Bloog Wirtualna Polska
Są 1 267 832 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


POLACY KOCHAJA LEKI I POCHŁANIAJA JE "TONAMI". CZY TO JUŻ CHOROBA?

środa, 26 marca 2014 13:38

 Polacy kochają leki

i pochłaniają je „tonami”.

Czy to już choroba?

 

 

000504.jpg

(zdjęcie z Internetu)

 

 

Jak podają polskie media, Polacy bez opamiętania nadużywają leków. Skąd to się bierze? Czyżby edukacja zdrowotna społeczeństwa polskiego względem leków była niedostateczna? A może to choroba, zwana hipochondrią, trawi Polaków? Albo, co gorsza, lekomania?

 

Sytuacja w polskiej służbie zdrowia jest ciągle daleka od poprawnej, to fakt, ale jest też i druga strona medalu, i też przerażająca - polscy pacjenci, którzy do przesady wykupują leki (nawet na zapas) i pochłaniają je wręcz „tonami”. A przecież leki, to nie cukierki. Przesadna „miłość” Polaków do leków jest obecnie aż nazbyt widoczna.

 

W przypadku wielu dolegliwości trapiących nas na co dzień, można przecież wykorzystać domowe sposoby. Jest wiele ziół, wiele substancji leczniczych pochodzenia roślinnego i zwierzęcego, które w wielu przypadkach mogą zastąpić leki pochodzące z Firm Chemii Farmaceutycznej. Po co napychać przepastne kieszenie farmaceutom, skoro w wielu przypadkach sami sobie możemy pomóc? Oczywiście chodzi tu o osoby relatywnie zdrowe. Poważnie chorzy niestety muszą leczyć się farmakologicznie, a tym samym, dawać zarobić coraz bardziej zachłannym Firmom Farmaceutycznym.

 

Z roku na rok rośnie ilość sprzedawanych w Polsce medykamentów. Polacy prześcignęli już przodujących dotąd w Europie Francuzów. Bardzo to niepokojące, zważywszy na fakt, że każde lekarstwo, to także trucizna, tyle że spożywana w małej ilości. Chemia, to chemia, i „pompowanie” jej do organizmu tylko dlatego, że kupuje się ją w aptece kojarzonej ze zdrowiem - jest zwyczajnie szkodliwe. A wiele osób niestety zażywa leki z przyzwyczajenia, choć nie jest to konieczne. Albo z byle powodu,często nie czytając nawet załączonej ulotki. Nie mogą więc, albo i nie chcą, zdać sobie sprawy z tego jak szybko można się uzależnić od danego specyfiku, i że jest to czasem uzależnienie psychiczne. Najwidoczniej edukacja zdrowotna społeczeństwa polskiego w tym względzie jest niedostateczna.

 

Myślę, że Polacy bez opamiętania nadużywają leków.Przesadzam? Chyba nie. Wystarczy prześledzić badania CBOS-u, aby się przekonać. CBOS podaje, że aż 80% dorosłych Polakówzażywa leki. A spośród tych bez recepty najpopularniejsze są przeciwbólowe i przeciwzapalne, na przeziębienie oraz witaminy i minerały. I co gorsza, tendencja jest wzrostowa. Wymowne są także odpowiedzi na pytania CBOS-u. Otóż badani pytani o ocenę swojego stanu zdrowia w większości, bo 54%, określali go jako dobry. Niezadowolenie wyrażało 15 % ankietowanych, a prawie co trzeci, czyli 31 %, określało swoje zdrowie jako - ani dobre, ani złe. Kto więc zażywa te wszystkie leki? Odpowiedź nasuwa się sama.

 

Wielu lekarzy z kolei uważa, że jeśli pacjentom nie przepiszą jakiegoś leku, wychodzą z gabinetu lekarskiego zawiedzeni, ba, czasem wręcz obrażeni, więc im wypisują. (Czy mają w tym i swój interes, nie wspominają). I koło się zamyka. A dzięki temu, Firmy Farmaceutyczne mają się świetnie. Tym bardziej, że na ich zyski wpływają także pochłaniane prze Polaków leki bez recepty.

 

Mam w rodzinie jedną taką starszą osobę, która przez całe życie pochłania różne leki, chociaż w zasadzie nigdy poważnie nie chorowała. Nigdzie się też nie rusza bez swojego haftowanego woreczka z tymi kolorowymi „cudeńkami”. Czasami sobie z niej żartuję, że po tej chemii, jaką przy sobie i w sobie nosi, dojdzie w niej wnet do reakcji chemicznej, zjawiskafluorescencji, i w nocy będzie świecić niczym robaczek świętojański. Żarty żartami, ale w sumie to jest mi jej żal, że od lat tak bardzo szkodziła swojemu zdrowiu. Bo czy teraz szkodzi, w wieku 80 lat, sama już nie wiem. Teraz pewnie tę „chemię” zażywać już musi.

