlili się na Pomorzu. Jednak listy pisał do mnie nadal, już tu, do Baborowa. Wreszcie przestał. Od jego dalszej rodziny dowiedziałam się, że poszedł na szkołę oficerską. Zmartwiło mnie to bardzo. Ale cóż było robić? Życie toczyło się dalej.

      Tomek coraz bardziej mnie adorował. Było mi go żal. Czuł się taki samotny. Wreszcie pewnego dnia Tomek zaproponował mi małżeństwo. Ja się głęboko zastanawiałam. Byłam w rozterce. Żal mi było również mojego chłopaka. Nie byłam pewna, czy on rzeczywiście zapomniał o mnie. W końcu wytłumaczyłam sobie, że chłopak mój daleko i przestał się odzywać. A przede wszystkim, ta szkoła oficerska zraziła mnie do niego. Bo też w takiej samej był mój szwagier Bronek, i jaką krzywdę Kasi wyrządził. Byłam wtedy pewna, że to ta przeklęta komuna tak mu w głowie poprzewracała. Tomka rodzice byli dobrymi ludźmi. Dali nam schronienie w potrzebie. Więc Tomek też musi być dobrym człowiekiem... Tak to sobie wszystko poprzetłumaczałam, i koniec końców, powiedziałam: tak. Ślub nasz odbył się 3 marca 1946r.


 

                                        Ja i Tomek na ślubnym kobiercu

    



      Wesele nasze było bardzo skromne. Jeszcze prawie nic tutaj nie mieliśmy. Jesienią 1945r. władza pozwoliła nam pozbierać z pól zasianą przez tutejszych ludzi pszenicę. Mieliśmy więc trochę mąki. Ziemniaki mieliśmy już swoje, bo w czerwcu, zaraz po przybyciu  do Baborowa, zasadziliśmy. Nie było jednak jeszcze żadnych jarzyn. Sukienka i welon były pożyczone. Obrączkę dla mnie Tomek gdzieś kupił, a dla siebie pożyczył od brata Władka. I choć skromniutkie było to nasze wesele, to jednak było bardzo wesołe. Drużyna harcerska prowadziła nas do ślubu. Skądś wytrzasnęli harmonię. Grali i śpiewali. A potem jeszcze pod wieczór przyszli całą drużyną na wesele by pośpiewać i potańczyć. Przyjęcie weselne było w sąsiednim domu, u tutejszych Niemców. Oni przyjęli polskie obywatelstwo, ale ciągle myśleli, że wyjadą do Niemiec i zostawią nam swoją gospodarkę. Nigdy się jednak tak nie stało.

      13 lutego 1947r. w wieku 87 lat, zmarł mój ukochany dziadziuś Józef. Człowiek tak silny i zdrowy. Służył w kawalerii. Był ułanem. Nigdy nie chorował. Czytał bez okularów do końca życia. A zmarł chyba z żalu, że w domu zostawił taki majątek, a tu tuła się po cudzych kontach. Nie, nie użalał się. Nic do nikogo nie mówił, ale było widać, że cierpi, choć w ogóle nie chorował... I tak cichutko zmarł.



                                     Dziadek Józef - rok  przed śmiercią


                               



      Po weselu zaczęło się dla nas nowe życie. Wynajęliśmy małe, zagrzybione mieszkanko u naszych niemieckich sąsiadów. Dorabialiśmy się wszystkiego od podstaw sami. Potem przyszły dzieci. Życie nasze na obcej ziemi toczyło się już w miarę normalnym trybem. Nigdy jednak nie zapomniałam o naszym Podolu, o naszej ukochanej rodzinnej wsi. Często śniło mi się po nocach, że biegam tam po naszych polach, po naszym gaiku, po naszych kamieniołomach. W późniejszych latach parokrotnie odwiedzałam swoje rodzinne strony. Pierwszy raz byłam tam dopiero 15 lat po wojnie. Wcześniej mi nie zezwolono. Władze nie chciały mi dać paszportu. Najpierw jeździłam z mężem i z dziećmi, a po jego śmierci, już tylko z dziećmi. Ostatni raz byłam sama. Było to w roku 1990. Okropna to była podróż. Na granicy Sowieci pozabierali mi wiele rzeczy. Po prostu mnie okradli.


