Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 896 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


ZANIM LATO ZWINIE SWE PODWOJE...

poniedziałek, 29 sierpnia 2011 10:10

 

 

 

Zanim lato

zwinie swe podwoje...

  

    Lato już dawno minęło półmetek i powili zaczyna przygotowywać się do odejścia. Trochę to smutne, ale cóż zrobić, taka jest kolej rzeczy na tym pięknym świecie. Pory roku następować po sobie muszą, czy sobie tego człek życzy, czy nie. Ale inne pory roku też są przecież piękne. To od nas samych zależy, czy piękno w nich znajdziemy. Jeśli odpowiednio naładujemy swoje akumulatory latem, o wiele łatwiej będzie nam piękno to znaleźć, i nawet najbardziej szare dni kolejnych pór roku - przeżyć pogodnie.  

    Każdy z nas ma swoje sposoby na ładowanie akumulatorów. Ja też mam. Jak najczęstszy kontakt z naturą. Bez względu na pogodę. Uwieczniam też piękno letniej przyrody, robiąc mnóstwo fotek. Kocham kwiaty, szczególnie dziko rosnące, polne, leśne. Są takie piękne. Naturalne. Zawsze świeże.

    Poniżej zamieszczam fotki niektórych z nich. Z pewnością będę do nich wracać, by później, zwłaszcza w szaroburych dniach jesieni, wspominać piękny letni czas oraz doładowywać swoje witalne akumulatory.

 

 

Kwiaty leśne

(Chcesz oglądnąć fotki w większym wymiarze  - klikaj w każdą z osobna)



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

    Będzie mi niezmiernie miło, jeśli moje kwiaty leśne spodobają się moim Czytelnikom i też będą do nich wracać - ku pokrzepieniu serc - w szarych dniach jesieni, wszak kwiatuszki te mają w sobie ogrom pozytywnej mocy.

 

 

 

 

******************************************

 

Impresja dnia

 


 

 

 

O, piękna Pani Jesień nadchodzi!

 


******************************************

 




komentarze (16) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Nowo dodany tekst: - "LEŚNE CZARY - WAKACYJNA OPOWIASTA MEX`A" - niby-bajka

czwartek, 25 sierpnia 2011 10:41

 

 

 

Nowo dodany tekst:

 

 

    „Leśne czary - Wakacyjna opowiastka Mex`a” - to niby-bajka, którą napisałam zainspirowana opowiadaniami mojego wnuczka, z którym spędzałam trzy tygodnie wakacji na wspólnych wędrówkach po górach i lasach. Opisałam w niej niektóre jego dziecięce wrażenia dotyczące miejsc które zobaczył oraz zilustrowałam je zdjęciami.

 

 

***

 

 

Leśne czary -

Wakacyjna opowiastka

Mex`a


 

 

 

       Obudziłem się dzisiaj rano w bardzo miłym nastroju. Otworzyłem najpierw jedno oko... ale zaraz i drugie, bo zobaczyłem, że słoneczko świeci już mocno i rzuca swymi cieplutkimi promyczkami na moje łóżeczko. Od razu sobie przypomniałem jaki ważny dzień jest dzisiaj. Pierwszy dzień wakacji. Ja bardzo lubię chodzić do przedszkola, ale wakacje też lubię, bo jak mam wakacje, mamusia już z samego rana wozi mnie do babci Halszki. A u babci to ja bardzo lubię być. U babci zawsze jest wesoło. Bawimy się razem, malujemy, śpiewamy, tańczymy, gramy w różne gry, niekiedy gramy też i w piłkę nożną w ogrodzie. A to moje przedostatnie wakacje w przedszkolu. Na drugi rok, ja Mex, będę miał już 6 latek i pójdę już do szkoły.