 

Ja osobiście mam awersję do leków pochodzenia chemicznego. Bo jakby nie patrzeć, mają one także skutki uboczne. Od dziecka czułam ogromną niechęć do tabletek i też rzadko je zażywałam. Pamiętam, że jak moje dwie starsze siostry chorowały, zarażając się jedna od drugiej, Mama profilaktycznie także i mnie  kładła do łóżka i „faszerowała” tabletkami. Właściwie to próbowała faszerować, bo kiedy się odwróciła, wypluwałam wszystkie do garści. ;) I muszę przyznać, że rzadko kiedy byłam chora. Potem, jak już byłam dorosła, leczyłam swoje dzieci, i siebie, w większości ziołami. I tak jest do dziś. Moja domowa apteczka jest w zasadzie pusta. Czasami miałam w niej jakieś tam witaminy, czy minerały, ale od kiedy piję zrobione przez siebie Green Smoothie (pisałam o nich, oto: link), mam w niej tylko materiały opatrunkowe.

 

Jak już wspominałam, jest wiele domowych sposobów, wiele ziół, wiele substancji leczniczych pochodzenia roślinnego i zwierzęcego, które przy różnych naszych dolegliwościach znakomicie mogą zastąpić chemiczne i syntetyczne środki farmakologiczne. Na przykład czosnek i tran. Zawarte w nich substancje czynne znakomicie wpływają na nasze zdrowie.

 

O ich dobrodziejstwie pisałam już wcześniej. Oto linki: czosnek; tran

 

 

 

==========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

ZAPRASZAM

na mój drugi blog:

http://PhotoHalszka.bloog.pl/

 

Ostatnie 2 wpisy:

 

 "Kochasz kwiaty, idź do lasu"

"Każdy kamień coś znaczy"

 

1 kochasz kwiaty, idz do lasu.jpg   1 każdy kamień coś znaczy.jpg  

 

(klikaj w miniaturki)

 

 ==========================================================

 



komentarze (37) | zaloguj się, aby dodać komentarz

GREEN SMOOTHIE - ZIELONY KOKTAJL NA ZDROWIE

niedziela, 27 października 2013 21:41

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

 

 

Green Smoothie

- zielony koktajl na zdrowie

 

 

 

PA130031.JPG

 

 

Green Smoothie, to zmiksowany napój o gęstej i kremowej konsystencji, wykonany na bazie owoców, warzyw liściastych oraz ziół.

 

W zależności od użytych składników, smoothies mogą być słodkie, kwaśne, gorzkie, a nawet pikantne. Można do nich dodawać mleko sojowe, czy też z owsa, można jogurt, można także herbatę, albo zwykłą, przegotowaną wodę.

 

Green smoothies (zielone koktajle), wbrew nazwie, wcale nie muszą być zielone. Mogą mieć barwę białą, pomarańczową, żółtą, czy nawet czerwoną, w zależności od tego, jakie warzywa i owoce wrzucimy do miksera.

 

Zielone jednak mają moc wyjątkową, gdyż zawierają mnóstwo chlorofilu. Chlorofil to fotosyntetyczny barwnik, dzięki któremu rośliny mają kolor zielony. Często określany jest także mianem „słonecznego barwnika”, ponieważ absorbuje energię słoneczną. Chlorofil przynosi duże korzyści także dla organizmu człowieka: zwiększa jego odporność, spowalnia proces starzenia, stabilizuje ciśnienie, krwi, łagodzi bóle, zwalcza bakterie, chroni przed szkodliwym promieniowaniem, wzmacnia mięsień sercowy, a także zapobiega szkodliwym promieniowaniem, wzmacnia mięsień sercowy, a także zapobiega chorobom nowotworowym.

 

Magiczne green smoothies, w zależności od składu, dostarczają nam również dużo białka, enzymów, magnezu, potasu, fosforu, żelaza, witaminy A, witaminy z grupy B oraz witamin C, E i K. Są bogate w naturalne cukry i węglowodany.

 

Zasadą ich tworzenia jest połączenie około 60% świeżych (w zimie mrożonych) surowych owoców i 40% zielonych warzyw, zazwyczaj liściastych, oraz ziół. Można je przechowywać do 24 godzin w lodówce, koniecznie w szklanym i szczelnie zamkniętym pojemniku.

 

 

2a von 2 PA130012.JPG

 

 

Lato to najlepszy czas na smoothies. To zrozumiałe, w lecie mamy największy wybór owoców i zielonych warzyw. Najlepiej też smakują ze świeżych owoców i warzyw. Jednak zimową porą także możemy się rozkoszować pysznymi koktajlami wykonanymi z mrożonych produktów.

 

Smoothies to samo zdrowie. To wspaniała alternatywa dla osób, które są uczulone na laktozę. Smoothies dostarczają nam sporą porcję najważniejszych składników diety. Są też bardzo sycące, szczególnie te na bazie banana. W zupełności mogą zastąpić klasyczne śniadanie. Ba, są nawet o wiele zdrowsze, gdyż są bogate w białko i błonnik. W Internecie każdy może znaleźć dla siebie mnóstwo różnych przepisów na smoothie.

 

Smoothie to wreszcie dobra metoda dla osób pragnących pozbyć się zbędnych kilogramów. Po jego spożyciu przez wiele godzin nie odczuwa się głodu. I zupełnie nie ma się ochoty na słodycze.

