Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 255 059 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


TURKUĆLANDIA

wtorek, 27 kwietnia 2010 12:47

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

 

 

 

          Turkućlandia

 

 

  W krainie turkuciów wielkie poruszenie. Pan burmistrz Turkuć Podjadek, zaprosił z wizytą swojego starego przyjaciela Konika Polnego, który pełnił również funkcję burmistrza, ale w bardzo odległym Konikborgu. Wszystkie turkucie zajęły się wielkimi porządkami i od świtu pracowały w pocie czoła, by zdążyć ze wszystkim i godnie przywitać tak wspaniałego gościa, który miał przybyć w godzinach wieczornych. Turkućlandia lśniła czystością. Burmistrz Turkuć Podjadek był zadowolony. Z dumą mógł oprowadzać przyjaciela po swojej krainie. I wcale przed nikim nie krył, że chciał się pochwalić przed tak zacnym gościem, swoim ogromnym, wspaniale wybudowanym Turkuciewem. Bo to właśnie on, od kiedy został burmistrzem, wybudował wraz z obywatelami Turkuciewa szerokie i długie korytarze podziemne. A w miejscach, gdzie te korytarze łączyły się ze sobą, pan burmistrz osobiście wybudował nieziemsko cudne komnaty różnej wielkości. A w komnatach tych poustawiał kamienne rzeźby i pozawieszał bajecznie kolorowe obrazy miejscowego artysty, starego Turkucioka. Natomiast żona burmistrza, Turkuciowa Podjadzia, udekorowała wnętrza komnat własnoręcznie utkanymi dywanami i gobelinami. W podziemiach znajdowały się również olbrzymie spiżarnie na żywność, które pan burmistrz wraz z innymi turkuciami budował przez wiele, wiele dni. A spiżarnie te - bez wątpienia - były oczkiem w głowie najlepszej gospodyni w Turkuciewie, pani burmistrzowej.

  Podziemne królestwo mieszkańców Turkuciewa było dumą pana burmistrza. A nadziemne królestwo, które było w ciągłej rozbudowie, miało być - za jakiś czas - jeszcze większą dumą. Budowniczy Turkuciewa stawiali na ziemi przepiękne zamki z szyszek. A stawiali je tuż pod rozłożystym świerkiem, pod którym było tak spokojnie, i tak cicho. Pan burmistrz tak mądrze wybrał to wspaniałe miejsce pod zabudowę. Na skraju lasu, w lekko zacienionym miejscu, a do tego nieopodal łąki, gdzie było tyle pożywienia. Wymarzone miejsce. Jeden taki szyszkowy zamek, największy, i wybudowany jako pierwszy, zajmował pan burmistrz z żoną i z dwójką swoich dzieci: córką i synem. Pan burmistrz dbał zawsze o to, aby zamek jego był wzorem dla pozostałych turkuciów. Więc zawsze musiało w nim być czyściutko, pachnąco i kolorowo. Dzieci pana burmistrza miały również swój wielki udział w porządkowaniu i upiększaniu tegoż szyszkowego zamczyska. Przed wizytą gościa od rana uwijały się po zamku, ścierając kurze z mebli, odkurzając dywany, zamiatając i myjąc podłogi.

  - I raz i dwa... i raz i dwa... i raz i dwa...! - Słychać było przez otwarte okienko szyszkowego zamku.

  - Ty, Turkusia, a co ty tam tak odliczasz zawzięcie?! - spytał zaciekawiony Turkuś swoją siostrzyczkę, przerywając na chwilę zamiatanie podwórka, i zaglądając przez okno do środka.

  - Nie odliczam, tylko zamiatam kuchnię - odpowiedziała bratu zasapana Turkusia. - Do rytmu lepiej się zamiata. Sam spróbuj.

  - Miotła raz... miotła dwa... miotła raz... miotła dwa...! - wydzierał się Turkuś, zamaszyście machając miotłą. - No, masz rację. Tak jest lepiej.

  - Dzieci, a co wy tak wyliczacie?! - zawołała mama Podjadzia, wychylając się z okna małżeńskiej sypialni na pierwszym piętrze.

  Mama Podjadzia nie czekała jednak na odpowiedź dzieci, bo nagle przypomniała sobie, że nie sprawdziła w podziemnej spiżarni, czy wystarczy jej korzonków rzodkiewek, z których zamierzała zrobić sałatkę z okazji wizyty gościa. Zostawiła natychmiast chodnik, który chciała przez okno wytrzepać, i pobiegła do windy. Windą zjechała do podziemi i najkrótszym korytarzem udała się do spiżarni. Jakie było jej zaskoczenie, kiedy zobaczyła, że niestety korzonków rzodkiewek jest o wiele za mało i nie wystarczy dla wszystkich. Zdenerwowała się i pobiegła z powrotem do windy. I gdy była już na górze w zamku, pobiegła do kuchni, i zawołała:

  - Dzieci kochane, w was nadzieja! Musicie natychmiast pójść do ogrodnika Turkuckiego i kupić dziesięć korzonków rzodkiewek. Przygotowałam tyle różnych sałatek, a tę najlepszą, rzodkiewkową, chciałam zrobić na sam koniec, bo musi być bardzo chrupiąca. I niestety, nie mam z czego ją zrobić. No już, zakładajcie palta i łapcie za koszyk, i już was nie ma. Tylko się śpieszcie, bo za trzy godziny nasz gość już tu będzie. Aha, masz tu Turkusiu pięć pieniążków, no i idź już... Turkuś, czy ty słyszałeś co ja mówiłam? Zostaw już tę  miotłę i poczekaj, Turkusia już do ciebie idzie... Turkusiu, załóż jeszcze kapelusik, żeby ci wiatr nie potargał fryzurki.

   Dzieci były nawet zadowolone, że muszą iść do ogrodnika, bo w marszu będą mogły rozprostować swoje ciałka. Po tych porządkach, to już im wszystko zdrętwiało. A zwłaszcza wszystkie trzy pary czułków, i nawet skrzydełka od ciągłego podpierania się nimi.

  Turkuś i Turkusia raźnie pomaszerowali przez łąkę w kierunku ogromnego ogrodu, gdzie mieszkał ogrodnik Turkucki. Po drodze trochę podśpiewywali sobie, ćwiczyli po cichutku ćwierkanie, a i też wymyślali sobie różne zabawy, w jakie będą się bawić z innymi małymi turkuciami po ceremonii powitalnej ich gościa. Bo że będą się bawić to było pewne. Zasłużyli sobie ciężką pracą na wolny czas dla siebie. Więc już sama myśl o wieczornych zabawach przyprawiała ich o wyśmienity humor.

  Turkuś długo myślał i stukał się co rusz skrzydełkiem po głowie, by myśli szybciej przychodziły. W końcu wymyślił wyścigi pomiędzy szyszkowymi zamkami. A po wyścigach, zabawę w chowanego. A po zabawie w chowanego, znów wyścigi, ale na odmianę - lotne. A na koniec zawody: kto najdalej pofrunie, a potem, kto najwyżej pofrunie.

  - Ach, Turkuś, czy ty nie umiesz wymyślić innej zabawy! - zawołała zawiedziona Turkusia i podała bratu koszyczek, by on trochę poniósł. - Za każdym razem te same zabawy. A lot na odległość i na wysokość, to już zawsze muszą być na zakończenie wszystkich naszych zabaw? Co? Wiem dlaczego, bo akurat ty jesteś w tym najlepszy, dlatego znów chcesz się popisywać swoimi umiejętnościami. A ty wiesz, że ani mama ani tato nie pozwalają nam fruwać za daleko, bo turkucie nie bardzo potrafią fruwać, a już lotu na wysokość, zabronili nam kategorycznie. I co, znów chcesz rodziców denerwować?

  - Turkusia, Turkusia, ty już nie udawaj takiego niewiniątka, przecież ty też lubisz sobie trochę polatać. No, oprócz latania na wysokość, ma się rozumieć. Bo latania na wysokość, to ty się boisz jak ognia - zaśmiał się Turkuś. - Ale ja przynajmniej wymyśliłem jakieś zabawy. A ty, co? Ani jednej.

  - A kto ci powiedział, że nie wymyśliłam! - zawołała Turkusia, robiąc obrażoną minkę. - Właśnie, że wymyśliłam. No na przykład taka zabawa: zawiązujemy turkuciom oczka i oprowadzamy ich po łące i każemy im zgadywać po zapachu, jakie roślinki mają przed sobą. A to będzie trudne zadanie. Bo przecież kiedy się posilamy, żerując pod ziemią, i podgryzając podziemne korzonki roślin, to my dobrze wiemy, jakie roślinki podgryzamy. Ale sztuka będzie polegać na tym, by zgadnąć co to za roślinka, nie widząc jej, tylko czując jej zapach, i to na powierzchni ziemi. I ten, co zgadnie najwięcej, wygrywa, a ten co najmniej, albo wcale, przegrywa i będzie musiał spełnić jedno życzenie tego co wygrał. I tak dalej i tak dalej. Cha, cha, cha...! Może być dużo radości i śmiechu. No co, dobra zabawa, nie?

  - Czy ja wiem? - powątpiewał Turkuś. - A jakie życzenia trzeba by było spełniać...? Ojej, poczekaj, poczekaj... Świetna zabawa! Przecież ten co przegra, a kiedy ja wygram, bo jestem tego pewien, że wygram, to będzie musiał spełnić moje życzenia i polatać ze mną na wyścigi, a następny co przegra, to będzie musiał polatać ze mną na wysokość... Wspaniała zabawa! Turkusia, ty to masz głowę!

  - Och, Turkuś, czy ty zawsze musisz myśleć tylko o tym samym? - spytała Turkusia z zawiedzioną miną i zatrzymała się momentalnie. Po czym popatrzyła na zdziwionego braciszka i z rezygnacją położyła po sobie czułki. - A niech ci będzie! Ale będziesz musiał poprosić tatusia o zgodę na loty nadziemne. Bo inaczej to ci się oberwie... że ho, ho!

  - Już ty się o to nie martw! - zawołał Turkuś do siostrzyczki i na powrót wcisnął jej do rączki koszyczek. - A teraz popatrz, pokażę ci jak lata w powietrzu turkuciowy Turkuś z rodu Turkuci Podjadków.

  Turkusia nie zdążyła nawet zaprotestować, a Turkuś był już w powietrzu. Poleciał daleko od niej aż straciła go z oczu. Turkusia była zła na brata, że ją samą zostawił. Postanowiła więc się obrazić na niego i z nim nie rozmawiać. No, przynajmniej na chwilę, kiedy do niej wróci. Mocniej ścisnęła koszyczek i poszła przed siebie z obrażoną miną. Szła i szła, a jej braciszek jakoś nie wracał. Zaczęła się w końcu martwić, że coś mu się stało. Biegała więc po łące i go nawoływała. I nic, cisza. Turkusia ani widu ani słychu. - „Czyżby zapadł się pod ziemię?" - myślała z coraz większym strachem. - „Ależ nie, przecież on był nad ziemią... No to może zginął w powietrzu?" - Turkusię tak bardzo przeraziły własne myśli, że wreszcie nie wytrzymała i na całe gardełko zaczęła krzyczeć:

  - Ojejku, jejku, mój kochany braciszek...! Turkusiu mój najukochańszy, co ci się stało? Proszę cię, wracaj! Jak wrócisz, to ja nawet jestem gotowa z tobą na wysokość polatać. Ale wracaj, błagam cię, wraaaaaacaj!!!

  - A kuku, tu jestem! - rozległo się pomiędzy dwoma kępkami trawy. - A kuku, szukaj mnie!

  - Ty wstrętny Turkusiu! Jak mogłeś mi to zrobić?! - zawołała na powrót zła Turkusia.

  - A cóż takiego ja ci zrobiłem? Bądź szczęśliwa, że cię w ogóle znalazłem -  zagrzmiał Turkuś spod kępki trawy. Po czym wygramolił się na nią, by z wysoka lepiej zobaczyć swoją siostrzyczkę, i jeszcze głośniej zawołał: - Gdzie ty właściwie polazłaś? Szukam za tobą już tak długo.

   Okazało się, że obrażona Turkusia pomyliła kierunki i poszła w zupełnie inną stronę. I zamiast zbliżać się do ogrodu ogrodnika Turkuckiego, coraz bardziej się od niego oddalała. Dobrze że Turkuś, najlepszy wśród turkuciów lotnik w lotach na wysokość, wypatrzył ją z góry. W przeciwnym razie, Turkusia poszłaby nie wiadomo dokąd, no i z pewnością zgubiłaby się na tej ogromnej łące.

  - Nie polazłam, tylko szłam do ogrodnika Turkuckiego - odpowiedziała Turkusia, siląc się już na uśmiech.

  - A to przepraszam, nie wiedziałem, że my mamy dwóch ogrodników Turkuckich - zaśmiał się Turkuś. - Ja znam tylko jednego i do niego zamierzam dotrzeć, jak mamusia nakazywała... Ty, Turkusia, ale nie myśl, że ja nie słyszałem tego, że gotowa jesteś ze mną polatać. A słyszałem... i to dokładnie. I trzymam cię za słowo.

