Bloog Wirtualna Polska
Są 1 267 832 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


WSPOMNIENIOWE OBRAZKI - o psach i wakacjach

niedziela, 12 czerwca 2011 19:31

 

Moje

kochane psy

 

 

 

    Słowo się rzekło… i tak jak obiecałam w poprzednim wpisie (<kliknij), pokażę teraz fotki naszego psa w Polsce, i tu, w Niemczech.

    Ostatnim naszym psem w Polsce była Malwina. Pies, a właściwie suczka rasy Basset.

 

 

 

Oto i Malwina w swojej pełnej, uszatej krasie.

 

       

 

 

    Fotki te już wcześniej zamieściłam w swoich wspomnieniach o Malwinie pt.: „Pieskie życie Malwiny… i moje z nią” (<kliknij, jeśli masz ochotę pośmiać się z moich z nią perypetii). Malwina była psem bardzo szczególnym. Uparciuchem i egoistką do n-tej potęgi. Do tego jeszcze wprawną złodziejką. Książkę można by o niej i jej wybrykach napisać.

    Zaś mój ostatni (do tej pory) pies w Niemczech, Dog Arlekin - Jocker, był moim najmądrzejszym i najukochańszym psem. Był moim bodyguardem. Nieraz tu na blogu wspominałam o nim. Super z nim miałam. Nikogo obcego do mnie nie dopuścił. Zwłaszcza miał uraz do zawianych facetów. Na odległość takiego delikwenta wyczuwał... i warczał, i szczekał, jak wściekły. A mnie łbem odpychał jak najdalej od tych alkoholowych wyziewów. Gdy jechaliśmy do Kraju, i kiedy jeszcze były kontrole na granicy, to dopiero miałam wspaniale. Mój Jocker był postrachem wszystkich celników i wopistów. Niechby no tylko któremuś przyszła ochota skontrolować moje auto, ha, szybko tegopożałował. Bo kiedy tylko jeden z drugim otworzył klapę bagażnika, na widok mojego Jocker'a, spietrały cały, jeszcze szybciej ją zamykał. A ja, chichocząc, siedziałam sobie wygodnie za kierownicą i czekałam na jego znak, że mogę jechać dalej… Eee tam, że mogę, że - mam, i to natychmiast! Tak to odczytywałam po nerwowym machaniu ręką niedoszłego kontrolera. Ależ miałam z Jocker`em fajowo przy przekraczaniu granicy! Za każdym razem.

 

 

No popatrzcie sami… Czyż nie wyglądał groźnie?

 


 

 

 

 

Jocker pilnował mnie nawet na balkonie.

 

  

 

 

 

 

Uwielbiał wędrować ze mną po górach i lasach.

 

 

 

 

 

Śpij, śpij spokojnie kochany piesku,

nad ranem znów jedziemy na pierogi do Polski.

 

 

 

 

 

 

Któreś tam odwiedziny w Polsce.

Jocker bardzo lubił być w Polsce. Najbardziej pewnie z powodu

babcinych ruskich pierogów, które wręcz pochłaniał…

Robił tylko kłap, i pieróg za pierogiem znikał w jego potężnej paszczy.

 

 

 

 

 

Czego najbardziej nie lubił, to była woda…

Nigdy nie pływał, a kiedy ja szłam pływać, był bardzo niezadowolony. Stał wtedy podenerwowany na brzegu i nie spuszczał mnie z oka.

 

 

 

 

    Na fotce z impresji dnia, to nasz przedostatni niestety pobyt w Polsce z naszym ukochanym Dogiem Arlekinem – Jockerem. Jak już wspominałam w poprzednim wpisie, zmarł na zawał serca. Psy ras wielkich i olbrzymich niestety żyją zwykle krótko.

 

 

 

 ******************************************

 

Impresja dnia

 

 

 

Nie da się wymazać z pamięci tego dnia,

w którym to z powodu jednego smutnego pana,

 nie było Teleranka.

 

*****************************************

 

 

 

 

Wspomnieniowe obrazki

z wakacji

 

 

 

    Moje wspomnienia z wakacji w Polsce są cudowne. Że za komuny, pal sześć! Takie wtedy były czasy, ale wczasy zawsze były  wspaniałe.

 

   A oto niektóre wspomnieniowe obrazki z wakacji z moimi Dzieciaczkami. Wszystkie są czarno-białe i niezbyt dobrej jakości, ale proszę mi wierzyć, dla mnie są kolorowe. Bardzo kolorowe!

 
 

Ten akurat obrazek, to kompozycja mojej Córki,

wykonała ją jeszcze w szkole.

 

O tak, to były wczasy! Z prawej - na Obozie Harcerskim w Gąskach - ja z moim (zakopanym) 2-letnim wtedy Syneczkiem.

Z lewej - nad Jeziorem Otmuchowskim (rok później), moje Dzieciaczki w oczekiwaniu na obiadek.

 

 

 

 

 

Widok z latarni morskiej w Gąskach

 

 

 

 

Chrzest na Obozie Harcerskim w Gąskach. Moja 5-letnia wtedy Córcia, robi za nimfę morską.

 

 

 

 

Mazury - nad Jeziorem Jeziorak

 

Mieszkamy w domku campingowym będącym własnością mojej Cioci z Chorzowa

Ja z moim Dzieciaczkami (na dole - z prawej), z Braciszkiem i jego Kumplem oraz ferajną z Czechosłowacji.

 

 

 

 

Moje kochane Synczysko pierze siatkę na ryby... Szykuje się do wieczornych połowów z Wujaszkiem.

 

 

 

 

 

Moje Szkraby zawsze były bardzo towarzyskie... Nawet zjeść spokojnie przy stole nie mogły, wszak towarzystwo czekało.

 

 

 

 

 

Parę łyków herbatki z butli po mleku, i już pragnienie ugaszone... i jazda do zabawy!

 

 

 

 

Mój Synuś na wczasach najlepiej czuł się w spódniczce Siostrzyczki... Hihihi! bo w takie upały majteczek nie trzeba było ubierać, a i przy siusianiu wygodniej było.

A swoją drogą, ślicznie w tym przyodziewku - w kolorze brąz - wyglądał.

Był opalony na ciemny brąz, a na główce złote loczki.