    Kiedy tak leżałem ucieszony, że po śniadanku będę już u babci, przypomniałem sobie, że miałem niezwykły sen. Śniło mi się, że byłem w lesie. Samiutki. Szedłem i szedłem w głąb lasu, zbierając do koszyczka pyszne poziomeczki, i nagle zobaczyłem dziwną chatkę. Przypominała mi chatkę Baby Jagi. Widziałem taką w książeczce o Jasiu i Małgosi, którą czytała mi kiedyś mama. Gdy zobaczyłem, że ktoś z tej chatki wychodzi, bardzo się wystraszyłem, ponieważ wydało mi się, że to zła Baba Jaga, ale zaraz przestałem się bać, bo ni stąd, ni zowąd, stanęła przy mnie moja babcia Halszka. Babcia wzięła mnie za rączkę i razem poszliśmy przez las, śpiewając jak te krasnoludki: - Hej ho, hej ho, do lasu by się szło...” Ucieszył mnie mój sen bardzo, bo od dawna marzyłem by pójść z babcią do lasu... czytaj dalej (<kliknij, jeśli masz ochotę przeczytać całość).

 

 


******************************************

 

 

Impresja dnia

 


 


 

 

Baby bywają różne...

ale każda ma coś z Baby Jagi 

 


******************************************

 




komentarze (6) | zaloguj się, aby dodać komentarz

LEŚNE CZARY - WAKACYJNA OPOWIASTKA MEX`A

czwartek, 25 sierpnia 2011 10:15

 

 

    „Leśne czary - Wakacyjna opowiastka Mex`a” - to niby-bajka, którą napisałam zainspirowana opowiadaniami mojego wnuczka, z którym spędzałam trzy tygodnie wakacji na wspólnych wędrówkach po górach i lasach. Opisałam w niej niektóre jego dziecięce wrażenia dotyczące miejsc które zobaczył oraz zilustrowałam je zdjęciami.

 


***

 

 

Leśne czary -

Wakacyjna opowiastka

Mex`a

 

 

 

       Obudziłem się dzisiaj rano w bardzo miłym nastroju. Otworzyłem najpierw jedno oko... ale zaraz i drugie, bo zobaczyłem, że słoneczko świeci już mocno i rzuca swymi cieplutkimi promyczkami na moje łóżeczko. Od razu sobie przypomniałem jaki ważny dzień jest dzisiaj. Pierwszy dzień wakacji. Ja bardzo lubię chodzić do przedszkola, ale wakacje też lubię, bo jak mam wakacje, mamusia już z samego rana wozi mnie do babci Halszki. A u babci to ja bardzo lubię być. U babci zawsze jest wesoło. Bawimy się razem, malujemy, śpiewamy, tańczymy, gramy w różne gry, niekiedy gramy też i w piłkę nożną w ogrodzie. A to moje przedostatnie wakacje w przedszkolu. Na drugi rok, ja Mex, będę miał już 6 latek i pójdę już do szkoły.

    Kiedy tak leżałem ucieszony, że po śniadanku będę już u babci, przypomniałem sobie, że miałem niezwykły sen. Śniło mi się, że byłem w lesie. Samiutki. Szedłem i szedłem w głąb lasu, zbierając do koszyczka pyszne poziomeczki, i nagle zobaczyłem dziwną chatkę. Przypominała mi chatkę Baby Jagi. Widziałem taką w książeczce o Jasiu i Małgosi, którą czytała mi kiedyś mama. Gdy zobaczyłem, że ktoś z tej chatki wychodzi, bardzo się wystraszyłem, ponieważ wydało mi się, że to zła Baba Jaga, ale zaraz przestałem się bać, bo ni stąd, ni zowąd, stanęła przy mnie moja babcia Halszka. Babcia wzięła mnie za rączkę i razem poszliśmy przez las, śpiewając jak te krasnoludki: - Hej ho, hej ho, do lasu by się szło...” Ucieszył mnie mój sen bardzo, bo od dawna marzyłem by pójść z babcią do lasu.

      Wesolutki wyskoczyłem z łóżeczka i pobiegłem najpierw do łazienki wymyć buzię i ząbki. Potem sam się ubrałem i z mamusią zjadłem śniadanko, a po śniadanku pojechaliśmy do babci. Babcia przywitała nas z uśmiechem i powiedziała:

    - Już kończę pakować drugie śniadanie do plecaka i zaraz mój kochany Mexiulinko wyjeżdżamy do lasu.

    - Huuurrraaa! - zawołałem uradowany i rzuciłem się babci na szyję. Potem podbiegłem do mamusi, dałem jej buzi i powiedziałem: - Jedź już mamusiu pracować.