 

***

Ja już od paru miesięcy jestem fanką smoothies. Stałam się nią za namową Córki, która się jeszcze wcześniej ich fanką stała:) Obydwie preferujemy green smoothies, obfitujące w chlorofil. Miksujemy mnóstwo zielonych warzyw, różnych, np. ogórki, cukinie, brokuły, ale przede wszystkim liście różnych sałat, kapusty, szpinaku, szczawiu, selera, pietruszki, ziół, także mleczy i pokrzywy. No i owoce oczywiście. Też różne, w zależności od tego, jakie akurat mamy w domu.

 

Przyznam szczerze, że polubiłam te moje green smoothies. Piję go dziennie ok. 1 litra. Robię sobie zawsze 2 litry na dwa dni. Po pierwszym miesiącu raczenia się nim, ze dziwieniem stwierdziłam, że, nie wiedzieć kiedy, schudłam 3 kg. Nigdy nie miałam tendencji do tycia, ale ucieszyły mnie te stracone kilogramy. Widocznie były mi niepotrzebne, skoro się ich tak łatwo pozbyłam. W ciągu następnego miesiąca znów schudłam 3 kg. A co dziwniejsze, schudłam tak jakby od wewnątrz. Najwyraźniej pozbyłam się złogów z jelit i toksyn. Ha, ale najważniejsze jest to, że czuję się o wiele zdrowsza, silniejsza i mam jeszcze więcej energii niż wcześniej. Choć na brak energii nigdy nie narzekałam. Ruchliwa jestem od urodzenia. Postanowiłam jednak tę zdobytą - dzięki smoothies - energię w sobie magazynować… Na starość jak znalazł.

 

 

PA130025.JPG

 

 

Smacznego i na zdrowie!

 



komentarze (18) | zaloguj się, aby dodać komentarz

KLESZCZ - POTWÓR... DOPADŁ I MNIE

czwartek, 11 lipca 2013 9:26

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii(<kliknij)

--------------------------------------------------------------------------

 

  

Kleszcz - potwór

dopadł i mnie

 

Foto kleszcz.JPG

 

Naprawdę. Pierwszy raz w życiu. Pewnie dlatego nie od razu domyśliłam się, że to kleszcz. Tym bardziej, że tego dnia w lesie nie byłam. Nawet w ogrodzie nie byłam (cały dzień pisałam). W lesie byłam dzień wcześniej, z kijkami, ale po powrocie do domu, jak zwykle, wzięłam prysznic. Jakim więc cudem mogłam się domyśleć, że noszę w sobie kleszcza? Żadnym. Pech! Po prostu pech. Nadzwyczaj udziwniony pech, jak zawsze w moim przypadku. :-) Jestem jednak pewna, że moje domyślanie nie trwałoby aż tak długo, gdybym go tylko mogła zobaczyć. Ale niestety nie mogłam. Z prostej przyczyny. Wpił się we mnie akurat na plecach, na wysokości pasa.    

Początkowo, kiedy poczułam swędzący ból na plecach, dotykałam to miejsce, myśląc że to jakiś duży pryszcz albo wrzód na plecach mi się zrobił. Kilkukrotnie próbowałam „go” nawet na siłę wycisnąć. Że to jest kleszcz, stwierdziłam dopiero po chwili, przy pomocy dwóch lusterek. Jedno lusterko przyłożyłam do tego czegoś i popatrzyłam na jego odbicie w drugim lusterku. Wtedy natychmiast skojarzyłam co zacz i aż wrzasnęłam sama do siebie z ogromnym obrzydzeniem:

- Ratunku, kleszcz!

Zrobiło mi się niedobrze. Sama myśl, że coś żywego siedzi we mnie i pije moją szlachetną krew, spowodowała, że ogarnęło mnie niewypowiedziane obrzydzenie. Ale także i złość.

- Jak śmiesz… ty potworze jeden! - wrzasnęłam znów, ale tym razem do kleszcza.

Najgorsze dla mnie było to, że nie mogłam go wyciągnąć… już, natychmiast, bezzwłocznie, od razu, jak najszybciej!

Czym prędzej zadzwoniłam do córki, wiedząc o tym, że ona ma specjalne kleszczyki na kleszcze. W międzyczasie, kiedy córka do mnie już jechała, zaglądnęłam do Internetu by się czegoś więcej dowiedzieć na temat kleszczy. Oczywiście stojąc, obrzydzenie nie pozwalało mi usiąść. Doczytałam się, że najlepiej natychmiast zgłosić się do lekarza, gdyż lekarz profesjonalnie kleszcza wyciągnie i miejsce po nim od razu odpowiednio zabezpieczy. Było już po godz. 20-tej, pojechałam więc prosto do szpitala. Córka oczywiście ze mną. Kiedy lekarz zobaczył moje plecy, aż syknął, i zaraz mnie pochwalił, że przyjechałam do szpitala, ponieważ ten „potwór”, jak się sam wyraził, zdążył we mnie już porządnie narozrabiać. No cóż, sama się do tego przyczyniłam tym wyciskaniem na siłę. Kleszcz, broniąc się przed wyciśnięciem z krwistej uczty, wpuścił we mnie więcej toksyn. No czyż nie potwór?! Brrr… obrzydliwy potwór!

