Bloog Wirtualna Polska
Są 1 254 394 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


MAREK I JAREK WYBIERAJĄ SIĘ NA WAKACJE

czwartek, 27 maja 2010 12:38


Marek i Jarek

wybierają się na wakacje

 

 


  Piękny wieczór tego dnia sprawił, iż Marek i Jarek po kolacji wyszli jeszcze na ganek, aby sobie trochę posiedzieć i porozmawiać na temat wyjazdu z rodzicami na wakacje. Jutro ostatni dzień przedszkola. Przedszkole będzie zamknięte aż cały miesiąc i wszystkie przedszkolaki będą miały wakacje. Chłopcom trochę smutno było z tego powodu, bo bardzo lubią chodzić do przedszkola. Ale z drugiej strony, wiedzą, że wakacje, to też dobra rzecz.

  - Wiesz, Jarek, cieszę się bardzo z tych naszych wakacji nad morzem - pierwszy odezwał się Marek. - Ale...

  - Właśnie: to „ale" mnie męczy. - Jarek przerwał Markowi ze smętną miną. - Bo jak to tak? Cały miesiąc nasze przedszkole będzie stało puste i... co? Naszym zabawkom będzie smutno, tak samym... bez nas.

  - Co racja, to racja - zgodził się Marek. - Ale wiesz, może one jednak muszą od nas odpocząć? Tak jak my musimy odpocząć od przedszkola. Słyszałeś, pani Krysia tak mówiła, że każdy raz w roku, powinien mieć wakacje, aby odpocząć od codzienności.

  - No nie wiem. - Jarek ciągle miał smętną minę, ale po chwili zastanowienia, buzia rozjechała mu się w uśmiechu, i krzyknął: - Wiem!

  - Co wiesz? - Marek aż podskoczył, bo Jarek krzyknął mu prosto do ucha.

  - Ale... ale jednak nie bardzo wiem, czy wiem. - Jarkowi mina znów zrzedła po nieco głębszym zastanowieniu.

  - No gadaj wreszcie! Wcześniej wiedziałeś, i co, tak szybko ci się odwidziało? Gadaj, gadaj! - zachęcał Marek. - Może to razem omówimy i coś nam z tego wyjdzie.

  - No bo pomyślałem, że może by tak nasze zabawki z przedszkola wziąć na wakacje ze sobą? Co ty na to?

  - A ja na to... jak na lato! - zachichotał Marek. - Pomysł może i niezły, ale czy pani Krysia się zgodzi?

  - No właśnie, w tym sęk. - Jarek pokiwał głową.

  - Jaki sęk? - zainteresował się Marek.

  - Co mówisz? - Jarek tak bardzo się zamyślił, że słowa Marka nie bardzo do niego docierały.

  - Pytam, jaki sęk? - powtórzył pytanie Marek.

  - No, taki normalny, co to problem jest z nim - zniecierpliwił się Jarek, że musi takie proste rzeczy tłumaczyć. - Przecież tatuś tak zawsze mówi.

  - A tam, sęk. Żaden sęk... - Marek podrapał się po głowie.

  - Co ty z tym sękiem?

  - To nie ja, to ty! Bo ja myślę, że to żaden sęk, tylko twardy orzech do zgryzienia.

  - Jaki orzech? - Jarek ciągle myślami był nieobecny.

  - Twardy.

  - Co jest twarde? - spytała mama Marka i Jarka, która stanęła nagle w drzwiach.

  - Sęk... - bezmyślnie odpowiedział Jarek.

  - Wiadomo. Sęk jest zawsze twardy - zgodziła się mama. - A co, rozmawiacie na temat drzew? To bardzo ciekawy temat. Ale na dzisiaj już koniec. Musicie iść do łóżka. Jutro ostatni dzień przedszkola. A potem: Niech żyją wakacje, niech żyje wolny czas, i woda i słońce... i zielony, wonny las!... No właśnie: las, a w lesie dużo drzew. Bardzo dużo drzew, a w każdym drzewie sęk.

  - O rety! Ależ my mówiliśmy... - zaczął Marek.

  - Do łóżek! - nakazała mama, nie słuchając, co Marek ma do powiedzenia.

  - No dobrze, chodź Jarek, idziemy spać, a jutro spytamy się pani Krysi - poddał się Marek.

  - No nie, ja też wam mogę opowiedzieć o drzewach, bo wiem na ich temat bardzo dużo - powiedziała mama. - Jak byłam w waszym wieku, to często chodziłam z moimi rodzicami do lasu... Wiecie co, jutro w drodze do przedszkola będziecie mnie pytać na temat drzew, a ja wam odpowiem na każde pytanie.

  Co było robić? Chłopcy wstali ze schodka, i robiąc do siebie małpie miny, pomaszerowali posłusznie do swojego pokoju. Ale zanim tam dotarli, Marek chwycił Jarka za łokieć i huknął mu prosto do ucha:

  - Co cię podkusiło z tym sękiem?   

  Następnego dnia chłopcom jakoś nie bardzo chciało się wychodzić z łóżka. Ta myśl, że idą ostatni raz do przedszkola, wróciła do nich zaraz po przebudzeniu i wydała się im bardzo, ale to bardzo nieznośna. Mieli ochotę jeszcze raz usnąć i obudzić się z myślą, że to był tylko zły sen i wcale nie czeka ich w tym dniu pożegnanie z przedszkolem. Ale kiedy mama po raz drugi weszła do ich pokoju i kazała im natychmiast wstawać, bo spóźnią się do przedszkola, wstali wreszcie z łóżek i ze zrezygnowaną miną, poczłapali do łazienki.

  A w łazience, po porannej toalecie, doszli w końcu do siebie. I to na tyle, że znów świat wydał im się piękny. Przy myciu zębów, bryzgając pastą na wszystkie strony, doszli razem do wniosku, że miesiąc szybko zleci i znów wrócą do przedszkola.

  Marek, gulgocząc wodą przy płukaniu zębów, przypomniał sobie, że na wakacje jadą nad morze, i że tato obiecał nauczyć ich nurkowania. Na tę myśl humor mu wrócił już całkowicie. Wypluł wodę do umywalki specjalnie głośno i z takim charakterystycznym poszumem, bo chciał, żeby Jarek pokapował, że chodzi mu o wodę w morzu. Jarek pokapował. Wtedy obaj jednocześnie odłożyli do kubeczków swoje szczoteczki do zębów i ruchami ramion „na żabkę", wypłynęli z łazienki w wyśmienitych wręcz humorach.

  Śniadanie chłopcy zjedli z wielkim apetytem. Jakoś dziwnie głodni się poczuli, jakby co najmniej już byli po całodziennym nurkowaniu w morzu. Mama aż dwa razy musiała im kanapki szykować, bo kanapki z ich ulubionym serem znikały z talerza jedna po drugiej. A szykując je, nie mogła się nadziwić, że jej synowie nagle tak dużo jedzą.

  - Cieszę się bardzo, że macie taki apetyt - powiedziała, kładąc na stół talerz z nowymi kanapkami. - Musicie nabrać sił. Za dwa dni będziecie już nurkować w morzu.

  - Widzisz, Jarek?! - zawołał Marek. - Nurkowanie, to zdrowa rzecz. Sama myśl o nim, wzmaga apetyt.  

  Po chwili chłopcy raźnym krokiem maszerowali już do przedszkola.

Ilustracja mojej 7-mio letniej Wnusi


  Po drodze obserwowali ludzi śpieszących do pracy, albo na zakupy, dzieci idących do szkoły, albo tak jak oni, do przedszkola. Doszli wtedy do wniosku, że wszystko w życiu jest normalne i wszystko ma swój odpowiedni czas. Dzisiaj jest normalny dzień jak co dzień, a od jutra - pierwszy dzień wakacji. Na pewno nie dla wszystkich, ale dla nich tak. Chłopcy coraz bardziej cieszyli się tym pięknym letnim dniem. I nawet ta myśl, że idą się pożegnać z przedszkolem, nie wydawała im się już nieznośna. Nic a nic. Za miesiąc przecież wrócą z wakacji, i jak co dzień, znów będą maszerować do przedszkola.

  - Wakacje, to piękna rzecz, prawda mamusiu? - spytał nagle Jarek, żeby się już całkowicie upewnić i móc się już tylko cieszyć.

  - Oczywiście, że tak - z uśmiechem odpowiedziała mama. - Najwspanialsza rzecz w ciągu roku. Bo i lato cudowne, pachnące, i wolny czas dla zdrowia i przyjemności. Tak bardzo się cieszę, że za dwa dni wyjeżdżamy na wakacje nad morze. Zobaczycie, będzie wspaniale.

  - Widzisz, Jarek?! - zawołał Marek i wyskoczył przed mamę i brata, i z radości naciągnął mu berecik na oczy.

  - No, teraz widzę, że nic nie widzę - zaśmiał się w głos Jarek, poprawiając jedną ręką berecik na głowie.

  - Oj, chłopcy, chłopcy! - zaśmiała się też głośno mama, ale po chwili przypomniał jej się temat z poprzedniego wieczora, więc spytała: - No, chłopcy, co chcecie wiedzieć na temat drzew? Pytajcie. Obiecałam, że odpowiem na każde wasze pytanie.

  - Och, mamusiu, nam nie chodziło o drzewa, tylko o sęk... - Marek zamierzał mamie wreszcie wytłumaczyć.

  - No przecież wiem, że o sęk. A sęk jest w drzewie... - mama nie przestawała drążyć tematu drzew. 

  - Mamusiu, ale nam chodziło o ten sęk tatusia. No wiesz, ten co jest w tym, w czym tatuś ma problem... - Jarkowi w końcu udało się mamie wytłumaczyć.

  - Ahaaa! - mama zrozumiała w mig. - To znaczy, że wy też macie jakiś problem? Mówcie kochani. Zaraz wam pomogę rozprawić się z tym sękiem... to znaczy... problemem.

  - No właśnie, my mamy taki sęk... Ojej, ten sęk mnie chyba wykończy - zajęczał Marek.

  - Dobrze już - powiedziała mama, chichocząc ze śmiechu jak mała dziewczynka. -  Zapomnijcie o sęku... Nie ma sęku. Drzew też nie ma. Jest problem. Pytam więc raz jeszcze, jaki macie problem?

  - Och, my mamy ogromny problem, mamusiu... - Jarek podjął się próby opowiedzenia mamie o ich problemie. - Bo nam się wydaje, że naszym zabawkom w przedszkolu będzie smutno bez nas, i myślimy, że dobrze by było je wziąć z sobą na wakacje, ale nie wiemy czy pani Krysia się na to zgodzi.

  - Wiecie, chłopcy, ja myślę, że to nie jest dobry pomysł - poważnym głosem powiedziała mama. - Po pierwsze: zabawkom wcale by to dobrze nie zrobiło. Na pewno będzie lepiej, kiedy pozostaną w przedszkolu. One też muszą trochę w ciszy odpocząć od was. A po drugie: na wakacje musicie z sobą wziąć dużo innych zabawek na plażę, no i różny sprzęt, chociażby sprzęt do nurkowania. Nie będzie więc odpowiednio dużo miejsca na zabawki z przedszkola. A w ciasnych bagażach mogłyby się tylko zniszczyć.

  - Co racja, to racja - zgodził się z mamą Marek, ale po chwili coś mu się przypomniało. - Mamusiu, ale my przecież nie mamy sprzętu do nurkowania.

  - Ale dzisiaj mieć będziecie - uroczyście powiedziała mama.

  - Hurrraaa! - wyrwało się z chłopięcych piersi.

  - Zaraz po przedszkolu pójdziemy razem do sklepu i kupimy - dopowiedziała mama, śmiejąc się.

  - Hurrraaa! - jeszcze raz rozległo się na drodze do przedszkola.

  Po krótkiej chwili chłopcy radośnie wchodzili już na podwórko przedszkolne. Z roześmianymi buziami ucałowali mamę na pożegnanie, i trzymając się za ręce, pobiegli w stronę budynku przedszkolnego. Jednak w połowie drogi Marek nagle się zatrzymał i zatrzymał też Jarka. Odwrócił się w stronę furtki, przez którą  wychodziła mama, i ciągnąc za sobą brata, pobiegł do mamy z powrotem, wołając już po drodze:

  - Mamusiu, mamusiu, poczekaj jeszcze chwileczkę! Mamusiu, a powiedz nam, a możemy spytać panią Krysię, czy chociaż po jednej maluteńkiej zabawce możemy wziąć na wakacje?

  - Oczywiście, że możecie zapytać - odpowiedziała mama z uśmiechem, ale jej uśmiech wydał się chłopcom jakoś dziwnie tajemniczy.

  Chłopcy nie mieli jednak czasu, aby się zastanawiać nad tajemniczym uśmiechem mamy, gdyż mieli zamiar mamy zgodę natychmiast wykorzystać i od razu popędzili do pani Krysi. Jednak w połowie drogi, tym razem Jarek zastopował i wyhamował Markowi bieg. Odwrócił się w stronę furtki, za którą mama już znikała, i głośno zawołał:

  - Mamusiu, mamusiu... a o drzewach opowiesz nam na wakacjach, dobrze?!

  - Dobrze, dzieci! - odpowiedziała mama, wychylając się zza furtki i machając synom na pożegnanie. A po chwili, idąc dalej, już do samej siebie powiedziała wesoło: - Och, jakże ja ich kocham... Kochane łobuziaki.  

  Marek i Jarek pobiegli szczęśliwi do budynku przedszkolnego. I kiedy znaleźli się już w przebieralni, zmienili szybko buciki, a potem jeszcze szybciej pobiegli do sali.

  Pani Krysia, widząc wbiegających chłopców, wyszła im naprzeciw i spytała:

  - A cóż wy tak znów biegniecie? Stało się coś?

  - A bo my chcieliśmy się panią o coś zapytać! - zawołał Marek, ciągnąc Jarka za sobą. - Mamusia nam pozwoliła.

  - No to proszę bardzo, pytajcie - z uśmiechem powiedziała pani Krysia. - Ale poczekajcie jeszcze chwileczkę. Zawołam wszystkie dzieci... Dzieci, dzieci, chodźcie tu do nas! Marek i Jarek chcą się o coś spytać!

   Wszystkie dzieci zostawiły swoje zabawki, którymi się akurat bawiły i w mig przybiegły do pani Krysi i stojącego obok pani Marka i Jarka.

  - No, teraz możecie mnie pytać - powiedziała pani Krysia. - Proszę bardzo, chłopcy, o co wam chodzi?

  - Chodzi... o takie pytanie - zaczął Marek.   

  - No właśnie, jakie pytanie, chłopcy? - zachęcała pani Krysia do   postawienia pytania.

  - Proszę pani, bo my chcieliśmy się zapytać, czy... czy...? - zająknął się Marek.

  - Czyyy...? - dalej zachęcała pani Krysia.

  - Czy moglibyśmy wziąć ze sobą na wakacje chociaż po jednej malutkiej zabawce? - Jarek postawił wreszcie rzeczowo pytanie. - Bo my się martwimy, że naszym przedszkolnym zabawkom smutno będzie samym tu zostać na tak długo... Bez nas i bez pani.

  - Ojej, właśnie! - wołały dzieci, jedno przez drugie.

  - Posłuchajcie dzieci! Muszę wam coś powiedzieć! - Pani Krysia przekrzykiwała gwar z nagła wśród dzieci powstały. - Słuchajcie, cieszę się bardzo, że myślicie o swoich zabawkach, ale muszę wam powiedzieć, że zabawkom wcale nie będzie tutaj smutno. Zanim pożegnacie się z nimi na miesiąc wakacji, ładnie je wszystkie poukładamy na półeczkach i tak, aby wszystkie stały blisko siebie. Na pewno będzie im raźnie i wesoło. One też będą miały wakacje. Zabawkowe wakacje. A muszę wam też powiedzieć, że pan woźny będzie parę razy w ciągu wakacji odwiedzał je tutaj i sprawdzał, czy wszystko jest u nich w porządku. Tak że nie musicie się o nie w ogóle martwić. Wakacje szybko zlecą i znów wrócicie tu do nich... I jeszcze jedno! Chciałam wam powiedzieć, że po jednej rzeczy będziecie mogli jednak z przedszkola z sobą wziąć...

  - Huuurrrraaa! - wrzasnął Marek i Jarek, a za nimi wszystkie dzieci.

  - Miałam wam o ty powiedzieć dopiero po obiedzie - kontynuowała pani Krysia, przykładając palec do ust na znak ciszy. - Ale skoro Marek i Jarek już teraz poruszyli ten temat, to też teraz mówię wam o tym. Tak że dzieci, możecie się cieszyć, gdyż malutka cząsteczka przedszkola będzie z wami spędzać wakacje.

  - Huuurrraaa! - znów rozległo się w sali.

  - A którą zabaweczkę będę mogła wziąć, proszę pani? - spytała nagle piegowata Zuzia.

  - A ja... a ja, którą proszę pani?! - wykrzyczał swoje pytanie Marianek, podskakując jak ping-pong.

  - A ja...? A ja...? - wszystkie dzieci zaczęły pytać, dołączając do skakania Marianka.

  - Cichutko dzieci. Uspokójcie się! - wołała pani Krysia, podnosząc obydwie ręce do góry. I kiedy dzieci umilkły wreszcie, pani Krysia z jakimś dziwnie tajemniczym uśmiechem powiedziała - Wszystkiego dowiecie się po obiedzie.

  Cóż było robić? Dzieci powróciły do swoich wcześniej pozostawionych zabawek, i zaczęły bawić się dalej.

  Marek i Jarek, zanim poszli się bawić tak jak pozostałe dzieci, stanęli pod oknem i coś tam do siebie szeptali.

  Widząc ich, pani Krysia, pogroziła im palcem, ale z uśmiechem na twarzy, i poszła do swojego stolika przygotować się do zajęć z dziećmi.

  Chłopcy oderwali się od okna, ale idąc w stronę półek z zabawkami, dalej szeptem rozprawiali o czymś bardzo ważnym.

  - Nie, Jarek, nie bądź niepoważny, puchaty miś jest za duży. Mamusia na pewno się nie zgodzi go wziąć... i zresztą, byłoby mu za ciasno w naszych bagażach. - Marek zawzięcie tłumaczył bratu, ściszając głos coraz bardziej. - Wybierz lepiej inną zabawkę. Bo ja chyba wezmę tę lalkę w stroju nurka. Pamiętasz, kilka razy po kryjomu sprawdzaliśmy w umywalce czy ona umie nurkować. I wyszło na to, że umie, i to fajowo. To teraz tak sobie myślę, że gdy wezmę ją ze sobą, to ona może sprawić, iż bardzo szybko nauczymy się nurkować i razem z nią będziemy mieli na wakacjach przygód moc... w morzu, a może i też na lądzie.

  - No dobrze, to ja wezmę czarnego rumaka - zdecydował się wreszcie Jarek po chwili namysłu. - Jest mniejszy i też może sprawić, że będziemy mieli dużo wakacyjnych przygód... na lądzie, a może i w morzu. Bo konie przecież też potrafią pływać.

  - No widzisz, teraz to masz dobry pomysł - ucieszył się Marek. - czarny rumak chętnie będzie z nami wędrować po plaży i... gdzie tylko pójdziemy z mamusią i tatusiem... Ty, Jarek, a zauważyłeś, że pani Krysia jakoś tak dziwnie się uśmiechała? Podobnie jak nasza mamusia.

  - Nooo... też mi się tak wydawało, że uśmiechała się jakoś inaczej niż zawsze - powiedział Jarek, drapiąc się po głowie.

  Chłopcy nie mogli się jednak nad uśmiechami mamy i pani Krysi dłużej zastanawiać, gdyż pani Krysia zawołała nagle wszystkie dzieci do siebie i kazała im się ustawić dwójkami do wyjścia.

  Kiedy wszystkie dzieci znalazły się już na podwórku przedszkolnym, pani Krysia powiedziała:

  - Słuchajcie dzieci, a teraz udekorujemy odświętnie nasze przedszkole. Balonikami i kolorowymi wstążeczkami. Bo przecież musimy pożegnać się z nim uroczyście. A gdy na koniec dnia, przyjdą po was wasi rodzice, albo dziadkowie, zaśpiewamy im naszą nową, wakacyjną piosenkę. Dobrze, dzieci?

  - Dooobrzeee! - chórem rozległo się na podwórku przedszkolnym.

  - Cieszę się, że się wam podoba mój pomysł - wesoło zawołała pani Krysia. - A teraz poproszę pana woźnego, ażeby przyniósł nam na podwórko naszą specjalną skrzynię z odświętną dekoracją... Marek, proszę, podejdź do okna warsztatu i poproś pana woźnego do nas. On już będzie wiedział, że ma przyjść ze skrzynią.

  Marek bardzo chętnie spełnił pani Krysi prośbę i po chwili szedł już razem z panem woźnym, niosąc specjalną pompkę do nadmuchiwania baloników.

  Pan woźny postawił skrzynię na ziemi i zaczął z niej wyciągać przepiękne, różnokolorowe wstążeczki, różnej wielkości i przeróżnych kolorów kwiatuszki, a nawet zwoje serpentyn. Każdemu dziecku dał do ręki po jednej takiej dekoracji i poszedł razem z dziećmi i z panią Krysią zdobić co się tylko dało. Ozdobili i płot, i drzwi wejściowe, i krzewy, i gałęzie na drzewach. I nawet huśtawka i zjeżdżalnia została ozdobiona, bo Marek wspiął się wysoko i pozawieszał po dwa czerwone maki i kilka biało-czerwonych wstążeczek. A ile było przy tym radości i śmiechu? Całe podwórko przedszkolne było wypełnione radością i śmiechem. A gdy jeszcze Marianek zaczął głośno porównywać Marka do takiej małej małpki, którą z rodzicami oglądał w ZOO zeszłej niedzieli, to już śmiech dzieci było słychać nawet na ulicy. Aż przechodnie, idący chodnikiem, z uśmiechem odwracali się w kierunku przedszkola.

  Potem pan woźny rozdał dzieciom po jednym baloniku, i poprosił, aby każde dziecko ze swoim balonikiem podchodziło do niego. No a wtedy specjalną pompką nadmuchiwał każdy balonik z osobna. Baloniki aż furkotały.