    Bardzo się cieszyłem, że jedziemy do lasu, bo ja lubię z babcią chodzić po lesie. Tyle tam ciekawych rzeczy można zobaczyć i zrobić piękne zdjęcia. Babcia robi swoim aparatem, a ja swoim. Bo ja też mam już aparat fotograficzny. Dostałem go od babci. Pomachałem mamusi przez okno jak wsiadała do auta i grzecznie czekałem aż babcia będzie gotowa.

    Po chwili jechaliśmy już do lasu, śpiewając wkoło wymyśloną przez babcię piosneczkę:

 

Hen za miastem rośnie las,

I zaprasza dzieci was…

Pięknie wokół szumią drzewa,

A chór ptaków głośno śpiewa.

 

Chodźcie dzieci, chodźcie wraz,

Bo wakacji nadszedł czas!!!

 

Chodźcie dzieci, chodźcie wraz,

Zaczarowany las wzywa nas!

 

 

    Ze śpiewem na ustach podjechaliśmy pod wysoką górę, zostawiliśmy tam auto, i maleńką ścieżynką powędrowaliśmy do wieżyczki na skale, żeby nasze miasto zobaczyć z góry. 

 

 

 


    Pięknie wygląda nasze miasto z tak wysoka. Babcia mówi, że jest o wiele dłuższe niż szersze, bo leży w kotlinie. Lubię patrzeć na nasze miasto z góry. Wtedy czuję się tak, jakbym był ptaszkiem fruwającym ponad domami.

.


 

 

    Potem powspinaliśmy się trochę po skałach. Babcia uważała na mnie bym nie spadł, i żeby mi się nic nie stało, a ja uważałem na babcię.  

 

 

  


   Troszeczkę się zmęczyłem tym wspinaniem, bo wysoko było. Jednak tak bardzo mi się to wspinanie podobało, że nie umiałem przestać. Wreszcie babcia zawołała:

    - Widzisz tę chatkę tam daleko?! O, popatrz... - wskazała palcem. - Pójdziemy tam i zjemy sobie drugie śniadanko. Trochę też odpoczniemy. Dobrze?

    - Dobrze, babciu! Jestem już bardzo głodny - odpowiedziałem i zszedłem ze skał na dróżkę.

 

 

 

    Kiedy szliśmy dróżką leśną w stronę chatki, usłyszałem dochodzące z polany ćwierkanie koników polnych. Pobiegłem tam by zrobić im zdjęcie.

 


    Szukałem i szukałem, i nie zobaczyłem ani jednego. Chyba się mnie wystraszyły i schowały się w trawie. Trudno, może innym razem się uda - pomyślałem sobie, wracając do babci na dróżkę. I kiedy tak szedłem obok babci, w oddali zobaczyłem coś dziwnego. Szybko pobiegłem w tamto miejsce, i gdy byłem już niedaleko, tak bardzo się zdziwiłem widokiem tego czegoś, że buzia sama mi się rozdziawiła.

    - Babciu, babciu, co to jest?! - spytałem głośno po chwili zastanowienia.

    - No jak to co?! - wołała babcia w odpowiedzi. - Budowla, panie Mexiński... Budowla!

    - A co to jest budowla? - pytałem dalej, bo nic z tej budowli nie rozumiałem.

    - To jest to, co człowiek swoimi rękoma zbuduje. A tu widać wyraźnie rękę człowieka. Same kamienie by się tak nie poukładały - zaśmiała się babcia. - Pewnie królowa-mrówka zamieszkała tam wraz ze swoimi mrówkami-pracownicami. Nie będziemy im przeszkadzać. Z daleka tylko popatrzmy.

 

 

 

    Zaciekawiła mnie ta budowla bardzo. Usiadłem sobie więc na dróżce naprzeciw niej i zastanawiałem się jak to też ta ręka człowieka budowlę tę wzniosła.

 

 

 

 

 

    Przyglądałem się każdemu kamieniowi i budowla ta coraz bardziej mi się podobała. Z rozmyślań wyrwała mnie babcia, wołając:

    - O, popatrz Mexiu, chatka tuż-tuż! Chodźmy szybciej. Czas na drugie śniadanko!