Pan doktor ranę mi zdezynfekował i zabezpieczył Beta-Plastrem ze specjalną maścią. Oprócz tego zaaplikował mi zastrzyk przeciw tężcowi. 

Skąd kleszcz się wziął i jak się do mnie dorwał? Sama nie wiem. Podejrzewam jedynie, że może od naszego psa (w weekend był u mnie), bo akurat 2 dni wcześniej wyciągałam mu kleszcze. Trzy. Czynność tę wykonywałam siedząc w pokoju na kanapie. Kleszcze oczywiście spaliłam. Po tym zabiegu Aramis otrzepał się, jak to pies, i pewnie wtedy jakieś luźno po nim łażące, których nie zauważyłam, poleciały na kanapę. Tak myślę, bo jednego potem na kanapie znalazłam.

Wieczorem, rozbierając się do kąpieli, zdjęłam swoje domowe spodnie i położyłam je właśnie na tej kanapie. Na drugi dzień rano znów je założyłam. Pewnie ten potwór, który mnie sieknął, był drugim kleszczem, którego na kanapie nie zauważyłam. W nocy wlazł w moje spodnie i kiedy je rano założyłam, już tam się na mnie czaił. Dokładnie przy pasku.

Czy jestem zła na Aramisa? A skąd! Takie są uroki „mania” psa. Teraz tylko przyszło mi czekać dłuuugie miesiące i zaglądać na to miejsce przy pomocy lusterek i sprawdzać czy rumień się tam nie robi. A także wczuwać się w siebie czy aby grypowo się nie czuję, bo wtedy natychmiast muszę pędzić do lekarza. Będzie mnie czekać kilkutygodniowa terapia antybiotykowa. Brrr! Mam jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie, że ten skubaniec - kleszcz nie był nosicielem boreliozy.   

Hihihi…! a jeszcze niedawno gdzieś w komentarzach chwaliłam się, że mnie jeszcze nigdy żaden kleszcz nie dziabnął, choć w lesie bywam nieustannie. No cóż, znów sprawdziła się stara maksyma: „nigdy nie mów nigdy”.

Do tej pory nigdy (o, znów nigdy) obawy przed kleszczami nie miałam. Idąc do lasu zawsze jestem odpowiednio ubrana. Od kilkunastu też lat szczepię się przeciw kleszczom. Wiem, że szczepienie to nie zabezpiecza przed boreliozą (na nią nie wynaleziono jeszcze skutecznej szczepionki), ale przed odkleszczowym zapaleniem opon mózgowych tak. Przynajmniej tyle mogę być spokojna.

 

P8150004.JPG

Fuj…! tak wygląda kleszcz opity krwią naszego psa Aramisa 

 

***

Niedawno czytałam gdzieś, że jakaś pani doktor radziła kleszcza wykręcać przy wyciąganiu… Rany, co to za rada? Wręcz przeciwnie, kleszcza nie wolno wykręcać, bo w ciele może zostać jego główka, a wtedy jeszcze więcej toksycznych substancji zostanie. Kleszcza wyciągać należy, chwytając go tuż przy skórze (najlepiej pęsetą) w całości i szybkim, zdecydowanym ruchem, pionowo do ciała, wyciągnąć. Miejsce wkłucia należy dokładnie zdezynfekować spirytusem albo wodą utlenioną. Jeżeli jednak kleszcz tkwi głęboko, tak jak w moim przypadku, lepiej od razu udać się do lekarza.

Dużo czytałam ostatnio w Internecie na temat kleszczy i chorób przez nie przenoszonych, tzw. chorób odkleszczowych. Od lekarza dostałam też specjalną książeczkę na ten temat. Po tej lekturze doszłam do wniosku, że to przede wszystkim my sami powinniśmy zadbać o to by kleszcze nie robiły nam krzywdy. Bo kleszcze były, są i będą. Takie ich prawo. My możemy się jednak przed nimi zabezpieczyć odpowiednim ubraniem i szczepieniami powtarzanymi co 3 lata. A jeśli już dojdzie do ukąszenia kleszcza, to też przede wszystkim sami musimy zadbać o siebie i przez najbliższe miesiące kontrolować swój stan zdrowia. Bo jeśli doszło jednak do zakażenia chorobą odkleszczową i nie jest ona leczona natychmiast, może przejść w formę przewlekłą i w rezultacie przynieść bardzo niebezpieczne skutki. Choroba może zaatakować niespodziewanie, zwłaszcza przy osłabionym układzie odpornościowym.

Medycyna stosunkowo niedawno zajęła się chorobami odkleszczowymi. W Polsce na przykład zachorowania na boreliozę z Lyme zaczęto rozpoznawać dopiero pod koniec lat 80-tych XX wieku.