  - A pewnie, słowa dotrzymam. Nie myśl sobie, że nie! - Turkusia zapewniła braciszka, robiąc przy tym niepewną minę.

  Turkusiowi chciało się śmiać z siostry. Był pewien, że ona znów stchórzy przed lotem i będzie się wykręcać bólem brzucha. Zawsze tak robiła. Już otworzył nawet buzię do gromkiego śmiechu, gdy nagle śmiech zastygł mu na ustach... Usłyszał gdzieś w oddali czyjś żałosny płacz. Podfrunął do siostry, złapał ją za rękę i szybko pobiegli w tamtym kierunku.

  Oczom Turkusi i Turkusia ukazał się żałosny widok. W dużej dziurze w ziemi leżał potężny niczym rycerz w czarnej zbroi - Żuk Skarabeusz. A leżał tam na grzbiecie i przebierał tylko nogami w powietrzu. Zaś na jego brzuchu siedziała Biedronka Siedmiokropka i płakała wniebogłosy.

  Rodzeństwo turkuciów natychmiast zapomniało o korzonkach rzodkiewek i rzuciło się na ratunek biednej Biedronce Siedmiokropce i Żukowi Skarabeuszowi. Chwilę to trwało, zanim udało im się wydobyć ich z dziury, gdyż dziura była dość głęboka. Narwali najpierw dużo źdźbeł trawy, a potem wrzucali je do dziury, obok leżących tam nieszczęśników. Powili i uważnie, aby dodatkowo ich nie zranić. I kiedy nawrzucali ich na tyle dużo, że można było spokojnie wskoczyć do środka, Turkuś zawołał:

  - A teraz uważaj Turkusiu! Ja wskakuję do dziury, biorę Biedronkę na ręce i podaję ci ją. A ty, delikatnie położysz ją na trawie i poczekasz aż podam ci Żuka. Sama nic przy Biedronce nie rób, bo najpierw musimy dokładnie ją zbadać, co ma połamane i gdzie. Zrozumiałaś?

  - Zrozumiałam, a co bym miała nie zrozumieć. No, wskakuj szybko do tej dziury - ponaglała brata Turkusia. - Popatrz, jacy oni są już wycięczeni. Biedna Biedronka. Biedny Żuczek.

  O ile z wyciągnięciem Siedmiokropki Turkuś i Turkusia nie mieli wiele kłopotu, to już z wyciągnięciem Skarabeusza, tak. Biedronka była malutka i leciutka, a Żuk ogromny i ciężki. Turkuciowe dzieci musiały się przy nim mocno namęczyć.

  - Na lot turkucia! Nie damy rady, czy co?! - wrzeszczał Turkuś. - Poczekaj Turkusia... Musimy załatwić sprawę turkuciowo, no! Na raz i dwa, ja go podnoszę z dna dziury, a na trzy, podaję go tobie. A ty, na raz i dwa odbierasz go ode mnie, i na trzy, kładziesz go na trawie. No, jazda! Na trzy! Jeszcze raz!

   Po kwadransie turkuciowe dzieci pochylały się już nad biedną Biedronką i Żuczkiem i sprawdzały czy są mocno ranni i czy mają połamane nóżki, albo skrzydełka. No i okazało się, że Biedronka ma zranione skrzydełko, a Żuk ma złamane dwie tylne nóżki. Turkuś szybko usztywnił Skarabeuszowi nóżki jakimiś twardymi łodyżkami, przywiązując je porwanym na kawałki rękawem swojego palta. A Turkusia w tym czasie opatrzyła Siedmiokropce skrzydełko, robiąc jej opatrunek ze swojej chusteczki do nosa namoczonej w kropli rosy.

  Turkuś i Turkusia tak bardzo byli zajęci rannymi, że zupełnie stracili poczucie czasu. I kiedy w końcu zrobili wszystko co tylko mogli, by Siedmiokropka i Skarabeusz tak nie cierpieli, wtedy dopiero poczuli ogromne zmęczenie. Położyli się więc na miękkiej kępce trawy, tuż obok rannych, i nagle usłyszeli głos Biedronki:

  - Dziękuję wam kochani, że nas uratowaliście. Bo gdyby nie wy, zostalibyśmy w tej dziurze na wieki. Już drugi dzień tam leżeliśmy i nikt nam nie przyszedł z pomocą.

  Biedronka Siedmiokropka opowiedziała turkuciowym dzieciom jak to się stało, że znalazła się razem z Skarabeuszem w tej głębokiej dziurze. A było to tak: kiedy Biedronka przelatywała nad łąką w drodze do swojego domu, usłyszała czyjeś nawoływanie o pomoc. Pofrunęła w tym kierunku i zobaczyła w dziurze Skarabeusza, który leżał tam na grzbiecie i nie mógł się odwrócić. Biedronka bardzo się zdziwiła, widząc Skarabeusza w tym miejscu. Wtedy Skarabeusz powiedział jej, że jest podróżnikiem i przyleciał tu z Czarnego Lądu w specjalnym celu. Biedronka nie bardzo rozumiała o co mu chodzi, ale postanowiła mu pomóc. Na początku podawała mu długie źdźbła trawy, aby mógł się jakoś przytrzymać i odwrócić. Ale kiedy to nic a nic nie pomagało, sfrunęła do dziury i sama próbowała go odwrócić. Niestety, Skarabeusz ciężki i twardy jak rycerz w zbroi, swym potężnym ciałem niechcąco przydusił jej skrzydełko. Wtedy jej delikatne skrzydełko rozerwało się w dwóch miejscach. No i takim to sposobem we dwoje zostali uwięzieni w dziurze, i nic im innego nie pozostało, jak tylko wyczekiwać ratunku.

  Turkuciowe dzieci ze współczuciem patrzyły na Siedmiokropkę i na Skarabeusza. I gdy stwierdziły, że Siedmiokropka czuje się już dużo lepiej, to ich uwaga skupiła się na Skarabeuszu, ale on milczał jak zaklęty i nic nie chciał mówić. Chwilę pomilczeli wszyscy. Ale ciekawska Turkusia w końcu nie wytrzymała i odezwała się pierwsza:

  - Ja nazywam się Turkusia, a to mój brat Turkuś, jesteśmy dziećmi burmistrza Turkucia Podjadka i mieszkamy, o, tam, gdzie łąka łączy się z lasem. Tam jest właśnie nasza piękna Turkućlandia...

  - Coś ty powiedziała?! - Skarabeusz głośnym krzykiem przerwał Turkusi, a że głos miał potężny, okropnie ją wystraszył. Ale po chwili, łagodnym już głosem zapytał jeszcze raz: - Coś ty powiedziała? Czy ja dobrze usłyszałem? Tam jest Turkućlandia?

  - Tak, dobrze usłyszałeś - za siostrę odpowiedział Turkuś. - My pochodzimy z Turkućlandii.

  - Hurrra! Więc Bocian Klekotek mnie nie oszukał... Hurra! - wołał wyraźnie uradowany Skarabeusz. - Przepraszam was moi kochani, jestem okropny. Zamiast wam podziękować za ratunek, to ja zachowuję się jak ostatni gbur. Wybaczcie staremu. Byłem tak przygnębiony, że nie mogłem znaleźć Turkućlandii, że już myślałem nawet, iż mój przyjaciel Klekotek, z którym przyleciałem na wasze ziemie, mnie okłamał. Otóż Klekotek zostawił mnie na tej łące i powiedział, że gdzieś tu nie daleko musi być ta wspaniała kraina. Szukałem jej przez dwa dni i nie mogłem znaleźć. A potem jeszcze ten wypadek w dziurze, do której wpadłem, łamiąc sobie nogi. I tego jakby było mało, to na dodatek uszkodziłem Biedronce skrzydełko. Ojoj, ojoj... tego wszystkiego naraz było za dużo dla mnie starego, no i załamałem się. Ale teraz widzę, że zupełnie niepotrzebnie, bo przecież los mi sprzyja. Pomijając moje złamane nogi i uszkodzone skrzydełko Biedronki, wszystko inne jest wspaniałe. Mój kochany przyjaciel Klekotek, dalej będzie moim przyjacielem, a ja znajduję się w pobliżu Turkućlandii... Hura! Hurrrra!!!

  - A powiedz nam Skarabeuszu, co cię przywiodło w nasze strony - zapytała zaciekawiona Turkusia.

   Skarabeusz zaczął opowiadać jak to jego przyjaciel, Bocian Klekotek, mówił mu kiedyś, że na ziemiach, gdzie on co roku na wiosnę się udaje, widział przepiękną krainę o nazwie Turkućlandia. Klekotek opowiadał mu o wspaniałych i okazałych zamkach z szyszek, o tunelach łączących podziemia zamkowe, o dobrych i serdecznych obywatelach Turkućlandii i wreszcie o bardzo mądrym i sprawiedliwym burmistrzu tej krainy. A że Skarabeusz też był burmistrzem afrykańskiej krainy - Czarnolandii, bardzo chciał poznać burmistrza Turkućlandii i jego Turkućlandię. Chciał po prostu wymienić z nim swoje doświadczenia i nauczyć się od niego tych wspaniałych rzeczy związanych ze wznoszeniem pięknych szyszkowych zamków i budową podziemnych tuneli. Marzył, by się zaprzyjaźnić z tym tak prawym i mądrym burmistrzem, o którym aż w odległej Czarnolandii wspaniałe wieści krążą. Chciał pobyć z nim aż do jesieni, kiedy to jego przyjaciel, Bocian Klekotek, będzie wracał do ciepłej Czarnolandii na zimę. Wtedy Skarabeusz zamierzał znów na jego wygodnym grzbiecie udać się w powrotną drogę. I wrócić do swojej krainy, bogatszym o przyjaźń i nowe doświadczenia.

  Turkusi i Turkusiowi bardzo przyjemnie słuchało się opowieści starego Skarabeusza, tym bardziej że tyle dobrego powiedział na temat ich ukochanego ojca i ich wspaniałej Turkućlandii, którą również ogromnie kochali.

  Atmosfera wśród leżących na kępce trawy zrobiła się tak sympatyczna, że turkuciowe dzieci wraz ze Siedmiokropką, zaczęły wypytywać Skarabeusza o jego Czarnolandię, jak i również  o jego podróż z dalekich stron na grzbiecie Bociana Klekotka. Skarabeusz bardzo chętnie opowiadał, bo to był dla niego też bardzo miły temat do opowieści. Opowiadał więc... i opowiadał. I nawet nie zauważył, kiedy wszyscy usnęli. Uśmiechał się sam do siebie, widząc ich błogie miny. A że sam również poczuł się bardzo zmęczony, więc też zapadł w głęboki... i długi sen.

  Wszystkich śpiących na kępce trawy obudziły dopiero głośne nawoływania i chrzęst deptanej zeschłej trawy. Turkusia i Turkuś zerwali się na równe nogi. Przed sobą zobaczyli ogromną część turkuciowego społeczeństwa, z rodzicami i ich wspaniałym gościem z Konikburga na czele.

  Przerażenie - z jednej strony, radość - z drugiej... Dwa odmienne uczucia mieszały się ze sobą przez jakiś czas. Wreszcie burmistrz Turkuć Podjadek pierwszy odzyskał rezon. Doskoczył do dzieci i nakazał im natychmiast wytłumaczyć się z tego co tu się stało. Turkuciowe dzieci opowiedziały cały przebieg wydarzeń, a kiedy skończyły, przedstawiły wszystkim Skarabeusza i Siedmiokropkę. No i wtedy, wszyscy przybyli zaczęli bić im brawo.

  - Jestem z was dumny! - przekrzykiwał oklaski burmistrz Turkuć Podjadek. - Zuchy dzieci! Turkuciowe zuchy!

  - Turkuciowe zuchy! Turkuciowe zuchy!!! - skandowało turkuciowe społeczeństwo wraz z gościem z Konikburga. - Hura! Hurra!!! Niech żyje turkuciowe społeczeństwo! Niech żyje burmistrz Turkuć Podjadek! Niech żyje burmistrz Żuk Skarabeusz! Niech żyje burmistrz Konik Polny! Niech żyje Biedronka Siedmiokropka! Hura! Hurra! Hurrrra!!!

   I wszyscy razem, bardzo już szczęśliwi, ruszyli w stronę Turkućlandii, niosąc na skleconych naprędce noszach obolałego jeszcze, ale już ogromnie zachwyconego Skarabeusza oraz szeroko uśmiechniętą Siedmiokropkę.

 

 

                                                                                                 K O N I E C



komentarze (5) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Dobroczynna zabawa Tupliczków

sobota, 08 sierpnia 2009 9:02

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

 
 
 
 
Dobroczynna zabawa
Tupliczków

 

 

  - Tulcia, a ty czemu budzisz się z taką wesołą miną? - spytał Tulcio siostrę, nachylając się nad jej łóżeczkiem. - Dlatego, że dzisiaj jest sobota?

  - Dlatego... i jeszcze dlatego, że miałam piękny sen - odpowiedziała Tulcia.

  - Aaaa...! To melduj zaraz... jaki sen...? - zainteresował się Tulcio.

  - Poczekaj no! Muszę sama najpierw pozbierać myśli i dokładnie sobie przypomnieć - odpowiedziała Tulcia i błędnym wzrokiem popatrzyła na brata, ale ciągle się uśmiechając. - Opowiem ci po śniadaniu.

