Bloog Wirtualna Polska
Są 1 267 832 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


PÓŁKOLONIE - CIEKAWA FORMA SPĘDZENIA WAKACJI

czwartek, 15 sierpnia 2013 22:18

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii(<kliknij)

-----------------------------------------------------------

 

 

Półkolonie -

ciekawa forma spędzania wakacji

 

 

Podczas wakacji letnich nie wszystkie dzieci mają okazję wyjechać poza swoje miejsce zamieszkania. Powody są różne. I dla tych dzieci właśnie w wielu miejscowościach organizowane są półkolonie.

 

Półkolonie są wspaniałą i chwalebną inicjatywą. Są ciekawą formą spędzania wolnego czasu przez dzieci. Zapewniają aktywny wypoczynek poprzez różnorodne zajęcia, a także wiele uczą.

 

W naszym mieście półkolonie dla dzieci organizuje Kościół Ewangelicki. I to nie tylko dla swoich dzieci, ale także dla dzieci innych nacji, religii… a i bez religii. Półkolonie co roku odbywają się w lesie na szczycie jednej z tutejszych gór - na wysokości 840 m.n.p.m.

 

 

Specjalnie na ten cel postawione chatki służą dzieciakom doskonale.

 

 

1 P8190151.jpg

 

 

Półkolonie trwają 3 tygodnie. Ale każde dziecko indywidualnie może sobie wybrać czas swojego w nich uczestnictwa. Może to być 1 tydzień, może być 2, może być i całe 3.

 

2 P8080018.jpg

 

 

Rozpiętość wiekowa uczestników półkolonii jest duża: od 5 do 15 lat. Ale dzieci podzielone są na grupy wiekowe. Każda grupa liczy od 12-18 dzieci.

 

3 P8190129.jpg

 

 

Codziennie na dzieci czekają różne atrakcje Niektóre dzieciaki ubrane są w specjalne półkolonijne T-shirty, by oznajmić wszem i wobec, że Półkolonie są cool. Zajęć dzieci mają wiele. Ogromne boisko wykorzystują codziennie. Chłopcy grają w piłkę nożną, dziewczynki preferują spokojniejsze zabawy.

 

7 P8080022.JPG

 

 

Dzieci zdobywają nowe doświadczenia, rozwijają swoje hobby i aktywnie spędzają czas. Organizowane są dla nich także różne wycieczki, wędrówki po lesie, wyjazdy na kąpielisko, spotkania z ciekawymi ludźmi.

 

8 P8190096.jpg

  

 

Każda grupa wiekowa ma swojego wychowawcę i swoją salę, gdzie przygotowuje się do zajęć, lub bawi w czasie złej pogody. Na dworze zaś dzieci mają ogromny plac zabaw. Można się tam wspinać, można huśtać… można wiele rzeczy robić.

 

9 P8190098.jpg

 

 

Dzieci są bardzo zadowolone z półkolonii. Nawiązują nowe znajomości i przyjaźnie. Uczą się zabaw grupowych. Także śpiewać i tańczyć. Na scenie na dworze, albo w ogromnej  świetlicy ze sceną.

 

10 P8190116.jpg

 

 

Pod wieczór, znów różne gry i zabawy na boisku i na placu zabaw. I tak do kolacji, do godz.18-tej. Dzieci dowożone są z całego miasta autobusami. Także odwożone.

 

11 P8190120.jpg

 

 

Dzieciaki mają dobrą opiekę. Ich wychowawcy to młodzi ludzie, ale odpowiedzialni, z bardzo dobrym podejściem do dzieci. To praktykanci szkół pedagogicznych.

 

12 P8190123.jpg

 

 

Grupa sześciolatków w „akcji” pod czujnym okiem swego pana. Część „okopuje” karuzelę, część bawi się naprzeciw.

 

13 P7300269.JPG

 

 

Dziewczynki ze starszych grup przygotowują rekwizyty na przedstawienie organizowane na koniec półkolonii dla rodziców i bliskich

 

14 P7300273.JPG

 

 

- O, dzwonek się rozległ… Po chwili głos przez megafon zapowiada koniec zajęć i przygotowanie do kolacji.

 

15 P7300270.JPG

 

 

Na zakończenie Półkolonii, oczywiście przedstawienie. To już tradycja. Jest teatrzyk, są śpiewy, są tańce. Zaproszeni rodzice i bliscy mają okazję podziwiać swoje pociechy w różnych rolach. Inni widzowie także. Wstęp jest wolny dla każdego. Zabawa jest wspaniała. Dzieci lubią przedstawienia. Zwłaszcza w nich grać i popisywać się przed publicznością. Przed swoimi bliskimi szczególnie.

 

W teatrzyku zainscenizowanym przez wychowawców brały udział dzieci od 5 roku życia do 15. Teatrzyk przedstawił wybrane fragmenty różnych bajek. 

 

 

Półkolonijny Teatrzyk Dziecięcy

zaprasza do świata bajek!

 

 

 

Pogoda w tym dniu była akurat deszczowa i deszcz co rusz popadywał, ale to nie przeszkadzało ani aktorom ani widzom. Bo też wśród aktorów i publiczności atmosfera była gorąca. Przedstawienie odbyło się na dworze, na specjalnie zmontowanej scenie. Do świetlicy wszyscy przenieśli się później, na dalszą część imprezy.

 

1 P8080001.JPG

 

 

Dzieciaki z wielkim przejęciem odgrywały swoje role. Była i mała trema, ale gromkie brawa widzów dodawały im odwagi i przedstawienie szło jak… z płatka.