Choroba odkleszczowa, jeśli jej pierwsze oznaki zostaną niezauważone, przez długie lata może nie dawać żadnych objawów. Jest utajona. Zakażeni nią pacjenci często nie wyglądają na chorych, a to niestety utrudnia szybkie rozpoznanie choroby. Ale zdarza się i tak, że kiedy na chorych już nawet wyglądają, lekarze często stawiają złą diagnozę i leczą niewłaściwie.

Mój sąsiad jest odpowiednim przykładem na to, jakie spustoszenie w organizmie może zrobić nieleczona w porę borelioza. Obecnie ma 60 lat i dopiero niedawno lekarze stwierdzili u niego tę odkleszczową chorobę. Od paru miesięcy bardzo poważnie choruje na serce.

Pamiętajmy o tym, że jeśli choroba odkleszczowa leczona jest natychmiast, wtedy dochodzi do zwalczenia infekcji w 90% i choroba nie zostawia po sobie żadnych powikłań. Stąd wniosek, że warto dbać o swoje zdrowie, właśnie poprzez własną nad nim kontrolę.

 

***

Niestety, "mój" kleszcz okazał się być jednak nie lada potworem i zakaził mnie boreliozą. Książkowo. Bo dokładnie na 20 dzień po ukąszeniu kleszcza wystąpił u mnie rumień wędrowny. Wylądowałam w Klinice i jestem na antybiotyku. I tak przez 7 tygodni. Na rumień mam osobny antybiotyk - w maści. Po ty czasie zrobią mi ponownie badanie krwi, to się okaże, czy pozbyłam się już tej przeklętej bakterii boreliozy, czy dalej muszę być na antybiotyku. 

Natychmiastowe podjęcie leczenia daję szansę na całkowite wyleczenie... I tego się trzymam!

 

***

Po pół roku niepewności i kolejnych badaniach w Klinice, stwierdzono że jestem wyleczona całkowicie. Ufff...!!!



komentarze (90) | zaloguj się, aby dodać komentarz

ŚWIATŁEM W DEPRESJĘ

piątek, 25 listopada 2011 9:40

 ===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

ZAPRASZAM

na mój drugi blog:

http://PhotoHalszka.bloog.pl/

---------------------------------------------------------

 

 

 

Światłem w depresję

 

 

 

 

 

 

 

    Dobroczynny wpływ światła na zdrowie znany jest od stuleci. Już starożytni medycy wiedzieli, że najlepszym lekarstwem na poprawę samopoczucia jest światło słoneczne i swoim pacjentom zalecali jak najczęściej zwracać oczy w kierunku słońca. I my, nowożytni, też o tym wiemy. Dzięki nauce wiemy jeszcze więcej. O tej wiedzy przypominamy sobie zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym, kiedy to niedobór światła słonecznego zaczyna źle wpływać na nasze samopoczucie. Niektórzy z nas jakoś sobie radzą i aż tak mocno nie odczuwają skutków niedoboru światła słonecznego. Zwłaszcza ci, którzy mimo złej aury za oknem często bywają na dworze. Ja należę do takich właśnie osób i rzadko mam złe samopoczucie. Jest jednak wiele takich osób, które czują się naprawdę źle w okresie jesienno-zimowym. Niektóre wręcz cierpią na tzw. depresję sezonową.

    Wprawdzie tegoroczna jesień nie szczędzi nam słońca i w zasadzie zbytnio narzekać nie powinniśmy, jednak jakby nie patrzeć, dni są o wiele krótsze niż w okresie lata i nie każdy też ma możliwość skorzystania z dobrodziejstwa słońca. Nie każdy jego promieni może nachapać  się do woli. Wiele jest też osób, które w ogóle podatne są na depresję, więc w okresie jesienno-zimowym czują się jeszcze gorzej. Specjaliści uważają, że nic w tym dziwnego, bowiem istnieje ścisły związek między występowaniem depresji a ilością światła dziennego. Odpowiedzialna jest za to m.in. serotonina, zwana „hormonem szczęścia”. U osób cierpiących na depresję bardzo często odnotowuje się jej niski poziom, podczas gdy światło stymuluje jej wydzielanie. I koło się zamyka.

 

    Mam taką znajomą, która jest właśnie podatna na depresję i co roku o tej porze jest wręcz nie do życia. Ciągle żali się, że dręczy ją uczucie smutku i jakieś nieuzasadnione lęki. Mówi, że ma trudności z koncentracją, jest ciągle ospała, drażliwa i obolała. Zwłaszcza plecy ma obolałe. Szybko też wpada w gniew i brakuje jej motywacji do działania. Według niej - wszystko jest beznadziejne. Do tego wszystkiego, jak mówi, ma nadmierny apetyt na słodycze, którymi zajada swoje złe samopoczucie. A ja ze swojej strony widzę, że z roku na rok jest coraz bardziej otyła.