  Kiedy siedzieli już po śniadaniu na dworze, na ławeczce przed domem, Tulcia zaczęła opowiadać:

  - Śniła mi się piękna zabawa...

  - No, domyślam się... Skoro sen był piękny, to i zabawa musi być piękna... ale jak piękna? Z wyglądu? Czy może... ze smaku? - przerwał jej zniecierpliwiony Tulcio.

  - Piękna... w ogóle... i koniec! A ty mi nie przerywaj, bo nigdy ci nie opowiem! - Tulcia naskoczyła na brata, ale widząc jego proszące spojrzenie postanowiła kontynuować opowiadanie snu. - Do zabawy potrzeba dużo dzieci. Wszystkie ustawiają się w kole z wyciągniętą do tyłu lewą ręką. Podchodzę do każdego i wkładam mu do ręki jeden guziczek. Nikt nie może podglądać, jakiego koloru jest ten guzik. A będą one różnego koloru. Tylko jeden będzie czerwony, który wygrywa, i czarny, który przegrywa. Potem dzieci głośno wypowiadają formułkę gry i guziczki krążą w obrębie koła, ale tylko po zewnętrznej, tzn., że dzieci podają guziczki - za plecami. Każde dziecko, otrzymany ode mnie guziczek, podaje dziecku stojącemu po lewej stronie. Dostaje natomiast guziczek do prawej rączki, od innego dziecka stojącego po jego prawej stronie. Przekłada ten guziczek (za plecami oczywiście), do lewej rączki i znów podaje... itd. Przy czym, dzieci ciągle recytują wyuczoną formułkę i jednocześnie przytupują nóżkami w miejscu, albo przestępują z nogi na nogę, w kierunku ruchu wskazówek zegara lub na odwrót. Mogą też wykonywać dowolne ruchy. Ważne, by przy tej zabawie, trochę się pogimnastykować. Następnie kiedy dzieci, zgodnie z treścią formułki, krzykną: „Stop" - wszystkie zatrzymują się i wyciągają prawą rękę przed siebie i pokazują w jakim kolorze mają guziczki. Ten, kto ma czerwony - wygrywa - ma prawo wypowiedzieć jedno życzenie. Ten, kto ma czarny - przegrywa - musi to życzenie spełnić. A potem spisuje się na kartce papieru, imię tego, co wygrał i treść jego życzenia oraz imię tego, co przegrał i życzenie to musi spełnić. Dziecko, które wygrało rozpoczyna kolejną zabawę. Zbiera od wszystkich dzieci guziczki, wrzuca do kubeczka i dokładnie je miesza. Potem rozdaje guziczki, znów ustawionym w kole dzieciom, wkładając każdemu jeden guziczek do lewej rączki. Samo nie bierze tym razem udziału w grze. Pilnuje tylko, aby gra przebiegała prawidłowo, i na koniec gry, spisuje na tej samej kartce, tak samo, imię wygrywającego, jego życzenie oraz imię przegrywającego. I włącza się już do następnego obiegu guziczków, czyli do następnej gry... No i co, fajna zabawa, Tulcio? - zakończyła pytaniem swoje opowiadanie Tulcia.

  - Hmm...! Czy ja wiem...? A jakie życzenia dzieci mogą wypowiadać? - pytaniem na pytanie odpowiedział Tulcio.

  -  No,  realne... do spełnienia.  A  nie  jakieś  tam... wydumane - odpowiedziała Tulcia po chwili namysłu.

   - No dobra! Niech będzie! Bawimy się! Zwołujemy dzieci... Ty, zaraz...  a guziczki  skąd? - zastanowił  się  nagle  Tulcio, hamując przypływ entuzjazmu.

  - Spokojna twoja głowa! Już przed śniadaniem poprosiłam o nie mamusię i ona dała mi pełny kubeczek różnokolorowych guziczków -Tulcia uspokoiła brata.

  - Halo, halooo...! Tupliczki...! Chodźcie tu do nas! Mamy dobry pomysł - wydzierał się na całe gardło Tulcio. - Halo! Zbiórka tupliczków!

  Zewsząd zaczęły nadciągać tupliczki. Ustawiały się naprzeciw Tulci i Tulcia i z bardzo zaciekawionymi minami, spoglądały na rodzeństwo Tulbunków.

  - No, gadajcie, coście wymyślili, bo nudzimy się jak „stare mopsy" - zagaił najstarszy z tupliczków.

  - Poczekajcie... poczekajcie! Tylko was zliczę - rzekła Tlunia  i zaczęła szybko liczyć przybyłe dzieci. - No, wspaniale! Czternaścioro dzieci. Z nami szesnaścioro... Guziczków chyba wystarczy.

  Tlunia jeszcze raz zerknęła do maminego, guzikowego kubeczka. A kiedy zawartość kubeczka uspokoiła ją, zaczęła opowiadać tupliczkom o nowej zabawie i jej regułach. Nie przyznała się tylko, że ta zabawa jej się przyśniła. Tego, dzieci nie musiały odrazu wiedzieć. Gdy skończyła opowiadać, popatrzyła z ciekawością na ich miny. A miny tupliczków były różne. Jedne były zadowolone z nowej zabawy, inne tylko zaciekawione, a jeszcze inne - a tych było więcej - nie bardzo zainteresowane.

  - Na tulpika! Nie róbcie takich min! - zawołał ten sam najstarszy tupliczek. - A co nam szkodzi spróbować?! Może akurat będzie tulpikowo...?!

  - Właśnie!!! - podchwyciła szybko Tulcia i zaczęła pośpiesznie ustawiać dzieci w kole, i uczyć ich jednocześnie słów zabawy.

  W końcu  wszystko  było już przygotowane do zabawy. Tulcia rozdała wszystkim dzieciom guziczki (oczywiście - od tyłu), i zabawa miała już ruszyć, gdy nagle Tulcio opuścił koło i doskoczył do siostry.

  - A ty co? Wymyśliła... i nie gra? - zapytał niepewnym głosem i popatrzył na Tulcię spod oka.

  - Gra, gra! Tylko zanim zabawa nabierze rozmachu i dzieci pokapują, o co chodzi, muszę dopilnować jej przebiegu, nie? - skwitowała nastroszona z lekka Tulcia. - Kto zna najlepiej zasady gry, jak nie ja?

  - Aaa... a to niezaprzeczalne, że ty. Masz rację - ze skwaszoną miną odrzekł Tulcio i poczłapał do koła.

  - Słuchajcie dzieci! W tej grze, ja nie biorę udziału. Będę czuwać nad jej przebiegiem - głośno zakomunikowała Tulcia. - I jeszcze jedno! W tej grze, czerwony guziczek nie będzie krążył, gdyż ja go mam. Myślę, że się ze mną zgodzicie, że ja, jako pierwsza, powinnam go mieć. Nie wywęszyłam tu dla siebie żadnego interesu (tu: wymownie popatrzyła na brata), tylko uważam, że powinnam do końca pokazać wam zasady tej gry, w kwestii wypowiadania życzeń również. No co, zgadzacie się?

  - A tam...! A niech ci Tulcia będzie!!! - wrzasnęły tupliczki prawie jednocześnie. - Grajmy już! Grajmy!!!

 

   No i zabawa ruszyła:

 

 

Jesteśmy Tupliczki

I gramy w guziczki.

Guziczków mamy wiele...

Więc grajmy przyjaciele!

 

W lewej ręce guzik masz,

Do prawej ręki mi dasz.

Z prawej, do lewej przekładamy

I następnemu - damy.

 

Gra szesnaścioro Tupliczków,

Więc tyle guziczków

Krąży z nami w koło,

A my liczymy - wesoło:

 

Jeden, dwa, trzy, cztery... itd. (w zależności od ilości dzieci można liczyć od 1-...

                                                     - dowolną ilość razy).                                                                                                                                                                                                                                                                                                                  

Guziczki różne podajemy.

W jakim kolorze - nie wiemy.

Lecz teraz wołamy: STOP!!!             (Obieg guziczków się zatrzymuje).

Prawa ręka - przed siebie - HOP!!!  (Dzieci wyciągają prawe rączki do przodu,

                                                                 nie pokazując  jednakjeszcze  

                                                                swoichguziczków).                                                                         

Czerwony wygrywa,

Czarny przegrywa.

Czerwony - ma życzenie,

Czarny - jego spełnienie.

 

Prawe dłonie otwieramy...

Jakiego koloru guziczki mamy?  (Dzieci pokazują w jakim kolorze 

                                                             mają guziczki).       


 

  Tupliczki były bardzo rozbawione, ale posłusznie otworzyły swoje dłonie i zaczęły ciekawie spoglądać po sobie. Kto też ma - czarny guziczek? Kto będzie musiał spełnić Tulci życzenie?

  Pierwszy obieg guziczków zakończył się. Zabawa tupliczków przebiegała prawidłowo. Tulcia nie kryła zadowolenia.

  - No dzieci, było wspaniale, prawda? - spytała, a widząc radosne miny tupliczków, zaraz dodała drugie pytanie. - Proszę teraz powiedzieć, kto z was, ma czarny guziczek?

  - No kto...? Ja... Przegrany-Tulcio-Pechowiec! - z niezbyt zadowoloną miną zakomunikował Tulcio. - Nic tu Tulciu nie pokombinowałaś? 

  - No wiesz! Jak możesz?! - odrzekła zniesmaczona Tulcia. - Ani teoretycznie, ani, tym bardziej praktycznie, jest to niemożliwe. To  czysty przypadek.

   - Już dobra! Wypowiadaj to swoje życzenie - odparł udobruchany już Tulcio.

  - Moim życzeniem jest, abyś dzisiaj przez godzinę, robił to samo co ja - jednym tchem wypowiedziała Tulcia swoje życzenie i popatrzyła jakoś niepewnie na brata.

  - Ale wymyśliła...! Ale co mam robić?! - zapytał siostrę z lekka zaniepokojony Tulcio.

  - Och, Tulcio! Po prostu... to samo co ja, nic więcej - odparowała Tulcia bratu.

  - W porządku już! Godzinę wytrzymam - zgodził się w końcu Tulcio. - Zapisuj już na tej kartce co trzeba.

  Po chwili wszystko już było zapisane i dzieci znów ustawiły się w kole do następnego obiegu guziczków. Tym razem już Tulcia puściła w obieg czerwony guziczek, na co dzieci zareagowały bardzo radośnie i z jeszcze większą ochotą przystąpiły do dalszej zabawy. Po każdym, zakończonym obiegu guziczków, tupliczki z czerwonymi guziczkami w rączkach, wypowiadały swoje życzenia. A życzenia były przeróżne. Jedne życzyły sobie, dostać jakieś łakocie... inne... żeby ich ponosić na baranach... jeszcze inne... żeby w ich imieniu pokazać język zarozumiałej koleżance... albo... zagrać na nosie nieznośnemu koledze... albo...nazbierać koszyczek poziomek... itp. życzenia. Tupliczkom tak bardzo przypadła do gustu ta nowa zabawa, a zwłaszcza wypowiadanie życzeń, że nie chciały zabawy przerywać. Ale kiedy guziczki już w szesnastej grze obiegły koło, Tulcia zdecydowała zakończyć zabawę w tym dniu.

  - Słuchajcie! Na dzisiaj wystarczy, bo widzę, że kartka życzeń już cała zapisana - ogłosiła i dodała: - A i wy, jesteście już mocno zasapani tą gimnastyką. Przechodzimy teraz, do realizacji życzeń.

  - Huraaa! Zaczynamy! - wrzasnęły uradowane tupliczki.

  - Tak, zaczynamy spełnianie życzeń! Ale po kolei... ma się rozumieć - szybko dodała Tulcia. - Zaczynamy od pierwszego życzenia spisanego na kartce, a potem następne... i następne... itd. I wszystkie dzieci będą uczestniczyć w spełnianiu każdego życzenia.

  Dzieci przystąpiły więc do spełniania pierwszego życzenia, a że było to życzenie Tulci, to Tulcia zażyczyła sobie, aby jej brat poszedł za nią, tam, gdzie ona idzie. Wszystkie tupliczki, miały im oczywiście towarzyszyć. Zaszli całą gromadą pod las, gdzie stała stara chatynka, starej babki Tuplimczychy. Babka mieszkała w niej sama, od zawsze. Wśród wielu tupliczków budziła lęk, bo niektórzy mówili, że ona zajmuje się czarami. Kiedy więc Tulcia powiedziała, że to tu Tulcio będzie spełniał jej życzenie, wystraszyły się, nie na żarty.

  Tulcio jednak, nie chciał się skompromitować, ani przed siostrą, ani też, tym bardziej przed dziećmi. Pomaszerował więc posłusznie za siostrą do wnętrza chatynki.

  Wszystkie dzieci zaś, zatrzymały się na podwórku, wystraszone, ale też, bardzo zaciekawione - co będzie dalej?