 

2 P8080006.JPG

 

 

Postacie z bajek tańczą i śpiewają, a widzowie klaszczą do rytmu. Jest wesoło bardzo, i na scenie, i na widowni. Ale też i uroczyście.

 

3 P8080008.JPG

 

 

Jak na teatr przystało, scenografia wymaga wyobraźni, ale przecież o to chodzi, aby widzowie wytężyli swoją wyobraźnię. Dzieciaki same scenerię przygotowały, rekwizyty także.

 

4 P8080012.JPG

 

 

W międzyczasie, po wypowiedzeniu swojej kwestii, aktorzy rozglądali się po widowni, szukając wzrokiem swoich bliskich. Aktor, który znalazł wzrokiem kogoś ze swojej rodzinki, uśmiechnął się radośnie w pośpiechu i jeszcze pośpieszniej kiwnął rączką… i grał dalej swoją rolę.

 5 P8080017.JPG

 

 

Jak na szanujący się teatr przystało, jest i sufler, nawet dwóch. Obaj dzielnie trwają w ukryciu z prawej strony sceny i co rusz podpowiadają aktorom, kiedy coś się im pomyli albo tekst zapomną.

 

6 P8080003.JPG

 

 

Już na sam koniec dzieciaki odśpiewały jeszcze kilka wesołych piosenek, dziękując w ten sposób swoim bliskim za liczne przybycie. Wszyscy głośno bili brawa, i ci na scenie, i ci na widowni.

 

I tak się zakończyło przedstawienie na półkolonii. Wszyscy byli bardzo zadowoleni. Teraz czekał na wszystkich pyszny poczęstunek i wiele atrakcji, m.in. uwielbiana przez dzieci loteria fantowa.

 

 

Aktorzy teatrzyku chętnie pozowali do zdjęć… I słusznie, bo to był ich wielki, radosny dzień. Widzów było sporo, uśmiechów i braw nie brakowało.

 

7 P8080031.JPG

 

1a P8090084.JPG

 

 

Jak co roku, Półkoloniści wołają:

- Do następnego roku! - i zapraszają wszystkich.

- Do następnego! - odpowiadamy i dziękujemy za zaproszenie.

 



komentarze (12) | zaloguj się, aby dodać komentarz

SMACZKI BRZDĄCA

środa, 18 maja 2011 13:10

 

 

 

Smaczki brzdąca

 

 

 

 

    Kto kocha jeść, wie doskonale, jak ważną rolę odgrywają kubki smakowe. Bez nich jedzonka by tak nie kochał i... suto zastawiony stół by mu nie dostarczał rozkoszy podniebienia. Łasuchy wiedzą to najlepiej.

    Kubki smakowe najlepiej działają u dzieci. Niedaleko jak wczoraj miałam sposobność się o tym przekonać, kiedy mojemu 5-letniemu Wnuczkowi robiłam na drugie śniadanie jego ulubiony twarożek z różnymi, posiekanymi jarzynami. Taki najbardziej lubi. A posiekałam mu ich wiele. Jak zwykle. Była tam rzodkiewka, ogórek, cukinia, sałata zielona, natka pietruszki, szczypiorek, koperek i nawet kiełki pszeniczne. Mój Wnuczek na widok miseczki twarożku, uszczęśliwiony zabrał się do jedzenia. Ale kiedy pierwszą łyżeczkę włożył sobie do buzi, nagle ją wykrzywił, i zawołał:

    - Łee... nie ma papryki!

    Przyznam szczerze, że w pierwszym momencie zaniemówiłam. No bo jak taki brzdąc może - w takim miszmaszu - wyczuć braku jednego składnika? Papryki. Widać, że może. Wszak receptory smakowe u dzieci nie są jeszcze niczym złym upośledzone i działają jak natura przewidziała.

    Mój Wnuczek, i owszem, twarożek z jarzynami w końcu zjadł, i to nawet z wielkim apetytem, tyle, że musiałam mu dosypać trochę czerwonej papryki w proszku, skoro świeżej zabrakło mi w lodówce. A potem już był chlebek z masełkiem i gęstym miodkiem oraz herbatka z róży z cytryną, i też z miodkiem, ale płynnym.

    Wnuczek kocha jeść, i je bardzo dużo. Rzadko się zdarza, aby czegoś nie zjadł do końca. Mimo to, jest szczuplutki. Od kiedy tylko nauczył się mówić, zawsze jak się naje, jedną rączką łapie się za brzuch, drugą za głowę, i woła (ostatnio to już tylko dla żartu):

    - Popatrz babciu, jaki mam brzuszek twardy... a jaka głowa twarda!

    No i bardzo dobrze! Hihihi...! widać, że receptory smakowe mojego Wnuczka z zadowolenia stają na sztorc... i ślą sygnały gdzie trzeba.

 

 

 

Wnuczek od najmłodszych lat... co ja mówię lat, miesięcy, wie co w życiu ważne by życie miało smaczek

 

            

 

Musi być stół z jedzonkiem i... higiena.

Wie, że ząbki trzeba myć, aby smaczki dobrze czuć

 


 



komentarze (2) | zaloguj się, aby dodać komentarz

KOMUNISTYCZNY SUBSTYTUT ŚW. MIKOŁAJA

wtorek, 04 stycznia 2011 13:22

 

 

 

Komunistyczny substytut

Św. Mikołaja

 

 

 

 

    Za komuny substytutem Świętego Mikołaja był oczywiście Dziad Mróz, którego dla nas, dzieci komuny, wymyślili komuniści. A z wymyśleniem problemów żadnych nie mieli. Pomysł sam przyszedł, zza wschodniej granicy, od niegdysiejszego Wielkiego Brata.