 

Pamiętam jak raz, z tak ubranym Syneczkiem, poszliśmy wszyscy do restauracji. Przy stoliku obok siedziały dwie parki młodych ludzi. Nagle słyszę jak jedna dziewczyna, wskazując na mojego Syneczka, mówi: - „Popatrzcie, jaka śliczna dziewczynka”. No to ja na to: - Przemek, podnieś spódniczkę! - co mój posłuszny Synuś natychmiast zrobił... Ależ było śmiechu, i to nie tylko przy dwóch stolikach.

 

 

 

 

 

Kora (pies rasy bokser) pilnowała nie tylko moje Szkraby, ale i obce, te, co z nimi się bawiły. Żadnemu nie pozwoliła iść na głębszą wodę, natychmiast   doskakiwała... i odpychała je głową na brzeg.

 

 

 

 

 

Mój Synuś miał (i ma) talent do zawierania znajomości. Bez względu na wiek. Zawsze i wszędzie przysparzał nam nowych znajomych.

Na zdjęciu siedzi na kolanach swojego nowego znajomego z Warszawy. Jego żona siedzi z prawej strony. To starsze małżeństwo tak bardzo polubiło mojego przylepę-Syneczka, że codziennie rano przynosili nam ze stołówki (byli na zorganizowanych wczasach - z wyżywieniem) całą bańkę owsianki na śniadanie, i nie tylko. Przychodzili pod nasz domek, i tłukąc łyżką w bańkę i wołając: - „Wstawać Przemki, śniadanie na stole!” - robili nam pobudkę.

Potem, jeszcze przez parę ładnych lat, z Warszawy przysyłali moim Dzieciom paczuszki z zabawkami i słodyczami.

 

 

 

 

 

Rok później - znów Mazury nad Jeziorem Jeziorak

Zaraz idziemy łowić rybki.

 

 

 

 

 

Nad Jeziorem Otmuchowskim

 

I znów z Braciszkiem i Wujaszkiem w jednej osobie, i z jego ówczesną Dziewczyną.

Ten mój Braciszek wszędzie z papierosem. No cóż, wtedy była moda na palenie. Nie to, co dzisiaj. Dzisiaj palenie papierosów jest napiętnowanie. Dziś jest moda na niepalenie. Palącym trzeba się wstydzić i kryć z papierosem... I bardzo dobrze!

 

 

 

 

Moje Dzieciaczki uwielbiały wczasy...

bo i woda, i słońce... i luz-blues od rana po noc.

 

 

 

Międzyzdroje nad Bałtykiem - kilka lat później - z naszym bassetem Malwiną.

Wynajmowałam domek campingowy tuż przy plaży.

 

 

 

   

 

Dzieciom humor dopisuje... Malwinie mniej. Akurat miała myte zębiska, bo znów się czegoś cuchnącego na wydmach nażarła.

 

 

 

 

 

Odwiedzinki mojego Braciszka z Rodzinką.

Byli na wczasach w Kołobrzegu i przyjechali do nas do Międzyzdrojów by razem powczasować.

 

 

 

 

 

Obóz Sportowy w Wiśle

 

Wszyscy byli zadowoleni, oprócz Malwiny,

bo do wody było daleko.

 

 

 

 

 

Co rusz trzeba było biegać z tym wodolubnym psem do źródła Wisły... ale fajnie było, bo i my wodolubni jesteśmy.

 

 

 

 

I znów Międzyzdroje - kolejny rok później

 

Tym razem nie mieliśmy ładnej pogody, ale i tak codziennie kąpaliśmy się w morzu... jak morsy. Pamiętam, że ludzie w grubych kurtkach snuli się po plaży, a my w wodzie... oprócz Malwy oczywiście. Dla niej woda była za zimna. Melepeta, a nie mors!

 

 

 

 

 

Wczasy wędrowne po Mazurach

 

Trzy rodzinki. Trzy samochody. Niemalże codziennie nocowaliśmy pod namiotami w innym miejscu.

Na zdjęciu ja z Koleżanką na szybko przygotowujemy śniadanko dla naszej Ferajny... i dalej w drogę!

Moim drugim samochodem, a pierwszym „Fiacikiem” objeździłam całe Mazury.

Pierwszym moim samochodem była „Syrenka”, ale nią na wczasy nie jeździłam. Hihihi! po tym, jak w drodze do mojej Mamy, jej lewe, przednie koło wyprzedziło ją samą i mnie z Dziećmi oraz psem w środku, nie miałabym odwagi ruszać nią gdzieś w dalszą drogę.

 

 

 

To były czasy!

Czasem było straszno, czasem śmieszno, ale częściej śmieszno... i radośnie.

 

 



komentarze (7) | zaloguj się, aby dodać komentarz

WSPOMNIENIA - (z różnego okresu życia)

piątek, 01 kwietnia 2011 17:05

 

 

   Nigdy nie zapomnę  swoich wspaniałych wakacji u mojej cioci na wsi pod Kłodzkiem. To był cudowny czas. Czas, do którego zawsze myślami wracam, i wracać będę. Bo też przygód, jakie tam przeżyłam, zapomnieć się nie da. Były szalone, lecz i bardzo zabawne. Niektóre wręcz magiczne. Tak je widzę z perspektywy czasu, tak je widziałam i wówczas, jako młodziutkie dziewczątko, które kochało wieś, a tylko w wakacje mogło się wsią rozkoszować.

 

    Oto kolejna przygoda z moich szalonych przygód na wsi: 

 

 


Atak pszczół

(z cyklu: - Wspomnienia - fragment z mojej autobiografii)

 


 

 

 

    Wybywam starym, przedwojennym wehikułem, podobnym do roweru, i pędzę przez wieś, w poszukiwaniu przygód i niezapomnianych wrażeń. Za mną, jak zwykle, pedałuje kuzyn Rysiek, na drugim przedwojennym wehikule. Tyle, że jeszcze bardziej zdezelowanym. Skrzyp, pisk niesamowity, ale pedałujemy szczęśliwi jak nie wiem co! Pod wieczór trzeba nam będzie pomóc trochę przy pracach na polu, więc teraz gnamy pędem, by zdążyć się jeszcze zabawić i choć trochę wrażeń się nachapać. Ja wprawdzie ciągle jeszcze nie za bardzo widzę na prawe oko, ale to nic, gnam jak wicher. Ważne, że już mnie oko tak nie boli, a ograniczenie widoczności jakoś znoszę.  