  Dzieciom bardzo podobała się ta czynność pana woźnego, gdyż przypatrując się nadmuchiwanym przez niego balonikom, mogły zgadywać jakiego będą kształtu. Śmiechu przy tym było co niemiara, bo dzieciom raz się udawało zgadnąć, a raz nie. Później dzieci przywiązywały razem z panią Krysią długie tasiemki do baloników i szczęśliwe podziwiały jak wiaterek igra sobie z nimi. Chwilami wiaterek dmuchał tak mocno, że dzieci, trzymając mocno za tasiemki, aż piszczały z radości.

  I wtedy właśnie stało się nieszczęście, gdyż piegowata Zuzia nie zdołała jednak utrzymać swego balonika. Wiaterek porwał jej balonik i poniósł go wysoko i bardzo daleko. Zuzia usiadła na ziemi i rozpłakała się wniebogłosy.

  - Nie płacz Zuziu! - Jarek szybciutko podbiegł do koleżanki i  ukląkł przy niej. - Nie płacz, dam ci swój balonik. Popatrz, mój jest taki sam jak i twój jest...

  - Był... - zawołała Zuzia i jeszcze głośniej zaczęła płakać.

  - Co... był? - spytał Jarek, marszcząc brwi w zastanowieniu.

  - Balonik był - szlochając, odpowiedziała Zuzia.

  - Był i się zbył! - zachichotał Marek i usiadł ze swoim balonikiem na ziemi obok Zuzi.

  - Aha, „był" balonik a nie, „jest" - poprawił się Jarek, bo wreszcie do niego dotarło, co Zuzia miała na myśli, mówiąc „był". - A więc jeszcze raz... Weź mój balonik. On jest taki sam, jak twój byyyył. Ale nie płacz już.

  - Ale mój był ładniejszy. - Zuzia jakoś nie miała ochoty przestać płakać.

  Pani Krysia przyglądała się z boku tej scenie, ale nie reagowała. Chciała zobaczyć jak dzieci same sobie w takiej sytuacji poradzą.

  A dzieci poradziły sobie znakomicie.

  Marek, nie mogąc znieść dłużej płaczu Zuzi, machnął ręką w powietrzu ze zrezygnowania, a drugą ręką podsunął Zuzi pod nos tasiemkę ze swoim balonikiem, i powiedział:

  - A niech tam... weź i mój balonik. Tylko już nie płacz, bo innym balonikom będzie smutno.

  - No, Zuziu, widzisz, jakich masz wspaniałych kolegów? - dopiero wtedy odezwała się pani Krysia, zadowolona, że dzieci same wspaniale rozwiązały zaistniały problem. - Marek, Jarek, jestem z was dumna. Macie dobre serduszka.

  - Eee... tam, proszę pani! Serduszka jak serduszka... Chęci mamy dobre - powiedział Marek, wstając z ziemi, i otrzepując swoje spodenki z niewidzialnego pyłu. - Jak się ma dobre chęci, to wszystko można osiągnąć... Nasz tatuś tak mówi.

  - I mądrze mówi - zaśmiała się pani Krysia i zwróciła się do wszystkich dzieci: - A teraz, moje kochane dzieci, idziemy przywiązać nasze baloniki na parkanie, tak żeby wszyscy z ulicy widzieli, że u nas, w przedszkolu, mamy dzisiaj święto.

  - Huuurrraaa! Idziemy! - chórem zawołały dzieci.

  - A wy, chłopcy - pani Krysia zwróciła się do Marka i Jarka. - Chodźcie ze mną. Pomożecie mi nieść te pozostałe w skrzyni wstążeczki i kwiaty. Je też przyczepimy na parkanie. Nasze przedszkole będzie wyglądało wspaniale.

  Marek i Jarek wyciągnęli przed siebie ręce, a pan woźny przewieszał im przez nie wszystkie wstążki, jakie tylko zostały w skrzyni. Potem wręczył im po dwie duże stokrotki do ich otwartych dłoni, i śmiejąc się, kazał im odmaszerować.

  - Ho, ho, ho, wyglądacie jak żywa dekoracja! - zawołał za chłopcami, kiedy oni ze szczęśliwymi minami odchodzili od niego.

  Dzieci tak pięknie ustroiły podwórko przedszkolne, że każdy kto przechodził obok przedszkola zaglądał do środka i z uśmiechem na twarzy podziwiał ich dzieło. Dzieci również nie kryły zadowolenia. Po skończonych pracach dekoratorskich, stanęły na środku podwórka, i kręcąc głowami we wszystkich kierunkach, komentowały głośno dzieło własnych, pana woźnego i pani Krysi rąk.

  - Jakie piękne jest nasze przedszkole! - wołały jedno przez drugie. -

To my, proszę pani, tak ślicznie przystroiliśmy nasze przedszkole. Prawda?

  - Proszę pani, proszę pani... a tam wisi moja wstążeczka! - wołało jedno, a drugie zaraz je przekrzykiwało: - A tam, proszę pani, wisi mój kwiatuszek.

  - Proszę pani, widzi pani... a tam dalej wiszą moje serpentyny! - wołało jeszcze inne.

  - A na parkanie powiewają na wietrze kolorowe baloniki. Po jednym od każdego z nas! - głośno zauważył Marianek.

   - Ooo... a tam wisi moja czerwona różyczka! - wołała piegowata Zuzia. - A tam na parkanie moje baloniki... Aż dwa baloniki!

  - A ty się nie chwal, bo jakbyś od Marka i Jarka nie dostała, to byś nic nie miała! - krzyknął Marianek, niezadowolony z przechwałek swojej koleżanki Zuzi.

  - Ale dostałam... i miałam - odgryzła się piegowata Zuzia.

  - Marianek, daj Zuzi spokój - wtrącił się Marek. - Dziewczynom trzeba ustępować, no i pomagać też... Tak mówi mój tatuś.

  - I być rycerskim... - dodał jeszcze Jarek.

  - Coś ty, Jarek?! - skrzywił się Marianek i popukał się po głowie. - Ja miałbym być rycerzem? Przecież jestem na to jeszcze za mały.

  - Nie rycerzem, Marianku, a rycerskim - zaśmiała się pani Krysia, przysłuchując się rozmowie chłopców. - Tatusiowi Marka i Jarka chodziło o to, że wobec dziewczyn trzeba być rycerskim, a to znaczy, dobrym, opiekuńczym i miłym.

  - Słyszałeś, Marianku?! No! - Zuzi spodobało się pani wytłumaczenie.

  - Chodź Marianek, idziemy pograć w piłkę, póki co! - zawołał Marek, ubawiony nadymaną miną piegowatej Zuzi. - Później będziemy rycerscy... Jak pogramy.

  - No właśnie, dzieci, teraz macie wolny czas na zabawy na podwórku! - ogłosiła pani Krysia. - Tak bardzo żeście się napracowały, że zasłużyłyście sobie na zabawę w to, co kto lubi. A potem pójdziemy na obiad... A po obiedzie, urządzimy uroczystość pożegnania przedszkola, i przywitania wakacji... Zgadzacie się dzieci?

  - Taaak! - krzyknęło kilkoro tylko dzieci, bo inne biegły już do swoich ulubionych zabaw.

Marek z Mariankiem zabrali się za kopanie piłki. Urządzili sobie zawody: kto kopnie dalej, a potem: kto wyżej. W kopaniu piłki Marek nie miał sobie równych. Kopał najlepiej ze wszystkich chłopców w przedszkolu. Teraz również kopanie szło mu wyśmienicie. Kopał wyżej i dalej od Marianka. Wreszcie chciał pokazać Mariankowi, że stać go na więcej. Ustawił piłkę na trawie, pogładził ją, po czym odszedł na odpowiednią odległość. Z odległości popatrzył na piłkę, nabrał powietrza i puścił się pędem w jej kierunku. Dobiegł do piłki... i jak nie kopnie z całych sił. Piłka wprawiona tak potężną siłą w ruch, poleciała wysoko i daleko... i spadła na ulicy. 

    Widząc to, pani Krysia, kazała chłopcom usiąść na trawie i poczekać aż pan woźny przyniesie piłkę z powrotem. Nakazała też Markowi więcej tak mocno nie kopać, bo jakiś przechodzień na ulicy może dostać piłką w głowę.

  - Proszę pani, to nie ja, to moja noga jest taka mocna! - zawołał wtedy Marek, wystraszony, że mógłby komuś zrobić krzywdę.

  - To powiedz swojej nodze, żeby tak mocno nie kopała - zaśmiała się pani Krysia i pogroziła Markowi palcem.

  Po chwili pan woźny przyniósł piłkę z powrotem i Marek z Mariankiem znów zaczęli grać. Ale nie robili już zawodów, tylko kiwali się piłką, kto komu piłkę odbierze.

  Jarek tymczasem bawił się z Romkiem w piaskownicy, w ulubioną zabawę stawiania babek z piasku i budowania zamków. Najpierw stawiali babki dookoła piaskownicy, a później na środku piaskownicy wybudowali okazały zamek. Zamek był tak piękny, że wszystkie dzieci podchodziły i głośno go podziwiały.

  - Proszę pani, proszę pani, proszę popatrzeć jaki wspaniały zamek wybudował Jarek z Romkiem! - wołały.

  - No, rzeczywiście jest wspaniały - zgodziła się z dziećmi pani Krysia. - A jaki ogromny.

  - Jarek, a są w tym zamku rycerze? - spytała piegowata Zuzia.

  - Teraz nie ma. Ale przyjdą potem - poważnym głosem odpowiedział Jarek, kopiąc dookoła zamku dół na fosę.

  - Teraz ich nie ma, bo poszli się uczyć rycerskości - zachichotał Marek, zaglądając ponad głowami dzieci na dzieło architektoniczne swojego brata i Romka.

  Zbliżała się pora obiadu. Pani Krysia zwołała wszystkie dzieci do siebie i poprosiła, aby ustawiły się dwójkami i udały do jadalni na obiad.

  Dzieci bardzo chętnie wykonały polecenie pani, gdyż po tylu emocjach i zabawach, poczuły się już głodne. Ale nie tylko z powodu głodu były tak chętne udać się do jadalni. Dzieci wiedziały, że po obiedzie czeka je wspaniała uroczystość. I jeszcze to (jak myślały), że po obiedzie będą wybierały po jednej zabawce, którą to wezmą ze sobą na wakacje. I przede wszystkim dlatego, chciały jak najszybciej znaleźć się w jadalni i obiad mieć już za sobą.

  Przy obiedzie dzieci miały sobie wiele do opowiedzenia na temat wspaniale udekorowanego przedszkola i rozmawiały między sobą półgłosem. Ale chwilami zdarzało się i tak, że i głośne słowa się im wymsknęły.

  Pani Krysia musiała parę razy dzieci upomnieć, aby przy jedzeniu nie rozmawiały.

  Po którymś już z kolei pani upomnieniu, piegowata Zuzia wstała od stołu, weszła na swoje krzesełko, i zawołała:

  - Przy jedzeniu się nie gada, bo się w brzuszku źle układa! Prawda, proszę pani?

  - Ty, Zuźka, to tobie chyba już się całkiem źle poukładało, bo ty najwięcej gadasz! - zawołał Marianek.

  - A ty, Marianek, siedź cicho, bo będziesz musiał pójść z tymi rycerzami od Jarka uczyć się rycerstwa - odgryzła się piegowata Zuzia i obrażona znów nadymała buzię.

  - Rycerskości, Zuziu... Rycerskości, nie rycerstwa - poprawiła dziewczynkę pani Krysia. - Uspokójcie się dzieci... A ty, Zuziu, zejdź z krzesełka i usiądź normalnie.

  Marka znów rozśmieszyła nadymana buzia Zuzi. Zaczął chichotać w kułak, i chichocząc, poszukał pod stołem nogi Jarka i kopnął go w kostkę.

  - Jarek, ale namieszałeś Zuzi w głowie - wyszeptał po chwili bratu do ucha, kiedy się już nieco uspokoił.

  - Przecież nie chciałem - również szeptem odpowiedział Jarek.

  - Nie chciałeś, ale namieszałeś - znów zachichotał Marek.

  Pora obiadowa dobiegła końca. Wszystkie dzieci grzecznie wstały od stołu, cichutko, tak jak pani zawsze nakazywała, zasunęły swoje krzesełka do stołu, i wyszły z jadalni.

  Pani Krysia zaprowadziła dzieci do drugiej sali, gdzie pani od muzyki, grała na pianinie skocznego mazura.

  Dzieciom na dźwięk tak wspaniałej muzyki, nogi same poderwały się do tańca. Zaczęły tańczyć. Najpierw osobno, potem chwyciły się za ręce i tańczyły wesoło w kółeczku.

  A gdy pani od muzyki zaczęła grać pięknego walca, Jarek podskoczył do piegowatej Zuzi, ukłonił się jej pięknie i poprosił ją do tańca. Widząc to, Marek, nie chciał być gorszy od Jarka i też ukłonił się nisko, ale przed Grażynką w okularach, bo akurat ona była w pobliżu. Po czym zaczął pląsać wraz z nią w rytm walca. Pozostałe dzieci tańczyły dalej w kółeczku i śmiały się radośnie.

  Pan woźny pracował w swoim warsztacie, ale kiedy usłyszał tak pięknego walca w wykonaniu pani od muzyki, nie wytrzymał. Zostawił swoją pracę i pobiegł za tymi cudownymi dźwiękami. Przybiegł do sali, i stojąc w drzwiach, rozkoszował się tak uwielbianą przez siebie muzyką.

  Marek pierwszy zauważył pana woźnego. Ucieszył się bardzo na jego widok i zawołał:

  - Proszę pana! Panie woźny, proszę zatańczyć z panią od muzyki. My tak bardzo lubimy patrzeć, jak pan tańczy walca. Bo pan tak wspaniale umie tańczyć. Prosimy bardzo...

  - Prosimy! Prosimy! - zaczęły prosić wszystkie dzieci.

  Pana woźnego do tańczenia nie trzeba było długo prosić. Tańczyć bardzo lubił. A już za walcem wręcz przepadał. Podszedł do pani od muzyki, szarmancko się ukłonił, no i ruszyli razem w tan, śpiewając sobie walca do tańca.

  Dzieci stanęły pod ścianą, żeby zrobić miejsce dla tańczącej pary. Przyglądając się tańczącym, aż buzie pootwierały z zachwytu.

  Zaś Marek i Jarek, którzy również uwielbiali tańczyć, posuwali się za panem woźnym i panią od muzyki, i podziwiając ich kroki i zgrabne ruchy, starali się ich naśladować.

  Ależ miło i wesoło było tego dnia w Marka i Jarka przedszkolu. W ich przedszkolu zawsze jest „fajowo", jak to chłopcy mówią, ale tego dnia szczególnie.

  Pani Krysia była bardzo zadowolona z atmosfery panującej wśród dzieci. Przyglądając się im, miała szeroki uśmiech na twarzy. Szkoda jej było przerywać dzieciom tak wspaniałą zabawę, ale kiedy spojrzała na zegarek, zorientowała się, że niestety musi. Klasnęła parę razy w dłonie i zawołała:   

  - Kochane dzieci, proszę posłuchać! Teraz przejdziemy do drugiej sali i tak jak wam wcześniej mówiłam, poukładamy na półkach  wszystkie zabawki blisko siebie... Idziemy dzieci!

  - Proszę pani, a może jak każdy z nas weźmie z sobą po jednej zabaweczce, to już nie będzie co układać - zauważył głośno Marek w przejściu z jednej sali do drugiej.

  - Poczekaj Marek, to nie tak... - Pani Krysia zastanowiła się na moment, a po chwili z tajemniczym znów uśmiechem, dodała: - Słuchajcie dzieci, najpierw wszystkie zabawki poukładajmy... A potem zobaczymy... To znaczy, potem wam powiem, co dalej.

  Dzieci posłusznie przystąpiły do układania zabawek. Najpierw jednak poukładały równiutko wszystkie książki i bloki ze swoimi rysunkami, a potem dopiero zabrały się za zabawki. Znosiły w jedno miejsce i lalki, i pluszaki, i autka, i kolejki, i klocki, i piłki, a nawet cztery wózki od lalek i dwa ogromne wozy strażackie.

  I kiedy już wszystkie zabawki stały na podłodze obok największego regału, pani Krysia zaczęła podpowiadać dzieciom, które zabawki z którymi, czuć się będą najlepiej.

  - Myślę, że wszystkie pluszowe zabawki powinny być razem i zająć miejsce na najwyższej półce - powiedziała. - Co wy na to, dzieci?

  - Tak, tak, układamy je razem na najwyższej półce! - wołały dzieci.

  - A lalki, dziewczynki? - pani Krysia zwróciła się do dziewczynek. - Nie uważacie, że też dobrze by się czuły, siedząc jedna przy drugiej?

  - Tak, proszę pani Krysi, tak trzeba zrobić - piskliwym głosikiem powiedziała Grażynka w okularach.

  - O tak, o tak, nie inaczej proszę pani, trzeba je posadzić razem, żeby mogły na siebie patrzeć i ze sobą rozmawiać! - zawołała piegowata Zuzia, łapiąc za lalkę w stroju nurka.

  - Nie! - krzyknął nagle Marek.

  - Co... nie, Marek? - spytała pani Krysia zaniepokojona, widząc że Marek aż poczerwieniał na twarzy.

  - Nie lalkę w stroju nurka - niepewnie odpowiedział Marek.

  - Ale dlaczego lalka w stroju nurka miałaby nie siedzieć razem z pozostałymi lalkami? - dopytywała się pani Krysia. - No więc, Marek, powiedz nam.

  - Bo... bo... bo... - Marek zająknął się i poczerwieniał na twarzy jeszcze bardziej.

  - Proszę Marek, powiedz nam. - Pani Krysia podeszła do Marka i łagodnym wzrokiem popatrzyła mu prosto w oczy.

  - No dobrze, powiem... Powiem już teraz! - wydukał Marek, wiercąc czubkiem buta dziurę w podłodze. - Bo... bo...

  - Bo...? - zachęcała pani Krysia.

  - Bo lalka w stroju nurka ze mną spędzi wakacje - wypalił szybko i popatrzył na twarz pani Krysi, aby zobaczyć, jaka będzie jej reakcja.

  Niczego złego na twarzy pani się nie doszukał, ale za to usłyszał, tyle że nie od pani Krysi, a od dzieci. Bo dzieci zaczęły się nagle głośno śmiać i wołać jedno przez drugie:

  - Marek z lalką... Chłopak z lalką... Marek z lalką... Chłopak z lalką!

  - Cicho dzieci! - uciszała pani Krysia. - A cóż w tym złego, że chłopak bawi się lalką? Lalka, to taka sama zabawka jak każda inna. Dziewczynki przecież też się lubią bawić samochodzikami. Na ten przykład... lalka w stroju nurka, to dopiero jest uniwersalna lalka, bo rozbawia jednakowo i dziewczynki i chłopców. Wiecie przecież, że nurkami mogą być nie tylko chłopcy, mogą być też i dziewczynki. Nieraz oglądaliśmy w telewizorze filmy o podwodnym życiu w oceanach i morzach świata, i sami widzieliście, że nurkami byli nie tylko panowie, były też i panie.

  - No tak, ale ta tu... to lalka, a nie żywy nurek. - Marianek ciągle nie mógł zrozumieć, co Markowi się stało, że mu się lalki zachciało.

  - Ale ja będę żywym nurkiem. Jarek też. Bo tatuś będzie nas uczył nurkowania w morzu - odgryzł się Marek, trochę speszony reakcją dzieci. Ale że Marek nie lubił zbyt długo być speszonym, po krótkiej chwili dodał już śmiało: - Bo wy nie wiecie, dlaczego akurat tę lalkę  w stroju nurka ja chcę wziąć z sobą. Ja chcę ją dlatego wziąć, żeby ona też mogła sobie wreszcie ponurkować, a nie siedzieć cały czas na półce bez wody. Jest nurkiem, więc musi nurkować, nie...? No!

  - Tak, Marek ma rację! - zawołał Marianek i aż podskoczył z wrażenia. Po czym usiadł na podłodze i zastanawiał się, dlaczego jemu pierwszemu taka myśl nie przyszła do głowy, przecież też jedzie na wakacje nad morze. Popatrzył zazdrosnym okiem na Marka i wreszcie spytał: - Marek, a nie chciałbyś tę lalkę w stroju nurka mi odstąpić?

  Pani Krysia, widząc iż sytuacja robi się niezręczna, wzięła lalkę w stroju nurka z rąk piegowatej Zuzi i położyła ją na półce. Po czym, odwracając się z powrotem do dzieci, powiedziała:

  - Kochane dzieci, są też inne rzeczy, które możecie wziąć z sobą na wakacje, i które znacie doskonale...

  - Tak, proszę pani, znamy! - wyrwało się Jarkowi, ale zaraz złapał się za buzię, żeby niepotrzebnie nie zdradzić się ze swoim pomysłem. Zerknął tylko na czarnego rumaka, którego sam postawił na najwyższej półce między dwoma dużymi miśkami, i milczał już jak zaklęty.

  - Opowiemy sobie o nich później... - mówiła dalej pani Krysia. - Ale najpierw poukładamy do końca wszystkie zabawki... Wszystkie, słyszycie dzieci?

  Cóż było robić? Dzieci z powrotem zabrały się do przerwanej pracy i w mig, bez żadnych już problemów, poukładały na półkach wszystkie zabawki.

  Pani Krysia pochwaliła dzieci za wspaniałą pracę na rzecz zabawek i zawołała:

  - Na cześć dobrej roboty: Hip, hip, hurra!

  - Hip, hip, hurra! - zawołały dzieci.

  - Na cześć przedszkolaków! Na waszą cześć: Hip, hip, hurra!

  - Hip, hip, hurra! Hip, hip, hurra! Hip, hip, hurra, hurra, hurrrra! - rozniosło się głośno i radośnie po całym przedszkolu.

  Dzieci tak głośno wiwatowały, że pan woźny przybiegł aż do sali, by zobaczyć co się dzieje. Z szerokim uśmiechem stanął w drzwiach i radośnie pomachał do dzieci obiema rękami. Po chwili podszedł do okna, wyglądnął, i zaraz szybkim krokiem podszedł do pani Krysi. Coś jej powiedział do ucha, i nagle zawołał:

  - Hurrraaa, dzieci! Zaczynamy wielką uroczystość!

  - Huuurrraaa! - odpowiedziały mu wszystkie dzieci.

  - Kochane dzieci, tak, już czas zacząć naszą uroczystość! - głośno ogłosiła pani Krysia. - Mam dla was wielką niespodziankę! Otóż dzisiaj, w tym wielkim dniu rozpoczęcia wakacji, pozwoliłam sobie w waszym imieniu nieco szybciej zaprosić waszych rodziców i dziadków. Chciałam, aby wszyscy uczestniczyli w naszej uroczystości.