    Dziad Mróz, zwany u naszych „pobratymców” - Diad Moroz (Дед Мороз), zaczął funkcjonować w Sowietskom Sojuzie (Советский Союз) zaraz po rewolucji, kiedy to przyszło zastąpić Św. Mikołaja kimś bardziej, z punktu widzenia komunistów, odpowiednim, wybrano więc postać z ichniejszego rodzimego folkloru - Dieda Moroza.

 

    Pamiętam doskonale Dziada Mroza z mojego dzieciństwa. Ha! pamiętam też, z jakim wytęsknieniem na niego czekałam. To były czasy!

    Każdego roku, po świętach Bożego Narodzenia i Nowym Roku, w naszym Domu Kultury organizowane były różne przedstawienia dla dzieci, czasami nawet jasełka (sic!), a po części artystycznej, na scenę wchodził nie kto inny tylko Dziad Mróz i rozdawał wszystkim dzieciakom paczki ze słodyczami. Każdemu dziecku z osobna. Wzywano nas na scenę po nazwisku - w kolejności alfabetycznej. Wszystkie dostawałyśmy jednakowe paczki, bo Dziad Mróz nie robił różnic. Co to, to nie! A dla nas dzieciaków, była to ogromna radość. Po Św. Mikołaju i po Aniołku spod choinki, wszystkie słodycze i pomarańcze już dawno były zjedzone, nowa porcja tegoż, bardzo nas więc cieszyła. A to, że wszystkie dostawałyśmy jednakowe, przydziałowe paczki, to i zazdrości nie było żadnej.

 

 

 

A oto kilka moich wspomnień z corocznych odwiedzin Dziadka Mroza

 

(fragment z mojej autobiografii)

 

 

 

 

Dziad Mróz wręcza mi „przydziałową” paczuszkę... Ależ ona pachnie!

 

 

 

Ciekawe co też tam w tej papierowej paczuszce jest, że ona tak słodko pachnie?... Oż kurka wodna, chłopcy, nie popychajcie mnie tak, bo muszę dokładniej żurawia do torebki zapuścić!... Co ten Dziad Mróz do mnie mówi? Aha, pyta, czy byłam grzeczna? Też mi pytanie! Ja zawsze jestem grzeczna… na swój sposób. A tak w ogóle, lepiej niech nie zadaje głupich pytań, bo sam się głupio zachowuje. A jeszcze głupiej wygląda. Bo w co też on się ubrał? Ukradł jakiemuś biskupowi odzienie, czy jaka choinka? Przecież w tym stroju w ogóle nie wygląda na Dziada Mroza. No może tylko te jego sztuczne włosy i broda z waty go trochę upodabniają do… jakiegoś dziada. Ale nic poza tym. Dobrze, że musi dużo dzieci obdarować tymi przydziałowymi prezentami, przez to też, wcale mu na jego pytanie nie muszę odpowiadać. O, już o nim zapomniał, bo wręcza torebkę następnemu dziecku. Pewnie mu też to samo pytanie zada i wcale nie będzie oczekiwał odpowiedzi. Bo i po co? Wszak go to i tak nie interesuje. 

 

 

 

Kolejny rok minął i znów paczuszki dostajemy. Tu na zdjęciu jestem ze swoimi starszymi siostrzyczkami

 

 

 

Któż to znów stoi przed nami? Ej, Dziadku Mrozie, przecież widzę wyraźnie, żeś jakowyś oszust... albo co!... wszak broda ci się odkleja. Ale niech tam! Ważne, że ten oto Dziad Mróz dał torebkę ze słodyczami. O rany, i też nawet z jedną pomarańczą! Ale będzie wyżerka. Mam nadzieję, że moje siostrzyczki nie dobiorą się do mojej torebki. Zaraz w domu, czego nie zjem po drodze, schowam przed nimi. Zwłaszcza chałwę, którą uwielbiam. 

 

 

 

I znów rok minął... Trochę nam się wyrosło, ale paczuszki nadal nam się należą... A co!

 

 

 

 

Jak co roku, w Domu Kultury znów podstawili nam jakiegoś przebierańca, który udaje Dziada Mroza. Ten tu, twierdzi, że jest prawdziwy, ja jednak od dawna już wiem, że nie. No przecież mam oczy, to widzę. Niech mi tu nikt kitu nie pociska. Ale nic, niech im będzie. Ważne, że dostanę papierową torebkę z zawartością. A potem znikam, i pałaszując słodycze, powiem siostrzyczkom, co o takim oszustwie myślę. No i po drodze do domu im powiedziałam - i o dziwo! - one się ze mną od razu zgodziły. A to rzadkość, aby moje starsze siostrzyczki przyznały mi rację. Tak wielką bardzo radość mi to sprawiło, iż z tej to właśnie radości, straciłam kontrolę nad pochłanianiem zawartości papierowej torebki. Tak że kiedy dotarłam już do domu, brzuch mi się okropicznie rozbolał. Resztę wieczoru przyszło mi spędzić niezbyt miło. Na kolację nie mogłam patrzeć.

 

 

 

Jak te lata lecą! I znów kolejny rok minął, i znów stoję na scenie Domu Kultury u boku Dziadka Mroza. Na zdjęciu ze starszą o rok siostrzyczką... 