    Skąd ta niedogodność? Ano stąd, że w czasie śniadania, kiedy jak zwykle rozkoszowałam się kromką chleba z masłem i przepysznym miodzikiem z wujka pasieki, do kuchni wpadła jakaś niewyżyta pszczoła i użądliła mnie w brew nad prawym okiem. Oko mi w momencie zapuchło dookoła i zupełnie straciłam możliwość nim widzenia. I to mimo okładów z zimnych noży, które mi ciocia przykładała. Wujek też się starał ulżyć mi w cierpieniu i trzymał mnie za rękę, psiocząc przy tym na swoją głupią pszczołę i jej towarzyszki, które całym rojem o świcie uciekły z ula. Nie powiem, komfortowo się nie czułam z tym moim okiem, no ale z tego powodu nie zamierzałam siedzieć w domu i rozpaczać. Tym bardziej, że wyjście z domu już się szykowało, zaraz po śniadaniu. Bo się okazało, że Krasula zerwała się z łańcucha i wlazła w szkody, na przylegające do pastwiska pole sąsiada. O czym przez otwarte okno głośno poinformował inny sąsiad wujostwa. A to zadanie dla Ryśka, by ją złapać... więc moje także. Wiejskie zadania zawsze wykonywałam z własnej, nieprzymusowej, a wręcz bardzo ochoczej woli. Nigdy też nie chciałam przed Ryśkiem wyglądać na mięczaka. Tym bardziej teraz! Dlatego starałam się nie przejmować tym, że on na widok mojej twarzyczki, coraz bardziej przybierającej wygląd twarzy Quasimodo, aż tarzał się po podłodze ze śmiechu. Wprawdzie cocia go zdzieliła parę razy ścierką po łepetynie na spamiętanie, ale ten i tak pohamować się nie mógł, bo kiedy tylko na mnie popatrzył, rechotał choby głupi.  

    Tak że zaraz po śniadaniu, z bólem, bo z bólem, ku radości Ryśka, a protestom wujostwa, wybyłam na pastwisko łapać Krasulę.

    Niezdyscyplinowaną krowę od razu udało nam się złapać, ale co z tego, jak za moment, zanim ją Rysiek uziemił kołkiem, znów podjęła próbę ucieczki, i zadzierając ogon, wyrwała z kopyta ponownie w stronę pola sąsiada, na którym rosły buraki cukrowe. Pewnie bardzo jej posmakowały. Wkurzyłam się na Krasulę, że ho, ho! Bo też chciałam jak najszybciej wskoczyć do rzeki, by ochłodzić się nieco, zwłaszcza moją opuchniętą i rozgrzaną fizjonomię. Dlatego też, nie czekając na Ryśka, pierwsza puściłam się biegiem za tą szkodnicą. Rysiek z zadowoleniem obserwował moją pogoń, i kiedy zobaczył, że ja już Krasulę doganiam, zaczął wrzeszczeć: - „Za ogon ją! Złap ją za ogon!” - No to ja posłusznie, z wyskoku, rzuciłam się na ogon Krasuli i złapałam z całych sił. Krasula nie odpuszczała jednak i dalej pruła do przodu, ciągnąc mnie za sobą jak upierdliwy rzep. Nie muszę chyba opowiadać, jak wyglądałam po tym jej sponiewieraniu mojej (przyczepionej) cielesności. Przeciągnęła mnie i po burakach, i po drodze, i potem, kiedy już łaskawie raczyła skierować swe kopyta na pastwisko - po trawie. A co gorsza, po swoich (i zapewne koleżanek z obory), plackach. Wściekłam się nie na żarty, ale nawet nie tyle na Krasulę, bo to przecież tylko głupie bydle, ale na Ryśka, za tę jego idiotyczną poradę. Tak że kiedy wreszcie Krasula dała za wygraną i stanęła w miejscu, i Rysiek ją na powrót przyszpilał do ziemi, poszłam obrażona przez pastwisko w kierunku rzeki. Teraz to już podwójnie potrzebowałam wody... i ochłody.

    Kiedy tak szłam, fukając pod nosem na Ryśka, nagle usłyszałam za sobą przybierające na sile brzęczenie. Oglądnęłam się natychmiast i na tle błękitnego nieba zobaczyłam ciemną plamę. W momencie przypomniały mi się słowa wujka wypowiedziane przy śniadaniu. Przeraziłam się okropnie i rzuciłam się do ucieczki. Do szaleńczej ucieczki. Brzęczenie coraz bardziej się wzmagało, a ja biegłam przez pastwisko już nie w kierunku rzeki, a w kierunku domu. Tak jakbym podświadomie czuła, że jedynie wujek może mnie od tych niebezpiecznych pszczół uratować. Gdy już dobiegałam do końca pastwiska, graniczącego z ogrodem przed domem wujostwa, stwierdziłam z przerażeniem, że rój jest już prawie nad moją głową. Widziałam już śmierć w oczach. A może tylko w jednym oku, bo drugie ciągle nic nie widziało. Na szczęście, to zdrowe oko zobaczyło coś jeszcze. Otóż zobaczyło ogromną cysternę przy płocie ogrodu. Długo się nie zastanawiając, rzuciłam się na tę cysternę jak na ostatnią deskę ratunku, podniosłam klapę włazu i wskoczyłam do środka, zamykając za sobą czym prędzej właz. W momencie poczułam przeogromną ulgę. Jednak niedługo było mi dane się nią rozkoszować, gdyż wnet poczułam straszną gorąc. Okazało się, że na dnie cysterny było trochę wody, która od gorących promieni słonecznych nagrzana była okropnie. Myślałam, że się tam żywcem ugotuję. Nie wiedziałam co mam robić. Wyleźć na zewnątrz przecież nie mogłam, bo tam też czekała mnie śmierć, tyle, że innego rodzaju. Wszak brzęczenie pszczół słyszałam jeszcze głośniej, bo tym razem z pogłosem. Byłam więc pewna, że te najwredniejsze pod słońcem pszczoły siedzą na cysternie. Wreszcie nie wytrzymałam gorąca i emocji, i zaczęłam walić z całych sił w ścianki cysterny. Nie wiem jak długo tak waliłam, ale najważniejsze, że kiedy byłam już u kresu sił, klapa włazu się nagle podniosła i zobaczyłam głowę mojego najukochańszego, najmądrzejszego, najdzielniejszego na świecie wujka... Byłam uratowana! Żywa, choć ciągle niewiele widząca, i dodatkowo, bardzo śmierdząca. Ale co tam! Od smrodu uratowały mnie wody Białej Lądeckiej... i nawet na opuchnięte oko pomogły.