      Najdłużej byłam na moim ukochanym Podolu w 1975r. Pojechałam tam na pogrzeb teścia wraz z Władkiem, bratem mojego nieżyjącego już wtedy męża. Zbaraż był wówczas bardzo zaniedbany. Nic tam nie remontowano, ani nie budowano. Wszystko szło w ruinę. Polaków bardzo mało zostało. Dobrowody, moją rodzinną wieś, też odwiedziłam. Jaka to piękna wieś była przed wojną. Teraz może i nawet nowe domy stoją, między innymi z naszego  kamieniołomu, ale ulice pełne błota. Na naszej ulicy aż tak dużo błota nie było, ponieważ jeszcze nasi dziadkowie wyłożyli ją drobnym kamieniem, kiedy odkrywali jamy ze złożem. Byłam też i w swoim domu. Zamieszkał w nim kolega ze szkoły ze swoją rodziną. Bardzo mi się wszystko zmieniło. Stodoły nie było. Stajni też nie. Ani spichlerza. Ani pięknych jesionów w sadzie. Ostał się jedynie dom. Ale przyznać muszę, że nawet dobrze utrzymany. W domu poznałam tylko obraz siostry Kasi, który dostała w wyprawie ślubnej. Był to obraz Matki Boskiej Bolesnej. Matka Boska patrzyła na mnie. Na pewno mnie poznała. Tyle się do niej modliłam. Aha, i jeszcze drzwi wahadłowe do pokoju stołowego były nasze. Sąsiedzi mnie witali bardzo serdecznie. Cieszyli się. A może udawali? Ale my zawsze dobrze żyliśmy z sąsiadami. Z moich dawnych koleżanek spotkałam się  tylko  z Marusią i Genią. Gieni  mama  była  Polką, a  ojciec  zaś Ukraińcem. Typowy nacjonalista. Gieni mama była moją chrzestną. Spotkałam się też z moją rodziną. Z ojca strony, z jego siostrą Pauliną i z jej czwórką dzieci, a moim kuzynostwem. Z mamy zaś strony, z dziećmi jej brata Jana. Wszyscy się bardzo cieszyli, witali, gościli. Przez parę dni byłam na naszej ulicy, u mamy rodziny, bo do cioci Pauliny trudno było się dostać. Ciocia wraz ze swoją rodziną mieszkała na takim dużym wzniesieniu. Mieli tam kiedyś dużo pola, ogromny sad owocowy. Przyjeżdżali ludzie i kupowali owoce. Cioci teść był sadownikiem. Hodowali więc wszystkie owoce. Mieli tam też jakąś szkółkę doświadczalną. Byli bogatymi ludźmi. No tak, ale tak było przed wojną. Teraz nie mają niczego. Wszystko im w kołchoz zabrali, a oni zostali zwykłymi kołchoźnikami. Jedyne czego się dorobili, to nowej, niewielkiej chałupiny. Smutno u nich. A jeszcze i trudno się do nich dostać, bo raz, że wysoko, a drugi raz, że wszędzie pełno błota. Raz wybrałam się sama, a robiło się już ciemno, jak wlazłam w to błoto, myślałam, że się tam utopię. Ledwie się wygrzebałam z błocka, i idąc na czworaka, do cioci dotarłam cała brudna. Wyglądałam okropnie. Musiałam choć z grubsza oczyścić swoje brudne ubranie pod studnią i już tam przenocować. Nie zazdrościłam im tego życia. Ani już nawet rodzinnych stron, których przed laty było mi tak żal opuszczać. Komuna zniszczyła wszystko.