 

 

Ha, proszę popatrzeć, jakie piękne (komunistyczne) śniegowce mamy na nóżkach. Jeszcze dziś je pamiętam. Były koloru siwego. To było coś, szczyt mody - w ówczesnych czasach. A ubrania miałyśmy takie, jakich nikt wtedy nie miał. Moja Mama specjalnie zrobiła kurs mody i szycia, aby nam, dziewczynkom, szyć ubranka (łącznie z płaszczykami), i dziergać na drutach oraz szydełkować i haftować.

 

 

Moja najstarsza siostrzyczka niestety już paczuszki nie dostała. Skończyła 14 lat. A Dziad Mróz tylko dzieciom do 14-go roku życia paczuszki rozdaje. Biedna siostrzyczka... Kurka, ale my młodsze też, bo będziemy musiały się z nią zawartością naszych torebek podzielić. Trudna rada! Jak mus, to mus! No nic, ważne, że je w ogóle dostaniemy... Zaraz, ale co to za Dziad Mróz w tym roku, się pytam? Najgorsze jego - jak do tej pory - wydanie. Małe to to jakieś i takie niepozorne. Byłam zawiedziona. A jak już mnie i siostrzyczkę wywołano na scenę, to myślałam, że padnę trupem na widok Dziada Mroza z bliska. Toż to istna paranoja! No nie, przecież to Zbyszek w przebraniu, nasz szkolny kolega. No, w tym roku to już się rzeczywiście zbytnio nie postarano. Taki obciach! Mój dwa lata starszy kolega w roli Dziada Mroza?! I to jeszcze z rózgami w rękach?! Ale niech tam, ważne, że jest paczka. No i jeszcze fotka z tej całej komedii. A może już jesteśmy za duże, aby tak bezkrytycznie podchodzić do Dziada Mroza? Być może. Moja o rok starsza siostrzyczka z pewnością. Zobaczcie sami, jaka jest duża. Nawet jej płaszcz świadczy o tym, że jest już za duża... A może on... no, ten jej płaszcz, skurczył się w praniu?

 

 

 

Komentarze do tego tekstu znajdują się na stronie głównej. Jeśliby ktoś miał ochotę je poczytać, proszę kliknąć > tutaj.

 




komentarze (0) | zaloguj się, aby dodać komentarz

NIEGDYSIEJSZA PODRÓŻ DO NIEGDYSIEJSZEGO WIELKIEGO BRATA

sobota, 11 grudnia 2010 22:07

 

 

 

 

Niegdysiejsza podróż

do niegdysiejszego

Wielkiego Brata

 

Z cyklu: - „Świat oczami dziecka”

  (fragment z mojej autobiografii)

 

 

 

 

    Często wspominam tę podróż z mojego dzieciństwa, bo też była to moja pierwsza podróż za granicę. Ha, ale nie byle jaką zagranicę, bo do ZSRR, a dokładniej, na Ukrainę. Pojechałam tam z rodzicami i starszą siostrzyczką oraz z braciszkiem w maminym brzuszku.

    Pamiętam, że rodzice bardzo długo starali się o wizę na wyjazd. Koniecznie chcieli nam pokazać swoje strony z lat dzieciństwa i młodości oraz swój majątek, jaki tam zostawili... Eee tam, zostawili, Sowieci im wszystko zabrali i z kartą majątkową wyrzucili na Ziemie Odzyskane. W końcu udało im się wizę pozyskać, ale tylko dlatego, że ze Zbaraża otrzymali depeszę o treści: - „Ojciec umierający. Przyjeżdżajcie natychmiast”. Depeszę tę przysłała ojca starsza siostra, która jako jedyna z jego rodzeństwa pozostała w Zbarażu wraz z ich rodzicami. Depesza pomogła. Dostaliśmy w końcu tę upragnioną wizę... no i pojechaliśmy. Pod koniec sierpnia. Byłam bardzo, ale to bardzo zadowolona z takiego stanu rzeczy. Raz, że czekała mnie tak daleka i długa podróż, a drugi raz, co było jeszcze większym powodem do radości, że we wrześniu nie będzie mnie w domu, a to oznaczało, że szkoła sobie trochę na mnie  poczeka.

 

 

 

Zdjęcie z naszego wspólnego paszportu  

(braciszka niestety nie widać)

 

  

 

 

 

 

A to zdjęcie z ojca paszportu


 

 

 

 