 

 

 

Oto i rzeka Biała Lądecka, za moimi i kuzyna Ryśka plecami

 

 

 

 Komentarze do tych wspomnień znajdują się > tutaj

 

 

*****************************************

 

 

 

Primaaprilisowe

wspomnienia

 

 

 

    Wybrałam się dzisiaj na dłuższą wędrówkę po lesie. Miałam parę spraw do przemyślenia. A takie właśnie wędrowanie na łonie natury, w ciszy i spokoju, na przemyśliwania moje najlepiej działa. Zawsze tak robię.

    Wychodząc z domu, wymyśliłam, że tym razem pojadę do innego lasu. Las, w którym biegam, zbyt dobrze znam, a skoro mam wędrować, to najlepiej w nieznane. Zależało mi też na tym, aby iść o wiele dłużej. Iść, i iść... i myśleć. Na wędrówkę przeznaczyłam sobie gdzieś tak ok. 4 godzin.

    Przed godziną 9-tą wyjechałam autem z miasta i udałam się w stronę południowej części naszej kotliny. Przyznam, że rzadko tam bywam, i nie bardzo znam te okolice. Ale jadąc autem szosą, widać już z daleka, że lasy są tam piękne i bardzo gęste. Na wędrówkę w nieznane w sam raz. Zajechałam na pierwszy lepszy parking, zaparkowałam auto, i zadowolona, pomaszerowałam w las. 

    Och, jakże wspaniale mi się wędrowało. Wszystkie sprawy do przemyślenia, przemyślałam i w głowie sobie poukładałam. Ba, nawet wiele nowych tematów przyszło mi na myśl. Wszystkie je sobie skrupulatnie zanotowałam w kajeciku.  Po drodze czasami zaglądałam gdzie jestem, cobym nie zabłądziła, ale że widziałam swoje ślady na śniegu, którego na dróżkach leśnych było jeszcze sporo, byłam pewna, że do auta wrócę bez problemu. Niestety, okazało się, że kiedy postanowiłam już zawrócić, po śniegu nie było śladu. Przez cały czas mojej wędrówki słońce mocno operowało, i najnormalniej w świecie, śnieg się stopił... razem z moimi śladami. Co się naszukałam drogi wyjścia z lasu, to moje. Ponad godzinę szukałam. Miałam już dość tej wędrówki. Chciałam do domu. A las wydawał mi się coraz bardziej nie do przebycia. Nie spotkałam też ani jednej żywej duszy. Nie miałam więc kogo o drogę spytać. Zaczynałam już się zdrowo na siebie wkurzać, że taka ze mnie melepeta topograficzna. Komórkę, i owszem, miałam ze sobą, ale przecież nie mogłam policji wzywać, żeby mnie GPS-em namierzyła i z lasu wyprowadziła. To dopiero byłby obciach! Do dzieci też nie chciałam dzwonić. Raz, że pracują o tej porze, drugi raz, że nie wiedziałam co niby miałabym im powiedzieć. Że co, że mają mnie szukać? Gdzie? Skoro ja sama najmniejszego pojęcia nie miałam gdzie jestem. Zresztą, poddać się? O nie! To nie leży w mojej naturze. Co to, to nie! Nigdy i nigdzie. Uparta jestem jak łosioł. Wiedziałam, że sama muszę sobie poradzić by wyleźć z tej matni, w którą na własne życzenie też sama się wpakowałam.

    Postanowiłam w końcu iść na przełaj przez las, z nadzieją, że zejdę do jakiejś wsi. Schodziłam cały czas w dół. Bo to przecież kotlina. Momentami zjeżdżałam nawet, kiedy w poślizg wpadłam na wilgotnej ściółce Nużęta w biodrach mnie już bolały od tego wyhamowywania szybkości, a i trochę pupsko, bo raz nawet i tą częścią ciała hamowałam, kiedy upadłam na stromym i śliskim zboczu. Nie omieszkałam jednak sytuacji tej wykorzystać... i z pozycji horyzontalnej, uwieczniłam cudowności, jakie miałam przed nosem.  

 

 

Prawda, że piękne zawilce?

 

 

 

    Mój trud nie poszedł jednak na marne. Udało się. Zeszłam do jakiejś wsi. Na szczęście. Ale musiałam przejść jeszcze przez kolejną wieś, aby dojść do parkingu, gdzie stało moje auto. Do domu wróciłam porządnie zmęczona, to fakt, ale bardzo szczęśliwa. Podwójnie szczęśliwa. Raz, że na wędrówce zamierzony cel osiągnęłam, sprawy przemyślane i zapisane, a drugi raz, że sama sobie poradziłam i do domu jednak trafiłam. 

    Kiedy odpoczywając, siedziałam sobie w moim wygodnym fotelu z filiżanką zielonej herbatki w ręce, zadzwonił telefon. To moja Córka chciała wiedzieć, jak minął mi dzień. Opowiedziałam jej wtedy co mi się w lesie przytrafiło, no i oto co w słuchawce usłyszałam:

    - Ale jesteś szalona! To tylko tobie może się zdarzyć... Prima Aprilis urządziłaś sobie jak się patrzy.

    No coś takiego, a ja nawet zapomniałam, że dzisiaj Prima Aprilis. Musiałam Córce przyznać rację. Rzeczywiście, Prima Aprilis mi się udał.

    Po chwili zadzwonił też i mój Syn. Jemu też opowiedziałam swoją leśną przygodę, no i oto co w słuchawce usłyszałam:

    - Ale jesteś szalona! To tylko tobie może się zdarzyć... - po chwili zachichotał i dodał: - No to Prima Aprilis urządziłaś sobie wzorcowo. Ale dobrze, że tym razem chociaż nikt do ciebie nie strzelał.

    Pośmialiśmy się z Synem zdrowo, wspominając moją leśną przygodę sprzed paru lat, kiedy to też w dniu 1 kwietnia wybrałam się do lasu na dłuższą wędrówkę... i wlazłam tam, gdzie pod żadnym pozorem wleźć nie powinnam. Nieświadomie, rzecz jasna.