  - Huuurrraaa! - ucieszyły się dzieci.

  - A więc, ustawcie się teraz parami, i wychodzimy na podwórko - ogłaszała dalej pani Krysia: - Na podwórku ustawimy się w szeregu i... potem powiem wam co dalej... Proszę dzieci, wychodzimy!

  Wszystkie dzieci ze szczęśliwymi minami wyszły na podwórko przedszkolne, a widząc tam stojących rodziców i dziadków, ze szczęścia aż promieniały. A kiedy wśród stojących zobaczyły jeszcze i starszą panią Kwiatkowską, to aż piszczeć zaczęły z nadmiaru szczęścia. Dzieci wręcz uwielbiały panią Kwiatkowską. Od kiedy ją poznały, często odwiedzały ją w jej domku pod lasem by pomóc jej troszeczkę przy pracach w ogródku, ale przede wszystkim dlatego, aby posłuchać jej pięknych bajek i baśni. Bo też starsza pani jak nikt, potrafiła pięknie i ciekawie opowiadać. Wszystkie dzieci słuchały jej zawsze z otwartymi buziami i wpatrywały się w nią w wielkim skupieniu. 

  Dzieci machały rączkami do wszystkich swoich gości i nawoływały albo swoją mamę, albo tata, albo oboje rodziców naraz. Albo też babcię, albo dziadka, albo też oboje dziadków naraz. Machały i machały, śmiejąc się przy tym radośnie.

  Marek i Jarek również machali do swojej mamusi, która też przyszła wcześniej do przedszkola i stała razem ze wszystkimi gośćmi. A kiedy już pozdrowili mamusię, obaj zawołali jednocześnie:

  - Witamy panią Kwiatkowską, naszą dobrą wróżkę!

  - Witamy! Witamy! - jak echo zawołały wszystkie dzieci.

  Pani Krysia na widok szczęśliwych dzieci również była szczęśliwa. Uśmiechała się do wszystkich i czekała aż wszystkie dzieci przywitają się, po czym uroczystym głosem powiedziała:

  - A teraz dzieci, na przywitanie naszych wspaniałych gości, zaśpiewamy naszą nową wakacyjną piosenkę. Tak?

  - Taaak! - zawołały wszystkie dzieci i zaczęły pięknie śpiewać:


    Lato, lato... piękne jest lato!

    Wie o tym mama, wie też i tato.

    I my, dzieci, też o tym wiemy...

         To czas wakacji, których bardzo pragniemy.


    Bo wakacje, to piękna rzecz,

    I każdy z nas - powinien je mieć,

    By przyrody bliżej być,

         By móc ją podziwiać i pięknie z nią żyć!


    Na wakacjach przygód moc

    Czeka nas od rana - aż po noc.

    Błękit nieba od świtu po zmierzch,

         Och, jak piękne jest lato! Garściami go bierz!


    A więc w drogę! Ruszać pora!

    Pakuj zabawki do podróżnego wora,

    No i ruszaj w piękny świat,

         Bądź zawsze radosny i z wakacji rad!   


                      Chodźcie dzieci! Wszystkie wraz,

                      Gdyż wakacji nadszedł czas!

                      Chodźcie dzieci! Chodźcie wraz -

                      ZEW NATURY... już wzywa nas!!!


  - Brawo! Brawo! - wołali i klaskali wszyscy goście.   

  Dzieci kłaniały się raz po raz. Były bardzo szczęśliwe, że wszystkim dorosłym spodobała się ich wakacyjna piosenka.

  Pani Krysia również kłaniała się z dziećmi. A kiedy oklaski umilkły, powiedziała do dzieci:

  - A teraz moi kochani, mamy dla was niespodziankę. Pamiętacie, mówiłam wam, że wszystkie zabierzecie ze sobą na wakacje malutką cząsteczkę przedszkola. Zaraz zobaczycie, co miałam na myśli,  mówiąc to. Poproszę teraz pana woźnego i pan woźny przyniesie wam tę niespodziankę.

  Wielkie poruszenie zrobiło się wśród dzieci. Każde zaczęło wyciągać szyję i z ogromnym zaciekawieniem wpatrywać się w pana woźnego. A pan woźny na znak pani Krysi uśmiechnął się szeroko i zniknął za drzwiami, ale po to tylko, aby za chwilę wyjść z wielkim koszem wiklinowym.

  Co też tam było w środku? Ojej, co tam mogło być? Dzieci bardzo chciały wiedzieć. Dlatego jeszcze bardziej zaczęły wyciągać szyję i wpatrywać się w kosz. Marek nawet wskoczył Jarkowi na barana by z góry lepiej widzieć. Nic jednak nie mógł zobaczyć. Inne dzieci też nic nie widziały, gdyż kosz przykryty był serwetą.

  Pani Krysia, widząc ogromne zaciekawienie wśród dzieci, klasnęła w dłonie i powiedziała:

  - Kochane dzieci, zanim zobaczycie co jest w koszu, i zanim to dostaniecie, mam dla was jeszcze jedną niespodziankę. Otóż poproszę teraz pana lodziarza, który stoi z wielkim termosem z tyłu za naszymi gośćmi, i pan lodziarz rozda każdemu z was pyszne lody na patyku.

  - Huuurrraaa! - zawołały wszystkie dzieci.

  - Ale fajowo! - Marek z zadowolenia łupnął Jarka w plecy. - Akurat mam wielką ochotę na lody.

  - Ty, popatrz, ja też - odpowiedział Jarek i też łupnął Marka w plecy.

  Dzieci ze szczęśliwymi minami odbierały od pana lodziarza pyszne, czekoladowe lody i dziękowały głośno. Pan lodziarz odpowiadał uśmiechem i życzył wszystkim dzieciom smacznego. Potem dzieci, liżąc lody, podeszły do swoich rodziców i dziadków i rozmawiały z nimi między jednym liźnięciem a drugim.

  Pani Krysia w międzyczasie poprosiła panią kucharkę o rozstawienie małych stoliczków i razem z nią ustawiała na nich patery z owocami i przeróżnymi ciasteczkami. Przyniosła też kilka dzbanków z kompotem i dwie tace ze szklaneczkami. A potem zaprosiła wszystkich gości do poczęstunku.

  Wszyscy goście częstowali się z wielką ochotą, i razem z poczęstunkiem, spacerowali wraz ze swoimi dziećmi dookoła przedszkola, podziwiając zadbane przez pana woźnego podwórko i ogród oraz wspaniałe dekoracje wykonane przez dzieci.

  A dzieci, promieniejąc szczęściem, oprowadzały swoich rodziców  i dziadków i radośnie wołały: - „Oooo... popatrz (albo popatrzcie), tu jest mój kwiatuszek..." albo: „tu jest moja wstążeczka..." albo: „tu jest moja serpentynka..." A balonik, to już każde dziecko pokazywało, który jego jest. Oczywiście oprócz Marka i Jarka. Ale to nic. Marek i Jarek wcale nie żałowali, że ich baloników nie ma wśród baloników pozostałych dzieci. A kiedy opowiedzieli mamie co się stało z ich balonikami, i kiedy mama ich ucałowała za ich dobre serduszka, czuli się tak, jak gdyby to oni byli balonikami radośnie powiewającymi na wietrze.  

  Mama Marka i Jarka zostawiła na chwilę swych synów i podeszła do pani Krysi. Pragnęła podziękować jej w imieniu własnym i pozostałych rodziców oraz dziadków, a i też w imieniu starszej pani Kwiatkowskiej, za tak pięknie przygotowaną uroczystość pożegnania przedszkola i przywitania wakacji.

  Chłopcy w tym czasie kończyli lizać swoje lody. I kiedy już skończyli tę smaczną czynność, Jarkowi przyszedł do głowy wspaniały pomysł. Złapał wtedy Marka za rękę i odciągnął na bok.

  - Ty, Marek, musimy dać coś od siebie na tę wspaniałą uroczystość - powiedział, kiedy znaleźli się już za piaskownicą i tam się ukryli. - Nie ma innego wyjścia, musimy zaśpiewać wszystkim gościom tę twoją piosenkę, którą wymyśliłeś przedwczoraj, a ja ci pomogłem... No wiesz, tę na niechciane pożegnanie przedszkola.

  - Coś ty, chcesz śpiewać? - spytał Marek, chowając głowę za obudowę piaskownicy, bo zobaczył, że ich mama rozgląda się za nimi.

  - To nasz obowiązek - stwierdził stanowczo Jarek.

  - To niech będzie - wyszeptał Marek. - Obowiązki są po to, by je spełniać... Ty, czekaj, ale teraz już mamy śpiewać, czy zaraz potem?

  - Chyba zaraz potem - odpowiedział Jarek, zaglądając spod piaskownicy, by sprawdzić co dzieje się na podwórku przedszkolnym. - Ty, Marek, popatrz, pani Krysia wzywa wszystkie dzieci do siebie.

   Pani Krysia rzeczywiście nawoływała dzieci by podeszły razem z nią do wiklinowego kosza. I kiedy wszystkie już podeszły, a na końcu dobiegł Marek i Jarek, pani Krysia wesołym głosem powiedziała:

   - A teraz, kochane dzieci, proszę ustawić się w rzędzie, a ja odsłonię kosz. Każde z was, po kolei, podejdzie wtedy do kosza i wyjmie z niego dla siebie po jednej rzeczy. Zaznaczam, że wszystkie rzeczy są jednakowe i wszystkie będziecie miały to samo. Tak że nie musicie przebierać w koszu, tylko po kolei wyjmować z niego jedną rzecz... A więc, kochane dzieci... proszę bardzo... Niespoooodziankaaa! - Pani Krysia ściągnęła serwetę z kosza.

  Wszystkie dzieci natychmiast wykonały pani polecenie i z ogromnym zaciekawieniem podchodziły do kosza. Pierwsza podeszła piegowata Zuzia, sięgnęła ręką do kosza, i wyciągnęła plastikowe, przeźroczyste pudełko. Pudełko to było wyjątkowo ciężkie jak na plastik, ale okazało się, że w jego wnętrzu coś jest. Zuzia natychmiast chciała otworzyć swoje pudełeczko by sprawdzić co też tam w środku może być. Zaraz za nią, Marianek wyciągnął dla siebie pudełko. Przystawił go sobie do oka, i przyglądając się mu dokładnie, zawołał:

  - Zuzka, nie otwieraj! Popatrz, tam w środku jest piasek i jakiś kamyczek... Nie otwieraj, bo to coś musi oznaczać.

  - Masz rację, Marianku. To coś oznacza - powiedziała pani Krysia. - Które z was dzieci zgadnie, co?

  - Ja wiem! Ja wiem! - zawołał Marek. - To oznacza, że każde z nas pojedzie na wakacje z piaskiem z naszej piaskownicy i z kamyczkiem z naszej przedszkolnej dróżki... chyba... tak myślę, że z dróżki.

  - Świetnie Marek, zgadłeś! - radośnie zawołała pani Krysia i z radości aż klasnęła w dłonie. - I każde z was zakopie to pudełeczko tam, gdzie mu się najbardziej na wakacjach spodoba... Proszę bardzo dzieci, wszystkie wyciągnijcie sobie z kosza po pudełeczku, a ja wam zaraz wytłumaczę wszystko do końca.

  Dzieci podchodziły do kosza i grzecznie wyjmowały dla siebie po pudełeczku. A potem, wpatrując się w pudełeczko, wracały na swoje miejsce w szeregu.

  - No, dzieci, widzę że już każde z was ma swoje pudełeczko - zawołała pani Krysia, kiedy wszystkie dzieci stały już na powrót w szeregu. - Które z was mi powie, co jest na pudełeczku napisane?

  - Ja powiem! - zawołał  tym razem Jarek. - Na pudełeczku pisze: dwa, zero, jeden i zero.

  - Wspaniale Jarek! - ucieszyła się Pani Krysia. - Na waszych pudełeczkach jest wypisany nasz obecny dwa tysiące dziesiąty rok. W środku zaś, na każdym kamyczku, wypisany jest adres naszego przedszkola. Każde z was otrzyma teraz flamaster i podejdzie do swoich rodziców, albo dziadków, i poprosi, aby napisali nim wasze  imię. Możecie też same je napisać, przecież już to potraficie, a wasi rodzice, albo dziadkowie, sprawdzą tylko czy dobrze napisaliście.

  Wszystkie dzieci zrobiły tak jak pani Krysia powiedziała, i po krótkim namyśle, same wypisały swoje imiona. Oprócz piegowatej Zuzi, ponieważ Zuzia poprosiła w końcu mamę by mama napisała jej imię. A to dlatego, iż nie mogła się zdecydować czy ma napisać Zuzia, czy Zuźka, czy może Zuzanna.

  Natomiast Marek i Jarek nie mieli żadnych wątpliwości co do swoich imion i od razu wypisali je dużymi i zamaszystymi literami.

  - No, kochane dzieci, widzę, że już każde pudełko jest podpisane - ucieszyła się pani Krysia. - A więc mogę wam teraz powiedzieć jaka jest rola tych waszych pudełeczek. Otóż, kiedy zakopiecie swoje pudełko w znanym tylko wam miejscu, od tej pory możecie mieć nadzieję, że kiedyś, w przyszłości, wrócicie w to samo ulubione przez was miejsce. Te pudełeczka mają magiczną moc i zakopane przez was z taką wiarą, sprawią że tak się stanie. Ale może się zdarzyć i tak, że ktoś inny je kiedyś znajdzie, i odczytując z kamienia adres naszego przedszkola, przyśle je pocztą. Może wtedy nie będziecie już chodzić do przedszkola, może będziecie już w szkole, albo na studiach, albo nawet będziecie już całkiem dorosłe, ale ja obiecuję wam, że każde pudełeczko, które wróci do naszego przedszkola, zachowam i umieszczę go w specjalnej gablocie. Będziecie mogły zawsze odwiedzać nasze przedszkole... Już dziś was bardzo serdecznie zapraszam... I przy okazji, będziecie mogły dowiadywać się czy wasze pudełka ktoś odnalazł.

  - A my, proszę pani, będziemy nurkować w morzu, to możemy na dnie morza zakopać nasze pudełeczka? - spytał Jarek.

  - Ale wymyśliłeś, przecież morska woda zmyje wszystko to co na nim napisane - skrzywił się Marek i znacząco popukał się po czole.

  - Nie, Marek, nie masz racji - powiedziała pani Krysia. - Specjalnie dałam wam wodoodporne flamastry, aby żadna woda nie zmyła napisów. Ani z morza, ani z rzeki, ani z jeziora, ani nawet deszczowa.

  - No widzisz? - Jarek popukał swoim palcem po Marka czole. - Będziemy co roku nurkować w tym samym miejscu i sprawdzać czy jeszcze tam są.

  - Jeżeli będziecie mieli taką możliwość, i rodziców waszych będzie stać na takie coroczne wakacje, może być i tak. - Pani Krysia się uśmiechnęła i popatrzyła na mamę Marka i Jarka, a po chwili dodała: - Ale najważniejsze, aby magia zawarta w waszych przedszkolnych pudełeczkach, sama działała, dając wam wiarę i nadzieje na cudowne chwile w waszym życiu.

  - Pięknie powiedziane! - zawołał Marek i głośno cmoknął swoje pudełeczko, a za moment dodał: - Magio, czyń swoją powinność!

  - No właśnie, magio, czyń i... działaj ile wlezie! - dorzucił od siebie Jarek i również pocałował swoje pudełeczko.

  Po chwili całe przedszkolne podwórko rozbrzmiało przeciągłym cmokaniem. To pozostałe dzieci poszły w ślad Marka i Jarka i cmokały swoje pudełeczka zawzięcie. I nagle, ni stąd, ni zowąd, wszystkie dzieci zaczęły się całować nawzajem. A przy tym śmiechu i radości nie było końca. Podwórko aż tętniło radością i śmiechem, bo wreszcie też i wszyscy goście przyłączyli się do śmiechu swoich pociech.

  Marek i Jarek podbiegli do swojej mamy, i w rozpędzie, ją również wycałowali, i to z obu stron.

  - Mamusiu, a powiedz nam, wierzysz w magię tych pudełeczek? - spytał Marek między jednym całusem a drugim.

  - Wierzę, bo też sama z panią Krysią zbierałam te kamyczki z waszej przedszkolnej dróżki. A i jeszcze ktoś bardzo ważny pomagał nam w ich zbieraniu i wypełnianiu pudełeczek...

  - Kto taki? - spytali jednocześnie chłopcy.

  - Pani Kwiatkowska - odpowiedziała mama i pomachała ręką do stojącej wśród gości uśmiechniętej starszej pani.

  - Aaa... jak się sprawy tak mają, że i nasza dobra wróżka dotykała tych kamyczków, to już trzeba nam całkiem wierzyć w magiczną ich moc - w wielkiej zadumie powiedział Jarek i razem z Markiem pomachał starszej pani.

  Pani Krysia bardzo się cieszyła, że uroczystość przedszkolna przebiegała tak znakomicie i wesoło, ale wiedziała też, że czas już ją zakończyć. Stanęła więc na środku, pomiędzy dziećmi i gośćmi, i powiedziała uroczystym głosem:

  - Moje kochane dzieci, drodzy nasi goście... i w takim oto miłym nastroju, z akcentem serdecznego śmiechu, przyszedł czas, abyśmy się pożegnali. Życzę wam wszystkim wspaniałych wakacji, wielu przygód i doznań. Słonecznych dni i błękitu nieba... A po wakacjach, kochane dzieci, wracajcie zdrowe, szczęśliwe i wypoczęte. Nasze przedszkole będzie na was czekać.

  - Dziękujemy, proszę pani! - zawołali jednocześnie Marek i Jarek.

  - Dziękuuujeeemy! - chórem zawołały pozostałe dzieci.

  - Proszę pani, a ja z Jarkiem przygotowałem niespodziankę dla pani i naszych gości - wyszeptał po chwili Marek, stając przed panią Krysią.

  - Tak, to cudownie. A jaka to niespodzianka? - spytała uradowana pani Krysia.

  - A to taka piosneczka na dzisiejszą uroczystość - powiedział Jarek.

  - Wspaniale! - zawołała pani Krysia i zwróciła się do wszystkich zebranych na podwórku przedszkolnym: - Kochane dzieci, mili państwo, na zakończenia naszej wspaniałej uroczystości, bracia Marek i Jarek zaśpiewają wymyśloną przez siebie piosenkę. Brawo!

  Marek i Jarek chwycili się za ręce i stanęli przed panią Krysią. Ukłonili się pięknie, i Marek zaczął śpiewać:


Jestem przedszkolak imieniem Marek,

A ten przedszkolak, to mój brat Jarek.

Razem żegnamy dzisiaj przedszkole,

Choć ja żegnać się nie chcę, a zostać wolę!

Żegnać się nie chce też i mój brat.

Pozostać w przedszkolu byłby rad...


  Wtedy Jarek ukłonił się jeszcze raz, i dalej bracia śpiewali już razem:


Ale wakacje czekają nas...

Morze, jezioro, zielony las.

Góry i rzeki, i przygód moc,

Ranki pachnące. Gwiaździsta noc.

Złociste słońce i błękit nieba...

Mama mówiła, że tego nam trzeba.

Bo czas wakacji, to piękny czas.

I tylko na ten czas - żegnamy was!

Ja, Marek, i ja, Jarek,

Żegnamy dzisiaj nasze przedszkole.

Cześć, do widzenia za miesiąc znów!

A teraz kończymy, bo brak nam już słów!



  - Brawo! Brawo! Brawo! - rozległo się głośno i radośnie na podwórku przedszkolnym.

  - Widzisz, Jarek, pożegnanie też może być miłe! - Marek huknął Jarkowi prosto do ucha.

  - Nooo... widzę, i... słyszę też - zachichotał Jarek, rozcierając swoje nadwerężone ucho.

  Marek zachichotał jeszcze głośniej, chwycił Jarka za rękę, i obaj z roześmianymi twarzyczkami, ukłonili się uroczyście i bardzo nisko.

 

 

                                                                                    K O N I E C

 

 

 

 

 

 



komentarze (5) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Gdzie jesteś Burek?

czwartek, 06 sierpnia 2009 16:35

 

 

 

Gdzie jesteś

Burek?

 

 

  Pani Krysia, wychowawczyni najstarszej grupy przedszkolaków, weszła do sali z szerokim uśmiechem na twarzy. Popatrzyła na swoje dzieci, sprawdzając wzrokiem obecność. I kiedy z zadowoleniem stwierdziła, że nikogo nie brakuje, głośno zawołała:

  - Dzień dobry moje kochane dzieci!

  - Dzień dobry pani Krysiu! - chórem zawołały dzieci, pokazując swoje ząbki również w szerokim uśmiechu.

  - Czy pamiętacie jaki dzisiaj dzień? - spytała pani Krysia, zadowolona, że dzieci są w dobrym nastroju. - No, kto mi powie? Adaś, może ty, proszę.

  - A wtorek, proszę pani.

  - Nie, dzisiaj jest środa! - zawołał Januszek, sepleniąc przy tym śmiesznie.

  - A wcale nie!  - krzyknęła z oburzoną miną ruda i piegowata Zuzia. - Adaś i Januszek nie mają racji, proszę pani, bo moja mama dzisiaj rano mówiła, że idzie po pracy na targ po świeże warzywa. A targ proszę pani u nas jest zawsze w czwartek, no nie? No, to dzisiaj musi być czwartek, prawda?

  - Masz rację Zuziu, dzisiaj jest czwartek - potwierdziła pani Krysia z zawiedzioną nieco miną. - Dzieci, widzę, że nie słuchaliście mnie dokładnie o czym wam wczoraj mówiłam. Skupcie się proszę i powiedzcie mi... jakie święto dzisiaj mamy? No co, nie pamiętacie? Dzisiaj jest święto strażaka - Dzień Strażaka, tak?

  - Taaaak, proszę pani! - zawołały dzieci chórem.

  - Bardzo ładnie! - pani Krysia zawołała z uśmiechem. - A powiedzcie mi, gdzie idziemy dzisiaj? No, może Madzia mi powie.

  - Dzisiaj idziemy, proszę pani, do remizy strażackiej, wręczyć panom strażakom nasze laurki - śpiewnym głosikiem zameldowała najwyższa wzrostem w grupie dziewczynka.