 

 

 

 

 

    Popatrzyłem w kierunku tej chatki i zaczęło mi się wydawać, że tak jakbym ją już gdzieś widział. Pewnie w jakiejś bajce - pomyślałem, i zaraz też poczułem się jak w bajce, i coraz to bardziej bajeczne obrazki zacząłem dookoła widzieć. Jak w książeczkach. Takie niby normalne, a jednak inne... bajkowe.

 

 

 

 

 

    Drzewa stały się nagle takie ogromne, rozgałęzione. Gałęziami dotykały ziemi. Można było po nich wejść jak po drabinie na sam szczyt drzewa. Babcia razem ze mną podziwiała te bajeczne drzewa. Na chwileczkę pod jednym z nich usiedliśmy i wtedy babcia powiedziała mi wierszyk o bajkowej mocy drzew:

 

...Drzewa dzieciom piękne bajki opowiadają,

Pochowane je między gałązkami mają...

Zbierały bajeczki przez wiele, wiele lat,

A układał je na drzewach malutki skrzat.

 

Wystarczy byś się pod drzewem położył,

Złączone rączki pod głowę podłożył,

Zamknął oczy i się wsłuchał,

A drzewo ci będzie szumieć do ucha:

 

I ty mój drogi, wyobraźni oczami,

Żył będziesz w bajce z innymi postaciami.

A będą w niej dobrzy i źli ludzie…

Będziesz tam walczył w znoju i wielkim trudzie-

Ze złem całego świata i ohydnym potworem.

I zawsze zwyciężysz… i to z honorem!

Upojony zwycięstwem uwierzysz w siebie,

I w dobrych ludzi na Ziemi... nie tylko w Niebie.

Zło będziesz zawsze dobrem zwyciężał,

Bo pojmiesz dobro, i w nim będziesz tężał.

 

Niebiańskie uczucia… Prawda?

A takie uczucia - szum drzew ci da.

Chcesz więcej? - Pozostań w lesie…

Aż mały skrzat kolejną bajkę przyniesie.

 

 

    Od razu chciałem się położyć pod drzewem, aby posłuchać jakiejś bajeczki przez drzewo wyszumianej, ale babcia powiedziała, że nie teraz, że teraz, to my musimy do chatki w końcu dotrzeć by się tam posilić i odpocząć. I kiedy już wstaliśmy spod drzewa, i otrzepaliśmy ze ściółki leśnej nasze spodnie, babcia powiedziała:

 

Gdy przychodzi czas by do rzeczywistości powrócić,

Wstań i obejmij drzewo - zanim do domu wrócisz.

Poczujesz w sobie błogie ukojenie i anielski spokój,

Twe smutki pójdą precz, a w duszy zapanuje pokój.

 

 

    Zrozumiałem od razu o czym babcia powiedziała i rączkami objąłem pień drzewa. Babcia zaśmiała się, a ja zawołałem:

    - Ale jestem spokojny! Tak spokojny, że jeszcze bardziej głodny - i też zacząłem się śmiać, bo babcia śmiała się już w głos.

    Roześmiani, poszliśmy dalej. A po drodze, pięknie, zielono, bajecznie. I im bliżej chatki, tym piękniej i bajeczniej.

    - Babciu, zobacz jak tu ślicznie dookoła - wyszeptałem, nie mogąc oczek oderwać od pięknej zieleni leśnych widoczków.

    - Jak w bajce, prawda? - szeptem też powiedziała babcia.

 

 

 

 

    Wszystkie roślinki zaczęły mi się wydawać jeszcze piękniejsze. Nawet zwykła trawa wyglądała jak w moich bajeczkach. Zacząłem rozglądać się już nawet, czy jakiegoś leśnego ludka krasnoludka gdzieś nie zobaczę. Kręciłem główką we wszystkie strony. I nagle...

 

 

 

 

    - Ojej, babciu, a to co?! - zawołałem bardzo głośno, bo wystraszyłem się, myśląc, że to jakiś potwór z trawy się wyłania.

 

 

 

 

    - To nic strasznego! - zaśmiała się babcia. - Daj rączkę, podejdziemy blisko byś mógł zobaczyć co to jest.

    - To żaden potwór... hurrraaa! - zawołałem ucieszony, kiedy upewniłem się, że to co widzę, potworem nie jest, ani nawet groźnym wężem.

    Coraz bardziej czułem się jak w bajce, jak w zaczarowanym lesie. Wszystko dookoła wydawało mi się inne, piękniejsze, jak zaczarowane.