 

    OK, to jeszcze i tę przygodę po krótce opiszę. Pamiętam ją dokładnie. Tamtego roku, choć wiosna kalendarzowa trwała już 10 dni, zima nie chciała odpuścić i ogromne ilości śniegu zalegały góry i lasy. Ale że ja od zawsze lubię też i takie zimowe wędrówki, pomaszerowałam w las i wtedy. Z tym, że  pomaszerowałam nie w mój pobliski las, a w nieznany, w którym wcześniej nigdy jeszcze nie byłam. Podobnie jak dzisiaj. Hihihi...! pewnie też miałam wiele spaw do przemyślenia. Szłam sobie i szłam, zamyślona, w ogóle nie patrząc gdzie idę. Nagle, ni stąd, ni zowąd, usłyszałam ostre strzały z karabinów maszynowych. Całą serię. Zdębiałam! Strach mnie na moment sparaliżował, ale już po chwili zerwałam się do ucieczki. Gnałam co sił w płucach i w nogach. A kiedy serie z karabinów spotęgowały się, to już takiego przyśpieszenia dostałam, że mało nóg w zaspach śnieżnych nie pogubiłam.

    Kiedy tak zasuwałam z duszą na ramieniu, zobaczyłam nagle ogromny szyld, którego wcześniej wcale nie zauważyłam. Szyld ogłaszał byczymi literami: „Das Militär Übungsgelände - das Verbot der Übertretung”  (tłum. Poligon wojskowy - zakaz przekraczania). Pojęcia nie mam, czemu tego szyldu wcześniej nie zauważyłam. Czy taka zamyślona aż byłam, czy może dlatego, że zbyt dużo śniegu było dookoła. Nieważne. Ważne, że udało mi się wydostać z terenu poligonu bez szwanku. Kurcze... to by było, gdyby mnie Niemiec ustrzelił! I to tak głupio!

    Jak już znalazłam się w bezpiecznej odległości, poza zasięgiem kul, przyszło mi przeżyć jeszcze jedną „niedogodność”, że się tak delikatnie wyrażę. Otóż z nagła poczułam potworne pieczenie krzyża. Musiałam się co rusz zatrzymywać i nacierać to miejsce śniegiem. Skąd to pieczenie? Ano stąd, że ponieważ od paru dni odczuwałam ból w odcinku lędźwiowo-krzyżowym, przed wyjściem z domu, nasmarowałam sobie to miejsce silnie rozgrzewającą maścią z jadu żmii. Widocznie pod wpływem potu maść zaczęła działać ze spotęgowaną mocą. A że w czasie ucieczki spociłam się jak szczur, paliło mnie żywym ogniem.

    Po przyśpieszonym powrocie do domu, natychmiast wskoczyłam pod zimny prysznic. Moje Dzieci, gdy mnie zobaczyły z plecami spieczonymi na raka, i kiedy wysłuchały mojej „poligonowej” opowieści, jednomyślnie orzekły” - „Szalona ta nasza matka”.

    No fakt, przyznam szczerze, że Dzieci mają rację, jestem szalona, ale dodam od razu, że nieszkodliwie dla innych. I że lubię siebie taką. Przynajmniej zawsze coś się wokół mnie dzieje, coś, co w sumie wywołuje uśmiech na twarzy... jak nie na już, to później, z perspektywy czasu.

 

    Mój Syn, jako że jest moim prezentem urodzinowo-imieninowym (wspominałam już o tym), siłą natury, jest podobnie szalony jak ja. Kiedy się do siebie dorwiemy, i opowiadamy swoje przygody, boki zrywamy ze śmiechu. Moja Córka zaś, wsłuchując się w nasze opowieści, puka się palcem w czoło... Ale to pewnie z miłości do nas, bo przy tym pukaniu, na twarzy ma zawsze pobłażliwy uśmiech. Jednak i jej, choć jest poważna i stateczna, zdarza się czasami spłatać jakiegoś figla. O, chociażby instalacja primaaprilisowa, jaką wykonała dla mnie pewnego 1 kwietnia. Jeśli ktoś ma ochotę instalację tę popodziwiać, proszę kliknąć >tutaj.


To tylko miniaturka

   



***

 

 

    Żartowałam sobie o „ustrzeleniu przez Niemca”, ale to nie jest do końca żart w naszym przypadku, ponieważ mój Syn, dawno temu, jako nastolatek, przez takiego jednego Niemca kulą został trafiony. Niby dla żartów. Idiota celował z wiatrówki w Syna kask, kiedy on siedział na swoim motorze. Niestety, skończyło się jak się skończyło, ale o tym napiszę przy innej okazji.

 

 

Komentarze do tych wspomnień znajdują się > tutaj



komentarze (0) | zaloguj się, aby dodać komentarz

NIESPODZIEWANA KĄPIEL

środa, 23 marca 2011 9:23

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAM

na mój drugi blog:

http://PhotoHalszka.bloog.pl/

----------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

 

 

Niespodziewana

kąpiel

 

 

    Zawsze z wytęsknieniem wyczekiwałam wakacji. Niemalże co roku spędzałam je u cioci w małej wsi w Kotlinie Kłodzkiej. Pięknie tam było. Tam zawsze coś fajnego się działo. O nudzie mowy nie było. Tym bardziej, że miałam tam kuzyna w swoim wieku i jego kolegów. Oni też zawsze z wytęsknieniem czekali wakacji i... mojego przyjazdu. A potem się działo! Obowiązki, obowiązkami, co trzeba było pomóc cioci, się pomogło... i jazda żyć! A co?! Młodość ma swoje prawa!

    Pamiętam, że kiedy byłam na wakacjach jako 15-latka, to któregoś dnia mojego pobytu na wsi, a właściwie nocy, wybraliśmy się z kuzynem Ryśkiem, i jego kolegą Frankiem, do księdza na jabłka. Wiedzieliśmy, że to głupie kraść u księdza jabłka, kiedy u cioci w sadzie jabłek od groma, ale że tego dnia trzeba było jeszcze coś mocniejszego przeżyć, by ruszyć rozleniwioną pracą w polu  adrenalinę, się wybraliśmy. A i pieczone w ognisku jabłuszka nam się marzyły. A zakazane przecież lepiej smakują. Wszak nam już nasza prarodzicielka Ewa dała tego przykład. A to pewnie w genach nam zostało.  