    Pojechaliśmy pociągiem. Przez całą drogę jechaliśmy z duszą na ramieniu, ponieważ nikt z nas wiedzieć nie mógł, ile jest prawdy w tej depeszy. Zaś na granicy, w Przemyślu, mieliśmy dodatkowo straszliwe kłopoty. Służba graniczna chciała nas zawrócić z powrotem do domu. Dlaczego? Ano dlatego, że moja mama sama sobie wymieniała zdjęcie w paszporcie (poprzednie jej się nie podobało), stare odklejając, a nowe, ładniejsze wg niej, przyklejając. Przetrzymywano nas z tego powodu na przejściu granicznym ładnych parę godzin. Sowieccy żołnierze brali już mamę za szpiega. Nerwów zjedliśmy co  niemiara. Mamusi się aż brzuch straszliwie rozbolał. A tam, no, w tym jej brzuchu, wiadomo, był przecież dzidziuś. Tatuś się wtedy wnerwił jeszcze bardziej, a nam trudno było zgadnąć, czy na nierozsądek mamusi, czy też na straż graniczną. Fakt faktem, wnerwił się okrutnie, i zostawiając nas same, zniknął na długą chwilę. A po tej właśnie długiej, pełnej niepewności i strachu chwili, wraz z jego powrotem, okazało się nagle, że możemy jechać dalej, bo mamusię uratowało zdjęcie w naszym wspólnym paszporcie. O, właśnie to  na którym mamusię w końcu łaskawie rozpoznano, a bezprawną zamianę zdjęcia na dokumencie wielkiej wagi, jakim jest jej osobisty paszport, wybaczono. No i dzięki Bogu, a właściwie tatusiowi, który, jak później wyszło na jaw, wziął sprawę w swoje ręce (i nie tylko ręce), przekroczyliśmy granicę i mogliśmy jechać dalej. Mamusia odetchnęła z ulgą, aż ją dzidziuś przestał boleć... to znaczy brzuszek. Wszyscy odetchnęli z wielką ulgą. Ja też. Dziwiła mnie tylko jedna rzecz, dlaczego tatusiowi zaczął się tak nagle język dziwacznie plątać? Czyżby te negocjacje ze służbą celną tak go zmęczyły? Ale to, oprócz mojego chwilowego zdziwienia, ważne nie było. Ważne było tylko to, że mogliśmy jechać dalej. Jednak zanim ruszyliśmy, znów przyszło mi popaść w stan głębokiego zadziwienia. Tym razem zadziwiali mnie kolejarze, którzy biegali koło wagonów naszego pociągu i coś tam przy nich grzebali, stukali, walili. Wreszcie nie wytrzymałam i spytałam tatusia, o co tym kolejarzom chodzi. Tatuś nie od razu mi odpowiedział, najwyraźniej już usypiał umęczony negocjacjami. Ale kiedy ponowiłam swoje pytanie, prosto do jego ucha, wymamrotał w odpowiedzi, że teraz będziemy jechać szerokimi torami, i kolejarze dopasowują właśnie rozstaw osi pociągu do rozmiarów torów. No coś takiego! A to ci atrakcja! Moje zadziwienie zamieniło się wnet w wielki podziw. Tak wielki, że gdy pociąg wreszcie ruszył, pobiegłam do ostatniego wagonu by przez oszklone drzwi lepiej widzieć te dziwacznie szerokie tory... no i zagraniczne krajobrazy oczywiście.

    Na szerokich torach, dojechaliśmy do Lwowa, we Lwowie mieliśmy przesiadkę do Tarnopola, a w Tarnopolu do Zbaraża. Mimo że podróż trwała grubo ponad dobę, i usłana była wieloma trudnościami, ale też i atrakcjami (no, przynajmniej dla mnie), nie czułam żadnego zmęczenia. Na dworcu w Zbarażu tatuś wziął taksówkę i taksówkarz zawiózł nas do domu dziadka. Ale zanim zawiózł, zdrowo nas nastraszył, bo opowiadał nam po drodze, jak to niektórzy jego rodacy podszywają się za taksówkarzy i polują na gości z Polski. Wywożą ich potem do lasu, gdzie czekają pomagierzy, i tam mordują. Po czym zakopują ich we wcześniej wykopanych dołach i uciekają ze wszystkimi bagażami. O rany, ale byliśmy przestraszeni. Zwłaszcza my, dziewczynki. Dobrze, że nie musieliśmy zbyt długo taksówką jechać, i przez żaden las, bo nie wiem, jak byśmy tę podróż przeżyły. Na szczęście dom rodzinny tatusia mieścił się prawie w centrum Zbaraża. Dojechaliśmy cali i zdrowi.

 

 

 

Rodzice z dziadkiem Janem

 

  

 

To było bardzo wzruszające przywitanie. Łzy wszystkim ciurkiem płynęły. Na szczęście okazało się, że dziadziuś był całkiem zdrowy

 

 

    Dziwnie było w tym Zbarażu. Wszystko było inne niż u nas. Inne domy, inne ulice, ludzie inaczej ubrani. A w ludziach najbardziej zadziwiało mnie to, że wielu z nich miało gębę pełną  złota... to jest, złotych zębów, chciałam powiedzieć. Rany, wyglądali jak jakieś cyborgi. Ale podobali mi się. Codziennie chodziliśmy gdzieś z wizytą. Wszędzie bardzo miło nas przyjmowano.

    Często też chodziliśmy na zbaraski cmentarz, na grób babci. Babcia zmarła parę miesięcy przed naszym przyjazdem. Na jej pogrzebie niestety nie mogliśmy być, gdyż bezduszni urzędnicy z Polski na jej pogrzeb nas nie wypuścili. Dlatego staraliśmy się jak najczęściej być przy grobie babci i palić świece. Ale nie tylko przy grobie babci bywaliśmy. Na zbaraskim cmentarzu leży bardzo dużo członków naszej rodziny. Byliśmy też i na mszy za babci wieczne odpoczywanie. Ale nie w kościele, tylko w cerkwi. Z kościoła polskiego po wojnie Sowieci zrobili jakiś magazyn. Śmiesznie było w tej cerkwi. Wszyscy się żegnali jakoś tak dziwnie, po trzy razy. A ten ich ksiądz, a właściwie pop, był tak śmiesznie ubrany i miał strasznie długą brodę, jak Mikołaj, tyle że czarną. I za nim się pojawił przy jakimś takim czymś, podobnym do ołtarza, to najpierw kilka bram mu otwierano, aby wreszcie mógł stanąć w pełnej okazałości i zawyć potężnym głosem jakąś ukraińską, cerkiewną pieśń. Śmiać mi się chciało okropnie, ale że mnie mamusia co chwilę piorunowała wzrokiem, to też jakoś śmiechem nie buchnęłam. Ale łatwe to wcale nie było, tak się hamować.