 - Ślicznie! I co jeszcze będziemy robić w remizie strażackiej? - spytała pani Krysia, wodząc zadowolonym już wzrokiem po wszystkich dzieciach. - Proszę Halinko, ty powiedz...! I nie wierć się tak na krzesełku, bo zaraz z niego spadniesz.

  - Oglądać panów strażaków! - posłusznie odpowiedziała największa wiercipięta wśród starszaków i przestała kręcić się na krzesełku. Ale w zamian zaczęła kręcić kokardką na czubku swojej jasnoblond główki.

  - Będziemy zwiedzać remizę strażacką - zaśmiała się serdecznie pani Krysia. - I będziemy rozmawiać z panami strażakami.

  - Taaak!!! - wrzasnęły dzieci jednocześnie.

  - Oleńko, a dlaczego ty siedzisz dzisiaj taka smutna? - spytała za niepokojona pani Krysia, gdyż dopiero teraz zauważyła, że ta malutka i pulchniutka dziewczynka kryje swoją smutną buźkę za olbrzymią czupryną, zawsze rozczochranego Kewina. - Czy coś ci się stało?

  - Główka mnie boli - odpowiedziała Oleńka, robiąc przy tym płaczliwą minkę.

  - A dlaczego? - pani Krysia jeszcze bardziej się zaniepokoiła.

  - A bo płakałam.

  - Ojej, a kiedy, bo nie zauważyłam.

  - A w domu, wczoraj wieczorem... zanim usnęłam, i rano... kiedy się obudziłam.

  - Och, Oleńko, co było powodem twojego płaczu?

  - Bo... a bo Burek mi się zgubił.

  - Masz pieska? Nic mi nie mówiłaś.

  - Nie mam jeszcze pieska. Kotka też jeszcze nie. Mam malutkiego chomika.

  - I nazywa się Burek?

  - Tak, proszę pani - odpowiedziała Oleńka, wycierając rękawem mokre oczka, ale zaraz się nieco uspokoiła i dodała: - Mamusia i tatuś mi go kupili przed miesiącem. Ale ja się wcześniej nie chwaliłam, bo chciałam go przynieść do przedszkola na moje szóste urodzinki i do piero wtedy się nim pochwalić. A teraz go nie ma i... co ja zrobię?

  - Ty, Oleńka, przestań buczeć i powiedz nam, dlaczego nazwałaś chomika tak śmiesznie? - Największa gaduła starszaków, Marcel, nie wytrzymał i przerwał płacz dziewczynce. - Mojego wujka pies nazywa się Burek. Cha, cha, cha! Ale głupio nazwałaś... cha, cha, cha...

  - Uspokój się Marcel! - pani Krysia przerwała chłopczykowi napad śmiechu. - Czy ty nie widzisz, że Oleńka cierpi? A ja uważam, że imię Burek wcale nie jest ani śmieszne ani głupie. I każdy może nazywać swoje zwierzątka jak chce, byle by je kochał i dbał o nie. Prawda, dzieci?

  - Taaak, proszę pani! - potwierdziły dzieci chórem.

  - Moja mamusia też tak powiedziała. - Oleńka natychmiast przestała płakać i popatrzyła wymownie na swojego kolegę Marcela, który nagle nie miał nic więcej do powiedzenia, a tylko siedział i dumał. Oleńka mówiła więc dalej: - Ja zawsze chciałam mieć pieska albo kotka, ale moja mamusia i tatuś powiedzieli, że najpierw muszą sprawdzić, czy ja jestem już na tyle duża i odpowiedzialna, aby dbać o zwierzątka, karmić je, pielęgnować, no i kochać je. Więc dlatego kupili mi najpierw malutkie zwierzątko. A wie pani... wiecie dzieci, moi rodzice powiedzieli mi jeszcze, że jak zobaczą, że ja dobrze opiekuję się moim zwierzaczkiem, to oni mi potem kupią jeszcze pieska, albo kotka... No i wtedy, kiedy kupiliśmy mojego kochanego chomiczka, to po drodze do domu zastanawialiśmy się jak go nazwać. W końcu tatuś powiedział, że ja sama mam wymyślić dla niego imię, bo to jest mój zwierzaczek. Więc ja wybrałam imię Burek. Skoro nie mogę na razie mieć pieska, którego nazwałabym Burek, ani kotka, którego też nazwałabym Burkiem. Bo proszę pani, to imię zawsze mi się podobało, bo mój dziadziuś na wsi ma takiego ślicznego psa Burka.

   - Oleńka, a dlaczego nazwałabyś swojego kotka też Burek! - spytała, a właściwie wykrzyczała swoje pytanie zniecierpliwiona Halinka.

  Halinka z podniesioną rączką do góry, raz wstawała z krzesełka, to znów siadała. Nie mogła się doczekać, kiedy pani Krysia pozwoli jej się odezwać. I kiedy wreszcie pani dała jej znak ręką, że może mówić, to wykrzyczała tylko to jedno pytanie, bo zapomniała w końcu o co jeszcze chciała spytać. A chciała na pewno. Usiadła więc zrezygnowana z powrotem na krzesełku i czekała na Oleńki odpowiedź.

  - Mojego kotka też nazwałabym Burek, bo bardzo mi się zawsze podobała ta kołysanka, którą moja mamusia śpiewa mojej malutkiej siostrzyczce Indii: „Aaa, aaa, były sobie kotki dwa. Aaa, aaa, szarobure obydwa...". Najpierw myślałam, że może nazwałabym mojego kotka Szarak, ale tatuś mi powiedział, że tak nazywają się zające polne. No to pomyślałam, że może się też nazywać Burek. Przecież to takie śliczne imię, prawda proszę pani?

  - Najważniejsze, że tobie się podoba, bo to byłby twój kotek - powiedziała pani Krysia ubawiona Oleńki wyjaśnianiem, skąd wzięła taki pomysł, by i kota nazwać imieniem Burek. - Ale powiedz nam nasza miła Oleńko, dlaczego nazwałaś swojego chomika Burek?

  - No dlaczego...? - wykrzyczała znów pytanie Halinka, nie czekając na pani pozwolenie. - Bo ja właśnie, proszę pani, o to też chciałam zapytać Oleńkę, tylko o tym zapomniałam.

  - No właśnie, dlaczego swojego chomika nazwałaś Burek?- głośno i wyraźnie zapytał najspokojniejszy w grupie, małomówny Patryk, patrząc na panią Krysię, a nie na Oleńkę.

  - Tak, Patryku, oto jest pytanie - powiedziała pani Krysia zadowolona, że nawet ten mały milczek wreszcie się odezwał. - No widzisz, Oleńko, wszystkie dzieci bardzo interesuje twój chomik Burek. Więc proszę, powiedz nam.

  - No bo proszę pani, kiedy kupowaliśmy mojego chomiczka, to tam, w tym dużym sklepie zoologicznym, było bardzo dużo różnokolorowych chomików, i tatusiowi najbardziej podobały się białe chomiczki, a mamusi czarne. A mnie podobały się najbardziej te takie złociste. Ale kiedy jeszcze się zastanawiałam, którego wybrać, nagle z tyłu klatki wyszedł taki malutki szary chomiczek i tak dziwnie prosząco na mnie patrzył. Od razu zrozumiałam, że on prosi mnie, abym jego właśnie kupiła. Więc poprosiłam pana sklepowego, aby mi go sprzedał. Tatuś i mamusia byli zdziwieni, ale pozwolili mi właśnie tę malutką szarą kuleczkę kupić. Potem kupiliśmy jeszcze klatkę dla mojego chomiczka, worek torfu, by wyścielić nim jego nowy domek, i taką śmieszną karuzelę, aby mógł się w niej wybiegać, bo chomiki są bardzo ruchliwe. Potrzebują bardzo dużo ruchu. I kiedy naszym samochodem wracaliśmy już z moim chomiczkiem do domu, i kiedy tatuś powiedział, że mam sama wybrać imię dla swojego chomika, skoro sobie sama wybrałam takiego szaroburego, to ja od razu zawołałam, że nazwę go Burek. No bo proszę pani, imię Burek pasuje do mojego Burka.

  - Ale ładne imię! - z przejęciem zawołała wesoła Danuśka i mocno trzepnęła główką. A że miała dwa grube warkocze, to aż świsnęło w powietrzu.

  Siedzący obok niej Marcel i Januszek, momentalnie schowali swoje głowy między kolana.

  - Oj, Danusiu, uważaj, bo zmieciesz swoich kolegów z krzeseł - zaśmiała się pani Krysia, lecz zaraz spoważniała i znów zwróciła się do Oleńki: - No to teraz, Oleńko, opowiedz nam tę smutną historię. Powiedz, jak to się stało, że twój Burek się zgubił?

  - Och, proszę pani, to takie smutne - zaczęła Oleńka bliska płaczu, ale słysząc jak dzieci zewsząd ponaglają ją, aby im wreszcie opowiedziała, to się uspokoiła i zaczęła opowiadać: - No bo wczoraj wieczorem, przed kolacją, jak zwykle bawiłem się z moim kochanym Burkiem na parapecie na kuchennym oknie, i kiedy tylko się odwróciłam, żeby podać mu jego wspaniałą karuzelę, to on wtedy wyskoczył przez okno i pobiegł po trawniku do ogrodu. Zaczęłam głośno krzyczeć, że Burek ucieka i wybiegłam za nim. Tatuś też pobiegł za mną i potem nawet mamusia przybiegła z Indią na rękach, i wszędzie szukaliśmy Burka, ale nigdzie go nie było. Po kolacji długo płakałam w łóżeczku, to wtedy tatuś mi obiecał, że jeszcze rano, przed przedszkolem, będziemy dalej Burka szukać. No i dzisiaj rano też wszyscy szukaliśmy, ale go nie znaleźliśmy... Biedny Burek! I co z nim się teraz stanie? Tatuś powiedział, że jak go nie znajdziemy po powrocie do domu, to kupi mi nowego chomika. A ja nie chcę nowego chomika! Ja chcę mojego Burka!

  - Cichutko Oleńko. No nie płacz już... Wiesz Oleńko, ja mam pomysł - powiedziała Pani Krysia, głaszcząc dziewczynkę po główce. - Jak będziemy szli po śniadaniu do remizy strażackiej, to po drodze będziemy przechodzili przez park, niedaleko waszego domu, to tam, wszyscy będziemy się rozglądać, więc może zobaczymy gdzieś twojego Burka... Prawda dzieci?!

  - Taaak, proszę pani!!! - chórem rozległo się w sali.

  - Słyszysz Oleńko, wszystkie dzieci się zgadzają - powiedziała pani uspakajającym tonem. - A gdybyśmy Burka w parku nie spotkali, to wiesz co zrobimy? Spytamy panów strażaków, czy go nie widzieli, gdyż remiza strażacka znajduje się zaraz za parkiem... Bo musicie dzieci wiedzieć, że strażacy mają taką dużą lunetę na wieży strażackiej. I przez tę lunetę obserwują nasze miasteczko, czy gdzieś się nie pali. A gdy tylko zobaczą ogień, jak najszybciej jadą do pożaru, by go ugasić... To wiesz co, Oleńko, tak sobie teraz myślę, że może jak poprosisz panów strażaków, to też i tobie pozwolą przez nią popatrzeć...

  - Ja też chcę... ja też chcę popatrzeć!!! - wszystkie dzieci rozochocone zaczęły wołać jedno przez drugie.

 - Cicho dzieci! Cichutko! - zawołała pani Krysia, przekrzykując niesamowity hałas, jaki się zrobił w sali starszaków. - Jeżeli panowie strażacy będą mieli dla nas aż tyle czasu, to może pozwolą nam wszystkim popatrzeć z wieży strażackiej na nasze miasteczko. Ale pamiętajcie: jak będą mieli czas, bo my nie możemy im zbyt dużo czasu zabierać, gdyż oni mają bardzo dużo pracy.

  Po śniadaniu cała grupa starszaków wraz z pani Krysią była już przygotowana do wyjścia z przedszkola.

  - Choć do mnie Oleńko! - zawołała Halinka, podskakując z nogi na nogę niczym pajacyk na sznurku. - Będziesz dzisiaj ze mną parą i razem będziemy szukały twojego Burka w parku. Zobaczysz, na pewno go znajdziemy. Halinka ci to mówi. Bo moja mama kiedyś mi powiedziała, że ja choć jestem okropnym kręciołkiem, to jednak mam sokole oko... i wszystko widzę dookoła głowy. Już ja wypatrzę Burka. Z pewnością wypatrzę.

  - Kochana jesteś Halinko! - zawołała Oleńka i wycelowała koleżance głośnego całuska w policzek.

  Kiedy dzieci znalazły się już w miejskim parku, wszystkie zaczęły biegać po alejkach i rozglądać się dookoła za Burkiem. Zaglądały pod każde drzewo, pod każdą ławkę, wchodziły w krzaki, i wszędzie go szukały. A Halinka nawet wspinała się po drzewach, aż pani Krysia musiała ją parę razy upominać i ściągać z gałęzi. Halinka była niepocieszona. Tak bardzo chciała przecież pomóc Oleńce i znaleźć Burka. Ale niestety, chomika nigdzie nie było widać.

  Pani Krysia, widząc iż poszukiwania nie przynoszą żadnego rezultatu, zebrała wszystkie dzieci do kupy i obiecała im, że w drodze powrotnej jeszcze raz będą szukać za Burkiem. A nawet będą pytać się odwiedzających park ludzi, czy ktoś nie zauważył zwierzątka. O ile oczywiście panowie strażacy nie będą mogli pomóc.

  Dzieci uspokojone pani obietnicą, raźnie ruszyły w stronę remizy strażackiej. No bo w remizie też czekało na nie przecież dużo atrakcji.

   Po krótkiej chwili, dzieci wchodziły już przez olbrzymią bramę na plac remizy strażackiej. I tam na placu, przywitał ich pan Komendant Straży Pożarnej i kilku innych, miłych i uśmiechniętych strażaków. Dzieci wręczyły panom strażakom piękne laurki wykonane przez siebie i głośno zaśpiewały: „Sto lat...". Panowie strażacy zasalutowali i podziękowali serdecznie wszystkim dzieciom. A potem pan Komendant oprowadzał dzieci po remizie. Pokazywał im olbrzymie wozy strażackie i tłumaczył jak strażacy gaszą nimi ogień. Pokazywał różne sikawki strażackie, gaśnice i hydranty, a nawet wspaniałe motopompy pożarnicze. Pokazywał również dzieciom ubrania w jakich strażacy jadą do pożaru. A były to ogromne, ognioodporne kombinezony, rękawice i buty. No i przepiękne, błyszczące hełmy na głowę. Pan Komendant poprosił nawet jednego strażaka, aby ubrał się w swój kombinezon i zaprezentował się dzieciom w pełnym rynsztunku. Dzieci były zachwycone, bo pan strażak wyglądał niesamowicie poważnie, ale też i pięknie. A kiedy jeszcze pan strażak założył na swój kombinezon szeroki pas z przyczepionym do niego toporkiem, łomem i bosakiem, i zaczął demonstrować dzieciom jak się biega w pełnym wyposażeniu, to dzieci aż piały z zachwytu.

  Na wieżę strażacką pan Komendant nie mógł jednak dzieci zaprowadzić, bo wieża była akurat w remoncie i pan Komendant nie chciał dzieci narażać na niebezpieczeństwo. Dzieci były nieco zawiedzione. A już najbardziej Oleńka. Ale co było robić?

  Pan Komendant w zamian za to, zaprowadził dzieci do świetlicy strażackiej, i tam, poczęstował je pysznymi ciasteczkami i oranżadą. Dzieciom od razu humor się poprawił i ochoczo zabrały się za pałaszowanie pyszności. A pan Komendant opowiadał im w międzyczasie różne historie z ich akcji pożarowych i przeciwpożarowych. Opowiadał też, że strażacy zajmują się nie tylko gaszeniem pożaru, ale pracują również przy innych, nieszczęśliwych wypadkach. Że pomagają ludziom w katastrofach drogowych. Że w czasie powodzi ratują ludzi i ich dobytek oraz zwierzęta. Że w ogóle są zawsze obecni przy różnych kataklizmach i zawsze służą ludziom swoją pomocą. A na koniec pan Komendant z szerokim uśmiechem powiedział dzieciom, że nawet pomagają ludziom w różnych ich codziennych kłopotach. Chociażby w takich, jak ten, który się w tym dniu wydarzył pewnej starszej pani. Otóż jej kot wspiął się na bardzo wysokie drzewo w parku i potem bał się z niego zejść. Sterczał więc nieborak na drzewie i miauczał wystraszony wniebogłosy. Starsza pani zatelefonowała do straży i poprosiła strażaków o pomoc. Strażacy pojechali więc wozem strażackim z wysuwającą się długą drabiną. I jeden strażak, wchodząc po niej na wysokość prawie trzeciego piętra, zdjął uczepionego gałęzi i bardzo wystraszonego kota starszej pani. Pan Komendant, opowiadając dzieciom o tej akcji zdejmowania kota z drzewa, zaczął się nagle głośno śmiać, bo sobie jeszcze o czymś przypomniał.

  - A wiecie dzieci co jeszcze znalazł nasz strażak na tym drzewie? Nie uwierzycie! Znalazł małego chomika...

  - Burek...! - głośno wrzasnęła Oleńka w przypływie nadziei.

  - Nie, nie Burek. To Rufus. Pies z naszej remizy nazywa się Rufus - zaśmiał się jeszcze głośniej pan Komendant. - Właśnie widzę, że on już od jakiegoś czasu czai się przy drzwiach, bo chce bym mu poz-wolił tu do was przyjść i pobawić się z wami. 

  - Buuurrreek!!! - jeszcze głośniej i przeciągle krzyknęła przejęta Oleńka, czym wprowadziła pana Komendanta w zupełne osłupienie.

  - Przepraszam pana, panie Komendancie! - zawołała pani Krysia, chcąc natychmiast rozładować sytuację i wyjaśnić w czym rzecz z tym Burkiem. - Oleńce nie chodzi o waszego psa, tylko o Burka. Ojej, przepraszam! A więc chodzi jej o tego chomika, coście go panowie znaleźli na drzewie w parku. Bo widzi pan, Oleńce zginął wczoraj malutki, szary chomik, który nazywa się Burek... No, Oleńka tak go nazwała. I jak się teraz okazuje, po tym co pan nam tu opowiadał, to Oleńka ma chyba nadzieję, że może panowie właśnie jej Burka zdjęli z drzewa.

  - Aaa... w tym rzecz! - Pan Komendant w lot zrozumiał o co chodzi i podszedł do Oleńki, która stała przepełniona nadzieją z szeroko otwartymi oczkami i rozdziawioną buzią. - A więc Oleńko, posłuchaj. Nie jestem pewien czy to jest akurat twój Burek, ale na szczęście mamy tego chomika jeszcze u siebie, to możesz sama sprawdzić. Po pracy miałem z nim pojechać do sklepu zoologicznego, aby go tam oddać, ale byłbym bardzo zadowolony, gdyby się okazało, że my strażacy, pomogliśmy również i tobie. No to chodź Oleńko, chodźcie dzieci, pokażę wam mojego nowego lokatora, który siedzi w moim hełmie na liściach sałaty z mojego śniadania.

   Pan Komendant, idąc z wesołym psem Rufusem i z panią Krysią na czele grupy dzieci, zaprowadził wszystkich do swojego biura. I co się w biurze okazało? Oleńka zaczęła tam głośno płakać.

  - Buuu, buuu, buuu - buczała Oleńka na cały głos, ale na szczęście ze szczęścia. - Buuurku mój kochany, to ty, to ty Buuurku... jesteś, jesteś...

  Wszystkie dzieci zaczęły mocno bić brawo. Klaskały i klaskały i podskakiwały z radości. A Rufus biegał szczęśliwy pomiędzy nimi, myśląc że dzieci tak właśnie z nim się bawią. Skakał więc też uradowany, szczekając, i merdając zamaszyście swoim długim ogonem.

  - No, jestem naprawdę bardzo szczęśliwy, że mogliśmy ci Oleńko pomóc - zawołał głośno pan Komendant, przekrzykując ogromny hałas powstały w jego biurze.

  - Ja... ja chciałam bardzo podziękować panu i panom strażakom, za uratowanie mojego Burka! - przez łzy radości wołała Oleńka, podchodząc do pana Komendanta z Burkiem na rączkach i pięknie się przy tym kłaniając. - Dziękuję za siebie i za mojego Burka... Niech żyją strażacy!

  - Niech żyją strażacy!!! - jak echo odpowiedziały wszystkie dzieci, ale dużo, dużo głośniej.



                                                   K O N I E C

 




komentarze (2) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Przyjaciółki to my

niedziela, 02 sierpnia 2009 10:28

 

Przyjaciółki

to my

 

 

   - Popatrz, popatrz mamusiu, karetka pogotowia wjeżdża na naszą ulicę! - głośno zawołała przejęta i nieco przerażona mała Fela, łapiąc swą mamę za rękę, i kurczowo się jej trzymając.

   - Widzę, Felusiu. Ktoś ma dzisiaj smutny dzień, pewnie się rozchorował - powiedziała mama Feli.

   Fela wybrała się z mamą odwiedzić swoją koleżankę Patrycję, która mieszkała dwie ulice dalej. Taki miały zwyczaj, że w każdą sobotę, albo Fela odwiedzała Patrycję, albo Patrycja Felę. I chociaż przez cały tydzień były razem w przedszkolu i nieraz nawet po przedszkolu, to nigdy nie miały siebie dosyć. Obydwie bardzo lubiły soboty, bo mogły się dłużej razem pobawić. A nieraz zdarzało się nawet tak, że w sobotę razem z rodzicami wyjeżdżały gdzieś za miasto. Ich mamy też lubiły soboty, i w tych dniach też bardzo chętnie się spotykały, bo one również były przyjaciółkami od przedszkola. I zawsze też razem się trzymały - przez wszystkie lata. Razem chodziły do szkoły. Razem studiowały. I razem też pracowały jako nauczycielki w tej samej szkole.

   Fela dochodziła z mamą do domu Patrycji. I nagle obie naraz z trwogą stwierdziły, że karetka pogotowia stoi właśnie pod Patrycji domem. Zaczęły biec. I kiedy dobiegały już do furtki przy ogrodzeniu, zauważyły, że dwaj sanitariusze wynoszą kogoś z domu. Obydwie wystraszyły się okropnie i wbiegły momentalnie przez furtkę do ogrodu. I wtedy zobaczyły, że na noszach leży Patrycja i płacze. Fela puściła mamy rękę i szybko doskoczyła do przyjaciółki.