      Teraz jestem już starszą osobą, ale obraz mojego dzieciństwa i młodości na Podolu mam ciągle przed oczami jak żywy. Przez całe moje życie, tu, na Ziemiach Odzyskanych, gdy ktoś mnie spytał kim jestem, z nieukrywaną dumą zawsze odpowiadałam: jestem Podolanką. Na twarzy pytającego za każdym razem pojawiał się wówczas kpiący uśmiech, a po chwili uszu mych dochodziły jego cyniczne słowa: - „Chyba byłą Podolanką." - Och, jakże ogromna złość mnie brała na takie dictum! Wtedy z jeszcze większym naciskiem powtarzałam: jestem Podolanką!... No bo jakże by inaczej?        

      Do dziś dnia noszę przy sobie też kartą majątkową, na której zapisany jest cały nasz majątek pozostawiony w rodzinnej wsi na Podolu, za który od żadnego polskiego rządu rekompensaty nie otrzymałam. Mimo tego, że przez wszystkie lata tak bardzo się starałam. Zawsze marzyłam, aby moje dzieci przynajmniej jakąś malutką cząstkę mojego życia na Podolu po mnie dostały. Niestety, marzenia mojego chyba już nie uda mi się zrealizować. Mój czas  powoli dobiega końca. Czas Podolanki, którą byłam przez całe moje życie, którą jestem, i którą będę do końca moich dni.


                                                                                               Anna

 



komentarze (36) | dodaj komentarz

Jak to Janek o mały włos gejem nie został

czwartek, 24 września 2009 20:51

 


Jak to Janek

o mały włos gejem nie został


 

 

PROLOG



      Na moim drzewie genealogicznym, którego jestem moderatorem, historia, którą w formie kroniki przedstawiam, wydarzyła się naprawdę. Zapis jest autentyczny.

      Kiedy zaczęłam tworzyć moje drzewo miałam wiele problemów z pozyskaniem danych o swojej dalszej rodzinie. Szukałam różnych sposobów, aby móc nawiązać przerwany przed 30-laty kontakt z moim kuzynostwem z pierwszej linii, które od lat żyło w Kanadzie. Wreszcie dzięki „naszej-klasie" udało się. Odnaleźliśmy się i nawiązaliśmy serdeczny kontakt. Szczęśliwa, zaprosiłam mojego kuzyna Janka do współudziału w tworzeniu naszego wspólnego drzewa. Janek przyjął zaproszenie z ogromną radością i z ochotą przystąpił natychmiast do nanoszenia brakujących danych o swojej czteroosobowej rodzince. W przeciągu dwóch miesięcy, utworzył nawet inne gałęzie, po linii swojej matki i żony. Byłam bardzo zadowolona, gdyż po mnie, był najaktywniejszym członkiem na naszym drzewie. Aż pewnego dnia, kiedy chciałam nanieść nowe dane na swojej gałęzi, i „weszłam" na nasze drzewo, z ogromnym zdziwieniem zauważyłam, że przy profilu kuzyna Janka, jakoś dziwnie zniknęła data jego urodzin, i gdy zaglądnęłam głębiej w jego profil, z rozdziawioną buzią stwierdziłam, że mój kuzyn oprócz żony, ni stąd, ni zowąd, ma też i partnera. Przyznam, że w pierwszym momencie mnie zatkało. Doznałam szoku. Ale po chwili, kiedy pierwsze emocje opadły, przetrawiłam jakoś tę wiadomość i zaakceptowałam ją. Wszak należę do bardzo tolerancyjnych osób. Cóż było innego robić? Samo życie. W końcu ostatni raz widziałam się z kuzynem w Polsce, kiedy miał 18 lat, czyli ponad 30 lat temu. Czy mogłam wiedzieć, co w nim drzemie? Nie. Przecież w przeciągu tylu lat ludzie mają prawo się zmienić. A może nawet nie tyle się zmienić, co ujawnić swoje prawdziwe „oblicze". Jedyne, co mnie jeszcze zastanawiało, to to, że aż tak szczerze do związku z partnerem się przyznaje. Na forum całej rodziny. Na konarze naszego, jakżesz ogromnego i bardzo rozgałęzionego drzewa. Ale koniec końców i ten fakt sobie przetłumaczyłam. Przecież to Kanada... Może w Kanadzie demokracja jest na tak wysokim poziomie, że tego typu sprawy są zupełnie normalne. Nie miałam wyjścia, musiałam sobie tak to przetłumaczyć, wszak trwać w szoku jest bardzo niezdrowo. Ba, można wręcz ogłupieć. Wlepiając zaokrąglone ciągle jeszcze ślepia w monitor komputera, podumałam nad kuzynem jeszcze małą chwileczkę, i w końcu, na swój własny użytek, przyjęłam to tłumaczenie - za pewnik. Wszak w Kanadzie w życiu nie byłam...