    No dobra, nie będę owijać w bawełnę i przyznam się od razu, że to był mój pomysł z tymi zakazanymi jabłkami. I wszystko byłoby super, gdyby nie idiotyczny wyskok Ryśka. Wprawdzie wlazł z Frankiem do sadu księdza, kiedy ja stałam na czatach i w razie niebezpieczeństwa miałam gwizdem dać im znać, ale co z tego, jak ten bałwan „niebezpieczeństwo” sam sprowokował. Siedząc na jabłoni, zaczął rzucać jabłkami w moim kierunku, a ja nie mając pojęcia, że to jego robota, pomyślałam, że to ktoś rzuca we mnie kamieniami. Chciałam sprawdzić, kto to, i skąd rzuca. W zupełnych ciemnościach poleciałam w kierunku pobliskiej drogi. Chciałam się zaczaić w przydrożnym rowie na delikwenta i w razie potrzeby, spłoszyć go, udając warczenie psa. Niestety, ani jedno, ani drugie nie doszło do skutku, bo nagle zza krzewów wyłoniła się jakaś postać z psem. Wpadłam w panikę, bo pomyślałam sobie, że to z pewnością jest ksiądz. Nie wiele myśląc, padłam na ziemię, i czołgając się, zawróciłam z powrotem pod sad, by jakoś ostrzec chłopców. Gwizdać przecież nie mogłam. Kiedy zbliżałam się do celu, zauważyłam nagle jak chłopcy nieco dalej  przeskakują ogrodzenie i biegną akurat w tym kierunku, gdzie widziałam księdza z psem. Spanikowałam jeszcze bardziej, bo nie wiedziałam, co to ma znaczyć i przed kim oni w ogóle uciekają. Zerwałam się na równe nogi i chyłkiem pobiegłam za nimi. Niestety, chłopcy jak gdyby się rozpłynęli w powietrzu i nigdzie nie było już ich widać. Kiedy dobiegłam do drogi, zobaczyłam w oddali, na tle wiejskich latarni, iż ta postać z psem idzie dalej w kierunku wsi. Uspokoiłam się nieco, bo to oznaczało, iż ksiądz to jednak nie był. Przez moment się zastanawiałam co mam dalej począć. Chłopców ani widu ani słychu, a ja sama pośród ciemności. Odczekałam jeszcze chwilkę i wreszcie głośnym i przeciągłym gwizdem - na czterech palcach - dałam wyraz swojej dezaprobacie. Jakie było moje przerażenie, kiedy nagle usłyszałam przytłumiony krzyk Ryśka:

    - Halszka uciekaj!

    Jak piorunem rażona, zerwałam się natychmiast do ucieczki. Na łeb na szyję gnałam przed siebie, nie wiedząc zupełnie gdzie gnam. W gnanie włożyłam jednak całą swoją energię, i gnałam jak szalona. Wreszcie zaczęłam się kierować w stronę pierwszych zabudowań gospodarskich. Myślałam, że tam poczuję się bezpieczniej. I kiedy biegłam już opłotkami i coraz bardziej się uspokajam, nagle w pewnym momencie, ziemia uciekła mi spod nóg i… niech to szlag!... wylądowałam po pas w jakiejś wodzie. Z przerażenia, krew mi się w żyłach zmroziła. Z zimnej wody zapewne także. A kiedy po chwili do moich nozdrzy doleciał zapach tej wody, myślałam, że pagibnę tam od razu. Okazało się, że wpadłam do najnormalniejszego w świecie gnojowiska. A co gorsza, nie mogłam się z niego wydostać, bo dno było muliste i śliskie. Szamotałam się tam jak szalona, i już myślałam, że przyjdzie mi tam rzeczywiście pozostać na wieki, kiedy nagle, nad głową, zobaczyłam dwie postaci. Był to Rysiek i Franek. Ależ mnie uszczęśliwił ich widok.

    Kiedy mnie chłopcy wyciągnęli z tego cuchnącego gnojowiska, zaczęli się nagle tarzać ze śmiechu po ziemi. Wpadłam w konsternację. Bo jakże to tak, ja tu mało się nie utopiłam w gnojówce, a oni się śmieją? Wreszcie wydukałam:

    - No, teraz można się śmiać, ale było gorąco - i puściłam się biegiem w kierunku rzeki Białej, by zmyć z siebie to śmierdzielstwo.

    Chłopcy ze śmiechem ruszyli za mną. Biegnąc za moimi plecami, Rysiek, ciągle rechocząc, wysapał:

    - Chciałaś adrenaliny, to ją masz, i to wszystko dzięki nam, twoim najlepszym kumplom.

    Okazało się, że to Rysiek już wcześniej cichcem zaaranżował cały ten spektakl z zakazanymi jabłkami w tle, i kiedy wlazł z Frankiem do sadu, bez przerwy miał mnie na oku. A potem, razem udali ucieczkę przed „niebezpieczeństwem” i z ukrycia obserwowali moje poczynania. Ależ byłam wściekła na nich obu, kiedy mi to, ubawieni po pachy, zakomunikowali. Pół nocy przesiedziałam w rzece i z wściekłości nie odzywałam się do nich. Ale kiedy mnie w końcu zaczęli przepraszać i przyznawać, że to jednak był rzeczywiście idiotyczny żart z ich strony, moja wściekłość zaczęła mnie powoli opuszczać. Tym bardziej, że było mi coraz bardziej zimno. No a kiedy Rysiek cichcem przyniósł mi z domu mój płaszcz kąpielowy, powoli zaczęłam już nawet draniom wybaczać. Wybaczyłam zaś całkowicie, kiedy siedziałam już na brzegu otulona moim cieplunim płaszczem kąpielowym i rzucałam w nurt rzeki moje zapaskudzone ciuchy. Wtedy już też zaczęłam się głośno śmiać, bo w końcu musiałam Ryśkowi przyznać rację. Faktycznie, tej nocy adrenalina buzowała mi we krwi jak szalona… A że była też i trochę zbrukana i śmierdząca, to nic!

 

 

 

Na drugi dzień, po nocce pełnej wrażeń, radosna byłam na powrót... No bo jakże by inaczej?

 

   

 

Wykąpana w Białej ponownie i... pachnąca już na powrót

 



komentarze (4) | zaloguj się, aby dodać komentarz

PRZYWITANIE WIOSNY

poniedziałek, 21 marca 2011 10:11

 

 

 

Przywitanie wiosny

 

 

 

    Wiosna, to najpiękniejsza pora roku. Przyroda budzi się do życia... i człowiek niejako także... po ostrej, doskwierającej zimie. Wiosna niesie ze sobą wiele nadziei. Poprawia nastrój, regeneruje siły witalne organizmu, a co za tym idzie, przywraca chęć do życia. Powoduje, że człowiek rozkwita razem z nią.