    Parę razy też chodziłam z dziadziusiem na cmentarz zbaraski i w innym celu. Otóż chodziliśmy zbierać czerwone owoce dzikiej róży na herbatkę dla niego. Dziadzio mówił, że taka herbatka bardzo dobrze mu robi na zdrowie. Z chęcią więc tam z nim chodziłam, i jak na akord zbierałam to czerwone paskudztwo, bo bardzo chciałam, aby dziadzio jeszcze długo pożył i nas w Polsce odwiedził.

    Byliśmy też na Zamku Zbaraskim. Chcieliśmy zobaczyć gdzie przebywali niektórzy bohaterowie z Trylogii Henryka Sienkiewicza. Ja szczególnie chciałam obejrzeć bramę wjazdową, aby móc sobie wyobrazić, jak Skrzetuski uciekał przez nią po pomoc. Zamek zrobił na mnie ogromne wrażenie. Szkoda tylko, że był bardzo zniszczony. No ale cóż, Polaków w Zbarażu bardzo mało po wojnie pozostało i nie ma komu się tym zająć. Ale słyszałam jak ciocia mówiła do tatusia, że kiedyś mają jednak remont zacząć. Fajnie by było. Zbaraż, to w sumie piękne miasto. Szkoda, że dalej nie należy do Polski.

    W oddalonych o 10 km od Zbaraża - Dobrywodach, w mamusi rodzinnej wsi, też było fajnie. Kiedy tam przyjechaliśmy autobusem, mamusia na początku strasznie się bała, bo od wojny była tam po raz pierwszy. Bała się zwłaszcza spotkania ze swoją najlepszą przyjaciółką z tamtych lat, Marusią. Bo jak się mamusia dowiedziała, Marusia, jako rodowita Ukraina, też należała do banderowców i po wojnie zesłano ją za to na Sybir. Mamusia miała obawy, że Marusia może myśleć, że to ona ją wydała, skoro przed końcem wojny uciekła wraz z rodziną z Dobrowód do Zbaraża. No i jak szliśmy przez wieś, cały czas nas nerwowo upominała byśmy mówili szeptem, bo gdy nas ktoś usłyszy, że mówimy po polsku, to może nam krzywdę zrobić. Tatuś się śmiał z jej lęku i uspokajał, że nikomu nie pozwoli nas skrzywdzić. Po chwili i tak się okazało, iż to, czy mówimy głośno czy nie, nie jest już ważne, ponieważ cała chmara dzieciaków leciała za nami, rozpoznając w nas cudzoziemców. I to tylko po ubiorze. Tak że kiedy doszliśmy do mamusi ulicy i jej byłego domu, z chmarą rozhukanych dzieciaków za plecami, lęk mamusi okazał się być zupełnie zbyteczny, gdyż Marusia czekała już na nas przy domu. Widać, że na wsi wieści szybko się rozchodzą. Spotkanie dawnych przyjaciółek było bardzo miłe i wzruszające. Obie rzuciły się sobie w ramiona i długo płakały cichutko. A potem to już było miłe przyjęcie u Marusi w domu. A jeszcze potem, zwiedzaliśmy mamusi dom rodzinny i zabudowania gospodarcze, a nawet ich ogromne kamieniołomy, z których, jak mówiła Marusia, połowę Tarnopola po wojnie wybudowano. Spodobało mi się w tych kamieniołomach bardzo. Byłoby gdzie poszaleć. Oj, byłoby! No ale cóż, czas szybko zleciał i trzeba nam było wracać do Zbaraża. A po kilku też dniach, przyszła pora i na powrót do domu. Wszak było już po połowie września. Rok szkolny już dawno się zaczął.

    Do domu wracaliśmy też z duszą na ramieniu, gdyż do Zbaraża przyszedł telegram, iż tym razem dziadzio Wojtek (mamy ojciec) jest bardzo chory. Ten telegram akurat, niestety, okazał się zawierać prawdziwą treść. Kiedy wróciliśmy, dziadzio następnego dnia zmarł. Rozpacz była straszna, bo dziadziuś Wojtek wcale nie był jeszcze taki stary. Miał zaledwie 74 lata. No ale cóż było zrobić? Siła wyższa.

    Natomiast dziadek Jan jeszcze dwa razy odwiedzał nas w Polsce. Żył 94 lata.

 

 

Oto zdjątko z ostatniej dziadka Jana wizyty

 

  

 

Sumiaste ma dziadziuś wąsiska, nieprawdaż? Tuptałam za dziadziusiem krok w krok, tak bardzo mi się podobał

 

 

 

Komentarze do tego tekstu znajdują się na stronie głównej. Jeśliby ktoś miał ochotę je poczytać, proszę kliknąć > tutaj.



komentarze (0) | zaloguj się, aby dodać komentarz

BZITKA KJOWA

poniedziałek, 22 listopada 2010 12:19

 

 


Bzitka kjowa*

 

Z cyklu: - „Świat oczami dziecka”

(fragment z mojej autobiografii)

 

 

 

 