  Dzieci stały już tak dobrą chwilę i pomału zaczynały się niecierpliwić, kiedy uszu ich, dobiegł głośny śmiech rodzeństwa Tulbunków. Ciekawość wzięła górę nad strachem, podeszły bliżej do okna chatynki i... oniemiały z wrażenia. Zobaczyły jak Tulcio z dużą miotłą zamiata podłogę, a Tulcia ją myje. Babka Tuplimczycha natomiast, siedzi w fotelu i coś im opowiada, a rodzeństwo - co rusz - bucha gromkim śmiechem. Albo woła: „Ach!", to znów: „Och!". Ojejej! - też się im parę razy wykrzyczeć zdarzyło. Co to ma znaczyć? Pod oknem tupliczki coraz bardziej zaciekawione, zaczęły się przepychać jeden przez drugiego, aby jak najwięcej zobaczyć, co też tam się dzieje w środku. Po jakiejś chwili, zobaczyły jak Tulcia i Tulcio siedzą przy dużym stole w kuchni, a do ich wrażliwych nozdrzy dotarł bajeczny zapach smażonych racuszków. Tego było już za wiele! Wszystkie, jak jeden tupliczek, wparowały do środka i stanęły jak wryte, przestraszone swoją odwagą. Gdy zobaczyły jednak uśmiechniętą twarz babki, strach ich opuścił. Z zaciekawieniem zaczęły się rozglądać po wnętrzu schludnej chatynki.

  Babka Tuplimczycha zaprosiła wszystkie dzieci do stołu i z uśmiechem poprosiła, aby częstowały się racuszkami. A tego tylko tupliczkom trzeba było. Uszczęśliwione zasiadły natychmiast do okrągłego, kuchennego stołu i zabrały się ochoczo za pałaszowanie pyszności. A babka w międzyczasie opowiadała im przepiękne stare baśnie i bajki. Opowiedziała im nawet parę śmiesznych dowcipów.

  Tupliczki były wniebowzięte, że ktoś znalazł dla nich czas, i im tak pięknie opowiadał. A na koniec, trzymając się za obolałe brzuchy, zastanawiały się głośno, czy brzuchy bolą ich z powodu łapczywego jedzenia, czy może ze śmiechu. A przy tym głośnym zastanawianiu, rechotały się jeszcze głośniej.

  Kiedy po wspaniałej uczcie, wszystkie dzieci opuściły już chatynkę i maszerowały raźnie wraz z rodzeństwem Tulbunków w stronę Tupliczkowa, jedno przez drugie, zaczęły głośno wyrażać swój zachwyt nad wszystkim, co w chatynce babki Tuplimczychy zobaczyły, usłyszały, i nad tym, co się tam wydarzyło.

  - Widzicie, toż to wspaniała starowinka! - przekrzykiwał wszystkich najstarszy z tupliczków. - Co też za brednie ludzie o niej opowiadają?! Na jej „cześć", rezygnuję ze swojego życzenia. Tulcia, skreślaj mnie z kartki!

  - Mnie też...! Mnie też! - głośno domagały się tupliczki.

  - Nasze życzenia są nie wiele warte - oznajmił jeszcze najstarszy z tupliczków, i dodał: - Teraz, naszym życzeniem będzie pomagać starszym i potrzebującym. Przynajmniej raz w tygodniu będziemy chodzić do babki Tuplimczychy, aby jej pomagać. A w naszą nową zabawę, dalej będziemy się bawić, tyle, że będziemy wypowiadać mądrzejsze życzenia.

  - Brawo! Brawo! Brawoooo! Mądrze gada! - krzyczały rozentuzjazmowane tupliczki.                                          

  Tulcia, która wraz z Tulciem, trzymała się do tej pory trochę na uboczu całej grupy i przysłuchiwała się tupliczkom, z szerokim uśmiechem puściła oczko do brata. Tulcio odpowiedział jej tym samym. Pokazał jej jeszcze podniesiony do góry kciuk, na znak: „dobrej roboty", i dołączył do uradowanych dzieci.

  Tulcia była zdumiona, ale przede wszystkim, bardzo szczęśliwa, że jej sen się spełnił, i to aż tak. - „Co za sen...? Co za piękny sen?    A jawa...? Jawa jeszcze piękniejsza" - pomyślała, i pomaszerowała za całą grupą radosnych tupliczków, drąc kartkę z życzeniami na drobniutkie kawałeczki.

                                                                                                   

                                                   K O N I E C



komentarze (8) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Przygoda Misia Bary-Baryłki

środa, 05 sierpnia 2009 15:08

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

 

 

 

Przygoda

Misia Bary-Baryłki

 

 

   W lesie robiło się coraz ciemniej, a mały miś Bary ciągle siedział na skraju lasu i nie wiedział co ma ze sobą począć. Siedział już tak dobrą chwilę, zrezygnowany i coraz bardziej zły na siebie, że się zagapił i nie zauważył, w którą stronę poszła jego mama i jego dwóch starszych braci.

   - No masz, zagapiłem się jak ta ostatnia gapa i teraz mam za swoje - mówił sam do siebie i rozglądał się wylękniony dookoła.

   Mama często nazywała go gapą. Bary jednak uważał, że to nieprawda, do tej pory przynajmniej. - „Jestem tylko świata ciekawy" - mawiał do mamy. Ale teraz? Teraz sam już nie był pewien czy przypadkiem mama nie ma racji. Bo przecież ponaglała go i jego braci Memka i Artka, aby przyśpieszyli kroku. Przestrzegała, że ciemna nocka tuż, tuż, a do domu jeszcze kawał drogi. Ale jemu zachciało się akurat obserwować pracujące mrówki na olbrzymim kopcu. Kiedy go mama jeszcze raz ponagliła, oderwał się już nawet od kopca i pomaszerował za nią i braćmi, co z tego, jak po kilkunastu krokach coś go podkusiło i poczłapał z powrotem, aby choć malutką jeszcze chwilkę popatrzeć na mrówki-pracusie. Zaraz chciał ich dogonić. Nie spostrzegł się jednak, że ta „chwilka" zrobiła się taka długa, bo jak chciał już dołączyć do mamy, to nigdzie jej nie było, braci też.

   - No i nie gapa ze mnie?! I co ja teraz zrobię?! - pytał się sam siebie, przestraszony już nie na żarty. I nagle... podskoczył z przerażenia, bo za swoimi plecami usłyszał trzask łamanych gałęzi. Odwrócił się momentalnie i skulił w sobie. Oczami wyobraźni widział już srogiego wilka wyłaniającego się z krzaków. Bał się popatrzeć w tamto miejsce.

   - Czy to ty, misiu Baryłko? Co ty tu robisz sam, i to o tej porze? -spytała Sarenka, która nadeszła akurat od strony gęstych krzewów.

   - Tak, to ja, miś Bary! - szybko odpowiedział misiu, uspokojony widokiem Sarenki. Puścił nawet mimo uszu tego „Baryłkę", chociaż nie bardzo lubił być tak nazywanym (wiedział, że to przez jego dość pokaźny brzuszek, tak go niektórzy zwą). Poczuł nagle wielką potrzebę wyżalenia się przed kimś, dlatego zaraz dodał: - Oj, Sarenko, nawet nie pytaj, po prostu się zgubiłem i nie wiem jak znaleźć mamę. Wracałem z nią, z Memkiem i Artkiem od naszych zaprzyjaźnionych  Pszczółek z kubełkami miodu i... straciłem ich z oczu.

   - Nie bój się! Chodź za mną. Razem nam się uda znaleźć twoją mamę - Sarenka uspokoiła misia, przejęta jego losem.

   Długo tak wędrowali w ciemnościach po lesie i jakoś nie umieli znaleźć właściwej drogi do domu misia Bary. Odczuwali już coraz większe zmęczenie. Przysiedli więc pod drzewem, aby choć trochę odpocząć.

   - Rrrety! A to co za numerrr!!! - zaskrzeczał ktoś wysoko na drzewie. - Chcę spać, a wy mi przeszkadzacie.

   - A, to ty Sroko! - powiedziała uspokojona Sarenka, tuląc do siebie wystraszonego Bary. - Nie bądź na nas zła, tylko nam pomóż. Miś Baryłka się zgubił i trzeba go zaprowadzić do domu.

   - A to ci numerrr!!! - zaskrzeczała znów Sroka, pożądliwie łypiąc czarnym okiem na srebrną obrożę, jaką miś miał na szyi. - Pomogę, ale on musi mi za to dać to błyszczące cacko, co ma na sobie.

   - Jak ci nie wstyd Sroko?! - pisnęła rozgniewana Sarenka. - Czy zawsze musisz być taka łakoma na wszystko co się świeci? Nawet teraz, gdy ktoś inny cierpi? Wstyd mi za ciebie!

   - No, już dobrrra! - zaskrzeczała Sroka troszeczkę tylko zawstydzona. - Innym razem poproszę misia Baryłkę o te śliczności błyszczące. A pomóc wam nie mogę, bo sama nie wiem jak.

   - Huhuu! Huhuu! Huhuuuuu!!! - rozległo się przerażająco głośno, gdzieś wysoko ponad drzewami. Głośno, coraz głośniej, aż obudziło uśpione nocą Echo. A Echo? Jak to Echo, choć nieco zaspane, z wielką przyjemnością odpowiedziało jeszcze głośniej, jeszcze bardziej przerażająco.

  Tego wszystkiego było już za wiele dla misia Bary. Był tak wystraszony, że w mgnieniu oka wdrapał się na drzewo, i dygocząc na całym ciele, rozpłaszczył się na grubej gałęzi, tuż obok Sroki.

   - A to ci numerrr! Ale się spietrał! Taki gruby, a tak szybko wdrapał się na drzewo - skrzeczała Sroka, trzęsąc się na całym ciele podobnie jak miś Bary, tyle że ze śmiechu.

   - Cicho bądź! Ty niedobra Sroko! Miś Baryłka jest jeszcze malutki, i w nocy, o tej porze, zawsze śpi. Nie może więc znać nocnych odgłosów lasu - wykrzyczała zdenerwowana Sarenka, i zwracając się już do misia powiedziała uspokajająco: - Nie lękaj się. To Sowa nadlatuje, a ona jest bardzo mądra i dobra, no i w ciemnościach widzi najlepiej z nas wszystkich. Na pewno nam pomoże.

   - Huhuuu! Huhuuu! - rozległo się jeszcze raz, ale jakoś już ciszej oraz mniej przeraźliwie... i wielka Sowa wylądowała obok Sarenki. - Widzę już widzę, że coś nie tak. Nikt z was nie śpi, tylko wszyscy biegają po lesie. Co się stało? - spytała z troską w oczach.

   - Och, droga Sowo! Miś Baryłka zgubił się i nie możemy znaleźć drogi do jego domu - odpowiedziała natychmiast Sarenka.

   - Zaraz, zaraz... jak powiedziałaś...? Baryłka? - spytała mądra Sowa z wyrazem zastanowienia w swoich wielkich oczach. - Właśnie przed chwilą widziałam, jak dwa małe misie ze swoją mamą Misiową, biegały z latarkami po lesie i głośno śpiewały coś w rodzaju: „Bary-Baryła-Baryłka, Bary-Baryła-Baryłka..."

   - Ojej, oni nie śpiewali, oni mnie wołali! To na pewno był Memek, Artek i moja kochana mama - prawie krzycząc z radości, miś  Bary szybko zsunął się z drzewa, stanął przed Sową i ośmielony już, dodał: - Bo ja nazywam się Bary... no, czasami Baryła, albo Baryłka.

   Miś sam nie mógł w to uwierzyć, że przeszło mu przez gardło to, co przed chwilą powiedział Sowie. - „To chyba ze zmęczenia" - pomyślał. Ale zaraz przyszła mu do głowy druga myśl: - „To nie jest ważne. Ja chcę do mamy! I to jest najważniejsze".

   - Za mną!!! - huknęła głośno Sowa. - Będę nisko frunęła, abyście mnie dobrze widzieli. Zaraz ciebie misiu Baryłeczko doprowadzę do twojej mamy - dodała jeszcze i ze współczuciem popatrzyła na misia.

   Ruszyli więc wszyscy za Sową. Miś Bary biegł pierwszy. Pod wpływem emocji, jakie nim zawładnęły, czuł że nowe siły w niego wstąpiły. Wkrótce zobaczy przecież mamę. Za nim biegła Sarenka, niosąc na grzbiecie Srokę, która była zbyt zmęczona, aby latać po nocy, ale też zbyt ciekawa, aby nie widzieć dalszego ciągu poszukiwań.

   Po półgodzinnym prawie biegu, oczom wszystkich ukazały się tańczące w ciemnościach światełka latarek. Miś Bary zaczął biec jeszcze szybciej.

  - Mamo! Memek! Artek! To ja... Tu jestem!!! - wrzeszczał na całe gardło, nie przejmując się tym, że Echo strasznie go przedrzeźniało. Podbiegł do mamy, wtulił się w jej mięciutkie objęcia i ze łzami w oczach wysapał: - Przepraszam mamo! Masz rację. Jestem gapą... i to nawet wielkim...

   - Och, ty mój kochany Baruniu - łkając, ale ze szczęścia, powiedziała mama Misiowa, nie przestając tulić i całować swojego syneczka. A po chwili dodała: - Tym razem, to ja też byłam gapą. Byłam tak zajęta przeliczaniem w myślach naszych zapasów miodu na zimę, że nie dopilnowałam ciebie.