 

    Uważam, że w dzisiejszych czasach nie powinniśmy tak szybko poddawać się sezonowej depresji. Dzisiaj jest na nią rada. Fototerapia, czyli światłolecznictwo. Nowoczesna metoda leczenia światłem w naturalny sposób wpływa na komórki krwi i tkanek. Pobudza procesy regeneracyjne organizmu i wzmacnia jego system odpornościowy. W fototerapii używa się specjalnych lamp, które emitują światło białe i doskonale uzupełniają niedobory światła słonecznego, lecząc tym samym objawy depresji sezonowej. Na czym więc polega ta terapia światłem? Otóż polega na codziennym naświetlaniu oczu specjalną lampą przeznaczoną do fototerapii. Siadamy sobie wygodnie przed lampą w odległości około pół metra i co chwilę spoglądamy na lampę. W tym czasie możemy sobie na przykład czytać książkę lub gazetę. Aby uzupełnić niedobór światła naturalnego wystarczą dwa seanse dziennie - rano i wczesnym wieczorem. Seans taki trwa od 30 do 60 minut.

    Terapeuci twierdzą, że fototerapia jest bardzo skuteczna i szybko przynosi efekty. Już po paru dniach jej stosowania odczuwa się ulgę i poprawę nastroju, zmniejsza się też senność i stabilizuje się apetyt. A co też bardzo ważne: fototerapia jest o wiele tańsza od farmakoterapii, a samo naświetlanie lampą do fototerapii jest bardzo wygodne, ponieważ można je stosować w warunkach domowych. Jest też bezbolesne i nie niesie ze sobą niebezpieczeństwa oparzenia skóry, ponieważ lampy nie emitują promieniowania ultrafioletowego. Objawy niepożądane, jak podrażnienie oczu czy ból głowy, występują sporadycznie i dają się szybko wyeliminować poprzez skrócenie czasu naświetlania i zwiększenie odległości od źródła światła. Fototerapia nie może być stosowana jedynie u osób zażywających leki, które wywołują nadwrażliwość na światło oraz u ludzi ze schorzeniami narządu wzroku.

 

    Są również lampy emitujące ściśle określoną długość fal - odpowiadającą czystym kolorom. Terapeuci stosujący tę metodę twierdzą, że wpływ kolorowego światła ma bardzo korzystny wpływ dla organizmu.

 

I tak, światło:

 

- czerwone:

   odpręża, uspokaja, utrzymuje energię fizyczną i psychiczną w          

   stanie równowagi, wspomaga przemianę materii, łagodzi ból i          

   zmęczenie.

 

- pomarańczowe:

  ogrzewa, łagodnie odpręża, likwiduje skurcze.

 

- żółte:

  wzmacnia organizm, pobudza układ trawienny wzmacnia odporność

   nerwową.

 

- zielone:

   przywraca równowagę, uspokaja, likwiduje napięcia i bóle, daje

   głęboki spokój.

 

- niebieskie:

  działa uspokajająco, uśmierza ból, chłodzi, wycisza.

 

- fioletowe:

  pobudza system odpornościowy, koi nerwy, wspomaga wysiłek

  umysłowy, odpręża, łagodzi podrażnione nerwy.

 

 

    Mnie osobiście najbardziej odpowiada światło czerwone i niebieskie. Mam taką specjalną lampę i czasanmi jej używam, zmieniając sobie kolory w zależności od nastroju i samopoczucia. Lubię jak jest kolorowo.

 

     

 

 

Kiedy oglądam telewizję, w kąciku zapalam czerwone światło.

Niebieskie światło rzadziej. Wtedy tylko, kiedy jestem totalnie padnięta, a to mi się za często nie zdarza.

 

 

 

 

    Wspaniałe efekty daje również leczenie podczerwienią, czyli promieniowaniem podczerwonym, którego podstawową cechą jest działanie rozgrzewające. Stosuje się ją w zasadzie w fizykoterapii, ale fizykoterapia ma przecież także nieoceniony wpływ na poprawę samopoczucia Do emisji podczerwieni stosuje się najczęściej lampę sollux. Promieniowanie tej lampy powoduje rozgrzanie i rozszerzenie naczyń krwionośnych, a co za tym idzie, wzmaga ukrwienie i przemianę materii, a przede wszystkim zmniejsza napięcie mięśni. Dobroczynne działanie lampy sollux znam doskonale, bo sama mam taką lampę (patrz zdjęcie pod tytułem) i nieraz jej używam. Niekiedy też i w celach kosmetycznych. Parę dni temu pożyczyłam ją mojej znajomej, o której wspominałam powyżej. Mam nadzieję, że i jej pomoże... No, przynajmniej na obolałe plecy. A to już, bądź co bądź, jedna dolegliwość mniej.

    Jestem zdania, że przy wszystkich dolegliwościach, czy to natury fizycznej, czy psychicznej, i tak najważniejsze jest, by samemu chcieć sobie pomóc, inaczej żadne leczenie nie odniesie pożądanego skutku.

 

 

 

***************************************************

 

Impresja dnia

 

 

 

 

Uśmiechnij się, jutro będzie lepiej!

 

Ważne byś wierzył w siebie,

a nie spuszczał się na tych jeno - co w niebie...