   - Pati kochana, co ci się stało? - spytała się wystraszona i również się rozpłakała.

   - Upadłam ze schodów w piwnicy i chyba się połamałam - odpowiedziała Patrycja, łkając aż z płaczu.

   - Cichutko kochana, zaraz przestanie ciebie boleć - uspakajającym tonem powiedziała Patrycji mama, która nagle razem z mężem wybiegła zza drzwi wyjściowych domu. - Widzicie, co się stało? Biedna Pati. Wracajcie do domu, bo my jedziemy razem z Pati do  szpitala. Jak tylko coś będziemy wiedzieli, to zaraz zadzwonimy i damy wam znać.

   - Nie płacz Pati! Zaraz pan doktor ci pomoże i będziesz zdrowa. I jak wrócisz ze szpitala, to ja zaraz do ciebie przyjdę i... będziemy się bawić - płaczliwym głosem wołała Fela za oddalającą się na noszach Pati.

   Kiedy Fela z mamą wróciła już do domu, to cały czas siedziała przy oknie i wyglądała na ulicę, albo odwracała główkę i wpatrywała się w aparat telefoniczny. Była bardzo smutna, bo żal jej było Pati. Mama próbowała Felę pocieszyć i mówiła jej, że wszystko z Pati będzie dobrze, że tylko pan doktor zbada ją w szpitalu i na pewno pozwoli jej wrócić do domu. Obiecała jej nawet, że zaraz jak tylko Pati wróci, to pójdą do niej, i to bez względu na porę.

   Było już pod wieczór, kiedy mama Pati zadzwoniła i powiedziała, że niestety Pati musi zostać przez cały weekend w szpitalu na obserwacji. Chociaż pan doktor na szczęście stwierdził tylko złamanie nogi, ale że Pati uderzyła się również w główkę, dlatego obserwacja jest niezbędna. Ale jak się okaże, że wszystko jest w porządku, to Pati z nogą w gipsie wróci do domu w poniedziałek.

  - Mamusiu, idziemy! - zawołała Fela, gdy tylko jej mama odłożyła słuchawkę telefonu.

   - Ależ Felusiu, Pati musiała zostać w szpitalu. I już jest bardzo późno - powiedziała mama.

   - Mamusiu, to nic, że późno. Obiecałaś! Ja muszę do Pati. Ona na pewno tam płacze. Ja muszę do Pati... - wołała Fela, coraz bardziej zalewając się łzami.

   Co było robić? Mama Feli w końcu się zgodziła. Ale zaznaczyła, że tylko na chwilkę. Zadzwoniła do mamy Pati i przedstawiła jej jak sprawa wygląda. Wyszło więc na to, że wszyscy razem pojechali do szpitala. Bo rodzice Pati i tak tam się wybierali, musieli tylko spakować jeszcze parę rzeczy dla Pati.

   Po godzinie wszyscy razem wysiadali już z samochodu pod szpitalem. Fela bardzo bała się szpitala. Dlatego mocno złapała mamę za rękę, a potem drugą rączką jeszcze i mamę Pati chwyciła za rękę. I tak udały się na oddział Ortopedii Dziecięcej, gdzie w jednej z sal leżała Patrycja.

   Fela była coraz bardziej zdenerwowana. I kiedy stanęli już wszyscy razem pod drzwiami sali 106, Fela poczuła, że nawet kolanka  jej drżą. Obydwie mamy jednocześnie mocno ścisnęły ją za rączki i kazały jej się nie bać. Tato Pati otworzył drzwi do sali. No i weszli.



                      ILISYTRACJA SZEŚCIOLATKI


   - Jak się cieszę, że jesteście! Że wszyscy jesteście! - zawołała uśmiechnięta Pati na widok wchodzących.

   - A co, ciebie już nie boli? - spytała od razu Fela, widząc uśmiechniętą koleżankę, leżącą na wysokim łóżku szpitalnym.

   - Tylko troszeczkę boli. Ale na wasz widok przestało boleć - odpowiedziała Pati, wyciągając rączki, by wszystkich przywitać.

   - Dzielna jesteś córeczko - stwierdził tato Patrycji.

  - Widzisz Felciu, jaki ładny mam bucik? Dotknij, jaki twardy - zawołała uradowana Pati. - A kolor sama sobie taki wybrałam. Pan doktor założył mi biały gips i potem się mnie spytał jaki kolor bandażu mi się bardziej podoba, bo wiesz, on miał dwa kolory do wyboru: różowy i niebieski. Więc ja wybrałam różowy. No i pani pielęgniarka założyła mi taki właśnie... Co, podoba ci się?

   - Fajny! - stwierdziła Fela i delikatnie popukała paluszkiem po Pati gipsowym buciku. - A nie boli już? No powiedz mi, moja kochana Patusiu.

   - Już nie, bo pan doktor zrobił mi dwa zastrzyki. A wiesz, jak pan doktor mi robił te zastrzyki, to ja wcale nie płakałam, bo pan doktor powiedział, że za małą chwileczkę zastrzyki zaczną działać i nie będę już czuła bólu. Więc ja bardzo się ucieszyłam i dzielnie czekałam, aż ból minie. Bo wiesz Felciu, ta nóżka bardzo mnie bolała przedtem. Ale już nie boli. A pani pielęgniarka, jak mnie tu do sali przywiozła, na takim fajnym wózeczku, to powiedziała, że jak będę czegoś potrzebowała, albo gdy będzie mnie coś bolało, to mam tutaj, o, widzisz, na ten guziczek przycisnąć, to ona usłyszy taki sygnał i zaraz do mnie przyjdzie, i zaraz mi pomoże. No to ja przestałam się już bać, bo przedtem, to ja się bardzo bałam. A najbardziej tej maszyny, co to robiła zdjęcie mojej nogi. Bo w tym pokoju, gdzie była ta maszyna, to było całkiem ciemno i sama musiałam tam zostać. Bez mamusi i bez tatusia. Bo pan doktor powiedział, że tak musi być, bo ta maszyna wysyła takie promienie, które tak jakoś śmiesznie się nazywają...

  - Rentgenowskie... te promienie nazywają się promieniami rentgenowskimi. - Tato Patrycji wszedł jej w słowo i zabrał się za wytłumaczenie Feli działania promieni. - Bo wiesz Felu, w tym pokoju był taki specjalny aparat, który wytwarza właśnie te promienie rentgenowskie, a one prześwietlają dokładnie ciało i pozwalają zrobić zdjęcie złamanej kości. Gdyż lekarz musi dokładnie wiedzieć, w którym miejscu ona jest złamana, żeby móc odpowiednio założyć gips, aby złamana kość szybko się z powrotem zrosła...

   - No właśnie...! Żebym znów mogła biegać i chodzić do przedszkola. - Tym razem Patrycja przerwała tatusiowi i zaczęła dalej z przejęciem opowiadać: - Bo pan doktor powiedział, że moja nóżka musi być usztywniona gipsem, bo inaczej, to by się krzywo zrosła i zawsze już bym krzywo biegała. A ja nie chcę krzywo biegać, więc muszę tak długo nosić gips, dopóki pan doktor nie powie, że już wystarczy. Ale to trochę potrwa...ale ja wytrzymam! Muszę! Prawda mamusiu, że wytrzymam?

   - Ależ oczywiście córeczko, że wytrzymasz - zapewniła mama Pati. - Ty jesteś dzielną dziewczynką. Jestem dumna z ciebie.

   - Ja też cię podziwiam Pati - powiedziała mama Feli.

   - Ojej, Pati, jaka ty jesteś odważna! - zawołała Fela i zadumała się. Po chwili odezwała się znów: - Ja to bym się chyba bała tej maszyny, czy jakiegoś tam... tego, no, aparatu. Bo jak to tak? Być z nim w ciemnym pokoju, i to jeszcze bez mamusi i tatusia? Dlaczego? Ja chyba bym strasznie beczała.

   - Pan doktor mi mówił dlaczego - powiedziała Pati w zadumie. -  I potem pani pielęgniarka też mi mówiła, ale ja zapomniałam dlaczego. Tatuś ty wiesz? Tak? To powiedz Feli.

   - No bo ten aparat rentgenowski jest bardzo czuły, a wytworzone przez niego promienie nie mogą być rozproszone przez inne światło. Promienie te muszą dokładnie dochodzić do chorego miejsca na ciele pacjenta, które w specjalny sposób wcześniej zaznacza i zabezpiecza pan doktor, albo pani pielęgniarka. Dlatego w tym pomieszczeniu musi być ciemno. Od tego też zależy wynik prześwietlenia i dokładność zrobionego przez aparat rentgenowski zdjęcia chorego miejsca... No więc, kiedy pani pielęgniarka już wszystko przygotowała, kazała się Pati położyć na takiej specjalnej leżance, a nam kazała wyjść z tego pomieszczenia. Sama też wyszła. Pati musiała zostać sama. Ale tak musiało być. A wiecie dlaczego? Nie wiecie, bo i skąd macie wiedzieć. No bo te promienie rentgenowskie, choć są niezbędne, by zrobić zdjęcie chorego miejsca, to też są szkodliwe. Dlatego dla własnego zdrowia, trzeba unikać zbędnego naświetlania się tymi promieniami. Pamiętasz Pati? Pani pielęgniarka przykryła twój brzuszek takim grubym... no, powiedzmy fartuchem, bo sam nie wiem jak się fachowo nazywa taki ochraniacz przed promieniowaniem. A to wszystko po to, by te promienie ci nie zaszkodziły, a tylko, by prześwietliły twoją nóżkę i utrwaliły na kliszy, w którym miejscu jest ona złamana.

   - Właśnie, właśnie... tak mi mówiła pani pielęgniarka - zawołała uradowana Pati, że sobie przypomniała, ale zaraz jej mina nieco zrzedła, bo w drzwiach stanęła pani pielęgniarka ze strzykawką i igłą w ręce.

   - Dobry wieczór dziewczynki! Dobry wieczór państwu! - z uśmiechem zawołała pani pielęgniarka i podeszła do łóżka Patrycji. - No, moja dzielna pacjentko, czas na zastrzyk. Po nim nic cię nie będzie bolało i będziesz spała całą nockę spokojnie. No co, chyba się nie boisz?

   - Nie, nie... no, chyba troszeczkę - odpowiedziała lekko wystraszona Pati. - Ale ja wytrzymam! Prawda mamusiu?

   - No pewne, że wytrzymasz. Jesteś przecież zuch-dziewczynka! - zapewniła Pati mama. - Pokaż Feli jak to się robi.

   - A właśnie, pokaż twojej siostrzyczce jaka potrafisz być dzielna - miłym głosem powiedziała pani pielęgniarka.

   - To nie jest moja siostrzyczka, to jest moja przyjaciółka. Najlepsza przyjaciółka, proszę pani - wyjaśniła Pati drżącym głosem.

   - A więc nich twoja najlepsza przyjaciółka widzi, że ty, jej najlepsza przyjaciółka, nic a nic się nie boisz jakiś tam zastrzyków - powiedziała wesoło pani pielęgniarka. - Malutkie „pik" i po wszystkim... No widzisz, i już jest po wszystkim. Brawo Pati!

   - Już?! Ojej, jak to dobrze! - zawołała uradowana Pati, że ma już za sobą to „pik". - Nic nie bolało, tylko troszeczkę zapiekło. Ale wytrzymałam dzielnie. Prawda mamusiu?

   - Prawda, córeczko - przyznała mama Pati z szerokim uśmiechem i pocałowała ją w policzek. - Widzisz Felu, jaką masz odważną przyjaciółkę?

   - Patuńka, ty to jesteś „superowa" przyjaciółka! - oznajmiła Fela i wdrapała się na Pati łóżko, by ją też pocałować.

   - Miłe dziewczynki - stwierdziła pani pielęgniarka, głaszcząc obydwie po główkach. Po czym zwróciła się do rodziców Pati. - A państwa proszę ze mną. Pan Ordynator ma życzenie z państwem porozmawiać.

   Kiedy rodzice Pati razem z pielęgniarką wyszli z sali, mama Feli postanowiła na chwileczką dziewczynki zostawić same, aby sobie porozmawiały po swojemu, i też wyszła.

   Pati i Fela zostały więc same. Fela jak wdrapała się na łóżko Pati, tak tam została, więc teraz mogła zadać parę pytań koleżance wprost do jej ucha, żeby nikt więcej nie słyszał.

   - Patka, te dziewczynki co tam leżą pod oknem, to one nie mają ani mamusi ani tatusia, że tak same leżą i nikogo u nich nie ma?

   - Mają, Felciu - wyszeptała konspiracyjnie Pati. - Cały czas tu byli, ale zanim wy żeście przyszli, to oni poszli już do domu, bo powiedzieli dobranoc.   

   W sali Patrycji leżały jeszcze inne dwie dziewczynki. Leżały na takich dziwnych łóżkach, które wyglądały na o wiele większe niż łóżeczko Pati. Łóżka ich miały takie metalowe ramy, z których zwisały na linach dwa dziwne uchwyty podobne do trapezów w cyrku. A na jednym z nich, wisiały nóżki dziewczynek. Z tym, że jednej dziewczynki była to nóżka prawa, a drugiej lewa. Obydwie dziewczynki cały czas spoglądały z wielkim zainteresowaniem na przybyłych gości i uśmiechały się nieśmiało. A teraz, kiedy Patrycja i Fela zostały same, to nawet podniosły się na łóżkach, trzymając się za te drugie trapeziki. Ale wcześniej nacisnęły jakiś przycisk, każda przy swoim trapeziku, i ich zagłówki razem z poduszkami podniosły się do góry. Dziewczynki z pozycji leżącej, przeszły do pozycji siedzącej. I z takiej pozycji jeszcze bardziej zaglądały na to co się dzieje na jedynym łóżku pod ścianą.

  - Ja nazywam się Romka, a ona Dzidka - odezwała się wreszcie dziewczynka, której łóżko znajdowało się bliżej łóżka Pati. - A jak wy się nazywacie?

   - Ja nazywam się Patrycja, a to moja najlepsza przyjaciółka Felicja - odpowiedziała Pati i z zadowoleniem popatrzyła na obydwie dziewczynki. - Powiedzcie dziewczynki, a dlaczego wasze złamane nóżki wiszą? Mają zbyt ciężkie buciki z gipsu, czy was... ojej... czy was tak specjalnie przywiązali, żebyście nie uciekły ze szpitala?

   - Nie, my nie jesteśmy przywiązane - odpowiedziała Dzidka z szerokim uśmiechem. - Nasze nogi nie są też złamane, ale muszą tak wisieć na wyciągu, bo my miałyśmy operację bioder. Pan doktor mówił, że tak szybciej nasze bioderka się ustawią w należytym miejscu i się wyleczą.

   - Ojojoj, a to was nie boli tak wisieć cały czas za jedną nogę? - spytała Fela, przejęta losem dziewczynek.

   - Na początku bardzo bolało - odpowiedziała tym razem Romka i postukała rączką po twardej, wiszącej nodze. - Ale też dostawałyśmy zastrzyki, jak Pati, to nas przestawało boleć. A my jesteśmy już w szpitalu dużo dni. I w tym samym dniu miałyśmy operacje, to od tej pory zdążyłyśmy się już przyzwyczaić. Najgorzej jest w nocy, czasami budzimy się i wzywamy panią pielęgniarkę, to ona wtedy przychodzi i nam pomaga chociaż troszeczkę się obrócić i zostaje z nami aż uśniemy.

   - A długo musicie jeszcze być w szpitalu? - dalej pytała Fela.

   - Ja odpowiem Romciu, dobrze? - Dzidka uprzedziła swoją szpitalną koleżankę i gdy ta skinęła głową na znak zgody, powiedziała: - Pan doktor mówił, że na przyszły tydzień zrobi nam prześwietlenie tym aparatem rent... oj, zapomniałam jak on się nazywa... no tym, co ten pan... aha, twój tatuś Pati mówił. I jak na zdjęciu wyjdzie, że nasze bioderka są już zdrowe, to będziemy mogły wrócić do domu. A my bardzo chcemy już wracać do domku. Prawda, Romciu? Dlatego nie marudzimy, że nas boli, tylko leżymy cierpliwie, aby nasze kosteczki ułożyły się jak najszybciej na odpowiednim miejscu. No a wtedy, pożegnamy się z panami doktorami i z jedną panią doktor, no i też z wieloma paniami pielęgniarkami, które nazywamy siostrami.

   - Mamusiu, tatusiu, ciociu, to jest Romka i Dzidka! - zawołała Pati na widok wchodzących do sali rodziców i mamy Feli. - One miały operacje i też są dzielne, i wcale nie płaczą.

   - No wiemy, wiemy - powiedziała mama Pati. - Rozmawialiśmy z ich rodzicami zanim pojechaliśmy do domu po twoje rzeczy, córeczko. Cieszę się, że się już poznałyście. Razem będzie wam raźniej i milej tutaj w szpitalu z dala od domu. No co, Romciu i Dzidziu, cieszycie się, że macie nową koleżankę? Bo Pati cieszy się bardzo. Widzę to po jej minie.

   - Cieszymy się! - równocześnie odpowiedziała Romka i Dzidka.

   - Ale wam zazdroszczę, że możecie być tutaj razem! - zawołała Fela. - Ja też chciałabym z wami zostać.

   - Felu, kochanie, zazdrościć nie masz czego, bo chyba nie chciałabyś być chora? - wtrąciła się mama Feli. - Lepiej być zdrowym i być w domu. A jak się już tak przydarzy, że trzeba być w szpitalu, podobnie jak to się dziewczynkom przydarzyło, to trzeba wszystko  robić co pan doktor każe i być dobrej myśli, że choroba szybko minie, no i wracać do domu. Bo wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

   - Masz rację mamusiu - zgodziła się Fela. - Ale obiecaj mi, że jutro znów tu przyjdziemy.

   - Felciu, musisz przyjść, bo bez ciebie będzie mi smutno - oznajmiła Pati i pocałowała przyjaciółkę w policzek.

   - Nie martw się Patusiu, Fela przyjdzie na pewno - uspokoiła Pati mama Feli.

   - Ale teraz niestety musimy wracać do domu - łagodnym głosem powiedział tato Pati. - Za niedługo będzie cisza nocna, więc nie możemy nikomu przeszkadzać. No to teraz, dziewczynki, możecie sobie jeszcze trochę porozmawiać, by bliżej się poznać, a potem postarajcie się usnąć. Noc minie szybciutko i rano, my, wasi rodzice, znów przyjdziemy.

   - I ja też przyjdę - dodała Fela i zaczęła coś wyciągać ze swojego plecaka przedszkolnego, bez którego nigdzie się nie ruszała. - Popatrz  Patuśka, co dla ciebie przyniosłam. Mój piękny kalejdoskop, który tak bardzo lubisz. Będziesz mogła sobie pooglądać piękne i kolorowe mozaiki. Romka i Dzidka też. A jutro przyniosę ci... przyniosę wam, moje najlepsze książeczki do oglądania. Chcesz Pati? Chcecie dziewczynki?

   - Tak, Felu! - zawołały jednocześnie wszystkie trzy dziewczynki.

   Po kwadransie, po pożegnaniu się z Pati i jej szpitalnymi koleżankami, rodzice Pati i Fela ze swoją mamą, siedzieli już w samochodzie i jechali do domu. Po drodze ustalali jak będzie wyglądał ich następny dzień, czyli niedziela. Ustalili więc, że mama Feli zostanie w domu i będzie wraz z jej tatą gotować dla wszystkich obiad, a Fela z rodzicami Pati pojedzie już z samego rana do szpitala.

   Kiedy Fela leżała już w swoim łóżeczku, długo nie mogła usnąć. Myślami cały czas była z Pati w szpitalu. Myślała też o Romce i Dzidce. Wyobrażała sobie, że leży razem z Pati w jej szpitalnym łóżku i wszystkie cztery rozmawiają sobie. Długo tak rozmawiały i rozmawiały... aż w końcu Fela usnęła.

   Następnego dnia rano, Fela gdy tylko się przebudziła, od razu przypomniała sobie, że w szpitalu czeka na nią Pati. Szybciutko wyskoczyła z łóżka i pobiegła do łazienki. Nie minął kwadrans, a Fela nawet już po śniadaniu, stała gotowa do drogi. Pobiegła tylko jeszcze raz do swojego pokoju, wybrała najładniejsze książeczki i zapakowała je do swojego plecaka.

   Rodzice Pati zjawili się punktualnie o godzinie dziewiątej. A za pół godziny wszyscy byli już w szpitalu.

   Kiedy weszli do sali 106, akurat był tam pan doktor i dwie pielęgniarki. Pan doktor na widok wchodzących, pochwalił swoją nową pacjentkę, czyli Pati, i powiedział, że dzielna z niej dziewczynka. Podobnie jak Romka i Dzidka. A kiedy wychodził wraz z pielęgniarkami z sali, powiedział jeszcze, że w tak piękną pogodę można Pati wziąć na wózku do przyszpitalnego ogrodu. Dziewczynki bardzo się ucieszyły. Ale zaraz im się smutno zrobiło, że Romka i Dzidka nie mogą, że muszą dalej zostać w łóżkach. To wtedy panie pielęgniarki wróciły się i otworzyły okno na całą szerokość i przysunęły łóżka dziewczynek jeszcze bliżej okna. A Fela dała im swoje ulubione książeczki do oglądania.

   Po drodze do windy, Fela szła obok wózka, który popychali rodzice Pati, a w którym Pati siedziała z podniesioną do góry „gipsową" nogą i z wielkim zainteresowaniem słuchała o czym ona opowiada.

   - Troszeczkę tylko płakałam w nocy, bo mnie znów rozbolała nóżka i nie umiałam się obrócić na drugi bok - mówiła Pati. - Ale Romcia i Dzidzia też się obudziły, to zadzwoniły po siostrę, i wiecie, siostra Beata zaraz przyszła i pomogła mi się obrócić, i poprawiła mi też łóżko. No, to zaraz się lepiej poczułam. A potem jeszcze trochę rozmawiałam z dziewczynkami i sama nie wiem kiedy usnęłam. Ale z samego rana znów przyszła siostra, ale już inna, siostra Kornelia, i dała nam termometry do mierzenia temperatury. I kiedy przyszła je odebrać to nas wszystkie trzy pochwaliła, że jesteśmy zdrowe jak te... no, te grzyby takie... aha, masz rację mamusiu, jak rydze... bo żadna z nas nie miała gorączki. A potem nas rozśmieszała i robiła takie śmieszne miny. Śmiałyśmy się bardzo, aż pan doktor przyszedł zobaczyć co u nas się dzieje.