      I w takim przekonaniu trwałabym jeszcze długo, gdyby nie to, że w międzyczasie wynikła pewna sprawa, dla załatwienia której, koniecznie potrzebna mi była data urodzin mojego kuzyna. Mając na względzie pomyślne załatwienie sprawy, zmuszona byłam wystosować do Kanady liścik.



              Prawdziwa Historia

    z portalu „moikrewni" mówiąca o tym:

          Jak to Janek o mały włos gejem nie został 

              (przez przypadek, ma się rozumieć)


 

Korespondencja między kuzynostwem. 

Tak to się zaczęło:

 

Temat: A to ci numer... !!!

Data i godzina: 24.07.2008. 21:30

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Witam Janek! A cóż to się stało z Tobą? Przecież się urodziłeś, tego się nie da ukryć.... Wprawdzie dość dawno temu, ale to zaraz nie znaczy, że masz ukrywać swoją datę urodzin. Wszak żadna z Ciebie panienka na wydaniu. (śmiech). Pozdrawiam serdecznie - Halszka


Temat: Bez tematu...

Data i godzina: 24.07.2008. 22:56

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Halszka, zamiast się śmiać, to mi pomóż. Wczoraj z nudów bawiłem się trochę na „moichkrewnych", i nie mając pojęcia, co to są powiązania kołowe, tak narobiłem, że wyszło, iż syn mojej kuzynki jest moim partnerem i nie mogę za cholerę tego usunąć. Napisałem już do moderatora tego portalu, ale ciągle nie mam odpowiedzi, jak to zrobić. Używałem już okienka pomoc, ale tam nie ma takiego przypadku. Proszę Cię, pomóż mi to odkręcić, jeżeli wiesz, jak to zrobić, zanim wszyscy się dowiedzą, że mam partnera. A swoją droga, to chyba już wiem, kto jest moderatorem Naszego Rodu w „naszej-klasie". Gorąco pozdrawiam. Janek


Temat: A to ci dopiero numer...!!!

Data i godzina: 25.07.2008. 00:20


A ładny przynajmniej ten Twój partner? (śmiech). Wiesz, ja już się rano dowiedziałam, że masz partnera, ale że należę do osób bardzo tolerancyjnych, to choć się zdziwiłam, to jednak przyjęłam to do wiadomości. Trochę mi tylko żal Was było, że tak dramatycznie żeście się rozstali, bo akurat 1 stycznia 2000r., jak to wynika z Twoich danych. (śmiech).
A tak na poważnie, to w okienku "pomoc" jest taki przypadek jako pierwszy opisany. Trzeba po prostu w prawym górnym rogu kliknąć na krzyżyk. Ja próbowałam, ale że to Ty założyłeś profil swojego "partnera", więc to Ty musisz go usunąć, bo u mnie Twój "partner" nie ma krzyżyka. Próbując, też narozrabiałam i niechcąco usunęłam profil twojej kuzynki ze strony żony. Przepraszam! Będziesz musiał ją na nowo nanieść.
Ja też wiem, kto jest Moderatorem Naszego Rodu, ale że mnie nikt nie pytał, to też nie mówiłam. A że to Ty akurat odgadłoś kto, to też nic dziwnego, bo tak namotlałeś ze swoimi danymi personalnymi, że już żadna sztuka była się domyślić. (śmiech). O rany, tak mnie dzisiaj ubawiłeś, że już chyba w ogóle nie będę spała. Byłam już w łóżku, ale nie mogłam usnąć, bo przed udaniem się w objęcia Morfeusza, coś mnie podkusioło zaglądnąć jeszcze do komputera, no i wtedy odebrałam Twój dramatyczny list z wołaniem o pomoc. Myślałam, że Ci jutro odpowiem wszak u na już północ, ale nie, musiałam wstać i na powrót odpalić kompa, bo ze śmiechu nie mogłam usnąć. Ale też bardzo żal mi Ciebie było. Serio. Więc na szybko klikam do Ciebie odpowiedź. A rano o 6-tej muszę już być na nogach. Należy mi się duża buźka za moje "poświęcenie". (śmiech). Kurka wodna! Dawno się tak nie ubawiłam. Spinkalam jednak spróbować zasnąć, bo mnie jutro pająki za obraz wyniosą. Pa! Dobranoc dla mnie, a dla Ciebie już sama nie wiem - co. Chyba miłego popołudnia i efektywnego skakania po gałęzi, którą sam stworzyłeś. Pozdrawiam! Halszka