    Szliśmy dróżką leśną, a ja widziałem jak drzewa migotają iskierkami. Nawet te iskierki słyszałem. Takie cichutkie dzyń-dzyń-dzyń, jakby dźwięk dzwoneczków.

 

 

 

 

 

    - Zbliżamy się już do chatki - powiedziała nagle babcia, przerywając mi wsłuchiwanie się w dzyń-dzyń-dzyń iskierek.

    - Popatrz babciu, powalone drzewo, a też tak pięknie migocze iskierkami - zawołałem, wskazując paluszkiem na to cudo.

 

 

 

 

    - Iskrzący pień, a za iskrzącym pniem, iskrząca chatka - zaśmiała się babcia.

    - Gdzie, gdzie babciu? Pokaż! - zaciekawiłem się bardzo.

 

 

 

 

    Kiedy babcia pokazała mi chatkę wśród drzew, nie zauważyłem by iskrzyła, ale znów zacząłem się zastanawiać gdzie ja ją widziałem. Jednak nie umiałem sobie przypomnieć gdzie. Poczułem się trochę niepewnie. Nie wiem czemu. Na wszelki wypadek chwyciłem babcię za rękę. Weszliśmy razem na ganek chatki, a potem babcia otworzyła skrzypiące drzwi, i weszliśmy do środka.

 

 

 

 

    - Ojejku, babciu, pajęczyna! Tu są pająki jak u Baby Jagi! - krzyknąłem wystraszony i uciekłem z chatki, bo nagle przypomniał mi się mój sen.

    Jak znalazłem się już za chatką, coś kazało mi się oglądnąć za siebie. Oglądnąłem się więc, ale tylko ledziutko, i wtedy kątem oka kogoś na ganku chatki zobaczyłem.

    - Ojej, babciu, Baba Jaga! Uciekajmy! - krzyknąłem bardzo już przestraszony.

 

 

 

 

     Chciałem jeszcze szybciej uciekać, ale kiedy oglądnąłem się raz jeszcze by zobaczyć czy babcia też ucieka, wtedy ta Baba Jaga wydała mi się podobna do babci.

    - Zaraz, przecież to jest moja babcia! - krzyknąłem jeszcze głośniej, kiedy usłyszałem babci głos i zobaczyłem, że macha do mnie ręką.

    - Mexiulinka, wracaj! A ty gdzie uciekasz?! - wołała babcia. - Chyba nie wziąłeś mnie za Babę Jagę, co?!

    - Babciu, jak to dobrze, że to ty! - zawołałem uradowany i zacząłem się śmiać, bo znów przypomniał mi się mój sen, ale tym razem dokładnie.

    Śmiałem się i śmiałem, i nie mogłem przestać, nawet wtedy, kiedy robiłem babci zdjęcie.

    Roześmiany wróciłem do babci na ganek chatki i zjedliśmy tam drugie śniadanko. Po jedzeniu chwilę sobie posiedzieliśmy na ławeczce i babcia opowiadała mi dużo i ciekawie o swoich leśnych przygodach, powiedziała mi też wierszyk o lesie:

 

Las to cudowna ostoja przyrody…

Zieleń, orzeźwiająca woń, ptaszków trele,

Cichutki szum źródlanej wody,

Spokoju oaza, ukojenia w nim wiele.

 

W lesie najpiękniej o brzasku…

Kiedy mgłą osnute jeszcze,

Kiedy słońce nabiera dopiero blasku,

Kiedy na wpół uśpione jeszcze.

 

 

    Bardzo mi się spodobał wierszyk babci, tylko nie bardzo rozumiałem, co to jest brzask, zastanawiałem się chwilę nad tym słowem, ale w końcu, kiedy ruszyliśmy już w dalszą drogę, spytałem:

    - Babciu, a co to znaczy o brzasku?

    - O brzasku, to znaczy, o wczesnej porze, tuż przed wschodem słońca. Na niebie słońca jeszcze wtedy nie widać, ale widać już jego blask - odpowiedziała babcia.

    - A weźmiesz mnie kiedyś do lasu o brzasku? - spytałem z nadzieją, bo bardzo zaciekawiła mnie ta brzaskowa pora.