   W windzie Pati sama nacisnęła guziczek z napisem „ogród" i po chwili wszyscy znaleźli się w ogrodzie. A tam, Fela już popychała wózek Pati i spacerowym krokiem przemierzała wraz z nią i rodzicami Pati po zielonych i pięknie ukwieconych alejkach. Spacerowali tak sobie i rozmawiali. Fela zapewniała przyjaciółkę, że jak już będzie w domu, to też ją codziennie będzie odwiedzać. A  nawet przyprowadzi raz wszystkie dzieci z przedszkola, bo one na pewno też się będą o nią martwiły, a zwłaszcza ich pani.

   Był piękny słoneczny dzień. Robiło się coraz goręcej na dworze. Dlatego wszyscy usiedli na chwilkę na ławce w cieniu ogromnego kasztana. I dalej rozmawiali. Po chwili przechodził tamtędy pan doktor, a gdy zobaczył ich wszystkich siedzących na ławce, poprosił rodziców Pati na krótką rozmowę. Dziewczynki zostały więc same. Fela oparła się o wózek Pati i na jej prośbę, zaczęła jej śpiewać taką starą przedszkolną piosenkę, którą Pati trochę już zapomniała, a chciała koniecznie sobie przypomnieć, gdyż chciała jej nauczyć Romkę i Dzidkę. I gdy tak siedziały, i już razem podśpiewywały sobie, na ogród wbiegła siostra Kornelia, i kierując się w stronę rodziców Pati, rozmawiających ciągle z panem doktorem, zawołała:

   - Czas na zastrzyk! No gdzie są te dwie przyjaciółki?!

   - Ty, Pati, słyszysz? Ona szuka jakiś dwóch przyjaciółek. Nie wiesz o kogo jej może chodzić? - spytała Fela.

   - No jak to o kogo? - zdziwiła się Pati. - Przyjaciółki to my!



                                                                                              K O N I E C

 




komentarze (1) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Bolek i Lolek witają nowych przedszkolaków

środa, 29 lipca 2009 9:41

Bolek i Lolek
witają
nowych przedszkolaków

 



      Jak każdego dnia, Bolek i Lolek wcześnie wstali z łóżka. Jak to było w ich zwyczaju, chcieli przed wyjściem do przedszkola posiedzieć sobie na ganku i porozmawiać. A temat do rozmowy mieli tym razem bardzo ważny. Otóż poprzedniego dnia pani Krysia powiedziała, że dzisiaj będą witać nowych przedszkolaków. A miała to być jedna dziewczynka i jeden chłopczyk. Bolek i Lolek bardzo się ucieszyli z tego powodu, gdyż jak mówili: im więcej dzieci, tym weselej w przedszkolu.

    Tego ranka chłopcy wyskoczyli z łóżek jeszcze wcześniej i jeszcze żwawiej niż zwykle, bo chcieli się przygotować do tak ważnej chwili w przedszkolu. Chłopcy pamiętają, jak sami mocno przeżywali ten dzień, kiedy to po raz pierwszy szli do przedszkola. Domyślali się więc, że inne dzieci też muszą mocno przeżywać swój pierwszy dzień w przedszkolu. Chociaż widzieli, że każde dziecko zachowuje się inaczej w tym dniu. Że jedno jest zawstydzone, inne wręcz zbyt śmiałe i zbyt ciekawe wszystkiego. Że jedno jest wystraszone i czasami płacze za swoją mamą, i chce do domu. A jeszcze inne (co na szczęście zdarza się rzadko), jest niegrzeczne i nie potrafi się bawić z innymi dziećmi. Tak, chłopcy zdawali sobie sprawę, że każde dziecko inaczej - bo każde na swój sposób - ten dzień przeżywa, jednak byli pewni, że dla każdego dziecka jest to bardzo mocne przeżycie.

    Tak też pani Krysia wszystkim dzieciom tłumaczyła i prosiła, aby dzieci były miłe i wyrozumiałe dla nowych przedszkolaków.

    Dlatego Bolek i Lolek chcieli się szczególnie postarać, aby swojej nowej koleżance i koledze umilić ich pierwszy dzień w przedszkolu.

    - Ty, Lolek, najlepiej będzie jak ty zajmiesz się tą dziewczynką, a ja chłopcem - powiedział Bolek, usadawiając się wygodniej na schodku przed domem.

    - Ja... dziewczynką? A niby czemu? - spytał Lolek nieco zaskoczony, bo już miał w głowie inny plan.

    - A niby temu, że chłopcy najczęściej lubią grać w piłkę - wypalił Bolek natychmiast.

    - A ja, to co? Ja to niby nie lubię? - zdziwił się Lolek i zrobił niezadowoloną minę.

    - Może i lubisz, ale nie najczęściej. A ja lubię zawsze. - Bolek miał gotową odpowiedź.

    - No to co, że nie najczęściej...? - nie poddawał się Lolek. - Ja za to lubię zawsze budować zamki z piasku. A też i inne budowle lubię wznosić... i to nawet z kamieni... i z kawałków drewna... i z czego się tylko da.

    - A z czego się da? - dociekał Bolek.

    - Najczęściej ze wszystkiego - odpowiedział Lolek z poważną miną znawcy.

    - A z czego się nie da? - dalej dociekał Bolek.

   - A daj ty mi Bolek spokój! - wysapał Lolek, zdenerwowany brata dociekliwością. - Jak będziesz częściej ze mną budował, a nie tylko kopał piłkę... najczęściej... to będziesz wiedział.

    - No dobrze, dzisiaj trochę z tobą pobuduję... i z tym nowym chłopcem - powiedział Bolek po namyśle. - Ale najpierw będziesz budował z tą nową dziewczynką, co?

    - A niech ci będzie! - zrezygnowanym głosem odpowiedział Lolek, ale zaraz coś sobie skojarzył i zawołał: - Ty, Bolek, a co będzie jak ona nie będzie chciała ze mną budować i będzie płakać za swoją mamą?

    - To będziesz ją zabawiać i... pocieszać. Nie martw się pani Krysia ci pomoże.

    - A ty mi pomożesz? - Lolek chciał wiedzieć.

    - Jak zobaczę, że ty sobie z nią nie radzisz, to ci pomogę - odpowiedział Bolek.

    - A jak mi pomożesz? - spytał Lolek.

    - Jak tylko się da!

    - A jak się da?

    - Da się tak, jak się da - wysapał Bolek.

    - A jak się da, kiedy się da? - pytał dalej Lolek, patrząc na Bolka błędnym wzrokiem, bo myślami był już w przedszkolu. 

    - No nie, Lolek uspokój się już z tym twoim „da", bo ja ci zaraz dam...! - wkurzył się Bolek.

    - Co mówisz Bolek? Co mi dasz? - Lolek był myślami coraz bardziej nieobecny.

    - Dam ci różę szczerozłotą... - Bolek zakpił sobie z brata.

    - Różę...? A po co mi róża?! - Lolek nagle doszedł do siebie. - Bolek, tyś już chyba całkiem zgłupiał. Różę, to daj lepiej tej nowej dziewczynce, a nie mi.

    Bolek zbaraniał i nic już więcej nie powiedział. Patrzył tylko na Lolka zbaraniałym wzrokiem i milczał. Niedługo jednak milczał, bo milczeć nie lubił. Tak że gdy tylko zobaczył mamę w drzwiach, ucieszył się, bo mógł już swoje milczenie przerwać. Zawołał więc pośpiesznie:

    - Tak, mamusiu, jesteśmy już ubrani i po rannej toalecie. Nie musisz nas pytać.

    - I wcale nie chcę pytać, bo widzę, że jesteście ubrani. A ślady rozbryzganej pasty do zębów na umywalce świadczą, że w łazience już byliście, więc domyślam się, że umyci też jesteście... Dlatego nie pytam o nic, a tylko proszę was, abyście wrócili do łazienki i zatarli za sobą ślady waszej tam bytności.

    Co było robić? Chłopcy poczłapali z powrotem do domu, z niedokończonym tematem na głowie, i kroki swe skierowali do łazienki. Po drodze Bolek dał Lolkowi kuksańca pod bok i wyszeptał:

    - No i co teraz? Nie skończyliśmy się przygotować do przywitania nowych przedszkolaków. Gdybyś się nie zaparł na to twoje „da" i nie przeciągał w nieskończoność, to może byśmy zdążyli, a tak co?

    - Nic to, w przedszkolu skończymy, jak tych nowych przedszkolaków zobaczymy - rymem odpowiedział Lolek, a po chwili się zatrzymał, i bez rymu już, dodał: - A wiesz, Bolek, że ten twój pomysł z różą, to całkiem dobry pomysł. Tej nowej dziewczynce będzie bardzo miło. 

    Bolek znów zbaraniał. Ale tym razem nie na milcząco.

    - Jak ty zaraz nie skończysz z tą różą, to ja chyba zwariuję! - głośno huknął do Lolka i popchnął go do przodu. - Rusz ty się lepiej do łazienki zacierać ślady... Ja ci dam różę...!

    - Bolek, chcesz dać Lolkowi różę? - spytała nagle mama, wychylając głowę zza drzwi kuchennych. - No, no, no, to bardzo miło z twojej strony, Bolek.

    - Nie... mi, mamusiu, ale... - zaczął wyjaśniać Lolek, ale nie skończył, bo dostał jeszcze jednego kuksańca od Bolka i drzwi łazienki się za nimi zamknęły.

    W łazience chłopcy bez słów ścierali ściereczkami ślady po swojej porannej toalecie i tylko zerkali na siebie spod oka.

    Lolek nie odzywał się do Bolka, bo był na niego obrażony za to, że dał mu zbyt mocnego kuksańca i wepchnął go do łazienki, nie dając mu skończyć opowiedzieć mamusi o jego wspaniałym pomyśle z różą. A Bolek nie odzywał się do Lolka, bo się zastanawiał, czy Lolek z tą różą to tak na poważnie, czy tylko się wygłupiał, i robił go w balona.

    Po skończonej pracy w łazience, chłopcy wyszli razem, ciągle milcząc, i udali się do kuchni na śniadanie.

    - No, jesteście wreszcie! - zawołała mama. - Siadajcie do stołu... Aha, ale zanim usiądziecie, niech któryś z was poprosi tatusia na śniadanie. Tatuś jest w garażu.

    Wyszło na to, że obaj chłopcy poszli po tatusia, bo na milcząco, nie mogli ustalić, który to z nich ma tatusia poprosić.

    Po chwili cała rodzinka w komplecie siedziała już przy stole i spożywała przepyszne śniadanie przygotowane przez mamę. Cichutko było przy stole jak makiem zasiał. Chwilami słychać było tylko brzęk filiżanek i stukanie sztućców.

    Przy jedzeniu nie powinno się rozmawiać, to prawda. I tego mama uczyła swoich synów. To jednak tym razem, takie ich zupełne milczenie, wydało się mamie niepokojące.

    - Hej, chłopcy, co z wami? - spytała, przyglądając się baczniej twarzom swoich synów. - Bolek, źle się czujesz? A ty, Lolek, też? Ojej, co jest z wami? Żeby tak ani jedno słowo nie wymsknęło się wam przy jedzeniu? Zaczynam się martwić.

    - Nie martw się mamusiu, nic mi nie jest. - Lolek uspokoił mamę i na potwierdzenie swoich słów, szeroko się do niej uśmiechnął.

    - Mi też nic a nic nie jest. - Bolek również uspokoił mamę i również się do niej szeroko uśmiechnął.

    - To co tak milczycie? Stało się coś? - spytał tato.

    - Nic się nie stało - razem odpowiedzieli Bolek i Lolek.

    - Na pewno? - upewniała się mama.

    - Na pewno! - znów razem odpowiedzieli chłopcy.

    - No to mówcie wreszcie coś! - zaśmiał się tato. - Widzę, że już wszystko zjedliście, to możecie mówić... Opowiedzcie, co tam w przedszkolu słychać? Co będziecie dzisiaj robić...?

    - No właśnie... - mama weszła tacie w słowo. - Wspominaliście coś o jakiejś róży... O co wam z tą różą chodziło? Do przedszkola chcecie iść z różą?... Aha, to ty, Bolek, chcesz dać Lolkowi różę... Tak to było. No, Bolek, opowiadaj dlaczego chcesz dać Lolkowi różę? Chyba dobrze słyszałam, co?

    - I tak i nie - odpowiedział Bolek, robiąc komiczną minę.

    - Co ty mówisz Bolek? - wtrącił się Lolek. - Mamusia dobrze słyszała.

    - Też tak myślę, że wasza mama ma dobry słuch - zachichotał tato. - No, chłopaki, czołem! Muszę już iść do pracy. Jak wrócicie z przedszkola, to mi opowiecie, co ta róża znaczy. A mam nadzieję, że dobrze znaczy... A ty, moja droga, już się nie martw - zwrócił się do mamy. - Poranny temat róży, na cały dzień dobrze wróży.

    Tato ze śmiechem wstał od stołu, pocałował mamę w policzek, a Bolka i Lolka w czubek nosa, po czym zmierzwił im włosy, i ciągle się śmiejąc, zmierzał do wyjścia.

    - Przyjemnej pracy, tatusiu! - Bolek i Lolek zawołali jednocześnie, a Lolek, poważnym głosem, dodał jeszcze od siebie: - A ta róża, tatusiu, dobrze znaczy!

    Bolek, widząc wielką powagę na twarzy Lolka, nie wytrzymał... i buchnął gromkim śmiechem. Potem nogą poszukał pod stołem nogi Lolka, i kopnął go w kostkę, nie przestając się śmiać.

    Lolek, zdziwiony nagłym wybuchem radości Bolka, najpierw zrobił duże „O" ustami, a potem oddał Bolkowi tajnego kopniaka pod stołem, i po chwili, śmiali się już razem.

    I tak, obaj bracia przestali się na siebie boczyć, i znów tryskali wyśmienitym humorem, śmiejąc się w głos w przeróżnych tonacjach. Najwięcej w wysokich.

    - No... i takich was kocham! - równie głośno zaśmiała się mama.

    Po kwadransie, Bolek i Lolek stali już w ogródku i czekali na mamę. Mama wprawdzie wyszła razem z nimi z domu, ale kiedy przechodzili koło ogródka, nagle jej się przypomniało o róży. Zrobiła w tył zwrot i pobiegła z powrotem do domu po nożyczki. A kiedy już wróciła z nożyczkami, weszła pomiędzy największe krzewy róż, i po chwili, wyszła z szerokim uśmiechem na twarzy i z piękną, czerwoną różą w ręce.

    - No widzicie, chłopcy? - zawołała. - Wy zapomnieliście o róży, ale ja pamiętałam... Proszę, Bolek, możesz dać ją Lolkowi... Ale poczekaj jeszcze chwileczkę, usunę z niej kolce, żebyście się nie pokłuli.

    - Och, mamusiu, przecież z tą różą, to był tylko żart! - powiedział Bolek niepewnym głosem.

    - Jaki znów żart?! - krzyknął Lolek i aż podskoczył z wrażenia. - Chyba nie chcesz żartować sobie z nowej dziewczynki?

    - Chłopcy, ja nic już z tego nie rozumiem - powiedziała mama, patrząc na swój palec, bo ukłuła się akurat kolcem róży. - To co z tą różą? Niepotrzebnie ją ścinałam, tak?

    - Nie, mamusiu, potrzebnie. Bardzo potrzebnie - odpowiedział Lolek za siebie i za Bolka, śląc bratu krótkie i znaczące spojrzenie. - Bardzo ci dziękujemy, że za nas pamiętałaś, i za tę piękną różyczkę. Potrzebujemy różyczki do przedszkola.

    - To dobrze, bo już myślałam, że będę musiała jeszcze raz wejść do domu, by zanieść ją do wazonu... A czas nagli - ucieszyła się mama. - No to chodźmy już chłopcy. Po drodze do przedszkola opowiecie mi, co ta róża ma znaczyć, i dla kogo ma coś znaczyć.

    - Dobrze, mamusiu - zgodził się Bolek niepewnym głosem, bo sam już nic nie rozumiał o co chodzi z tą różą. Po namyśle jednak dodał: - Lolek ci wszystko opowie.

    No i chłopcy wraz z mamą ruszyli raźnym krokiem do swojego ukochanego przedszkola. Mama z różą w ręce pośrodku, a Bolek i Lolek z plecakami na plecach i z berecikami z antenką na głowach - po bokach. Maszerowali razem wesoło, z uśmiechem na twarzy, i z radością w oku.

    Po drodze Lolek opowiedział mamie o tym, że w przedszkolu będą dzisiaj witać nowych przedszkolaków, i o tym, że pani Krysia mówiła, iż będzie to jeden chłopiec i jedna dziewczynka. No i wreszcie o tym, że to właśnie tej nowej dziewczynce chcieliby dać różyczkę na przywitanie.

    Mama z serdecznym uśmiechem na twarzy pochwaliła pomysł swoich synów, i z dumą w głosie, powiedziała:

    - Chłopcy, jestem z was dumna. To bardzo miło z waszej strony, że różyczką chcecie przywitać waszą nową koleżankę. To naprawdę wspaniały pomysł!

    - Prawda, mamusiu, że wspaniały miałem pomysł?! - zawołał uradowany Bolek, bo przez chwilę wydawało mu się, że z tą różą, to jego pomysł. Ale wnet przypomniał sobie jak było naprawdę, wiec zaraz  dodał,  jąkając  się: - To... to... to  znaczy... my  mieliśmy wspaniały pomysł... to... to... to jest... no dobrze... Lolek miał wspaniały pomysł...

    - Nie Lolek, nie Lolek, tylko ty, Bolek, miałeś wspaniały pomysł. A dopiero potem, to my już razem, ja Lolek, i ty, Bolek... mieliśmy wspaniały pomysł - poważnym głosem poprawił brata Lolek.

    Po chwili chłopcy żegnali się już z mamą przed bramą przedszkola.

    - No, chłopcy, życzę wam miłego dnia w przedszkolu! - zawołała mama. - I bądźcie mili i wyrozumiali dla swojego nowego kolegi i koleżanki. Pamiętacie, jak sami byliście zdenerwowani w waszym pierwszym dniu w przedszkolu?

    - Pamiętamy, pamiętamy! - odpowiedzieli chłopcy i pobiegli do przedszkola... bez róży.

    Chłopcom chyba zbyt mocno się przypomniało, jak bardzo byli zdenerwowani w swoim pierwszym dniu w przedszkolu, bo poczuli się nagle jakoś dziwnie zdenerwowani i teraz. I to z pewnością ze zdenerwowania zapomnieli o róży. W połowie drogi jednak sobie przypomnieli. Zatrzymali się natychmiast, i chwyciwszy się za ręce, pędem pognali z powrotem do mamy. Mama na szczęście ciągle stała w bramie i machała do nich ręką.

    - A różyczka?! - zawołali jednocześnie, kiedy dobiegli do mamy.

    - No patrzcie, ja sama zapomniałam - zaśmiała się mama. - Stoję tu z różą w ręku i macham do was, i nie czuję, że macham do was jedną ręką, a drugą ręką... trzymam różę... Ojej, jak ja mówię?!

    - Nooo... ale się porobiło z tą różą dzisiaj! - zachichotał Bolek. - Każdy jakoś się dziwnie zachowuje i dziwnie mówi... z powodu róży.

    - No ale jak trafi w końcu w odpowiednie ręce, czyli w rączki waszej nowej koleżanki, to już wszyscy będą się pięknie zachowywać i pięknie mówić. - Mama ciągle się śmiała. - Do widzenia chłopcy!

Zmykajcie już!

    Bolek wziął różę z mamy ręki, podał ją Lolkowi, i razem, w pierwszym odruchu, puścili się biegiem. Za moment się jednak zorientowali, że ich szybki bieg może zaszkodzić róży, więc zupełnie zwolnili. I powoli już, dostojnym wręcz krokiem, poszli do budynku przedszkolnego.

    Kiedy znaleźli się już w środku, od razu zaczęli się rozglądać za nowymi dziećmi. Nikogo nowego jednak nie zauważyli. Podeszli więc do pani Krysi.

    - Proszę pani, gdzie są...? - zaczął pytać Bolek.

    - Wasza nowa koleżanka i wasz nowy kolega przyjdą nieco później 

- powiedziała pani Krysia, bo w mig odgadła o co Bolek chce spytać. - Specjalnie poprosiłam ich, żeby przyszli o godzinę później, bo my musimy się dobrze przygotować do ich przywitania i poćwiczyć jeszcze naszą nową piosenkę.

    - Ahaaa... to tak! - zawołał nieco zawiedziony Lolek.

    - A co, Lolek, martwi cię to? - spytała pani Krysia, przypatrując się zawiedzionej twarzyczce Lolka. - Przecież godzina szybko zleci i wkrótce poznacie waszych nowych kolegów... Zaraz, a co ty tam Lolek trzymasz za plecami?

    - A to taki nasz wspaniały pomysł, proszę pani! - w pośpiechu odpowiedział za Lolka Bolek.

    - Ach tak! A czy ja mogę wiedzieć, co to za wspaniały pomysł kryje Lolek za plecami? - z uśmiechem pytała pani Krysia. - Czy ten wasz wspaniały pomysł ma związek z nowymi przedszkolakami?

    - Tak, proszę pani - odpowiedział Lolek i zrobił głęboki wdech. I już otworzył usta, żeby opowiedzieć pani o różyczce, ale nie powiedział jednak nic, bo go Bolek uprzedził.

    Bolek tak bardzo był podniecony tym, że za niedługo wejdą do przedszkola nowe dzieci, że nie umiał się opanować, a tym bardziej siedzieć cicho. Wiedział dobrze, że to nieładnie przerywać komuś, ale jego emocje (jak zwykle) wzięły górą, i jakoś tak samo zaczęło mu się mówić:

    - Bo wie pani, Lolek za plecami ma wspaniały pomysł... w postaci róży. A postać... no... tej róży postać... chcielibyśmy podarować na przywitanie naszej nowej koleżance... w postaci tej dziewczynki, której jeszcze nie znamy, ale za niedługo poznamy i bardzo się cieszymy, że ją poznamy... No... my obaj się cieszymy. Ja Bolek i mój brat Lolek.

    - Ufff... Bolek, ale żeś naopowiadał - zaśmiała się pani Krysia. - Poszło ci to jak z automatu.