Temat: Re: A to ci numer...!!! Fakt, nie da się ukryć.
Data i godzina:
25.07.2008. 01:10


Halszka, bardzo Ci dziękuję za próbę udzielenia mi pomocy, ale wyobraź sobie, że "mój partner" też nie ma na moim komputerze tego krzyżyka. U wielu osób on (krzyżyk) jest, nawet u moich córek, ale nie u niego. Próbowałem wszystkiego, to znaczy, rozstania się z nim, ale nawet wtedy nie pokazało się nic, za pomocą czego, mógłbym go usunąć. Ukryłem nawet moje dane personalne, ale jak sama napisałaś, "mój partner" jest widoczny. No to chyba wpadłem we własne sidła i będę się musiał z tym faktem pogodzić, choć myślałem nawet o usunięciu samego siebie, lecz boję się, że tak namieszam, iż z tego związku mogą się jeszcze narodzić dzieci, a tego wiele osób mogłoby ze śmiechu nie przeżyć. Na razie muszę odszukać nr telefonu  "mojego partnera" i go o tym fakcie powiadomić. Życzę Ci bardzo wesołych i kolorowych snów. Pozdrawiam. Janek


Temat: Z numerami zazwyczaj wesoło bywa...
Data i godzina:
25.07.2008. 08:58


Och, Janek, Janek, tak wesołej i urozmaiconej nocy jeszcze nie miałam. Przyśnił mi się dom rodzinny, a w nim złota rybka. Było bardzo przyjemnie, tylko zakończenie niezbyt dobre, gdyż ja głupia, zamiast poprosić złotą rybkę o spełnienie 3 życzeń, wpuściłam ją do basenu, gdzie były sztuczne rybki (zabawki), i one ją pożarły, cholera!
Twój partner najwyraźniej nie chce Cię opuścić. To jest "miłość!" (śmiech). A tak na poważnie, to jak nie otrzymasz odpowiedzi z portalu "moikrewni", to niestety będziesz musiał tak zrobić, jak radzą w okienku "pomocy", czyli usunąć od dołu wszystkich po kolei. A zacząć od swoich córek, gdyż... skoro masz drugiego partnera, to w portalu nie mogą wiedzieć, czy z nim akurat nie masz tych dzieci.  (śmiech). Dlatego przy córkach masz krzyżyki, więc jak je usuniesz, krzyżyki pojawią się wyżej, czyli przy Twoich dwóch partnerach i może nawet przy Tobie. Tak że będziesz musiał od nowa założyć Wasze profile. No cóż, jak nie będziesz chciał żyć z drugim partnerem, i zdecydujesz się z nim rozstać, żeby i z tego związku jakie dzieci faktycznie na drzewie się nie pojawiły, będziesz tak musiał postąpić. Bo chyba nie chcesz, aby nam co niektórzy członkowie rodzinki ze śmiechu trupem popadali i trzeba było ich zdjęcia opasać czarną wstęgą w lewym górnym rogu? (śmiech).  
Zaglądnęłam przed chwilą na nasze drzewo i zobaczyłam, że Twój partner jest nie do zdarcia i nie do usunięcia, bo go już widzę w dwóch miejscach - w jednej osobie. Znów narozrabiałeś, ale ja też nie byłam lepsza, i też narozrabiałam, usuwając Twojemu partnerowi matkę. (śmiech). Dla próby, ma się rozumieć.
Jak tylko dostaniesz wiadomość z portalu, to daj mi znać. Jestem ciekawa, jak rozegrasz swoje "życiowe problemy". A tak w ogóle, to co Marysia na to? Nie jest zazdrosna? (śmiech). Kończę, bo już mnie brzuch boli ze śmiechu, a zaraz przyjadą moje wnusie, więc muszę być już w jako takiej formie. Daj Bóg, żeby mnie kryzys z niewyspania złapał dopiero po ich wyjeździe. Ale to nic, za te chwile wesołości, można taki kryzys przeżyć. Pa! Życzę powodzenia na - jakby na to nie patrzeć - nowej drodze życia. Halszka