 

 

****************************************************

 



komentarze (36) | zaloguj się, aby dodać komentarz

CHOROBLIWA ZAZDROŚĆ, to SYNDROM OTELLA - poradźcie jak z nim żyć

wtorek, 04 października 2011 9:30

 ===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

ZAPRASZAM

na mój drugi blog:

http://PhotoHalszka.bloog.pl/

---------------------------------------------------------

 

 

 

Chorobliwa zazdrość,

to syndrom Otella

- poradźcie jak z nim żyć

 

 

Już niemalże rok temu zamieściłam tutaj wpis nt. syndromu Otella i do dziś dnia ciągle dostaję maile od różnych osób dotkniętych - bezpośrednio lub pośrednio - tym problemem. No cóż, syndrom Otella - to odwieczny problem, w różnych związkach, zarówno heteroseksualnych, jak i homoseksualnych.

 

Postanowiłam raz jeszcze zamieścić ten wpis, bo pomyślałam, że im więcej ludzi dotkniętych tym problemem będzie o nim pisać, tym więcej będzie porad i otuchy... a może nawet i ratunku. I to nie tylko dla ofiar osób dotkniętych tą chorobą, ale też i dla samych chorych.

 

Jeśli ktoś chciałby poczytać komentarze nt. syndromu Otella zamieszczone pod moim poprzednim wpisem, proszę kliknąć > tutaj

 

 

 

 

Syndrom Otella

(tekst z 28.11.2010.)

 

 

Wszyscy wiemy, że nie ma miłości bez zazdrości. Zazdrość nierozerwalnie wiąże się z miłością, upewnia, że komuś naprawę na nas zależy. Jednak jak to w życiu bywa, wszystko ma swoje granice, również i zazdrość. Jeśli zazdrość występuje w związku w stopniu umiarkowanym, scala go, jeśli jednak drastycznie się pogłębia, przyjmuje formę obsesyjnego, stałego zaabsorbowania myśleniem o zdradzie, może to oznaczać, że nasz partner cierpi na syndrom Otella, który w psychologii definiowany jest właśnie jako chorobliwa podejrzliwość i zazdrość. Nazwa tego syndromu pochodzi od imienia tytułowego bohatera dramatu Szekspira „Otello” (z 1603r.).

 

 Potworne życie ma kobieta, której przyszło żyć z partnerem dotkniętym syndromem Otella. Jej codzienne życie usłane jest pasmem nieustannych ataków obłędnej zazdrości, ciągłych podejrzeń o zdradę. I może być nawet osobą o anielskiej wręcz osobowości, to to, i tak niewiele zmieni w oczach jej chorego zazdrośnika. A co znamienne, taki „Otello” wobec obcych zachowuje się zupełnie normalnie, tylko w domu staje się demonem i stwarza piekło swojej partnerce, zniewalając ją psychicznie i fizycznie.


Mówi się, że syndrom Otella to psychoza, która jest przejawem przewlekłego alkoholizmu i występuje w typowej formie u alkoholików lub też w stanie upojenia alkoholowego. Z pewnością wiele w tym prawdy, ale nie do końca. Ponieważ są alkoholicy, których syndrom Otella nigdy nie dotyka. Są też mężczyźni, którzy przejawiają chorobliwą zazdrość, a którzy sięgają po alkohol dopiero później, by sobie ulżyć, kiedy już nie potrafią poradzić sobie z męczącym ich nieustannie uczuciem zazdrości, podejrzeniami o niewierność, wreszcie, wstydem przed otoczeniem za swoją postawę - chorobliwego zazdrośnika.

 

Syndrom Otella, to choroba psychiczna, której początek jest na ogół powolny, a rozwój dalszy wolno postępujący. Partner dotknięty tą chorobą urządza nieustanne scysje, zadręcza pytaniami, co do wierności seksualnej, żąda wyjaśnień, śledzi każdy krok partnerki, sprawdza bieliznę osobistą, pościel, szuka "znaczących" śladów na ciele partnerki. Zmieniony wyraz twarzy, czy też gest, odczytuje jako bardzo "znamienny". Najbardziej przypadkowe i niewinne sytuacje, zdarzenia, wypowiedzi partnerki i innych osób, stają się w jego przekonaniu dowodami na zdradę.     

 

Mężczyzna z syndromem Otella potrafi bardzo mocno partnerkę z sobą związać. Potrafi do perfekcji grać na jej uczuciach. Mamić miłością. A jest wiele kobiet, które jak gąbki wciągają w siebie każde miłe słówko, każdy czuły gest, i kiedy kochają, nie zastanawiają się nad tym, czy słowa te i gesty są prawdziwe. I już tak mają, że lubią otaczać opieką swojego partnera. Ot, takie to zacięcie „samarytańskie”. Wrodzony odruch. Może potrzeba? Chorobliwą zaś zazdrość swojego partnera biorą za wielką miłość... a właściwie mylą z wielką miłością. Natomiast mężczyźni z syndromem Otella tylko takie właśnie wrażliwe kobiety wybierają na swoje partnerki życiowe.