    Bolek zawstydził się i spuścił głowę. Sam czuł, że jakoś bez ładu i składu mówił. I choć nie bardzo wiedział, dlaczego tak mu to mówienie wyszło, to jednak wcale nie zamierzał dłużej się nad tym zastana-wiać, a co dopiero, długo się wstydzić. Podniósł wnet głowę i wesołym już okiem popatrzył na śmiejącą się panią Krysię i... buchnął gromkim śmiechem. Bolek lubił śmiać się z samego siebie. Lolek nie pozostał obojętny na wesoły śmiech Bolka i pani Krysi, i też zaczął się śmiać, wtórując im swoim piskliwym śmiechem.

    - No, chłopcy, to żeśmy się pośmiali na dzień dobry - powiedziała po chwili pani Krysia, kiedy już przestała się śmiać. - Ale to było bardzo przyjemne. Śmiech, to przecież samo zdrowie... A jeżeli chodzi o tę piękną różę, to rzeczywiście wspaniały pomysł. Udało mi się wyłapać sens opowiadania Bolka, i zrozumieć, na czym ten wasz pomysł z różą polega... i muszę wam powiedzieć, że jestem z was dumna. Pomysł wasz jest w stu procentach trafiony. Bo wiecie, dziewczynki uwielbiają dostawać kwiaty, i to zawsze... przez całe życie.

    - No widzisz, Lolek?! - zawołał Bolek, dumnie prężąc pierś, bo znów mu się wydawało, że ten pomysł z różą, to był jego pomysł.

    - Widzę, Bolek! - odpowiedział Lolek i poklepał brata po ramieniu. Lolek cały czas był pewien, że pomysł z różą, to był Bolka pomysł.

    - Chłopcy, macie nie tylko dobre pomysły, macie też wrażliwe serduszka - powiedziała pani Krysia. - Widzę, że bardzo przeżywacie przyjście waszej nowej koleżanki i kolegi. Pamiętacie zapewne swój pierwszy dzień w przedszkolu i wiecie, że to niesamowicie emocjonalne chwile.

    - Pamiętamy i wiemy, proszę pani! - zawołali jednocześnie chłopcy, robiąc na moment poważne miny.

    - A więc, czas już zająć się przygotowaniem do przyjęcia naszych nowych przedszkolaków - powiedziała pani Krysia, spoglądając na piękną różę w rękach Lolka. - Ale najpierw, skocz Lolek do kuchni i poproś panią kucharkę, aby dała ci mały wazonik z wodą. Bo wiesz, zanim przyjdzie wasza nowa koleżanka, lepiej żeby różyczka postała w wodzie, bo inaczej może zwiędnąć.

    - Tak, tak, proszę pani, ja wiem! - zawołał Lolek i pomaszerował z różą do kuchni.

    Po chwili Lolek był już z powrotem, i niosąc dumnie wazonik z różą, przeszedł prze całą salę, ku zdziwieniu wszystkich bawiących się tam dzieci, i postawił go na biurku pani Krysi.

    Pani Krysia uśmiechnęła się na ten widok, klasnęła w dłonie i zawołała:

    - Kochane dzieci, zostawcie teraz swoje zabawki, i proszę tu do mnie.

    Wszystkie dzieci posłusznie wykonały pani Krysi polecenie i w mig ustawiły się dookoła pani.

    - Otóż, moje kochane dzieci, czas już, abyśmy przypomnieli sobie

jak będziemy witać naszych nowych przedszkolaków, i przećwiczyli sobie tę naszą nową piosenkę na ich cześć - powiedziała pani Krysia, kiedy wszystkie dzieci stały już grzecznie i przestały rozmawiać. - Muszę wam też powiedzieć, że Bolek i Lolek mają miłą niespodziankę. Popatrzcie, tam na moim biurku, stoi piękna róża. Różę tę, chłopcy chcą wręczyć na przywitanie waszej nowej koleżance... Piękna różyczka, prawda?

    - Taaak! - zawołały dzieci.

    No i przystąpiły do powtarzania przygotowanego już parę dni temu programu na przywitanie nowych przedszkolaków. Pani od muzyki grała na pianinie, i przy jej akompaniamencie, dzieci ćwiczyły. Próba generalna przebiegała sprawnie, bo dzieci bardzo dobrze wiedziały, co mają robić, i pamiętały słowa piosenek oraz kroki tańca.

    Pani Krysia, widząc że dzieci radzą sobie znakomicie, nie kryła zadowolenia i wnet ogłosiła koniec próby generalnej. Pochwaliła dzieci za wspaniałe przygotowanie i w nagrodę pozwoliła im pozostać w sali i posłuchać muzyki i śpiewu pani od muzyki.

    Dzieci uwielbiały słuchać muzyki w wykonaniu pani od muzyki, dlatego ochoczo usiadły na podłodze i nastawiły uszu. Pani od muzyki grała i śpiewała przepięknie. Dzieci słuchały z przyjemnością i co chwilę głośno klaskały.

    Bolek i Lolek również z wielką przyjemnością słuchali piosenek pani od muzyki. A przede wszystkim, z wielkim podziwem wpatrywali się w jej palce, biegające z gracją po klawiaturze pianina.

    Natomiast Marianek, który siedział z tyłu za Bolkiem i Lolkiem, choć muzykę lubił, to teraz jakoś dziwnie nie mógł się skupić i kręcił się nerwowo. Było widać, że coś Mariankowi nie daje spokoju. Marianek wreszcie nie wytrzymał i nachylił się do Bolka, i zaczął szeptać mu do ucha:

    - Bolek, coś ty zgłupiał? Chcesz dziewczynie dawać kwiatka?

    - Nie ja, a Lolek - szeptem też odpowiedział Bolek.

    Bolek chciał jeszcze coś Mariankowi powiedzieć, ale nie zdążył, bo Marianek nagle się od niego odsunął i zaczął się przysuwać do Lolka. Bolek się domyślił, że Marianek z pewnością chce to samo pytanie zadać Lolkowi, dlatego wychylił się do tyłu i szarpnął Marianka za rękaw bluzy. Po czym przyciągnął go z powrotem do siebie, i powiedział mu prosto do ucha:

    - A co w tym głupiego, że chłopiec daje dziewczynie kwiatka?

Przecież wszystkie dziewczyny lubią dostawać kwiatki, i to przez całe życie. Pani Krysia dzisiaj nawet o tym mówiła. Moja mama też tak zawsze mówi.

    - Ty, popatrz, moja mama też tak samo mówi - wyszeptał Marianek i aż mu się oczy zaokrągliły ze zdziwienia. - I mówisz, że pani Krysia też tak mówiła?

    - No właśnie, mówię.

    - To coś w tym musi być. - Marianka oczy zrobiły się jeszcze bardziej okrągłe.

    - Nie inaczej - powiedział Bolek i parsknął śmiechem na widok okrągłych jak monety oczu Marianka. A po chwili dodał: - Mój tato zawsze mówi, że dziewczyny już tak mają, że kwiaty uwielbiają. I gdy je od nas dostają, to nas uwielbiają...

    - No, no, muszę się spytać mojego tatusia, czy to prawda - zdecydował Marianek. - Bo jeżeli to prawda, to ja też czasami mogę dać kwiatka jakiejś dziewczynie... A co mi tam... Niech mnie uwielbia.

    - No właśnie, uwielbienia nigdy za wiele... Tak mówi mój tato - zachichotał Bolek.

    Pani Krysia, widząc że Bolek i Marianek prowadzą jakąś szeptaną dyskusję, podeszła do nich, i przykładając palec wskazujący do ust, dała im do zrozumienia, że mają się uciszyć. Po czym wróciła na swoje miejsce i dalej z wielką przyjemnością słuchała muzyki. Po chwili spojrzała na zegarek i zaraz ruszyła w stronę drzwi wyjściowych. Przy drzwiach odwróciła się i dała znak pani od muzyki, by przypilnowała dzieci, i wyszła z sali.

    Pani od muzyki pozwoliła dzieciom wstać z podłogi i potańczyć sobie. Dzieci chętnie poderwały się z miejsc i wesoło zaczęły pląsać przy dźwiękach skocznej muzyki. Bardzo wesoło zrobiło się w sali. Pani od muzyki grała zapamiętale, bo grać uwielbiała. A dzieci tańczyły i tańczyły, bo tańczyć uwielbiały.

    Po kwadransie, pan woźny zaglądnął przez drzwi do sali i dał znak pani od muzyki, aby przestała grać.

    Pani od muzyki natychmiast przestała grać i poprosiła dzieci, aby ustawiły się koło niej, koło pianina.

    Dzieciom nie trzeba było dwa razy powtarzać. W mig ustawiły się koło pianina. Dzieci domyśliły się, że oto nadchodzi już ta chwila, kiedy do sali wejdą nowe przedszkolaki.

    I tak było rzeczywiście. Pani Krysia weszła do sali, prowadząc za rękę dziewczynkę i chłopczyka.

    Wszystkie dzieci z zaciekawieniem wpatrywały się w nowych przedszkolaków, a nowe przedszkolaki przypatrywały się dzieciom. I kiedy twarzyczka chłopczyka wyrażała wesołość, połączoną z zaciekawieniem, i maluteńkie tylko onieśmielenie, to już twarzyczka dziewczynki - niestety - wyrażała lęk, a nawet przerażenie.

    Pani Krysia mimiką twarzy dała znak pani od muzyki, i pani od muzyki zaczęła grać cichego walczyka. Pani Krysia podeszła wtedy z dziewczynką i z chłopczykiem do wszystkich dzieci i powiedziała:

    - Dzieci, pozwólcie że wam przedstawię, to jest wasza nowa koleżanka Patrycja, a to wasz nowy kolega Tomasz. A teraz wy, dzieci, proszę podchodźcie po kolei i same się przedstawcie Patrycji i Tomaszowi.

    Wszystkie dzieci z uśmiechem na twarzy podchodziły najpierw do Patrycji, a potem do Tomasza, i podając rączki na przywitanie, wypowiadały swoje imiona.

    Tylko Lolka nie było wśród dzieci, bo został z tyłu i coś tam szeptał z panią od muzyki. Ale za chwileczkę dobiegł do dzieci i jako ostatni przedstawił się Patrycji i Tomkowi.

    Tomasz tryskał szczęściem, i podając swą rączkę dzieciom, uśmiechał się szeroko i każdemu dziecku z osobna powtarzał swoje imię: - „Nazywam się Tomaszek". A co z jego malutkim onieśmieleniem? Onieśmielenie z jego twarzy zniknęło zupełnie.

    Natomiast Patrycja ciągle była wylękniona. Podawała swoją rączkę każdemu dziecku i nic nie mówiła. Patrzyła tylko na każde dziecko z osobna i choć usilnie się starała uśmiechnąć (tak jak jej mama mówiła), to jednak nic jej z tego uśmiechu nie wychodziło.

    Pani Krysia, widząc lęk wymalowany na twarzy małej Patrycji, przytuliła ją do siebie i powiedziała:

    - Popatrz, Patrycjo, ile tu mamy wspaniałych zabawek, a ile kolorowych i wesołych rysunków dzieci wisi na ścianach. Wiesz, tymi wszystkimi zabaweczkami będziesz się mogła bawić. A powiedz mi, lubisz rysować?

    - Lubię.

    - No widzisz, to jak będziesz chciała, to jeszcze dzisiaj narysujesz piękny obrazek i potem go razem powiesimy na ścianie pomiędzy rysunkami innych dzieci. A jak twoja mama przyjdzie po ciebie, to się jej pochwalisz. Tak?

    - Chyba tak - nieśmiało odpowiedziała Patrycja.

    - To dobrze - ucieszyła się pani Krysia. - A teraz usiądziemy sobie wygodnie na krzesełkach i oglądniemy przedstawienie, jakie dzieci dla ciebie Patrycjo, i dla ciebie Tomaszku, przygotowały.

    No i przedstawienie się zaczęło. Pani od muzyki zaczęła grać, a dzieci szybciutko ustawiły się w pary i ruszyły w tan, tańcząc pięknie krakowiaka. Potem wszystkie złapały się za rączki i utworzyły duże koło, i pląsając dookoła, śpiewały wesołego walczyka o swoim przedszkolu. Następnie usiadły w kole na podłodze i zaczęły śpiewać swoje ulubione piosenki o przedszkolnych zabawkach. Śpiewały o puchatym misiu, o lalce w stroju krakowskim, o autkach strażackich, i nawet o swoich ciekawych książeczkach, poukładanych pięknie na regale.

    A na koniec, dzieci podniosły się szybko z podłogi, i ustawiły się w rzędzie przed siedzącą na krzesełku Patrycją, Tomaszkiem i panią Krysią. I gdy pani od muzyki zagrała melodię, zaczęły śpiewać swoją nową piosenkę, której nauczyły się specjalnie na dzisiejszą okazję. 

 

Hejże dzieci, chodźcie do nas!

Chłopczyku, dziewczynko, wołamy was!

Wita was całe przedszkole nasze,

Które od dzisiaj - będzie też wasze.

 

A że przedszkole - to właśnie my,

Więc bawmy się razem... Zapraszamy!

Zabawki wspaniałe na nas czekają...

Słyszycie? Już nas do siebie wołają.

 

Oglądać możemy też książeczki kolorowe,

By poznać świat i przygody bajkowe.

Możemy tańczyć i śpiewać cudnie,

Razem nam nigdy nie będzie nudnie.

 

Możemy się bawić też i w ogrodzie,

Hasać tam wesoło przy pięknej pogodzie.

Stawiać w piaskownicy piękne zamki z piasku,

I zażywać kąpieli w słoneczka blasku.


Tam huśtać się może też każdy z nas,

Wysoko, coraz wyżej, i przez długi czas.

A zaraz za ogródkiem jest nasze boisko,

Kto lubi sport, znajdzie tam wszystko.

 

       Nasze przedszkole jest ogromne i wspaniałe,

       I my o tym wiemy, przedszkolaki małe.

       Dlatego kochamy przedszkole nasze,

       Które od dzisiaj - jest też i wasze! 

 

    Dzieci skończyły śpiewać i usiadły z powrotem na podłodze, bijąc sobie brawo, i śmiejąc się głośno.

    Tomaszek był zachwycony przedstawieniem, a zwłaszcza piosenką na jego cześć, i też bił brawo. A Patrycja? Patrycja chyba też była zachwycona, tylko że ciągle mało się jeszcze uśmiechała i rączkami kurczowo trzymała się pani Krysi. Brawa więc nie biła.

    Kiedy przedstawienie dobiegło końca, Lolek wstał z podłogi i szybciutko pobiegł do drugiej sali, gdzie na biurku pani Krysi, stał wazonik z różyczką. Wyjął różyczkę z wazonu, i chowając ją za plecami, pobiegł z powrotem. I gdy znalazł się już wśród dzieci, wskoczył na taborecik i popatrzył znacząco na panią od muzyki. A pani od muzyki, z szerokim uśmiechem na twarzy, mocno uderzyła w klawisze piani-na, i Lolek zaczął bardzo głośno śpiewać:

 

Na przywitanie małych Polaków -

     

      Hip, hip, hura!

              Hip, hip, hura!

                      Hip, hip, hura!

 

W naszym gronie przedszkolaków -

 

      Hip, hip, hura!

              Hip, hip, hura!

                      Hip, hip, hura!

 

    Lolek przestał śpiewać i już tylko zawołał:

 

Na cześć naszych nowych przedszkolaków:

    I wtedy roześmiane dzieci, co sił w piersiach, zawołały razem z Lolkiem: 

 

    - Hip, hip, hura!

              Hip, hip, hura!

                      Hip, hip, hura, hurrra, hurrrrrra!!!

 

    Lolek się ukłonił ze szczęśliwą miną i zeskoczył z taboretu. Po czym wyciągnął zza pleców chowaną do tej pory różyczkę i pobiegł z nią prosto do (tak jakby już nieco mniej wylęknionej) Patrycji.

    - Proszę, ta różyczka jest dla ciebie. Ja Lolek, i mój brat Bolek, przynieśliśmy ją z naszego ogródka specjalnie dla ciebie.

    Patrycja uśmiechnęła się leciutko, wyciągnęła rączkę, i wzięła różyczkę z ręki Lolka. I o dziwo, jej uśmiech choć był leciutki, to i tak znikł z jej twarzyczki od razu. Buzia jej wykrzywiła się w kopytko, które nagle zaczęło drgać i... Patrycja rozpłakała się cichutko.

    - No i masz tu swoje uwielbienie - wyszeptał kpiąco Marcinek Bolkowi prosto do ucha, na widok takiej reakcji Patrycji na podarowany jej kwiatuszek.

    - Nooo, rzeczywiście dziwna reakcja. Zupełny brak uwielbienia - zgodził się z Mariankiem Bolek.

    Lolek natomiast nie zastanawiał się nad reakcją Patrycji, tylko natychmiast zaczął ją uspokajać:

    - Nie płacz Patrycja, w naszym przedszkolu nie jest źle. Jest całkiem fajowo, wiesz? I czas szybko leci... i za niedługo twoja mama po ciebie przyjdzie...

    - Wiem, że moja mama zaraz przyjdzie, bo mówiła mi, że mnie szybciej zabierze z przedszkola do domu - powiedziała Patrycja i rozpłakała się na dobre. Po chwili jednak otarła łzy jedną rączką, a drugą, wraz z trzymaną różyczką, wyciągnęła przed siebie, i szlochając już tylko, dodała: - Ale ja wcale nie płaczę za mamą... ja... ja płaczę z bólu, bo ten kwiatuszek mnie pokłuł.

    - Ojej, biedna Patrycja! - zawołał Lolek i natychmiast zabrał różyczkę z jej rączki i zaczął do niej łagodnie przemawiać. - Wiesz, to nasza mamusia zerwała tę różyczkę z krzaczka i też się pokłuła jej kolcami... ale nie płakała... to znaczy... nie płakała, bo potem usunęła wszystkie kolce... chyba...

    - Widocznie nie zauważyła jednak, że został jeszcze jeden kolec -  wtrąciła się pani Krysia, przyglądając się, i przysłuchując Lolkowi i Patrycji.

    - No i co teraz będzie? - zmartwił się Lolek i popatrzył na panią Krysię.

    - Spytajmy Patrycji - odpowiedziała pani Krysia.

    - Dobrze będzie, bo już mnie paluszek przestał boleć - powiedziała Patrycja zupełnie już spokojnym głosem. - To mogę dostać moją różyczkę z powrotem?

    - Poczekaj Patrycjo, ja tylko sprawdzę dokładnie łodyżkę róży i usunę tego kolca - powiedziała pani Krysia i wzięła kwiat z rąk Lolka - O, widzicie, tu jest ten kolec. Już go urywam... No, gotowe. Więcej kolców nie ma... Proszę, Lolek, możesz jeszcze raz wręczyć Patrycji tę prześliczną różyczkę.

    Lolek tak zrobił, i wtedy, wszystkie dzieci, po raz pierwszy, zobaczyły szeroki uśmiech na twarzyczce Patrycji. Nawet wszystkie jej białe ząbki zobaczyły.

    - No i wyszło na moje! - huknął z satysfakcją Bolek Mariankowi do ucha.

    - Chyba masz rację. Widzę uwielbienie - przyznał Marianek.

    Pani Krysia ucieszyła się bardzo, że Patrycja już się uśmiecha. Klasnęła z radością w dłonie i zawołała:

    - A teraz dzieci, przejdziemy do drugiej sali i pokażemy Patrycji i Tomaszkowi wszystkie nasze zabawki... No i potem pozwolimy im wybrać sobie z koszyczka jakąś naklejkę, którą będą mogli przykleić na swoją szafkę, żeby zawsze poznawali, która to szafka jest ich. Dobrze, dzieci?

    - Taaak! - dzieci zawołały chórem

    - No jak, Patrycjo i Tomaszku, chcecie zobaczyć zabawki? One są od dziś też i wasze. Chcecie zobaczyć? - pytała pani Krysia.

    - Jasne! - zawołał głośno Tomaszek.

    - Ja też chcę - cichutko powiedziała Patrycja.

    - Wspaniale! To przechodzimy do drugiej sali. - Pani Krysia klasnęła w dłonie i zwróciła się do Patrycji: - W drugiej sali będziesz mogła włożyć tę piękną różyczkę do wody, żeby nie zwiędła zanim twoja mamusia po ciebie przyjdzie. Dobrze?

    - Dobrze, proszę pani - odpowiedziała Patrycja nieco głośniejszym już głosikiem.

    Wszystkie dzieci raźnym krokiem ruszyły do drugiej sali.

    Wtedy Lolek podszedł do Bolka i z nieco zmartwioną miną odezwał się do niego:

    - Wiesz, myślę że to jakoś głupio wyszło z tą różyczką.

    - No coś ty, wcale nie głupio.

    - Tak myślisz?

    - Tak myślę i tak czuję. A czuję jeszcze, że nie powinniśmy mówić naszej mamusi o tym kolcu... No bo wiesz, chyba byłoby jej przykro.

    - Masz rację. Mamusia przecież tak się starała. I to nie jej wina, że przeoczyła tego jednego kolca.

    - Właśnie.

    - Ty, Bolek, a nie myślisz, że to jakoś głupio wyszło, że dla Patrycji mieliśmy różyczkę, a dla Tomaszka nic?

    - Nie bój żaby, pomyślałem o tym. I jak ty byłeś w kuchni po ten wazonik na różę, to ja wtedy przygotowałem coś dla tego nowego... to znaczy dla Tomaszka.

    - Ojej, naprawdę? - ucieszył się Lolek. - Pokaż, co masz dla niego.

    - A tam... zaraz pokaż. Poczekaj trochę. Zobaczysz jak mu dam. Mogę ci tylko powiedzieć, że trochę było mi szkoda, pozbywać się tej mojej ulubionej rzeczy, ale jak zobaczyłem już tego Tomaszka, to pomyślałem, że to całkiem fajny kolega. Dlatego dam mu tę moją ulubioną rzecz nawet z ochotą.

    - Ojej, dobry jesteś Bolek - zachwycił się bratem Lolek.

    - Wiem! - zachichotał Bolek, robiąc łobuzerską minę.

    Kiedy pani Krysia wraz z dziećmi pokazała już Patrycji i Tomaszkowi wszystkie zabawki i oprowadziła ich też po całym przedszkolu, wtedy poprosiła wszystkie dzieci z powrotem do sali. A w sali pozwoliła dzieciom trochę się pobawić - w co kto lubi, sama zaś postanowiła porozmawiać jeszcze z Patrycją i Tomaszkiem. Ale kiedy zobaczyła, że Tomaszek co chwilę tęsknym okiem spogląda w stronę bawiących się dzieci, pozwoliła i jemu iść się bawić. Zajęła się tylko Patrycją i wesoło z nią rozmawiała.