   - No już dobrze, mamo! Wszystko dobre, co się dobrze kończy! -  Memek głośno wydukał starą, maminą maksymę i cmoknął brata w czółko. - Chodź, ty Baryło, to cię zaniosę na barana do domu.

   - Ja też chcę Baryłę trochę ponosić! - krzyknął Artek i wycelował mu w policzek siarczysty całus.

   Wszyscy jednocześnie zaczęli się radośnie i głośno śmiać. Aż się Echo zasapało... Rozbudzone już całkowicie ze snu, musiało się ciężko napracować, aby nadążyć z powtórzeniem tej kanonady śmiechu.

   Kiedy się przestali śmiać, bo ich już wszystkich brzuszki bolały, Mama Misiowa serdecznie podziękowała Sowie i Sarence, a nawet Sroce, za to że pomogli jej syneczkowi. W końcu się rozstali i każdy poczłapał do swojego domu.

   Miś Bary nie zdążył nikomu podziękować ani też skorzystać „z barana" braci, gdyż zapadł w głęboki sen, wtulony w maminych ramionach. Czuł się już tak spokojnie i bezpiecznie, że z rozkoszą usypiał. Zdążył tylko jeszcze pomyśleć: - „Nie ma to jak u mamy". - I była to ostatnia myśl, jaka przeleciała mu po główce, a którą na pewno zapamięta na zawsze.

 

                                                                     K O N I E C



komentarze (2) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Przygotowania do wizyty gościa

niedziela, 02 sierpnia 2009 10:48

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

  

 

Przygotowania

do wizyty gościa

 

 

   W krainie tupliczków od kilku dni wielkie poruszenie. Pan burmistrz Tulbunk zaprosił z wizytą swojego starego przyjaciela, który pełnił również funkcję burmistrza, ale w odległym Tuplaszewie.

  Wszystkie tupliczki zajęły się wielkimi porządkami. Tupliczków lśnił czystością. Burmistrz Tulbunk był zadowolony. Z dumą mógł oprowadzić przyjaciela po swojej krainie. A i w domu burmistrza, jak na wzór tupliczkowy przystało, czyściutko, pachnąco, kolorowo. Bo co tu dużo ukrywać, burmistrz chciał się również pochwalić przed przyjacielem swoją wspaniałą, ukochaną rodzinką.

  Pani burmistrzowa Tulbunkowa była bardzo dobrą gospodynią. Nagotowała wiele przysmaków i napiekła mnóstwo przeróżnych ciast. Ale zapragnęła jeszcze upiec torcik poziomkowy. Do przybycia gościa zostało jeszcze 4 godziny. Była pewna, że zdąży w porę upiec - „palce lizać"- torcik. Wysłała więc swoje dzieci do lasu po poziomki.

   Dzieci z ochotą przyjęły to zadanie do wykonania, bo poziomki kojarzyły im się z oznaką nadchodzących wakacji. Zabrały więc z domu dwa koszyczki i radosne pomaszerowały w kierunku pobliskiego lasku by szukać nagrzanych cieplunim słoneczkiem skarp, albo wzniesień, gdzie ich zdaniem musiałoby być aż czerwono od dorodnych poziomeczek..., bo wakacje - to piękna rzecz!      

 - Tluniu, ty patrz w lewo, a ja w prawo - zakomenderował Tlunio, gdy znaleźli się już w głębi lasu.

  - No dobra... Niech ci będzie - zakomunikowała Tlunia i zaraz dodała: - Ale jak ja pierwsza znajdę czerwone miejsce, to będę miała prawo zjeść dwie garście poziomek, a ty mi potem pomożesz nazbierać pełny koszyczek. Tak?

   - Na tulpika! Że ty też wszędzie wywęszysz dla siebie jakiś interes! - odparł Tlunio ze zniesmaczoną miną. - Ale niech tam... dam ci te fory, bo jesteś babą... to znaczy, dziewczyną. A teraz już zamknij buzię i skup się, to jest, zaglądaj jak „sroka w kość" za każdą, nawet najmniejszą poziomeczką.

   Tluniowi chciało się śmiać z siostry. Był pewien, że to jemu pierwszemu uda się zauważyć soczystą czerwień poziomek. Już otwierał buzię do gromkiego śmiechu, gdy nagle śmiech zamarł mu na ustach... Usłyszał gdzieś w oddali żałosny jęk jakiegoś zwierzęcia. Złapał siostrę za rękę, i szybko pobiegli w tamtym kierunku.

   Ich oczom ukazał się straszliwy widok. W sidłach kłusowniczych leżała zakrwawiona i spłakana mała sarenka. Tlunio i Tlunia natychmiast rzucili się z pomocą i ratunkiem. Zaczęli mocno szarpać zębatymi sidłami, przypominającymi olbrzymią paszczę rekina.

  - Na tulpika powonienie!!! Tulcia, ty szarp na dół, a ja do góry - wrzeszczał przejęty Tulcio. - Na trzy... ! Jeszcze raz...!

  Tak długo walczyli z paszczą rekina, że zupełnie stracili rachubę czasu. I kiedy w końcu udało im się wyzwolić obolałą sarenkę i opatrzyć jej rany liśćmi babki lancetowatej, dopiero wtedy poczuli ogromne zmęczenie. Padli więc we trójkę na miękki mech i zapadli w głęboki i długi sen.

  Obudziło ich głośne nawoływanie i trzask deptanych gałęzi. Zerwali się na równe nogi. Przed sobą zobaczyli ogromną część tupliczkowego społeczeństwa, z rodzicami i ich gościem z Tuplaszewa na czele.

  Przerażenie - z jednej strony, radość - z drugiej... Dwa odmienne uczucia, mieszały się ze sobą przez jakiś czas. Wreszcie burmistrz Tulbunk pierwszy odzyskał rezon. Doskoczył do dzieci i nakazał im natychmiast wytłumaczyć się z tego, co tu się stało. Dzieci dokładnie opowiedziały cały przebieg wydarzeń, a kiedy skończyły, wszyscy zaczęli bić im brawo.

  - Jestem z was dumny! - przekrzykiwał oklaski burmistrz Tulbunk. - Zuchy dzieci! Tupliczkowe zuchy!

  - Tupliczkowe zuchy! Tupliczkowe zuchy!!! - skandowało tupliczkowe społeczeństwo wraz z gościem z Tuplaszewa. - Hurra!!! Niech żyje tupliczkowe społeczeństwo! Hura! Hurra!!!

  I wszyscy razem, już bardzo szczęśliwi, ruszyli w stronę krainy Tupliczków, niosąc na skleconych naprędce noszach, obolałą jeszcze, ale uśmiechniętą już sarenkę.

                                                                                                                                                                          K O N I E C

 



komentarze (3) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Przygoda Świnek nie z tej Planety

czwartek, 30 lipca 2009 22:23


Przygoda
Świnek nie z tej
Planety



  Zapadł zmierzch. W lesie było już ciemno. Wszystkie zwierzątka przygotowywały się do snu i dookoła robiło się cicho, coraz ciszej. Tylko olbrzymia sowa, pani Puchaczowa, akurat na odwrót, ona obudziła się właśnie ze snu i przygotowywała się do nocnych łowów.  Pani Puchaczowa swoim zwyczajem podeszła do okna i wyglądnęła na zewnątrz. Chciała sprawdzić, czy już wszystkie zwierzątka udały się na spoczynek, i czy może już spokojnie wyfrunąć ze swojego domu.   

  - Huhuuu... O rety, co ja widzę...?! Świnie! Dwie świnie! - krzyknęła sama do siebie, wychylając się przez okno. - A to co za zwyczaje? O tej porze łażą sobie po lesie? Przecież już powinny spać... Zaraz, zaraz... - zahukała po chwili zdziwiona, przecierając skrzydłami swe olbrzymie oczy: - To nie są wcale nasze leśne dzikie świnie, tylko najzwyklejsze świnie domowe, chociaż jakoś dziwnie czarne jak smoła. A te tu czego szukają? No, zaraz im pokażę, gdzie jest ich miejsce. Po lesie będą sobie nocne wędrówki urządzać? Po naszym lesie? Coś takiego! Huhuu, huhuuu... Tak nie może być!     

 


 

Ilustracja mojej 6-letniej Wnuczki



  Pani Puchaczowa już zamierzała wyfrunąć ze swojego domu, znajdującego się w dziupli w starym, rozłożystym dębie, kiedy nagle usłyszała dziwne chrumkanie. Zastanowiła się na chwilę. Bo to chrumkanie nie było normalnym chrumkaniem domowych świń. Chrumkanie domowych świń znała dobrze. U starego leśniczego w zagrodzie pełno było domowych świń i nieraz miała okazję słyszeć, lecąc nocą nad jego zagrodą, jak pochrumkują sobie przez sen w chlewiku. To chrumkanie było inne, jakieś takie zgrzytające. Zbyt zgrzytające. Wychyliła się jeszcze bardziej przez okno i nastawiła uszu.

  - Chrumrzrzrz... chrumrzrzrz... a nie mówiłem, żeby nie oddalać się od grupy? - doleciało nagle do jej uszu.

  - No i co, że mówiłeś, skoro się sam oddaliłeś, a ja za tobą... Chrumrzrzrz... chrumrzrzrz - rozległo się drugie zgrzytające chrumkanie, ale tak jakby o wyższej tonacji.

  - Coś mi się tu nie podoba. To nie jest zwykłe chrumkanie... To chyba nie są zwykłe świnie. Huhuuu... lepiej zostanę w domu - zadecydowała pani Puchaczowa i wsłuchiwała się dalej.

  W międzyczasie dwie świnki, które pani Puchaczowej wydawały się być niezwykłymi, podeszły do starego dębu i usiadły pod nim zmęczone.

  - I co my teraz zrobiły? - zachrumkała ponownie świnka o cieńszym głosie. - Ja chcę do mamy! Słyszysz?

  - A ty myślisz, że ja nie? - odpowiedział jej bardziej zgrzytający głos.

  Pani Puchaczowa, słysząc te głosy dochodzące z dołu, zrozumiała, że to są tylko małe świnki. Dzieci świń. Wprawdzie nie wiedziała, jakich świń, ale było jej już wszystko jedno, bo przecież nie będzie się dzieci bać i przez nie z łowów rezygnować. Odważnie sfrunęła z dziupli, i to prosto pomiędzy siedzące pod dębem świnki.

  - Hej, zwierzaczki, co wy za jakie? I co tu w lesie po nocy robicie? - spytała, spoglądając raz na jedną świnkę, raz na drugą.

  - Ojej, a ty czego chcesz od nas? - wystraszyła się świnka z piskliwym głosem.

  - No właśnie? - dorzuciła od siebie druga świnka. - Co ciebie, ptaszku, to obchodzi?

  - Ptaszku...? Ja ci zaraz dam ptaszka! - oburzyła się pani Puchaczowa. - Ja jestem sowa, pani Puchaczowa.

  - A my jesteśmy świnkami... Ja jestem prosiaczek APO-Lineus, a to APO-Lonia, moja siostra. Rozumiesz, sowo puchata?!

  - O rety, ale się dziwnie nazywacie, jak nie z tego świata - zahukałała rozbawiona pani Puchaczowa, puszczając mimo uszu tę „puchatą sowę".

  - Bo też nie jesteśmy - odpowiedział grzeczniej już prosiaczek APO-Lineus.

  - Żartujesz, co? To nie przystoi żarty sobie strugać ze starej sowy. Jak możesz? - obruszyła się pani Puchaczowa.

  - Ależ APO-Lineus wcale nie struga z ciebie żartów, my naprawdę jesteśmy nie z tego świata - uściśliła świnka APO-Lonia.

  - Aha... akurat! Uważaj, bo uwierzę! - zahukała głośno pani Puchaczowa, ale już z wyraźną nutką niepewności. I nagle oniemiała, bo dopiero wtedy zauważyła, że obydwie świnki mają jakieś dziwne ogonki, takie mocno poskręcane, i tak jakby świecące, słabym, pulsującym światłem. Na szyi miały komiczne, ażurowe obroże, a na uszach sterczało im coś w rodzaju antenek. - To skąd je... je... je... steścieeeee....?! Huhuhuuuu... o re...reety! - zająknęła się - Co to... to... to...  w ogóle ma znaczyć? Powkładaliście to coś na siebie specjalnie, żeby mnie wystraszyć, i żebym nie wyruszyła na nocne łowy? Tak?

  - A gdzież tam! Tacy jesteśmy zawsze, i to wszyscy - spokojnym głosem odrzekł prosiaczek APO-Lineus. - A jak ci się nie podobają nasze imiona, to możesz do mnie mówić Lineus, a do mojej siostry, Lonia. Ale to, że przybyliśmy z innego świata, to jest fakt, czy ci się podoba, czy nie. Przybyliśmy na Ziemię z Planety Świń. Ot, i cała prawda!

  - Huhuuu... prawda, powiadasz? - zdumiała się pani Puchaczowa, a jej oczy ze zdumienia zrobiły się ogromne i pomarańczowe, jak dwie dorodne pomarańcze. - To co wy tu w lesie robicie?

  - Aaa... to długa historia - odparł prosiaczek Lineus.

  - To opowiedz ją krótko - nalegała pani Puchaczowa.