    - Wezmę, obiecuję - zaśmiała się babcia.

    Ucieszyłem się bardzo, bo wiedziałem, że babcia zawsze dotrzymuje słowa. Od razu też przypomniały mi się babci słowa, które ona często powtarza: „To, co obiecane, musi być dotrzymane.”

    Szczęśliwy, że kiedyś zobaczę słoneczko jak wschodzi, popatrzyłem na niebo. Słoneczka na niebie jednak nie znalazłem. Znikło nagle za chmurami. Zanosiło się na deszcz, ale i tak pięknie było w lesie. Babcia powiedziała, że deszcz nam nic nie zrobi, że w lesie tylko burzy trzeba się bać. Ale ja się nie bałem, bo babcia powiedziała, że z takich chmur burzy nie będzie.

    Wędrując dalej, zobaczyłem pszczółkę fruwającą z kwiatka na kwiatek. Bardzo mnie zaciekawiła. Koniecznie chciałem zobaczyć jak ona zbiera miód z kwiatuszków. Bo miód, to ja bardzo lubię. I w herbatce, i na chlebku.

 

 

 

 

 

    Kiedy tak pochylony nad kwiatuszkiem przyglądałem się pracy pszczółki, babcia podeszła do mnie i wytłumaczyła mi, że pszczółki z kwiatów nie zbierają jednak miodu, a tylko nektar i pyłek, i dopiero później, w ulu, wytwarzają miód. Opowiedziała mi też, jak one noszą do ula ten nektar i pyłek. Mówiła, że nektar wysysają z kwiatków długim języczkiem, a potem w brzuszku zanoszą go do swojego domku. Pyłek zaś przenoszą na jednej z trzech par nóżek, na których mają takie specjalne poduszeczki, do których ten pyłek się przykleja. Ale to ciekawe - pomyślałem i jeszcze mocniej wpatrywałem się w pszczółkę. Chciałem zobaczyć jak ona to wszystko robi. Niestety, nie udało mi się zobaczyć, bo pszczółka nagle odfrunęła... i tyle ją widziałem.

     No to poszliśmy dalej, ale zeszliśmy już z dróżki leśnej i szliśmy wąskimi ścieżynkami w głąb lasu. Znaleźliśmy tam dużo malinek na krzaczkach. Babcia zrywała je i wsypywała mi do rączki. Ale zrywała tylko te wysoko rosnące, bo mówiła, że rosnące przy samej ziemi mogą być zanieczyszczone przez zwierzątka, więc by się nie rozchorować, bez mycia lepiej takich nie jeść. Bardzo mi smakowały te czerwoniutkie malinki.

    Kiedy tak wędrowaliśmy wąskimi ścieżynkami, zaczął padać gęsty deszcz. Schroniliśmy się na chwilkę w chatce leśników, którą babcia wypatrzyła w głębi lasu. Nie, nie bałem się tej chatki. Już nie. Z babcią czułem się bezpieczny.

 

 

 

 

 

    Deszcz stukał po dachu chatki, a my spokojnie wyjadaliśmy owoce z plecaka i piliśmy herbatkę miętową z cytryną... i z miodkiem oczywiście.

 

 

  

 

 

    Deszcz padał i padał, ale już nie taki gęsty. Babcia wyciągnęła z plecaka swoja kurtkę przeciwdeszczową i mnie w nią ubrała. Wyglądałem w niej chyba śmiesznie, bo babcia głośno się śmiała. Ale co tam, ważne, że nie zmoknę.

    - Czas do domu! - zawołała babcia. - Czas na obiad.

    Ruszyliśmy więc w stronę parkingu, gdzie czekało na nas babci auto.

    - I raz, i dwa, i raz, i dwa, i raz, i dwa, i trzy, i cztery, lewa, lewa, lewa...! - ze śpiewem na ustach maszerowaliśmy równym krokiem.

 

 

 

 

    Kiedy dotarliśmy na parking, to nawet nie chciało mi się zastanawiać na tym, że przyszliśmy tam zupełnie z innej strony. Jak najszybciej chciałem usiąść już w aucie i jechać do domu. Tak zgłodniałem.

    - Babciu, a co będzie na obiadek? - spytałem, siedząc już w swoim wygodnym foteliku.