    Ile to w dniu jej przyjścia Marzann płynie Wisłą i Odrą do Morza Bałtyckiego. Ile to radości, śmiechów, chichów jest zawsze wokoło. Po parkach, po lasach. Zwłaszcza nad rzekami. Przecież młodzież szkolna ciału pedagogicznemu robi w tym dniu - a kuku!  i wybywa na wagary już od samego rana. A co! Pierwszy dzień wiosny jest tylko raz w roku... a jakże ważny, jakże radosny... Trzeba go więc wykorzystać ile się tylko da, i jak się da. A inaczej, jak wagarując - się nie da. Nie na darmo dzień ten zwie się także Dniem Wagarowicza.

 

     Pamiętam doskonale, jak w latach szkolnych sama ochoczo brałam udział w takich paradnych wagarach na cześć przywitania wiosny. Całą klasą, rok w rok, wybywaliśmy nad Odrę celem tradycyjnego zatopienia zimowej panny Marzanny. A potem, po spełnieniu tradycji, konkretny luz-blues wagarowy  trwał aż do wieczora. Zawsze było wesoło i radośnie... oj, tak!

    Oto dwie fotki z jednych takich wagarów. Było to w klasie przedmaturalnej. Fotki wprawdzie jakością nie grzeszą, ale i mój aparat fotograficzny, Fied-2, nie grzeszył jakością... Wspomnienia jednak przywołują.

 

 

 

Z częścią klasowych koleżanek i jednym rodzynkiem z TM nad Odrą...

tuż po zatopieniu Marzanny

 

 

Za naszymi plecami widać rzekę. To w tym miejscu zimową pannę z impetem wywaliliśmy do rzeki... hihihi! ale frunęła, aż spódnica furkotała nieboraczce w powietrzu. W końcu lotem pikującym pacnęła w wodę... i rozchełstana, z nurtem rzeki popłynęła do Bałtyku

 

 

 

 

 

Szaleństwom nie było końca



 

Wyleźliśmy na wiszące nad rzeką drzewo, aby lepiej widzieć, i dłużej, jak w meandrach rzeki, symbol zimy oddala się ku morzu

 

 

 

Komentarze do powyższych wspomnień znajdują się > tutaj



komentarze (0) | zaloguj się, aby dodać komentarz

WSPOMNIENIOWE CIEKAWOSTKI Z PLANU FILMU "LUBIĘ NIETOPERZE"

wtorek, 08 marca 2011 19:03

 

 

 

Wspomnieniowe ciekawostki

z planu filmu

„Lubię nietoperze”

 

 

 

 

 

    Wieś Moszna znana jest przede wszystkim z pięknego zamku o niespotykanie pomieszanej architekturze, urzekającego wszystkich niezwykłą liczbą ślicznych wież i wieżyczek. W sumie jest ich wszystkich dokładnie 99. Nadają one tej budowli niezwykłego uroku, to dzięki nim zamek często jest określany jako "polski Disneyland" lub "bajkowy zamek".

 

 

 

Prawda, że jest bajecznie piękny?


  

Z lewej strony zamku widać oszkloną oranżerię

 


 

    Moszna znana jest także ze stadniny koni ”szlachetnej półkrwi”, znajdującej się tuż przy zamku. Urodzone w Mosznej konie odnoszą liczne sukcesy na torach wyścigowych w Polsce i za granicą. Przy stadninie hodowane są także psy rasy basset  (stąd właśnie wywodzi się późniejszy mój pies, o którym już wcześniej pisałam w moim wspomnieniu pt.  ” "Pieskie życie Malwiny... i moje z nią" (<kliknij, jeśli masz ochotę).

    Piękno zamku w Mosznej jest niezaprzeczalne i niespotykane, nic więc dziwnego, że reżyser Grzegorz Warchoł właśnie to miejsce wybrał do realizacji swojego wampirycznego filmu grozy "Lubię nietoperze” (<kliknij, to jest zwiastun filmu). W filmie tym główną postacią jest Iza, piękna wampirzyca, która uwodzi i zabija mężczyzn. Pewnego dnia zgłasza się do psychiatry Rudolfa Junga i prosi go by wyleczył ją z wampiryzmu. Lekarz początkowo nie daje jej wiary, jednak analiza zdjęcia rentgenowskiego przekonuje go, iż jego pacjentka rzeczywiście nie jest człowiekiem. Postanawia jej pomóc, jednak w szpitalu Iza znów zaczyna mordować.

    Sceneria zamku w Mosznej okazała się być idealnym tłem do takich wampirycznych akcji. Reżyser Grzegorz Warchoł wiedział, co robi.

    Kiedy do zamku zjechała ekipa filmowa Warchoła, w tym czasie wypoczywałam w sanatorium. Z chwilą ich przyjazdu, w sanatorium wszystko stanęło do góry nogami. Pacjenci i lekarze z wielkim zainteresowaniem śledzili poczynania ekipy filmowej. A było na co popatrzeć. Nie tylko znani aktorzy budzili sensacje, ale także wszystko co z filmem było związane. Wszelkie akcesoria i rekwizyty filmowe. O, chociażby murawa z rolki, którą ułożono dookoła basenu z fontannami na tyłach zamku. Rosnące dookoła - w kilku barwnych odmianach - piękne azalie i różaneczniki, aż wypiękniały jeszcze bardziej przy takiej soczystej zieloności.

    Aktorzy i obsługa filmu w przerwach między kręceniem scen, łazili między nami i chętnie nawiązywali kontakty. Sami nocowali w hotelu w Krapkowicach, ale w ciągu dnia, w zamku, było ich wszędzie pełno. Często przesiadywali z nami w zamkowej kawiarence, opowiadając o swoim życiu, i opalając nas przy okazji z papierosów.

    Mnie osobiście opalał przede wszystkim Andrzej Grabarczyk, który grał w filmie rolę ogrodnika... hihihi...! a potem i trupa zakopanego w hałdzie ziemi przy oranżerii. Ale nawet i Marek Barbasiewicz, grający rolę psychiatry Rudolfa Junga, parę razy przychodził do mnie po papierosy. Zadziwiał mnie wtedy bardzo. Taki piękny mężczyzna, a zawsze trzymał się na uboczu. W naszej zamkowej kawiarence ciągle sam przesiadywał przy stoliku, zagłębiony w jakiejś lekturze. Dzisiaj już wiem dlaczego. Zaś Andrzej Mrozek skumplował się ze mną. Najwięcej ze sobą rozmawialiśmy, spacerowaliśmy... i  razem nawet „graliśmy”. Ale o tym potem. Mrozek opowiadał mi wiele o swojej niezbyt wtedy dobrej sytuacji rodzinnej. Nie będę jednak o tym pisać. Nie chcę go zdradzać. Uchylę tylko rąbka tajemnicy, że mieszkał wtedy w nowym domu we Wrocławiu wraz z młodszą od siebie o 13 lat żoną.