  - No dobrze, opowiem - zgodził się prosiaczek. - Otóż przybyliśmy na Planetę Ziemia z naszej ukochanej Planety Świń na wycieczkę szkolną. Przylecieliśmy z naszą panią i panem, i z całą naszą klasą. Zwiedzaliśmy góry, lasy, łąki, pluskaliśmy się w rzece, a nawet w jeziorze, i kiedy wracaliśmy już z powrotem do naszego statku kosmicznego, który nasz pan ukrył w głębi lasu, zauważyłem ogromne bajoro. Oczu od niego nie mogłem oderwać, bo było tak wspaniałe. A ja uwielbiam taplać się w błocie, Lonia zresztą też. No i odeszliśmy od grupy, żeby choć na chwilkę się potaplać. Zaraz mieliśmy zamiar dogonić wszystkich. Niestety ten nasz „zaraz" chyba się trochę przeciągnął, bo gdy już wyleźliśmy z bajora i pobiegliśmy do tego miejsca, gdzie ukryty był nasz statek, to po nim nie było już śladu. Najnormalniej w świecie, odleciał bez nas.

  - A wy, świnki, zostałyście same, i do tego brudne jak dwa kocmołuchy... - zachichotała pani Puchaczowa. - To dlatego na początku wzięłam was za dzikie świnie.

  - To że brudne, to żaden problem. W naszym statku kosmicznym zaraz by nas oczyszczono i zdezynfekowano - zachichotała również świnka Lonia, ale zaraz jej minka zrzedła i dodała: - Ale to, że same, to już wielki problem.

  - No i co teraz z wami będzie? - zmartwiła się pani Puchaczowa.

  - Właśnie się zastanawiamy - odrzekł prosiaczek Lineus. - Ale coraz bardziej opadamy z sił. Potrzebujemy dostępu do energii.

  - Do energii? Jakiej energii? - zdziwiła się pani Puchaczowa.

  - No jak to do jakiej? Elektrycznej - odrzekł zmartwionym głosem prosiaczek.

  - Tu, w lesie, nie ma takiej energii - stwierdziła pani Puchaczowa równie zmartwionym głosem. - Ale zaraz, zaraz... elektrycznej, powiadasz? Czy nie chodzi ci przypadkiem o prąd? No wiesz, taki w gniazdkach...

  - O właśnie, taki w gniazdkach! - zawołał Lineus z nadzieją w głosie.

  - No to takiego w lesie nie ma... Ale poczekajcie, chyba wiem gdzie jest - zastanawiała się pani Puchaczowa.

  - Ojej, mów zaraz gdzie - ożywił się prosiaczek Lineus. - Bo coraz słabsi jesteśmy, a trzeba nam tam dojść, i to jak najszybciej.

  - Takie gniazdko widziałam u naszego starego leśniczego w stodole. Nieraz tam siedziałam na żerdzi, i... i że tak powiem... obserwowałam myszy, grasujące po workach z pszenicą, stąd wiem, że gniazdko z prądem tam jest. Zdarzało się, że widziałam, jak leśniczy wkłada do tego gniazdka kabel od jakiejś maszyny i maszyna ta zaczynała się ruszać i hałasować. A więc, toby oznaczało, że tam w gniazdku musi być ukryty prąd. A skoro jest to prąd, to może jest to też ta wasza energia, której potrzebujecie... Ta, jak powiadasz... elektryczna.

  - Właśnie, tak powiadam! - krzyknęły radośnie obie świnki APO jednocześnie.

  - To ruszajmy do leśniczówki, i to natychmiast! - zahukała równie uradowana Pani Puchaczowa. 

  - Natychchchmiarzrzrzt! - zachrumkał przeraźliwie zgrzytająco prosiaczek Lineus.

   - Natychchchmiaszszszt! - zachrumkała piskliwie świnka Lonia.

   - No to jazda! Biegnijcie za mną! Będę frunęła specjalnie nisko, abyście mogli mnie dobrze widzieć i nie zmylili kierunku - zahukała głosem dowódcy pani Puchaczowa. - W drogę! Ruszajmy zatem!

   Ruszyli. Pogoda im sprzyjała. Niebo było bezchmurne. Księżyc w pełni dość dobrze oświetlał drogę. Pani Puchaczowa wprawdzie nawet i w zupełnych ciemnościach widzi dobrze, bo przecież jej oczy przyzwyczajone są do nocnych łowów, ale dla świnek APO pogoda taka to wielkie dobrodziejstwo. Rozjaśniony promieniami księżyca las, nie wydawał im się taki straszny, a i niezgorzej też mogły widzieć lecącą ponad nimi sowę, która wyznaczała im drogę do ich ratunku.

  Pani Puchaczowa łopotała skrzydłami cichutko i kierowała się w stronę leśniczówki. Co rusz spoglądała też na świnki, czy aby nadążają za nią. Na początku świnki APO biegły szybko, co tchu w płucach, ale było widać, że słabną i biegną coraz wolniej. Pani Puchaczowa spostrzegła to i zrobiło jej się bardzo żal świnek.

  Świnki APO słabły w oczach. Ledwie powłóczyły już nóżkami. Raz nawet Lonia potknęła się o wystające korzenie drzew i upadła. Pani Puchaczowa podfrunęła wtedy do niej, dziobem chwyciła ją za obrożę i pomogła jej się podnieść. Pani Puchaczowa poczuła wówczas, że całym jej ciałem aż potrzepało, ale nie zważała na to. Nawet się nie zastanawiała co też mogło być tego powodem. W tym momencie najważniejsze dla niej było to, aby jak najszybciej doprowadzić biedne świnki APO do źródła energii, czyli do stodoły starego leśniczego. Na szczęście do leśniczówki i jej zabudowań nie było aż tak daleko. Po kwadransie byli już na miejscu.

  - Huhuuu...! Patrz APO... Lineus, patrz APO... Lonia, jesteśmy już przy waszej energii! - zahukała z przejęciem pani Puchaczowa, próbując nawet wymówić imiona świnek, aby tylko dodać im otuchy i choć trochę jeszcze sił.

  - Kochana jesteś, pani sowo. Dziękujemy - zachrumkała cichutkim głosikiem świnka Lonia. - I tak ładnie wypowiedziałaś nasze imiona...

  - Cichutko, Lonia - szeptem wychrumkał prosiaczek Lineus. - Potem będziemy dziękować, teraz chodźmy wreszcie podłączyć się do zasilania energetycznego... Wprowadź nas do środka Pucha... cha-chata... to jest... Pucha... chacha... czowa pa... pa... ni. - Prosiaczkowi zabrakowało tchu.

  Pani Puchaczowa podfrunęła do stodoły i dziobem uchyliła wrota. Skrzydłem dała znak do cna osłabionym już świnkom, aby weszły do środka. Po chwili wszyscy znaleźli się już wewnątrz stodoły. Pani Puchaczowa przypomniała sobie, że czasami widziała jak leśniczy naciskał taki przycisk i w stodole robiło się jasno. Zapamiętała to dobrze, gdyż nieraz musiała wtedy chować się w głąb stodoły, ponieważ, nie wiedzieć czemu, czuła ogromny respekt przed starym leśniczym. Pani Puchaczowa natychmiast podfrunęła do tego przycisku i nacisnęła go dziobem. W stodole zrobiło się jasno. Wtedy prosiaczek Lineus zauważył, tak jakby przez mgłę (z osłabienia widział już coraz słabiej), że obok tego przycisku jest gniazdko elektryczne, najcudowniejsze na tym świecie - gniazdko elektrycze. Resztkami sił zaczął czołgać się do tego zbawiennego gniazdka, popychając przed sobą siostrzyczkę Lonię. Kiedy już tam razem dotarli, Lineus zobaczył, że na posadzce leży zwój kabla z dwugniazdkowym rozdzielaczem do prądu. Ucieszył się bardzo. Najszybciej jak tylko mógł włożył ogonek Loni do jednego gniazdka, a do drugiego, swój ogonek.       

  Pani Puchaczowa miała przed swoimi olbrzymimi oczami niesamowity widok. Obie świnki, przycupnięte przy gniazdkach z prądem, nabierały coraz to innego wyglądu. Najpierw ich ogonki robiły się dłuższe i dłuższe, i zaczynały pulsować coraz bardziej jaskrawoniebieskim światłem. Potem ich ciałka, do tej pory czarne z brudu, stawały się coraz jaśniejsze i nabierały złotego koloru. A ich ażurowe obroże, które miały na szyjach, przybierały kolor ognistoczerwony, z ogromną ilością drobniutkich światełek, tak jakby powtykanych pomiędzy otworki ażuru. Natomiast antenki na ich uszach, mieniły się kolorami tęczy i wydawały przepiękne dźwięki, podobne do dźwięków fujarki. Oczy pani Puchaczowej znów zrobiły się ogromne i pomarańczowe ze zdziwienia, ale tym razem również i z podziwu, bo też widok był nieziemsko piękny. A już najbardziej, co spodobało się pani Puchaczowej, to widok mordek obu świnek. Otóż mordki ich rozjeżdżały się w coraz szerszym uśmiechu, i to w uśmiechu, przetkanym blaskiem złotych zębów. No, to był naprawdę wspaniały obrazek, bo nie dość, że piękny w swym wyglądzie, to przede wszystkim oznaczający radość świnek. A to dla pani Puchaczowej było najważniejsze. Wreszcie obie świnki były uratowane i czuły się radosne.

  - Huhuuu... Lineus... huhuuuu... Lonia, ale daliście pokaz! - nie wytrzymała i pełna podziwu zahukała głośno, kiedy zobaczyła, że obie świnki APO podskoczyły radośnie, wyjmując tym samym swe ogonki z gniazdek.

  - A to dzięki tobie, nasza droga pani Puchaczowo - zachrumkała cieplutko świnka Lonia.

  - Właśnie, dziękujemy ci nasza wybawicielko! - zachrumkał prosiaczek Lineus.

  - Już dobrze, nie musicie mi dziękować - zachichotała uszczęśliwiona pani Puchaczowa. - Przyprowadziłam was tylko do stodoły naszego starego leśniczego, resztę zrobiliście sami. A ja dzięki wam miałam wspaniały widok... Ale mówcie lepiej, co dalej. Jak teraz dostaniecie się na waszą Planetę Świń?

  - Zaraz ci pokażę - odezwał się prosiaczek Lineus. - Popatrz, właśnie będę wchodził w kontakt z naszym statkiem kosmicznym. Przeproszę naszego pana i naszą panią za nasze niezdyscyplinowanie i poproszę ich, aby skierowali nasz statek kosmiczny z powrotem na Ziemię, i żeby nas zabrali. To proste, zobaczysz.

  Prosiaczek Lineus uśmiechnął się do pani Puchaczowej, a potem schylił głowę i z uśmiechem na mordce, znieruchomiał. Między jego uszami zaczęło coś iskrzyć i skwierczeć. Chwilę to trwało, aż wreszcie pani Puchaczowa, wpatrując się w prosiaczka w wielkim napięciu, zauważyła, że uśmiech na jego mordce gaśnie coraz bardziej. Zaniepokoiła się. Czyżby to oznaczało, że to jego wchodzenie w kontakt ze statkiem kosmicznym nie przebiega dobrze? Popatrzyła zaraz na świnkę Lonię, i gdy zobaczyła jej smutną minę, była już pewna, że niestety tak jest. Nie miała odwagi nawet zapytać. Czekała z bijącym sercem aż świnki APO same się odezwą.

  - Niedobrze, Lonia - zachrumkał smutno prosiaczek Lineus i podniósł głowę. - Niestety, nasz statek kosmiczny jest już za daleko i nie mogę nawiązać z nim kontaktu.

  - Ojej, i co teraz będzie? - posmutniała również pani Puchaczowa, ale kiedy znów popatrzyła na świnkę Lonię i zobaczyła, że na jej ryjku maluje się kopytko, a oczka wypełniają się łzami, natychmiast dodała: - Ale nie martwcie się, na pewno znajdziemy jakieś rozwiązanie. Bo gdzie problem, tam też musi być i rozwiązanie... które pomoże wam kontaktu nawiązanie... O rety, co ja plotę... - szepnęła już tylko do siebie, zmartwiona nie na żarty.

  - Tak myślisz? Rozwiązanie musi być? - spytała świnka Lonia, wpatrując się w panią Puchaczową z nadzieją w swych małych, załzawionych oczkach.

  - No pewnie, że tak! - zahukała pani Puchaczowa co nieco zagłośno, bo nagle poczuła ciężar odpowiedzialności za swoje słowa. Ale czując się w pewnym sensie odpowiedzialną za te dwie małe świnki nie z tej planety, musiała ciągnąć dalej, to co zaczęła. - Możesz być pewna, że znajdziemy nawiązanie... to znaczy... chciałam powiedzieć... rozwiązanie. Tylko nie płacz Loniu. Tylko nie płacz. W lesie mówią, że sowa, to mądra głowa, a ja jestem przecież sową i do tego panią Puchaczową... Nie chwaląc się... No dobra, Lineusku, mów mi czego wam trzeba, aby ten wasz statek kosmiczny zawrócić?

  - Och, to będzie nieświńsko trudne... - odpowiedział prosiaczek w głębokiej zadumie.