 

Kobiety powinny się bardzo głęboko zastanowić, zanim zdecydują się związać z mężczyzną przejawiającym chorobliwą zazdrość. Powinny rozważyć, czy będą w stanie, czy będą miały siłę stawić czoła życiu z takim człowiekiem. Bo z tej choroby nie można się wyleczyć, można co najwyżej złagodzić jej przebieg, ale pod warunkiem, że partner sam będzie chciał podjąć leczenie. A to niestety zdarza się rzadko. Mężczyźni z tą chorobą, wstydzą się jej. Nawet przed samym sobą. Kryją się z nią przed otoczeniem. Trudno im jest poddać się stałemu leczeniu psychiatrycznemu. Wybierają łatwiejszy "środek farmakologiczny”, bardziej akceptowany w społeczeństwie (sic!) - alkohol. A niestety, syndrom Otella plus alkohol, nierzadko równa się - śmierć.

 

Syndrom Otella dotyka nie tylko mężczyzn. Dotyka także kobiety. Wiele jest takich kobiet, które swoją chorobliwą zazdrością potrafią także mocno zatruć życie swojemu partnerowi. Myślę jednak, że mężczyźni dotknięci tą chorobą są o wiele bardziej niebezpieczni. 

 

Znam historię kobiety, która przez lata przeżywała gehennę ze swoim mężem dotkniętym syndromem Otella. Jej życie było piekłem na ziemi. Mąż jej coraz częściej sięgał po alkohol. Nie pozwalał jej pracować, zamykał ją w domu, nie  pozwalał chodzić samej na zakupy, nawet do jego rodziców nie mogła iść sama. Wszędzie przecież czyhała na nią chmara mężczyzn, potencjalnych kochanków. W atakach zazdrości wielokrotnie była przez niego pobita. Kilka razy po pobiciu lądowała w szpitalu. Mimo to, bardzo kochała męża. Przez wszystkie lata wierzyła, że swoją dobrocią, wiernością, uczciwością, potrafi wyleczyć męża z zazdrości, zmienić jego stosunek do siebie, do życia. Starała się też nakłaniać go do leczenia. I owszem, leczył się, parokrotnie. Dwa razy nawet w szpitalu psychiatrycznym. Niestety, po krótkim czasie wszystko wracało do poprzedniego stanu. Raz, kiedy w ataku szału przystawił jej naładowany pistolet do skroni, zwątpiła we wszystko. Nie zabij jej. Dzwonek listonosza do drzwi - przeszkodził mu. Na drugi dzień, kiedy wytrzeźwiał, płakał jak dziecko, bo sam zdał sobie sprawę, że mógł ją rzeczywiście zabić. Mówił, że to jego miłość do niej - na szczęście - nie pozwoliła mu tego uczynić. Błagał o wybaczenie. Przysięgał poprawę. Obiecywał poddać się ponownemu leczeniu. W kobiecie jednak coś pękło. Postanowiła uciec od męża. Pomogły jej dzieci. Uciekli do innego miasta.    

 

Po paru latach separacji, udało jej się uzyskać rozwód ze swoim mężem-„Otellem”. A udało się tylko dlatego, że jej mąż związał się już z inną kobietą, o 20 lat młodszą. Było to 10 lat temu. Parę miesięcy temu, kobieta dostała tragiczną wiadomość. W Boże Narodzenie jej były mąż bestialsko zamordował swoją konkubinę na oczach ich malutkich dzieci oraz swojej matki. Niestety, za tę makabryczną zbrodnię nie został ukarany. Uznano go za niepoczytalnego. Jest leczony w szpitalu psychiatrycznym... No cóż, pewnie za jakiś czas, podleczony, wyjdzie ze szpitala, i to jako człowiek z czystą kartą, w świetle prawa niekarany... i znów poszuka sobie jakieś ofiary swojej chorobliwej zazdrości.

 

 

Oto fragment artykułu z portalu fakt.pl dot.

wspomnianej wyżej tragicznej historii

 

Kat i ofiara

 

Szalał z nożem po całym domu krzycząc, że zabije. Przerażona kobieta uciekała w popłochu próbując odciągnąć go od dzieci. Dopadł ją w przedpokoju. Ciął na oślep w plecy, aż w końcu zatopił w nich długie stalowe ostrze. Małgorzata (+28 l.) konała w kałuży krwi na oczach śmiertelnie wystraszonego synka Remika (5 l.). Córeczka Natalka (7 l.) trzymała ją kurczowo za nogi i przeraźliwie krzyczała wzywając pomocy... Tak znaleźli ich policjanci wezwani przez sąsiadów.

 

 

Jeśli ktoś chciałby przeczytać cały artykuł o tej tragedii, proszę kliknąć >tutaj

 

 

Niechaj ta tragiczna historia przemówi do wszystkich dotkniętych syndromem Otella... Póki nie jest za późno!

 

@)-->-->--

 

Biednej Małgosi oraz wszystkim innym Ofiarom tej strasznej choroby dedykuję ten oto utwór < kliknij

 



komentarze (96) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zdjęcia w galeriach.


piątek, 22 września 2017

Licznik odwiedzin:  812 290  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Halina Krüsch Czopowik

Facebook i Google

Wszystkie teksty oraz zdjęcia tutaj opublikowane są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie. (Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dn. 4.02.1994 r., nr 24, poz. 83). Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję, jak ktoś o nią prosi. 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tu także swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 812290
Wpisy
  • liczba: 738
  • komentarze: 10335
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 2982 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to