    Reżyser Grzegorz Warchoł parę razy prosił mnie, abym się zgodziła statystować w niektórych scenach. Długo nie chciałam się zgodzić. Ale kiedy charakteryzatorka (nie pamiętam już jej nazwiska, pamiętam za to, że była ulubienicą aktora Jana Nowickiego, który przyjeżdżał do niej z wizytą), przyniosła mi do mojego pokoju strój do joggingu, w końcu się zgodziłam. Pod warunkiem jednak, że statystować będę w swoim ubraniu. I też tak było. Razem z Mrozkiem, który grał rolę pacjenta, braliśmy udział w scenach pod zamkiem, z tą różnicą, że on pacjenta grał, a ja pacjentką byłam, i statystowałam. Na planie razem „uprawialiśmy” jogging, biegając po ogrodzie przy zamku, dookoła basenu z fontannami. A biegaliśmy z dwoma psami, dalmatyńczykami.

    Wszystkie osoby z ekipy filmowej były bardzo sympatyczne. Ale wóda lała się wśród nich ciurkiem. Jonasz Kofta, który grał rolę narkomana i pacjenta zarazem, często padnięty spał na ziemi gdzie popadnie. Wszyscy pili. Kasia Zadrożna (Walter), która grała swoją pierwszą główną rolę, rolę Izy, pięknej wampirzycy, także popijała. Kiedy parokrotnie musiała powtarzać scenę pływania w basenie, co z niego wyszła, od samego reżysera dostawała stakańczyk wódki na rozgrzewkę. Bywało tak, że z samego rana, niektórzy z nich (kto, o tym sza!), prosili mnie, abym od lekarza wydębiła im jakieś tabletki uspokajające, bo po przepiciu, skacowani, nie mogli się skupić na grze. Bardzo mi się to nie podobało, ale w końcu raz uległam ich usilnym prośbom i poszłam do swojego lekarza, z tym, że powiedziałam mu prawdę dla kogo to... I o dziwo! on mi te tabletki dał bez szemrania. Ba, nawet z pobłażliwym uśmiechem. Więcej nie dałam się na ten proceder namówić, skoro okazał się być takim łatwym do zrealizowania, a jakby nie patrzeć, szkodliwym, i to pod wieloma względami. 

 

    W tym samym czasie poznałam w Mosznej także i Majkę Piwońską. Była tam, podobnie jak ja, kuracjuszką. Za nią też Warchoł chodził, żeby zgodziła się statystować do filmu. Ona się jednak nie zgodziła, bo już wtedy była znaną wokalistką grupy „Trzeci Oddech Kaczuchy”. Polubiłyśmy się z Majką i zaprzyjaźniłyśmy. Majka również zwierzała mi się ze swojego życia. Rany, książkę by można było napisać, tyle ta dziewczyna przeżyła. Do niej z kolei przyjeżdżał wtedy znany aktor i artysta kabaretowy, Andrzej Zaorski.  

 

    Wrócę jeszcze, tak jak obiecałam we wpisie "Miłość do koni" (<kliknij), do aktorki Eli Panas, która spadła z konia i złamała nogę. No i do tej sceny miłosnej, w której miała wystąpić, grając w filmie rolę pielęgniarki. Proszę więc sobie wyobrazić, że w scenie miłosnej z Andrzejem Grabarczykiem, czyli filmowym ogrodnikiem, jednak zagrała... Hihihi! aż huczało, tak grała! Warchoł się wściekał jak cholera, widząc ją z nogą w gipsie, ale wybaczył... i do zagrania swojej roli zmusił. Wszystkich gapiów z planu przygotowanego w naszej przyzamkowej oranżerii oczywiście wyproszono. Ale Mrozek potem mi opowiadał, że operator Krzysztof Palulski musiał się dobrze nagimnastykować, aby w kadrze dobrze ująć kochającą się na stojąco parę... i co rusz wrzeszczał do aktorki: - „Chowaj nogę, chowaj nogę... znów widzę twój gips!”

 

 

Oto i dowód, że zagrała... i że nogi w gipsie nie widać


  

(fotosy z Internetu)

 

 

 

    Premiera filmu odbyła się 14 lipca 1985r. Ja sama nigdy nie miałam okazji filmu tego zobaczyć. Niedługo po tym, wyjechałam już za granicę. Ale pamiętam, z tego co mi mówiono, że przy montowaniu filmu wiele scen z Mosznej, nie wiedząc czemu, wycięto.

 

    Miałam bardzo dużo zdjęć z aktorami z tamtego czasu, a już najwięcej z Majką Piwońską, z jej dedykacjami. Niestety, żadne się nie zachowały, bo kiedy wyjechałam za granicę, mieszkanie swoje wynajęłam. Nawet nie wspomnę, w jakim stanie - splądrowania - je po latach zastałam. Tylko to jedno zdjęcie z planu filmowego się zachowało.

 

 

 

Nawet nie pamiętam co to za aktor (jakiś drugoplanowy),

z moją koleżanką, współkuracjuszką, której imienia też już nie pamiętam

 

 

Siedzą przy basenie, który na potrzeby filmu okolony został murawą w rolce. Drabinka też jest tylko rekwizytem. Bo tak po prawdzie, to do basenu tego nie można było nawet wchodzić, a co dopiero pływać w nim.

 

 

 

 

Zachowało się również czasopismo „Film” z 1985r....


  

 

w którym o tym filmie pisano i zamieszczono parę fotosów.

 

 


Oto i one


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Komentarze do powyższego wspomnienia znajdują się > tutaj



komentarze (5) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zdjęcia w galeriach.


piątek, 22 września 2017

Licznik odwiedzin:  0  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Halina Krüsch Czopowik

Facebook i Google

Wszystkie teksty oraz zdjęcia tutaj opublikowane są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie. (Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dn. 4.02.1994 r., nr 24, poz. 83). Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję, jak ktoś o nią prosi. 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tu także swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

schowaj...

Statystyki

Wpisy
  • liczba: 738
  • komentarze: 10335
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 2982 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to