  - Nie szkodzi, mów - nalegała pani Puchaczowa.

  - No przecież mówię. Tego na pewno w lesie nie znajdziemy - prosiaczek spuścił głowę z rezygnacją.

  - Ale czego? Mówże w końcu - ponaglała zniecierpliwiona już pani Puchaczowa.

   - To jest takie urządzenie elektroniczne, które nazywa się komputer - wydukał w końcu prosiaczek Lineus i zamilkł. Po czym podniósł głowę i smutnymi oczkami popatrzył na panią Puchaczową, a gdy stwierdził, że ona wpatruje się w niego spokojnie, bez żadnej rezygnacji w oczach, zaczął mówić dalej: - Kiedy podłączyłbym się do komputera, to wtedy mógłbym uaktywnić system nawigacyjny i wyznaczyć położenie naszego statku kosmicznego. A wówczas, bez większych już trudności, mógłbym wejść z nim w kontakt i zameldować naszemu panu i pani o naszej sytuacji, i...

   - Poczekaj, Lineusku, bo nic z tego nie rozumiem, co ty do mnie mówisz - przerwała prosiaczkowi pani Puchaczowa. - Ale to słowo „komputer" gdzieś już słyszałam. Czy to nie jest taka maszyna, która migocze w nocy różnymi kolorami?

  - Może migotać - odpowiedziała za brata świnka Lonia, która do tej pory siedziała cichutko i przysłuchiwała się tylko rozmawiającym.

  - Tak? - ucieszyła się pani Puchaczowa. - To ja chyba taką maszynę widziałam u naszego starego leśniczego w domu.

  - Coś ty, pani Puchaczowo, naprawdę? - zachrumkał pełen nadziei prosiaczek Lineus. - To chodźmy tam zaraz.

  - Poczekajcie, ja tylko sprawdzę teren wokół leśniczówki i zaraz tam pofruniemy... to jest... pójdziemy - zahukała wesolutkim już głosem pani Puchaczowa, gdyż sama uwierzyła, że to właśnie komputer widziała kiedyś przez okno w pokoju leśniczego.

   Świnki APO zostały w stodole, a pani Puchaczowa pofrunęła na zwiady. Po krótkiej chwili była już z powrotem, i to z dwiema dobrymi wiadomościami. Pierwsza to była taka, że teren wokół leśniczówki jest czysty, bo nikogo tam nie spotkała, mogą więc bezpiecznie dotrzeć pod sam dom leśniczego. A druga, to taka, że cudownym trafem, akurat teraz, widać migotanie komputera w oknie pokoju leśniczego.

   Nie trudno się domyślić, jaka radość zapanowała w stodole. Obydwie świnki APO rzuciły się sobie w ramiona i wycałowały serdecznie. Potem zaś obstąpiły panią Puchaczową i wycałowały ją również, gdzie popadło. Po skrzydłach, po ogonie, po brzuchu, a nawet po sterczących na czubku jej głowy pęczkach piór, które wydawały im się być pani Puchaczowej pierzastymi uszami. Pani Puchaczowa zachodziła się aż od śmiechu, tak ją cieszyła radość świnek. A ich pocałunki sprawiały jej ogromną przyjemność, i co tu dużo ukrywać, łaskotały ją niesamowicie.

  Wreszcie, kiedy szał radości minął, we trójkę wyszli ze stodoły i powędrowali cichutko pod sam dom leśniczego. Ale zanim powędrowali, pani Puchaczowa poprosiła świnki APO, aby coś zrobiły ze swoimi światełkami, bo wyglądają jak dwie choinki noworoczne leśniczego, i widać je z daleka. Mówiła, że lepiej będzie, gdy nie będą zwracały niepotrzebnie na siebie uwagi, bo to może być niebezpieczne. Lineus i Lonia przyznali rację pani Puchaczowej i w mig przestali świecić. Jakimś dziwnym, tylko im wiadomym sposobem, bez żadnego ich ruchu, wszystkie światełka jednocześnie na nich pogasły... i już.

  Kiedy wreszcie pod osłoną nocy dotarli pod sam dom leśniczego, prosiaczek Lineus nie wytrzymał napięcia, natychmiast wspiął się, i stojąc na tylnych nóżkach, zaglądnął przez okno do pokoju. Jakie było jego rozczarowanie, kiedy zobaczył, co tak naprawdę migocze w jego wnętrzu.

  - Na ryj wszystkich ryjów! Toż to tylko telewizor! - zawołał zrezygnowany w stronę stojącej pod oknem Loni i pani Puchaczowej.

  - Tylko telewizor... - powtórzyła za prosiaczkiem pani Puchaczowa, i nagle jak nie huknie: - Coś ty powiedział? Tylko telewizor? A przecież migocze kolorowo, tak jak mówiliście.

  - No tak, migocze, podobnie jak monitor komputera, ale to jednak tylko telewizor, a nie komputer - wyjaśnił załamany prosiaczek. - Z telewizorem nie da się wejść w kontakt z naszym statkiem kosmicznym.

  - No i co teraz? - Pani Puchaczowa wyglądała również na załamaną, ale po chwili coś sobie przypomniała i zawołała: - Poczekajcie, może jeszcze nie wszystko stracone. Jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa... Bo wiecie, teraz akurat sobie przypomniałam, że w innym pokoju leśniczego też coś nieraz migotało. Chodźcie, pokażę wam w którym.

  Nowa nadzieja wstąpiła we wszystkich. Razem poczłapali na drugą stronę domu i stanęli pod jednym z okien, wskazanych przez panią Puchaczową. Dobrą chwilę, bez najmniejszego ruchu, stali tam pod tym nieoświetlonym oknem, czarnym, jak czeluść piekielna, bojąc się zaglądnąć do środka. Każdy z nich pragnął jak najdłużej rozkoszować się nową nadzieją. Nadzieją, która wlewała balsam na ich przerażone już ogromnie serduszka.

  - Nadziejo nie opuszczaj... Nadziejo trwaj... Nadziejo spełnij się... - cichutko chrumkał sobie pod ryjkiem prosiaczek Lineus. Wreszcie nabrał odwagi i powiedział już głośniej: - Niech będzie, co ma być. - Po czym wspiął się na okno i zaglądnął do wnętrza pokoju.

  Na szczęście noc była ciepła i leśniczy zostawił okno otwarte. Prosiaczek mógł więc nawet głowę włożyć do środka. Na pewno było to dla niego dużym udogodnieniem, ale cóż z tego, jak w pokoju panowała zupełna ciemność. Prosiaczek długo wpatrywał się w nią, próbując przebić się wzrokiem przez jej gęstą czerń, ale nic nie mógł niestety dostrzec. Postanowił więc wdrapać się na parapet okna i wejść do środka pokoju.

   Pani Puchaczowa, wpatrując się w prosiaczka, domyśliła się co on chce zrobić. Postanowiła go powstrzymać. Pani Puchaczowa czuła się zdruzgotana. Straciła już wszelką nadzieję. Sama widziała przecież wyraźnie, że nic w oknie nie migocze, choć była pewna, wręcz dałaby sobie nawet swój ogonek obciąć, że nieraz w tym właśnie oknie migotało. Może trochę mniej niż w tym, pod którym byli uprzednio, ale migotało z pewnością. Z bólem serca zaczęła tłumaczyć prosiaczkowi, że to nie ma sensu, aby wchodził do środka, skoro nic nie migocze, bo to przecież oznacza niezbicie, że jednak tej jego komputerowej maszyny tam nie ma. Pani Puchaczowa, mówiąc o tym, miała głos tak bardzo smętny, że świnka Lonia aż się wystraszyła  i natychmiast się do niej przytuliła.

  - Jeśli teraz akurat nic nie migocze, to wcale nie oznacza, że komputera tam nie ma - odezwał się prosiaczek Lineus z ciągłą nadzieją w głosie. - Bo musisz wiedzieć, pani Puchaczowo, że wtedy, kiedy komputer jest wyłączony, to nigdy nic nie migocze.

  - Naprawdę? Tak się cieszę, że nic nie migocze... Tak, tak, cieszę się, bo to oznacza, że dalej możemy mieć nadzieję - uśmiechnęła się pani Puchaczowa, czując, że rzeczywiście odzyskuje nadzieję. No może tylko cień nadziei, ale zawsze to coś. Chrząknęła cichutko i wesołym już głosem rzekła: - Lineusku mój drogi, ale i tak cię proszę, abyś jednak nie wchodził jeszcze do pokoju. Lepiej będzie, jak poczekamy aż stary leśniczy uda się na spoczynek. A wtedy, już zupełnie bezpiecznie, będziesz mógł wejść do środka i sprawdzić dokładnie, czy jest tam wyłączony komputer.

   - Masz rację, pani Puchaczowo, tak zrobię - zgodził się prosiaczek. - No więc, czekajmy.

   Na szczęście długo nie musieli czekać. Stary leśniczy najwyraźniej lubił wcześnie chodzić spać, gdyż gdzieś po dwóch kwadransach światła we wszystkich oknach pogasły i zaległa zupełna ciemność i cisza. Tylko promienie księżyca rozjaśniały nieco leśniczówkę, a jedyne co było słychać, to ćwierkanie świerszczy dookoła.

   Prosiaczek Lineus postanowił nie czekać już dłużej i wejść wreszcie do wnętrza pokoju. Nakazał Loni i pani Puchaczowej zachować ciszę, a sam zwinnie wdrapał się na okno i zniknął w nim w zupełnych ciemnościach.

   Pani Puchaczowa i świnka Lonia w wielkim napięciu czekały pod oknem na zewnątrz. Obie przytuliły się do siebie i w milczeniu nastawiały uszu, aby wyłapać każdy, najmniejszy nawet szmer, który oznajmiłby im, czy mogą się cieszyć, czy muszą się smucić. Czas płynął, a one czekały i czekały. I nic. Cisza. Napięcie ich sięgało już zenitu, gdy nagle, ni stąd, ni zowąd, okno pokoju zaczęło migotać słabym, ale wyraźnie kolorowym światłem. Obie tak bardzo się ucieszyły, że aż zaczęły podskakiwać z radości. Wtedy prosiaczek Lineus wystawił głowę przez okno i zachrumkał cichutko:

  - Jest komputer. No, chyba jesteśmy uratowani. Wielkie dzięki, pani Puchaczowo. Mądra z ciebie sowa - i na powrót zniknął w pokoju.

  - Jesteś najukochańszą sową na tym, i nie tylko na tym świecie - wyszeptała świnka Lonia, przytulając do siebie panią Puchaczową.

  - Bez przesady... aż taka kochana, to ja nie jestem - zachichotała pani Puchaczowa i pocałowała świnkę Lonię prosto w jej ryjek. - Ale cieszę się bardzo, że mogłam wam pomóc.

  Świnka Lonia po serii uścisków i pocałunków z panią Puchaczową, postanowiła podglądnąć Lineusa, aby dowiedzieć się jak mu idzie. Wspięła się więc na okno i zaglądnęła do środka. Ku jej wielkiej radości, zobaczyła, że ogonek brata jest podłączony do komputera i świeci stałym, mocno niebieskim światełkiem, a to oznaczało, że Lineus wszedł już w kontakt z ich statkiem kosmicznym. Lonia aż zapiszczała ze szczęścia.

  - Hej, Lonia, co jest? - spytała wylękniona znów pani Puchaczowa - Czy coś nie tak?

  - Nie... nie, wszystko tak - odpowiedziała świnka Lonia. - Ja tylko tak... z radości.

  Pani Puchaczowa, pomimo zapewnień świnki Loni, że wszystko jest „tak", ciągle czuła jakąś wewnętrzną obawę, że coś jeszcze może być jednak nie tak. Ponieważ jakoś nie mogła uwierzyć w to, że jest taka mądra i wie, co to jest komputer. - „No to więc, jak?" - pytała w myślach samą siebie. - „Chyba jednak muszę wiedzieć, że komputer, to komputer...? Na to wygląda, skoro to ja przyprowadziłam świnki do komputera". - Pani Puchaczowa dziwiła się sama sobie, skąd też to ona tyle rzeczy wie, o których nie wiedziała, że wie. - „No, no, no, chyba naprawdę mają rację ci, co mówią o mnie: sowa mądra głowa" - tak sobie w końcu w myślach wytłumaczyła i już z zupełnie spokojna, ba, wręcz szczęśliwa, postanowiła również zobaczyć, jak też tam prosiaczek Lineus wchodzi w kontakt ze swoim statkiem kosmicznym. Rozłożyła skrzydła i poderwała się z ziemi. Chciała usiąść na parapecie okiennym, obok świnki Loni. Niestety, ten manewr jej się nie udał, gdyż Lonia swoim dość potężnym ciałkiem zajęła całą szerokość okna. Pani Puchaczowa nie miała innego wyjścia, jak tylko Loni na głowie wylądować.

  - Ojej, ale mnie wystraszyłaś - pisnęła zaskoczona świnka Lonia.

  - Wybacz, Loniu, ale ja też chciałam zobaczyć to wchodzenie Lineuska... - zaczęła tłumaczyć pani Puchaczowa i nagle zająknęła  się, bo antenki na uszach świnki wbiły się jej pod skrzydła i poczuła silne mrowienie. - ... w ko... ko... ko... mputer... to znaczy, chciaaa...ałam po... po... wiedzieć w ko... ko... kontakt z waszym ko... ko... smicznym sta... sta... statkiem...      