    Był piękny, letni dzień. Niedziela. Koniecznie trzeba było ten dzień mądrze wykorzystać. Wybierałam się więc z moim 4,5 letnim braciszkiem nad rzekę. Chciałam się trochę poopalać i popływać. Ha, miałam już wielką wprawę w pływaniu, bo też na wczasach w Międzybrodziu, z których wróciliśmy dwa tygodnie temu, pływać się nauczyłam. I to sama. A nauczyłam się w ten sposób, że najpierw na płytkiej wodzie, dostając rękami dna, puszczałam się co chwilę i przepływałam kawalątek odległości, a potem już płynęłam co raz dalej i dalej. Styl to był wprawdzie rozpaczliwy, ale zawsze to jakiś styl. A najważniejsze, że dzięki niemu, to znaczy temu stylowi, zaczęłam pływać na coraz to głębszej wodzie. Aż wreszcie, bez większego już strachu przepłynęłam cały basen nad jeziorem - tam i z powrotem. To była frajda! Ależ byłam z siebie dumna. Tym bardziej, że już od początku lata na siłę próbowałam się nauczyć pływać w naszym cukrowniczym stawie rybnym, a tam nie udało mi się niestety. Ale to chyba tylko dlatego, że kiedy pewnego dnia zawzięcie trenowałam naukę pływania, i kiedy z wody chciałam coś zawołać do koleżanki siedzącej na brzegu, zachłysnęłam się wodą i wraz z wodą połknęłam… fuj, obrzydliwą kijankę, których w stawie aż się roiło. Myślałam, że z obrzydzenia się tam, wśród tego paskudztwa, utopię. Z przerażenia, wywołanego obrzydzeniem, na moment mnie sparaliżowało, ale po chwili się spamiętałam i na oślep zaczęłam walić  nogami i rękoma o wodę i jakimś cudem udało mi się do brzegu dostać. Potem przez cały czas chciało mi się rzygać, bo ciągle miałam na myśli, że to czarne świństwo pływa sobie w moim brzuchu. Odruchy wymiotne ustały mi dopiero na drugi dzień, kiedy wydaliłam z siebie przetrawioną kijankę. Od tego incydentu nie bardzo miałam ochotę na dalszą naukę pływania. Tak że teraz byłam przeszczęśliwa, że jednak już pływam. A pływanie tak bardzo mi się spodobało, że na wczasach, po paru dniach, nawet z moim braciszkiem na plecach spokojnie pływałam po jeziorze. Braciszek też miał frajdę. Tym większą, że nie czuł żadnego zagrożenia. Ze mną czuł się bezpiecznie. Wiedział, że ze mną żadna krzywda nie może go spotkać. Zapewne miał już to w swojej dziecięcej podświadomości zakodowane.

 

 

 

A to właśnie fotka z naszych wczasów w Międzybrodziu

  

Ja z braciszkiem i z koleżeństwem z podwórka

 

 

 

Nad potokiem Żarnówka


  

Z mamą i braciszkiem

 

 