    Bardzo lubię jeść. Babcia mówi, że ze mnie to taki mały głodomorek. Nie bardzo wiem co to znaczy, ale myślę, że chyba nic złego, bo kiedy babcia tak do mnie mówi, to zawsze się uśmiecha.

    Wracając już autkiem do domu, opowiadałem babci o swoich wrażeniach z wędrówki po lesie. Opowiadałem jej jeszcze i przy obiadku i po. Bardzo mi się podobało. Bardzo, bardzo... a nawet bardzuchno, jak to babcia mówi. Powiedziałem jej też, że mam takie jedno wielkie marzenie, że chciałbym, jak dorosnę, zostać takim panem co bajki dla dzieci pisze. Babcia tak bardzo się ucieszyła z mojego marzenia, że mnie wycałowała z każdej strony, po czym wzięła mnie za rączkę i poszliśmy razem na strych. Na strychu rozpakowała jeden duży karton i wyciągnęła z niego swoją starą maszynę do pisania i... mi ją podarowała.

    - Babciu, ale jesteś kochana! - zawołałem uradowany i szczęśliwy jak nie wiem co. Rzuciłem się babci na szyję, i całując ją po policzkach, powiedziałem: - Jeszcze nie jestem dorosły, a moje marzenie już się zaczyna spełniać.

 

 

 

 

 

Przyszły bajkopisarz, Mex, Mexiulina, Mexiński

pozdrawia wszystkie Dzieci z Polski!

 

 



komentarze (7) | zaloguj się, aby dodać komentarz

JAK DOBRZE MIEĆ SĄSIADA...

sobota, 20 sierpnia 2011 17:17

 

 

 

Jak dobrze mieć

sąsiada...

 

 

    Czy w dzisiejszych czasach nadal możemy mówić o dobrych stosunkach między sąsiadami? Śmiem wątpić. Myślę, że jest coraz gorzej. Sądzę tak po opowieściach moich znajomych z Polski i z tego co sama widzę, będąc w Polsce. Bardzo to smutne. Ludzie żyją zamknięci w swoich mieszkaniach i nawet nie wiedzą kto mieszka obok nich, nad nimi, czy pod nimi. Po prostu sąsiedzi ich nie interesują. Chyba tylko wtedy, kiedy trzeba się z nimi o coś pokłócić. Kiedyś było inaczej, ludzie byli ze sobą bardziej zżyci, a kontakty sąsiedzkie kwitły na dobre. Zawsze można było liczyć na pomoc sąsiedzką. Teraz ludzie widzą tylko czubek własnego nosa, i nic ponadto.

    W Niemczech ludzi cechuje powściągliwość i chłód w kontaktach sąsiedzkich, to wiedziałam od początku, od kiedy tu zamieszkałam, ale że i Polacy staną się tak oziębli i bezduszni w relacjach sąsiedzkich, nie spodziewałam się. Pierwsze zetknięcie z takim stanem rzeczy przeżyłam, kiedy po raz pierwszy przyjechałam do Polski do swojego domu na początku lat 90-tych... Ba, przeżyłam szok, bo doszło do tego, że niemalże na przywitanie zostałam okradziona. Przenosiłam akurat z Córką bagaże ze swojego auta do klatki schodowej, aby potem zanieść je do naszego mieszkania na 3 piętrze, kiedy w międzyczasie, sąsiad z parteru buchnął mi dużą torbę z prezentami dla mojej rodzinki. Poleciał z nią do piwnicy. Widziałam to przez okienko klatki. Pobiegłam za nim, ale niestety rozpłynął się w piwnicznych zakamarkach. Przy okazji zaglądnęłam do swojej piwnicy. No i mało mnie tam szlag nie trafił. Moja piwnica była na oścież otwarta, drzwi wyrwane z zawiasami stały obok, a w środku pusto... Chociaż nie, pusto nie było, bo było tam pełno różnych śmieci i rupieci. Sąsiedzi urządzili sobie w mojej piwnicy śmietnik. Oprócz różnych śmieci, były tam poharatane meble, zepsute telewizory, a nawet potłuczone muszle klozetowe.

    Długo nie mogłam dojść do siebie po moim pierwszym - zaledwie po 3 latach - „kontakcie” z sąsiadami. A przecież wcześniej było tak wspaniale w moim bloku. Sąsiedzi zawsze sobie pomagali, a na balkonach, czy też podwórku, życie towarzyskie wręcz kwitło.