  Pani Puchaczowa wystraszyła się nie na żarty, gdyż to mrowienie na całym ciele nie należało do przyjemnych. Poczuła się też głupio przed świnkami za to jąkanie. Nie trwała jednak długo w tych mało przyjemnych odczuciach, tylko szybciutko sfrunęła z głowy Loni, prosto na oparcie fotela, w którym przed komputerem siedział Lineus.

  - Och, na ryj ryjów! - zdławionym szeptem zawołał zaskoczony prosiaczek Lineus - Ale mnie wystraszyłaś, pani Puchaczowo. Co z tobą? Co ty wyczyniasz?      

   - Ja tylko chciałam...

   - Już słyszałem, co chciałaś - zachichotał prosiaczek. - Ale ja już właśnie kończę.

   Pani Puchaczowa wpatrywała się wielkimi oczami to w monitor komputera, to w świecący na niebiesko, jakoś dziwnie długi nagle, ogonek prosiaczka Lineusa - i nic nie rozumiała. Za nic nie mogła zgadnąć, co też tam na tym ekranie się wyświetla, ani też skąd u Lineusa wziął się nagle aż tak długi i dziwaczny ogon. Zastanawiała się nad tym przez chwilę, ale ostatecznie dała sobie spokój z zastanawianiem, gdyż uznała, że to zbyt duża dla niej filozofia. - „Koniec końców, nie z tego świata" - taką myślą zakończyła swe rozważania. Ale że bardzo chciała wiedzieć, czy to, co migocze na ekranie, to są dobre wiadomości, czy, co nie daj Boże, złe, musiała coś zrobić, żeby się o tym koniecznie przekonać. Pomyślała wtedy, że więcej się dowie nie z ekranu, a z min świnek. I tak jak pomyślała, tak zrobiła. Sfrunęła z oparcia fotela wprost na monitor, by dokładnie widzieć miny obu świnek naraz.

  - Pani Puchaczowo, co ty wyrabiasz? - szepnął znów prosiaczek. - Zabieraj się z tymi twoimi skrzydłami. Zasłaniasz mi ekran.

  - Już... już... już się zabieram - zawstydziła się pani Puchaczowa. - Ja tylko... No dobra, już nic nie mówię, ale powiedz mi tylko, czy wszystko idzie po twojej myśli?

  - Idzie, idzie - odpowiedział prosiaczek. - Wyłaźcie już obydwie na zewnątrz, ja zaraz do was przyjdę i wszystko wam opowiem.

   Pani Puchaczowa posłusznie sfrunęła z monitora komputera i pofrunęła prosto w stronę okna. Będąc już przy oknie, chwilę połopotała skrzydłami w miejscu, aby odczekać aż świnka Lonia zejdzie z parapetu. Nie chciała na antenki Loni znów się nadziać.

  Po chwili już wszyscy razem siedzieli od zewnątrz pod oknem i prosiaczek Lineusz opowiadał jak przebiegało to jego „wchodzenie w kontakt" ze statkiem kosmicznym, i sama już rozmowa z ich panem i panią.

   - I wyobraźcie sobie, że tak łatwo mi się jeszcze nigdy nie wchodziło w kontakt z naszym ciałem pedagogicznym - ciągnął opowieść. - Tak jakby byli niedaleko nas. A wiecie dlaczego...? Bo oni lecą już z powrotem na Ziemię. Ale nie z naszego powodu, o nie! Oni się nawet nie domyślili, że nas nie ma na statku. Oni lecą na Ziemię z innego powodu... Wiecie, z jakiego? Nie wiecie, bo i skąd możecie wiedzieć? Otóż okazało się, że nasza pani, nad jeziorem, gdzie pluskaliśmy się najdłużej, zapomniała swojego kapelusza. Kiedy się o tym zorientowała, statek kosmiczny był już w połowie drogi na naszą Planetę Świń. Nasza pani była niepocieszona i bez kapelusza nie chciała wracać do domu, gdyż ten kapelusz jest dla niej bardzo cenny. Dostała go od swojego męża w prezencie urodzinowym. No i nasz pan, nawigator nad nawigatorami, zawrócił statek na Ziemię z powodu kapelusza. Za dwie godziny wylądują w tym samym miejscu, co uprzednio. Mamy tam na nich czekać.

   - Och, ryju-ryj! - pisnęła przejęta świnka Lonia. - To takie buty...?!

   - Nie buty, a kapelusz - uściśliła pani Puchaczowa.

  - Wiem, wiem, to tylko takie powiedzonko - wytłumaczyła pani Puchaczowej świnka Lonia, w głębokiej zadumie. Po chwili aż krzyknęła: - Ty, Lineus, a powiedz mi, jeżeli oni lecą z powrotem na Ziemię  tylko z powodu kapelusza  naszej pani,  to może jest nadzieja, że my nie dostaniemy żadnej kary za to, że byliśmy niezdyscyplinowani i przez to zostaliśmy sami na Ziemi?

  - A nie, kara będzie - odpowiedział prosiaczek. - Pan na początku był bardzo zły na nas i powiedział, że będziemy strasznie ukarani, ale potem spuścił nieco z tonu i zachrumkał tylko: „tydzień bez gier komputerowych!"

  - Naprawdę? Eee... tam, to da się wytrzymać - stwierdziła ucieszona Lonia, ale po chwili minka jej nieco zrzedła. - Gorzej może być z naszymi rodzicami. Oni nam tego tak szybko nie odpuszczą.

  - Z pewnością! Ale nasza rola w tym, aby ich szybko obłaskawić - uspakajającym tonem odpowiedział Lineus. - Po drodze na naszą Planetę razem zastanowimy się nad tym, jak to nasze obłaskawianie ich będzie przebiegać... A teraz chodźmy już na miejsce lądowania naszego statku kosmicznego. Mamy wprawdzie jeszcze dużo czasu, ale lepiej chodźmy już.

  No i poszli. Ciągle razem, we trójkę, wędrowali znów przez las. Lecz tym razem powoli, spokojnie, bez żadnych już obaw. Pani Puchaczowa szła razem ze świnkami, nie frunęła. Szła pośrodku, a Lineus i Lonia po bokach. Czasami, gdy  w ścieżynce leśnej była jakaś dziura albo zbyt duże wgłębienie, wtedy pani Puchaczowa unosiła swe skrzydła i przefruwała to miejsce, ostrzegając świnki APO, aby uważały i nóżek sobie nie połamały. Początkowo szli prawie w zupełnych ciemnościach, gdyż księżyc schował się gdzieś na niebie i nie świecił już. Pani Puchaczowej wprawdzie to nie przeszkadzało, bo wzrok ma, że ho, ho, ale świnkom, tak. Lineus koniecznie chciał oświetlać drogę. Pani Puchaczowa najpierw się sprzeciwiała, gdyż obawiała się, że gdy świnki znów rozbłysną całą gamą barw, to wystraszą wszystkie śpiące zwierzątka leśne. Ale w końcu się zgodziła, bo Lineus zapewnił ją, że wraz z Lonią będzie świecił tylko żółtym światłem. I tak się stało. Na czubkach ich antenek rozbłysły smugi światła, podobne do tych, jakie dają latarki. Pani Puchaczowa chichotała cichutko, nie mogąc się nadziwić, skąd te niby normalne z wyglądu świnki, mają tyle świetlnych możliwości. Wtedy świnka Lonia opowiedziała jej, jak wygląda życie świnek na Planecie Świń, co mają, a czego nie. I co ich dziwi, i co podziwiają na Planecie Ziemia. No i okazało się, że dziwi ich bardzo, i są wręcz zachwyceni fruwaniem ptaków, gdyż na ich Planecie, oprócz samolotów i statków kosmicznych, nie fruwa nic. Wówczas pani Puchaczowa uznała, że już niczemu dziwić się nie będzie, bo skoro są różne światy, to też i różne dziwy być muszą. Ale to, że na Planecie Świn uznawana jest za dziw nie z tego świata - napawało ją ogromną dumą.

  Powoli zbliżali się już do miejsca lądowania statku kosmicznego. Prosiaczek Lineus co rusz spoglądał na niebo, wyłaniające się pomiędzy koronami drzew, i szukał na nim świetlistego i ruchomego punktu.

  - E tam, jeszcze ich nie widać - odezwał się w końcu. - Czasu więc mamy jeszcze, że ho, ho! Może zdążymy jeszcze dojść do tego wspaniałego bajora i potaplać się trochę.

  - O nie! - huknęła głośno pani Puchaczowa. - Tylko nie to. Już ja was przypilnuję, abyście czekali wytrwale na wasz statek tam gdzie trzeba. Żadnego bajora! Zrozumiano!

  Pomysł prosiaczka zdenerwował panią Puchaczową bardzo. Ze zdenerwowania nie wiedziała co ma zrobić, ale na wszelki wypadek, rozłożyła na całą szerokość swe olbrzymie skrzydła, by w razie czego, zatrzymać te niesforne, błotolubne świnki APO. Ta myśl, że wszystko mogłoby się zacząć od początku, przeraziła panią Puchaczową strasznie, tym bardziej, że czuła coraz to mocniejsze ssanie w brzuszku, a to jej przypominało, że jeszcze nic nie jadła. Poczuła nagle straszliwy głód. Pomyślała wtedy, że gdyby świnki APO znów jej przeszkodziły w łowach, mogłaby wreszcie paść z głodu, bo nocy przecież pozostało już niewiele.

  - No już dobrze, pani Puchaczowo, nie denerwuj się tak. Nie pójdziemy się taplać w bajorze, bo teraz tak sobie myślę, że lepiej będzie żeby nasze ciało pedagogiczne nie widziało naszych obłoconych ciał, bo jeszcze karę zwiększą - zachrumkał rozbawiony prosiaczek.       

  - Właśnie! Tak będzie lepiej - dodała od siebie świnka Lonia.

  - No! - dołożyła głośno pani Puchaczowa, a po chwili łagodnym już głosem powiedziała: - A ja za ten czas, zanim wasz statek wyląduje, polecę szybciutko nad jezioro i przyniosę kapelusz waszej pani.

  - Dziękujemy ci, pani Puchaczowo! Jesteś wspaniała - ucieszył się prosiaczek Lineus. - Może jak pani zobaczy swój kapelusz, to namówi pana, i darują nam karę... O, patrzcie, widać już nasz statek kosmiczny.

  - Gdzie, gdzie?! - spytała podekscytowana pani Puchaczowa.

  - O, tam, na północnej stronie nieba - ryjkiem wskazał prosiaczek. - Widzisz tę świetlistą, ruchomą kulę? To właśnie nasz statek.

  - Huhuuu... widzę! - łamliwym głosem zahukała pani Puchaczowa, bo poczuła nagle, że łzy jej się w oczach zakręciły. - To ja już lecę po ten kapelusz.

  - A nie, nie musisz się tak śpieszyć - uspakajającym tonem powiedział Lineus. - To jeszcze trochę potrwa, zanim nasz statek wyląduje, a do jeziora przecież niedaleko.

  - To nic, ja jednak wolę teraz polecieć - rzekła pani Puchaczowa i wzbiła się w powietrze.

  Na szczęście do jeziora rzeczywiście było niedaleko. Pani Puchaczowa szybciutko doleciała tam, a że wzrok ma, wiadomo, wspaniały, szybciutko też kapelusz znalazła. Po krótkiej chwili była już z powrotem przy świnkach APO, z kapeluszem w dziobie.

  - Ojej, jaka ta świetlista kula jest już duża! - zahukała, kładąc kapelusz na trawie, i nagle załkała w głos: - Smutno mi będzie żegnać się z wami.

  - Nam też! - zachrumkały świnki APO jednocześnie.

  - A przylecicie jeszcze kiedyś na moją Planetę? - spytała pani Puchaczowa, wycierając skrzydłem oczy.

   - Pewnie, że tak - odpowiedziała jej Lonia, łkając również.

   - A odwiedzicie mnie? - dopytywała się dalej pani Puchaczowa.

   - Ma się rozumieć, że tak - zachrumkał Lineus.

   - Ale obiecajcie mi, że najpierw mnie odwiedzicie, a potem, to ja już nawet pójdę z wami nad to bajoro... - spokojniejszym już głosem rzekła pani Puchaczowa, i jeszcze chciała coś powiedzieć, ale nie powiedziała, gdyż prosiaczek Lineus przerwał jej.

  - Och, na ryj ryjów! To jest pomysł... Tak zrobimy! - zachrumkał głośno, tuląc do siebie panią Puchaczową i Lonię jednocześnie. - I potem, razem we trójkę, wytaplamy się w bajorze za wszystkie czasy... Ale będzie superowo!


                                                                                             K O N I E C


 



komentarze (3) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 29 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  806 528  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Halina Krüsch Czopowik

Facebook i Google

Wszystkie teksty oraz zdjęcia tutaj opublikowane są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie. (Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dn. 4.02.1994 r., nr 24, poz. 83). Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję, jak ktoś o nią prosi. 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tu także swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 806528
Wpisy
  • liczba: 738
  • komentarze: 10335
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 2897 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to