Temat: Jeszcze jeden odzew w spr. Twojego numeru...
Data i godzina:
25.07.2008. 13:42


Widziałam, że już usunąłeś swoje córki i dalej zastopowałeś. Czyżby krzyżyki przy Twoich partnerach się nie pokazały?
Zaglądnęłam też na niemiecką stronę, i tam w podobnym przypadku radzą, aby skontaktować się per mail z taką niechcianą osobą i poprosić ją, aby sama usunęła się z drzewa. Że ona sama może to zrobić bez problemu. No to działaj! Poproś Twojego "rozkochanego" w Tobie partnera, by się usunął z Twojego boku... i poszedł sobie w diabły. (śmiech). Alż mnie brzuch boli... Rany!
Pa! Życzę owocnej rozmowy z partnerem. Halszka


Temat: A ten mój numer, ciągle pozostaje numerem... 
Data i godzina:
25.07.2008. 22:17


Halszka, zazdroszczę Ci wspaniałej zabawy moim kosztem. Ja już skontaktowalem sie z "moim partnerem" i on usunie się dobrowolnie sam. Może to zrobi dzisiaj, może jutro, dokładnie nie wiem kiedy. Jak na razie cała rodzina ma doskonały ubaw, a niektórzy, co mnie nie znają osobiście, może myślą, że to prawda. No cóż, i mnie przyjdzie zaakceptować taką sytuację. Z tymi krzyżykami, to jest tak, że są one przy osobach, które nie potwierdziły jeszcze zaproszenia. Heniek "niestety" potwierdził swoje członkostwo w "moichkrewnych" i dlatego to całe zamieszanie. Życzę Ci jak najdłużej dobrego humoru. Możesz przekazać swoim znajomym, jak to Twój kuzyn przez przypadek został gejem. Pozdrawiam i życzę kolorowych snów. Janek


Temat: Nie trzeba zazdrościć, tylko bawić się z nami...
Data i godzina:
25.07.2008. 23:12


Właśnie zamierzam dzisiejszej nocy nie opuścić objęć Morfeusza i przespać całą noc. Należy mi się.
A z Twojej historii anegdotka już powstała: jak to mój kuzyn został gejem, ale nie przez przypadek, tylko przez niewinną (z nudów) zabawę w genealogii rodzinnej. (śmiech).
A z tymi krzyżykami, to nie całkiem tak jest, jak mówisz, bo spójrz na innych swoich bliskich, np. mamę, czy tata, oni na pewno zaproszeń Twoich nie potwierdzali, a krzyżyków nie mają. To wszystko przez to, że zachciało Ci się (z nudów - jak to sam określiłeś), zabawiać się "relacjami kołowymi", w wyniku czego, sam sobie "partnera przyfastrygowałeś" na amen. A z tej funkcji można tylko w takich przypadkach korzystać, kiedy np. Twoja Marysia byłaby też Twoją dalszą kuzynką, więc na drzewie musiałaby występować na dwóch gałęziach. Ja tej funkcji nawet nie ruszałam, bo na naszych gałęziach takiego przypadku nie ma, z tego co wiem. Ale nic to, nie przejmuj się Janek, bo dzięki Tobie będziemy dłużej żyć. Wszak śmiech, to zdrowie. A śmiechu mieliśmy, co nie miara... Dziękuję Ci w imieniu swoim i całej rodzinki. Życzymy sobie, abyś częściej się tak nudził. (śmiech).
Wesolutko pozdrawiam i pędzę do sypialni. A Ty działaj... Pa! Halszka


Temat: Moje gratulacje!