    Wracam do naszego niedzielnego wypadu nad rzekę. Kiedy dotarliśmy już nad rzeką, zobaczyłam, że tama jest spuszczona. Ucieszyłam się. Postanowiłam rozłożyć koc nieco dalej od tamy, gdzie nie było aż tak głęboko. Chciałam przecież z braciszkiem pochodzić po wodzie. W tym miejscu rzeka przepływała obok naszej cukrowni. Też i tama należała do cukrowni. Idąc dalej, zauważyłam, iż duży odcinek wzgórzystego brzegu rzeki, graniczącego z ogrodzeniem cukrowni, został zamknięty parkanem. Zdziwiło mnie to bardzo, bo nigdy do tej pory tego parkanu tam nie było. Można było sobie iść wzdłuż rzeki aż do najbliższej wsi. Postanowiłam zignorować tę całą drewnianą blokadę. Bo co mi tam! Na terenie cukrowni przebywać mogłam zawsze bez problemu. Przesadziłam braciszka przez parkan i sama przelazłam. Po czym, w odległości może 50 m od tego parkanu, a tuż przy brzegu rzeki, rozłożyłam koc. Przebrałam braciszka w spodenki kąpielowe, zdjęłam z siebie sukienkę, i w stroju kąpielowym usiadłam z nim na kocu. Na początek zachciało nam się jeść. Po zjedzeniu dużej części domowych smakołyków, wzięłam braciszka na ręce i wlazłam z nim do rzeki. Braciszek coś tam na początku marudził, ale po chwili chlapaliśmy się już jak dwa morsy. Aż bryzgi leciały na wszystkie strony świata. Fajnie było. Woda było wprawdzie brudna, ale była przynajmniej ciepła i… mokra. Kiedy braciszek po długim moczeniu zaczął nagle szczękać zębami, wystawiłam go na brzeg i kazałam okryć się ręcznikiem. Sama zaś chciałam jeszcze trochę popływać. Szybko jednak zmieniłam zdanie, gdyż tego dnia jakoś zbyt dużo szczurów wodnych pływało przy brzegu. Nie to, że się ich bałam, nie. Ja się ich tylko brzydziłam straszliwie. Gramoliłam się akurat na brzeg, kiedy nagle usłyszałam nasilający się tętent. Natychmiast popatrzyłam w tamtym kierunku, i zdębiałam. Spomiędzy krzewów, rosnących na wzgórzystym brzegu rzeki, wyleciała rozjuszona krowa, i z podniesionym ogonem, gnała w naszym kierunku. W momencie przypomniało mi się jak parę dni temu tatuś mówił do mamusi, iż dyrektor kupił sobie krowę. Przerażona potwornie wyskoczyłam z rzeki i rzuciłam się na koc. Chwyciłam braciszka pod pachę i jak szalona zaczęłam z nim uciekać w stronę parkanu. Braciszek krzyczał wniebogłosy a ja gnałam resztkami sił, czując już na plecach złowrogi, chrapliwy oddech wściekłej krowy. W ostatniej dosłownie chwili dopadłam parkanu. Przekaturlałam braciszka po ziemi pod parkanem, a sama przesadziłam go szczupakiem. Byliśmy uratowani. Krowa wyhamowała przy parkanie i stanęła jak wryta. Wreszcie, prychając na wszystkie strony spienioną śliną, głośnym i przeciągłym muczeniem dała wyraz swojemu niezadowoleniu. Po czym się odwróciła i dostojnym krokiem poszła brzegiem rzeki. Braciszek wtulił się we mnie, i szlochając, powiedział: - „Bzitka kjowa”. - Biedny, tak bardzo był przerażony. Szybko go jednak uspokoiłam, bo zaczęłam bawić się z nim w puszczanie kaczek po wodzie. W czasie tej zabawy, cały czas zaglądałam jednak za dyrektorską krową. Musiałam przecież wrócić tam jeszcze raz, aby pozbierać nasze rzeczy. Z daleka widziałam jednak, że krowa stoi przy naszym kocu i nie odchodzi. Martwiło mnie to bardzo, ale co było robić, trzeba było czekać aż łaskawie odejdzie. Prawie dwie godziny czekaliśmy, a krowa nic, jak stała, tak stoi nadal. Nerwy już mnie brały na to głupie bydlę. A jeszcze do tego wszystkiego, braciszek zaczął marudzić, że chce papu. No to zaczęłam się już rozglądać za jakimś kosturem, z myślą, że jednak będę musiała to wstrętne krowisko jakoś sama przepędzić. Kiedy już stałam przy parkanie z pokaźną gałęzią w ręce i nabierałam odwagi by parkan przeskoczyć, usłyszałam nagle czyjeś głośne nawoływania: - „Malina, Malinka, chodź do mnie!” - Wychyliłam głowę zza parkan i zobaczyła portiera z cukrowni jak idzie ze wzgórza ku rzece. Jakżesz się ucieszyłam na jego widok. Ta wstrętna Malina najwyraźniej też, bo zaczęła radośnie muczeć i człapać w kierunku portiera - na usługach jej pana dyrektora. Portier nas nawet nie zauważył. Poklepał to wstrętne krówsko po zadzie, i razem z nią, oddalił się w stronę bocznej bramy cukrowni. Wtedy ja, dłużej się nie zastanawiając, posadziłam braciszka w wysokiej trawie, a sama przeskoczyłam parkan i pognałam po nasze rzeczy. Gdy dotarłam na miejsce, myślałam, że dostanę szoku. Wszystkie nasze rzeczy były stratowane i wymieszane jak groch z kapustą. Mało tego, koc był w dużej części wystrzępiony i przerzuty, braciszka spodenki w połowie zżarte, w połowie wymaćkane, nawet moja kosmetyczka była nadżarta i zielona od krowiego pyska. Rany, ależ byłam wściekła! Miałam ochotę popędzić za tym głupim, nieużytym, dyrektorskim bydlęciem i nakopać mu do zadka. Co za krowa! Musiałam jednak wracać do braciszka. W pośpiechu pozbierałam z ziemi wszystkie pozostałości po naszym ekwipunku, i z myślą, że poskarżę się na to dyrektorskie krowisko tatusiowi, pobiegłam do braciszka.

 

 

*Bzitka kjowatłum. z jęz. dziecięcego:

                          brzydka krowa

 

 

 

***

 

 

    Dzisiaj, kiedy tylko spotkamy się z braciszkiem, wspominamy nasze dzieciństwo. A mamy co wspominać, i z czego się pośmiać. Ponieważ ja, jako najmłodsza z sióstr, matkowałam mu najbardziej i często spędzałam z nim czas. Ale z tej akurat historyjki z krową w tle, o dziwo, braciszek krowy nie pamięta. Pamięta za to, że mu „ała” w wodzie zrobiłam. Musiałam się zdrowo nagłówkować by skojarzyć sobie fakty i ustalić, co też to ja nawyrabiałam, że mojemu kochanemu braciszkowi ała zrobiłam... Biedulka! W końcu mi się przypomniało, że wcześniej, zanim wybrałam się z nim nad rzekę, przymierzałam zeszłoroczny strój kąpielowy. Chciałam sprawdzić, czy jeszcze nie jest za ciasny, wszak cycuszki przez rok urosły mi nieco. Okazało się, że staniczek był jednak już troszeczkę za mały, ale że strój bardzo mi się podobał, wciskałam się w niego na siłę... No i? No i jedno ramiączko od stanika się oderwało. Żeby nie tracić czasu, niewiele myśląc, przypięłam je agrafką. Pewnie stąd to „ała”. Musiało tak być, że kiedy chodziłam z braciszkiem po wodzie, nosząc go na rękach, agrafka się odpięła... Och, ta bzitka agjafka!

 

 

 

 

Komentarze do tego teksty znajdują się na stronie głównej. Jeśliby ktoś miał ochotę je poczytać, proszę kliknąć > tutaj.  

 

 



komentarze (3) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zdjęcia w galeriach.


piątek, 22 września 2017

Licznik odwiedzin:  812 308  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Halina Krüsch Czopowik

Facebook i Google

Wszystkie teksty oraz zdjęcia tutaj opublikowane są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie. (Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dn. 4.02.1994 r., nr 24, poz. 83). Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję, jak ktoś o nią prosi. 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tu także swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 812308
Wpisy
  • liczba: 738
  • komentarze: 10335
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 2982 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to