    Bolek bawił się akurat z Lolkiem w straż pożarną. I kiedy zobaczył nadchodzącego Tomaszka, zawołał go do siebie.

    Tomaszek z uśmiechem podszedł do chłopców i spytał:

    - Mogę się z wami pobawić?

    - No jasne! - odpowiedzieli bracia jednocześnie.

    Chłopcy we trójkę bawili się znakomicie. Co chwilę wyła syrena strażacka, a trzej odważni strażacy w pośpiechu jechali do pożaru. Gasili w mig ogień i zadowoleni z siebie wracali do remizy. Po to tylko, żeby za chwilę znów przy wyciu syreny jechać do następnego pożaru.

    Tomaszek był szczęśliwy, że ho, ho. Przy którymś już z kolei wyjeździe do pożaru, zawołał głośno do Bolka i Lolka:

    - Ale fajowo jest w przedszkolu!

    - Wiemy o tym! - odpowiedzieli mu bracia jednocześnie, walcząc na niby z wymyślonym pożarem. 

    Wreszcie kiedy pożar był już ugaszony, Bolek wyciągnął coś z kieszeni swoich spodenek, po czym nachylił się nad Tomaszkiem, siedzącym okrakiem na wozie strażackim, i powiedział uroczystym głosem:

    - Mój brat Lolek dał Patrycji czerwoną różyczkę, a ja, jego brat Bolek, daję ci mój breloczek z piłką nożną.

    Lolek, widząc to, kręcił aż głową z niedowierzania. Lolek wiedział ile ten breloczek z piłką nożną dla Bolka znaczy. Przecież Bolek za nim przepadał i każdemu się nim chwalił. I to już od przeszło roku, kiedy go dostał od Mikołaja w Domu Handlowym.

    Tomaszek, podobnie jak Lolek, też kręcił głową, ale z zachwytu.

    - Jaki fajny, piłkarski breloczek! Dziękuję ci Bolek!

    - Nie ma sprawy! Cieszę się, że ci się podoba - powiedział Bolek i z łobuzerskim uśmieszkiem dodał: - My, chłopcy, wiemy, co jest fajne.

    Chłopcom znudziła się już zabawa w straż pożarną, usiedli więc w trójkę pod regałem z zabawkami i rozmawiali sobie. Oczywiście o piłce nożnej, bo Tomaszek cały czas podziwiał breloczek, który dostał od Bolka.

    Niestety chłopcy nie mogli długo rozmawiać, gdyż pani Krysia nagle zaczęła wołać wszystkie dzieci do siebie.

    Dzieciom bardzo miło się bawiło, ale natychmiast przerwały swoje zabawy i posłusznie przybiegły do pani Krysi.

    Pani Krysia poprosiła dzieci, aby usiadły na podłodze, sama zaś podeszła do swojego biurka i wyjęła z niego koszyczek z przeróżnymi naklejkami. Po czym poprosiła Patrycję i Tomaszka, aby wybrali sobie po jednej. I kiedy Tomaszek bez większego namysłu wybrał sobie naklejkę z malutkim domkiem, to Patrycja grzebała w koszyczku i grzebała, i ciągle nic nie mogła wybrać.

    - Patrycjo, może mam ci pomóc w wyborze? - spytała pani Krysia, widząc, że niektóre dzieci zaczęły się już niecierpliwić. - Czy już może wiesz, co chciałabyś wybrać?

    - Ja cały czas wiem, co chciałabym sobie wybrać - odpowiedziała Patrycja spokojnym głosikiem. - Ale nie ma tu takiej naklejki. Bo szukam i szukam, i nie widzę.

    - Ojej! A możesz mi powiedzieć o jaką naklejkę ci chodzi, to ja ci pomogę szukać. - Pani Krysia potrząsnęła koszyczkiem.

    - Ja chciałabym mieć naklejkę z czerwoną różyczką - powiedziała cichutko Patrycja, i od razu spąsowiała.

    - No popatrz, Patrycjo, masz rację, że naklejki z czerwoną różyczką w koszyczku nie widać - zawołała wesoło pani Krysia. - Bo takiej naklejki tu po prostu nie ma. A wiesz dlaczego? Dlatego, że czerwoną różyczkę miała taka dziewczynka, która nazywa się Małgosia. A miała ją przez wszystkie lata przedszkola. Małgosia jest już w szkole, więc myślę, że czerwona różyczka teraz tobie może służyć... Poczekaj Patrycjo, zaraz ci ją dam. Mam ją w biurku.

    Po krótkiej chwili pani Krysia wręczyła Patrycji naklejkę z czerwoną różyczką i wszystkie dzieci przeszły do szatni, aby Patrycja i Tomaszek mogli osobiście przykleić swoje naklejki na swoich szafkach.

    Potem pani Krysia przygotowała farby i kredki oraz duże arkusze papieru i zaprosiła dzieci do malowania. Powiedziała, że każde dziecko może malować, to co chce, i że jeszcze przed obiadem będą wspólnie oglądać i podziwiać swoje prace.

    Dzieci z uciechą przystąpiły do malowania. A każde malowało co innego. Na przykład piegowata Zuzia malowała żyrafę. Romanek swojego tatusia. Pawełek ogromne drzewo. A Bolek, jak zwykle, malował siebie w stroju piłkarskim... Ale jedno trzeba przyznać, że każde dziecko malowało ciekawie i bardzo kolorowo.

    Tylko Tomaszek nic nie malował, bo nie mógł się zdecydować, czy ma namalować dom, czy piłkę. I kiedy pani Krysia ogłosiła, że za chwilę muszą kończyć malowanie, gdyż zbliża się pora obiadu, wtedy Tomaszek na szybko namalował, i mały domek, i małą piłkę obok domku.

    Dzieci skończyły malowanie, i razem z panią Krysią, przystąpiły do oglądania swoich prac. Przystawały przy każdym obrazku z osobna, i kręcąc główkami, oglądały ze wszystkich stron. Dzieciom podobały się wszystkie obrazki, a już najbardziej swoje własne. Jednak kiedy oglądały czerwoną różyczkę namalowaną przez Patrycję, to nie mogły oczu od niej oderwać, tak piękna im się wydawała. Patrycja promieniała radością. I wszystkie dzieci po raz pierwszy mogły jej radość wyraźnie zobaczyć. Na końcu dzieci podeszły do obrazka Lolka i aż oniemiały ze zdziwienia. No bo obrazek namalowany przez Lolka przedstawiał taką samą czerwoną różyczką, jaką namalowała Patrycja. Dzieci nie mogły się nadziwić, jak to możliwe. I kiedy pierwsze zdziwienie im minęło, najpierw zaczęły się zachwycać wspaniałym obrazkiem Lolka, potem jeszcze raz obrazkiem Patrycji, potem przykładać je obydwa do siebie, a potem, śmiać się w głos - z takiego dziwnego przypadku.

    Przyszła pora obiadu. Dzieci udały się do jadalni na obiad. Ale nawet jeszcze i przy obiedzie szeptem opowiadały sobie o swoich wrażeniach na widok dwóch takich samych obrazków, i co chwilę spoglądały to na Lolka, to na Patrycję.

    Lolek sam nie wiedział, jak to się stało, że namalował taką samą różyczkę jak Patrycja. Przecież nie podglądał, co ona maluje. A dlatego, że nie wiedział, uśmiechał się tylko, i nic nie mówił.

    Patrycja też nie wiedziała, jak to się stało, bo też nie patrzyła co maluje Lolek. Nie miała jednak czasu się nad tym zastanawiać, bo przeżywała akurat swój pierwszy obiad w przedszkolu.

    Bolek też był zaskoczony dwiema jednakowymi różyczkami, i też jeszcze i przy obiedzie się nad nimi zastanawiał. A że Bolek nie lubił niejasnych sytuacji, koniecznie więc musiał znaleźć wytłumaczenie takiego przypadku. Zastanawiał się jedząc zupę, zastanawiał się jedząc drugie danie, zastanawiał się pijąc kompot... No i wreszcie znalazł wytłumaczenie. Przypomniał sobie taki film w telewizji, który kiedyś oglądał z Lolkiem i z rodzicami. A w filmie tym pokazane były podobne przypadki. Bolek na samą myśl oniemiał z wrażenia, a po krótkiej chwili, jak nie wrzaśnie: - „Telepatia!"- Mało się nie udławił leniwym pierogiem, który miał akurat w ustach, a który podkradł Lolkowi z jego talerza.

    Wszystkie dzieci aż podskoczyły na swoich krzesełkach, tak się wystraszyły Bolka krzyku.

    Pani Krysia od razu odgadła, co Bolkowi chodziło po głowie, i dlaczego tak krzyknął. Pokiwała mu palcem i z uśmiechem powiedziała:

    - Bolek, Bolek, to tylko przypadek. Zwykły zbieg okoliczności. 

Bolek zawstydził się, że swoim krzykiem wystraszył dzieci. Szybko połknął leniwego pieroga, po czym podniósł się z krzesełka i powiedział:

    - Przepraszam! - I usiadł z powrotem, nie zastanawiając się w ogóle

nad słowami pani Krysi, bo i tak swoje wiedział.

    A dzieci? Dzieci zupełnie przestały szeptać, bo każde zastanawiało się już nad tym, co też ta Bolka wykrzyczana „telepatia" może oznaczać.

    Po obiedzie dzieci poszły jeszcze raz pooglądać swoje obrazki. Chciały zwłaszcza dokładniej przypatrzeć się obrazkom Lolka i Patrycji. Lolek i Patrycja też przyglądali się swoim czerwonym różyczkom, i co chwilę uśmiechali się do siebie.

    Pani Krysia wyszła na chwilę z sali, gdyż pan woźny poprosił ją na korytarz. Po krótkiej chwili jednak wróciła i podeszła do Patrycji.

    - Twoja mamusia po ciebie przyszła - powiedziała. - Pożegnaj się teraz z dziećmi i możesz już wracać do domu.

    - Do domu? Ale ja nie chcę do domu! - zawołała Patrycja ze smutną miną.

    - Nie chcesz? - zdziwiła się pani Krysia. - Ale przecież bardzo prosiłaś swoją mamusię, żeby wcześniej po ciebie przyszła.

    - Ale już nie chcę iść wcześniej do domu. Chcę zostać.

    - Wiesz, Patrycjo, bardzo się cieszę, że chcesz z nami zostać. - Pani Krysia pocałowała dziewczynkę w główkę. - Wy, dzieci, też się cieszycie, prawda?

    - Taaak! - rozległo się w sali.

    - No widzisz, Patrycjo, dzieci też się cieszą - powiedziała pani Krysia z serdecznym uśmiechem na twarzy. - Bo to znaczy, że dzieci ciebie bardzo polubiły.

    - Ja też polubiłam! - zawołała radośnie Patrycja. - A jak ja kogoś lubię, to pozwalam do mnie mówić Pati, bo tak moja mamusia do mnie mówi.

    - Ślicznie, Patrycjo, a czy ja też mogę nazywać cię Pati? - spytała pani Krysia.

    - Tak, panią też polubiłam - stanowczym głosem powiedziała Patrycja.

    - Bardzo nam miło, że nas wszystkich polubiłaś i bardzo się cieszymy z tego powodu. Bo my ciebie też bardzo polubiliśmy... Prawda, dzieci?

    - Taaak! - znów głośno rozległo się w sali.

    - I Tomaszka bardzo polubiliśmy. Prawda, dzieci?

    - Taaak!

    - A ty, Tomaszku, też nas lubisz? - spytała pani Krysia, patrząc się na roześmianego chłopczyka.

    - Lubię. Już od samego początku! - wesoło zawołał Tomaszek. - I możecie do mnie mówić Tom, bo tak mój tatuś mnie nazywa. Bo mój tatuś buduje domy i mówi, że jak ja już będę duży Tom, to też wybuduję ładny dom.

    - Pięknie, Tom! Jest nam bardzo miło, że nas lubisz, i że możemy  ciebie nazywać tak, jak twój tatuś ciebie nazywa - powiedziała pani Krysia, gładząc przyszłego budowniczego po główce.

    - Pati, Tom, witajcie w naszym przedszkolu! - wyrwało się nagle Bolkowi.

    - Witajcie! Witajcie! - wołały wszystkie dzieci, śmiejąc się wesoło.

    - No, wspaniałe mam przedszkolaki! - głośno powiedziała pani Krysia i śmiała się wraz z dziećmi. Ale po chwili uciszyła dzieci i zwróciła się do Patrycji. - Słuchaj Pati, na korytarzu czeka twoja mamusia. Pójdę do niej i powiem jej, że tobie się podoba w przedszkolu i chcesz zostać. I żeby przyszła na koniec dnia po ciebie, wtedy kiedy wszyscy rodzice przychodzą po swoje dzieci. Tak?

    - Tak, proszę pani! - radośnie powiedziała Patrycja. - I proszę mamusi powiedzieć, że ja dostałam od Lolka czerwoną różyczkę, i że namalowałam czerwoną różyczkę, i że Lolek, to jest teraz mój nowy kolega i on  też namalował taką samą czerwoną różyczkę...

    - Tak, Pati, wszystko opowiem twojej mamusi - śmiała się pani Krysia. - Twoja mamusia na pewno będzie z ciebie dumna... I wiesz co, jak twoja mamusia przyjdzie po ciebie na koniec dnia, to sama jej pokażesz czerwoną różyczkę, którą dostałaś od Lolka, no i tę którą sama namalowałaś, i jeszcze tę, którą namalował Lolek... Aha, i jeszcze tę, którą własną rączką nakleiłaś na swoją szafkę.

    Kiedy pani Krysia wróciła już do sali po rozmowie z mamą Patrycji, najpierw przekazała Pati całusa od jej mamusi, a potem wszystkie dzieci wyprowadziła na podwórko przedszkolne.

    Dzieci uwielbiały zabawy na dworze. Dlatego z radosnym śmiechem na ustach, i nawołując się nawzajem, biegały, skakały, huśtały się na huśtawkach, zjeżdżały na zjeżdżali... Och, jak wesoło i gwarno było na podwórku przedszkolnym. Aż miło było patrzeć!

    Bolek jak zwykle najchętniej kopał piłkę, dlatego też już z piłką w ręce wyszedł na podwórko. Wzrokiem poszukał Tomaszka i zawołał go do siebie. No i po chwili już we dwójkę grali w piłkę nożną. Bolek był zachwycony, bo się okazało, że Tomaszek świetnie umie grać.

    Lolek, kiedy tylko wyszedł na podwórko, pobiegł prosto do piaskownicy i jako pierwszy ją zajął. Potem dwiema łopatkami naraz, nagarniał piasek na kupę. Zamierzał wybudować ogromny zamek. I gdy tak zajęty był nagarnianiem piasku, do piaskownicy podeszła Patrycja.

    - Co robisz, Lolek? - spytała.

    - Będę budował zamek - odpowiedział Lolek.

    - A mogę budować razem z tobą? - znów spytała Pati.

    - No pewnie! - zawołał Lolek. - Weź moją łopatkę i nagarniaj piasek razem ze mną, a potem będziemy budować.

    Po chwili Lolek i Pati wznosili piękny zamek z krużgankiem i trzema wieżami, wesoło sobie przy tym rozmawiając.

    - Widzisz, Pati, a mówiłem ci, że w naszym przedszkolu nie jest źle - mówił Lolek. - Nie jest źle, bo jest fajowo. Ja bardzo lubię chodzić do przedszkola. I mój brat Bolek też.

    - Ja też lubię chodzić do przedszkola! - zachwycała się Pati. - I jutro też przyjdę... i zawsze będę przychodzić.

    - Tak się cieszę! - krzyknął Lolek i aż podskoczył, wznosząc ramiona do góry.

    Bolek, który biegł akurat za piłką w pobliżu piaskownicy, zauważył, że Lolek podskoczył, wznosząc ręce do góry. Pomyślał wtedy, że to chyba Pati znów się rozpłakała i Lolek nie może sobie z nią poradzić, i właśnie w ten sposób daje mu znak, by mu pomógł. Szybko podbiegł do piaskownicy, zostawiając piłkę Tomaszkowi, i spytał:

    - Co, Lolek, nie radzisz sobie?

    - Jak to nie radzi? Nie widzisz jaki piękny zamek wybudował razem ze mną? - pytaniem na pytanie odpowiedziała Pati za Lolka.

    - Jaki wspaniały dom! - zawołał Tom, który stanął nagle przy piaskownicy z piłką pod pachą.

    - Nie dom, Tom, tylko zamek - zaśmiał się Lolek.   

    - No, wspaniale wyszła wam ta budowla - zachwycał się Tom. - Wiem, co mówię... A mogę z wami budować? Bo ja uwielbiam budować.

    - Jasne! - ucieszył się Lolek.

    - No coś ty, Tom! A kto będzie grał ze mną w piłkę? - zmartwił się Bolek.

    - Ja będę grała! - zawołała Pati z łobuzerskim uśmieszkiem na swej twarzyczce. - Ja uwielbiam grać w piłkę. Mój starszy brat mnie nauczył i ja zawsze z nim gram.

    Sytuacja zrobiła się taka, że Bolek od razu „spiekł raka". Bo jak to tak, z dziewczyną ma grać w piłkę? Ale że wstyd mu było odmówić gry nowej koleżance, więc z nią zagrał. No i po chwili okazało się, że Bolek grał z Pati cały czas z rozdziawioną buzią, bo nie mógł się nadziwić, że dziewczyna potrafi tak świetnie grać w piłkę nożną. 

    Lolek zaś promieniał ze szczęścia, budując drugi zamek z Tomem, bo Tom przy budowie nauczył go wiele nowych tajników budowlanych, o których on wcześniej nie miał pojęcia. 

    Kiedy dzieci wracały już do domu, każde miało wiele do opowiedzenia swoim rodzicom. A już najwięcej Pati i Tom. Nowe przedszkolaki były bardzo zadowolone ze swojego pierwszego dnia w przedszkolu.

    Bolek i Lolek, jak zwykle, mieli zawsze dużo do opowiedzenia swojej mamie. Opowiedzieli jej o Tomie i o Pati, i o czerwonej różyczce  w każdej postaci: i kwiatka, i obrazu, i nawet naklejki.

    Mama była bardzo szczęśliwa, że jej synowie przeżyli tak wspaniały dzień w przedszkolu i mieli aż tyle wrażeń.

    Po kolacji Bolek i Lolek, swoim zwyczajem, usiedli jeszcze na ganku, aby powspominać miniony dzień w przedszkolu.

    - Widzisz, Bolek, jaki fajowy pomysł miałeś z tą różą? - powiedział Lolek i łupnął z uciechy brata po plecach. 

    - Nooo...! - zgodził się Bolek, ale po namyśle zaraz dodał: - Mieliśmy wspaniały pomysł z tą różą.

    - Wiesz, Bolek... - znów odezwał się Lolek. - To jeżeli taka mała różyczka, to taka duża przyjemność dla dziewczynek, to może jutro zaniesiemy taką jedną różę też i pani Krysi?

    - Nooo... dobry pomysł, Lolek - znów zgodził się Bolek.

    - I pani od muzyki też - dopowiedział Lolek.

    - I też pani kucharce - dodał jeszcze Bolek. - Ona przecież też jest dziewczynką.                     


                                                             K O N I E C                  

 




komentarze (3) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Kurdesz... nad Kurdeszami

sobota, 25 lipca 2009 22:27

 ==========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

ZAPRASZAM

na mój drugi blog:

http://PhotoHalszka.bloog.pl/

---------------------------------------------------------

 

 

 

Kurdesz

nad Kurdeszami

 

 

 Kurdesz nad Kurdeszami - okładka.jpg

 

 

   - Do stu karaluchów, Bartek, wyłazisz w końcu z wyra?! - wrzasnął Kajtek do swojego brata bliźniaka, który ciągle wylegiwał się w łóżku. - Za piętnaście minut musimy być już u babki Maliniakowej. Maks na pewno czeka już na nas i stoi z rowerem przed furtką domu swojego wujostwa.

   - Cicho Kajtek! Musisz tak wrzeszczeć? - na wpół przytomny Bartek próbował uciszyć brata. - A swoją drogą, to jest dziwne, znów odgadłeś moje myśli. Kiedy w nocy ty już spałeś jak suseł, to ja obmyślałem jak pozbyć się tych setek, ohydnych karaluchów z domu Maliniakowej. A tak w ogóle, to czemu mnie nie obudziłeś? Ty już jesteś w pełnym rynsztunku, a ja ciągle sterczę w łóżku.

  - Nie, ja chyba zwariuję z tobą! - ze zgorszoną miną Kajtek zakomunikował bratu. - Od pół godziny próbuję ciebie postawić do pionu, a ty... Wszystko jedno już... Wyskakuj wreszcie z pościeli i pędź do łazienki. Zrobiłem z mamą kanapki, więc śniadanie zjesz po drodze. A karaluchom daj jeszcze pożyć. Mamy ważniejsze sprawy do załatwienia.

   Po dziesięciu minutach bracia siedzieli już na rowerach i pedałowali jak szaleni. Chcieli choć trochę zmniejszyć swoje spóźnienie, aby Maks zbytnio nie marudził, że znów sterczy jak kołek u płotu, czekając na nich.

   Wakacje dobiegały końca. Jeszcze tylko tydzień i... „witaj szkoło". Dlatego chłopcy śpieszyli się bardzo, aby godnie zakończyć swoje wakacje w życiu, tym bardziej, że za dwa dni Maks musiał wracać do domu, do Warszawy.

 

 

A gdzie jest ciąg dalszy? ;)

 

 

Przepraszam, ale usuwam stąd dalszy ciąg tego opowiadania, ponieważ została już wydana przez Wydawnictwo Książkowe "Amazon".

 

Oto link do niego: "Kurdesz nad kurdeszami" (Polish Edition): Przyjaźń ma wiele imion

 



komentarze (0) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  806 404  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Halina Krüsch Czopowik

Facebook i Google

Wszystkie teksty oraz zdjęcia tutaj opublikowane są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie. (Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dn. 4.02.1994 r., nr 24, poz. 83). Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję, jak ktoś o nią prosi. 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tu także swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 806404
Wpisy
  • liczba: 738
  • komentarze: 10335
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 2894 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to