Data i godzina: 26.07.2008. 21:05

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

No, widzę, że jesteś już po słowie ze swoim "partnerem". Zrozumiał i dał Ci wreszcie spokój... I bardzo dobrze. Tylko uważaj, żebyś się znów w jakąś kabałę nie wplątał. Pozdrawiam i życzę zasłużonego wypoczynku po dniach pełnych stresu. Pa! Halszka


Temat: Koniec z numerem...
Data i godzina:
26.07.2008. 20:23


JESTEM WOLNY!!! Och, jak przyjemnie. Pozdrawiam. Janek


Temat: Koniec z numerem...?
Data i godzina:
26.07.2008 21:13


Wysłałam Ci akurat wiadomość na "moichkrewnych", gdyż najpierw tam zaglądnęłam by sprawdzić porządek na drzewie. Widziałam już rano, że Twój "partner" się logował, więc chciałam sprawdzić, czy są wreszcie efekty tego logowania. Pisząc do Ciebie, prawie byłam pewna, że w poczcie elektronicznej czeka na mnie właśnie tego typu wiadomość od Ciebie. Przeczucie mnie nie zawiodło.
Moje serdeczne gratulacje!!! Jesteś wolny... i teraz szanuj sobie swoją wolność, a zwłaszcza dobre imię Marysi. (śmiech). Pozdrawiam cieplutko! Halszka

PS.
Ale gdybyś znów popadł w jakoweś - tym podobne - tarapaty, to daj znać. Będzie mi miło Tobie pomagać... I ubaw po pachy znów mieć. (śmiech). Pa!


Temat: Powtarzam: jestem wolny!!!
Data i godzina:
26.07.2008 21:30


Było tak wesoło, że zastanawiam się czy znowu czegoś nie pokręcić. Najlepsza była reakcja "mojego partnera", kiedy to odkręcaliśmy: - „Hej, Janek tu wygląda tak, jakbyśmy byli gejami!". - Było bardzo wesoło, ale muszę Ci się przyznać, że o mało nie wpadłem w szał na początku. Uspokoiłem się dopiero jak "mleko się wylało" i dostałem od Ciebie pierwszą wiadomość. Teraz to mi nawet kamień z serca spadł i cieszę się, że znowu jestem wolny. Pozdrawiam bardzo serdecznie. Janek


Temat: Poniekąd szkoda, tak wesoło było...
Data i godzina:
26.07.2008. 22:31


No, faktycznie, było wesoło, ale najbardziej dla nas postronnych, bo Ty sam z pewnością musiałeś tę dwuznaczną sytuację "zdrowo" przeżywać. Przynajmniej na początku, tak jak piszesz. Też by mnie szlag trafiał, gdybym sobie jakąś kuzynkę, jako partnerkę, przyfastrygowała. Ba, nawet męża bym nie zniosła. (śmiech). Bo jakże to tak, bez miłości, a tylko z musu być z kimś związanym?

Jak znów "uda" Ci się coś nagmatwać w życiu, to po pomoc - wal do mnie jak w dym. Tymczasem pozdrawiam cieplutko! Halszka

 


I tak się skończyła ta dramatyczna, acz w sumie bardzo zabawna historia Janka, który przez swoją ciekawość  (funkcjonalności „moikrewni") o mały włos nie został pierwszym gejem na naszym drzewie genealogicznym.

 


 



komentarze (6) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 24 kwietnia 2014

Licznik odwiedzin:  534 710  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 20 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia tu i tam. Konfrontacja, która czasami potrafi zadziwiać, cz...

więcej...

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 20 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia tu i tam. Konfrontacja, która czasami potrafi zadziwiać, czasami denerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć. Publikuję tutaj również swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka wydania.

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 534710
Wpisy
  • liczba: 666
  • komentarze: 9068
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 1735 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to