    Dlaczego wzięło mnie na takie nieprzyjemne, smutne wspomnienia? Pewnie dlatego, że temat stosunków sąsiedzkich musiałam znów przerabiać. Niestety, też z bardzo niemiłymi odczuciami. Przy okazji tego „przerabiania tematu”, jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że właściwe stosunki sąsiedzkie, to rzecz nieodzowna i nieoceniona. O ile łatwiej by się nam żyło, ba, nawet umierało, gdyby były one właściwe... ludzkie.

 

    W moim sąsiedztwie, vis-à-vis mojego domu, stoi sześciorodzinny dom. Parę lat temu, na poddaszu tegoż domu, zamieszkał samotny, starszy pan. Widać było po nim, że jest schorowany, a przy tym: palący i trunkowy. Przez kuchenne okno często go widziałam, jak siedząc w oknie, palił papierosy. Niekiedy pozdrawialiśmy się machając do siebie ręką. Na ulicy zaś zamienialiśmy ze sobą parę zdawkowych zdań. Był bardzo miły, ale wyczuwałam, że nie bardzo chciał rozmawiać. Czuł się skrępowany. Wsiadał do swojego auta i odjeżdżał. Jednak czasami ktoś go odwiedzał. Jakaś młoda kobieta, pewnie córka. Razem siedzieli w oknie i palili.

   W minioną środę, kiedy późnym wieczorem wróciłam do domu, odniosłam nagle nieodparte wrażenie, że coś jest nie tak. Coś mi nie pasowało. Na początku nie bardzo mogłam odgadnąć co, ale kiedy weszłam do kuchni, coś mi kazało popatrzeć do okna starszego pana... i wtedy mnie natchnęło. Zaczęłam sobie przypominać i kojarzyć fakty, że od 2 dni nie widziałam go w oknie, że jego okna są zamknięte mimo upału na dworze, a światło w jego pokoju widziałam stale świecące się już przynajmniej 2 noce wstecz. Wydawało mi się nawet, że i jego auto pod domem widziałam. Wystraszyłam się swoich myśli. Nie wytrzymałam i pobiegłam sprawdzić, czy aby na pewno jego auto stoi pod domem. Stało. Przy okazji obejrzałam sobie wszystkie jego okna dookoła. Wszystkie były zamknięte. Była już godz. 23-cia, nie wiedziałam co mam zrobić. W Internecie poszukałam numeru pobliskiego komisariatu policji, parę razy trzymałam już słuchawkę w ręce, chcąc zameldować o moich obawach, ale w końcu dałam sobie spokój, bo pomyślałam, że w nocy i tak nie będą sprawdzać. Nazajutrz, z samego rana, pobiegłam jeszcze raz pod dom starszego pana, by sprawdzić jak się w ogóle nazywa, bo co powiem policji. Przy okazji dość długo naciskałam dzwonek do jego mieszkania. I nic, cisza. W końcu zadzwoniłam do jego sąsiadów z parteru. Wyszła sąsiadka i powiedziała, że nic o nim nie wie, że czasami widzi go jak schodzi na dół po pocztę do skrzynki pocztowej. Zaglądnęłyśmy do jego skrzynki, była pełna. Powiedziałam, że lecę dzwonić na policję. A ona na to, że lepiej nie, żeby poczekać, że może jeszcze to, albo tamto. Nie słuchałam jej, wpadłam do siebie i od razu zadzwoniłam na policję. Policjant spisał oczywiście najpierw moje dane, a potem przyjął zgłoszenie... i podziękował. Jakoś dziwnie nie miałam żadnej obawy, że się wygłupiłam, albo ośmieszyłam z tym zgłoszeniem. Nie minęło 15 min. a radiowóz policyjny zajechał pod sąsiedni dom. Po chwili wszystko było już jasne. Starszy pan nie żył... i to już ok. tygodnia. Wtedy dopiero ruch się zrobił wśród mieszkańców tego domu. Wszyscy latali z wyrazem totalnego obrzydzenia na twarzy i nosami przysłoniętymi rękami. Wtedy dopiero pewnie pluli sobie w brodę, że się tak kolokwialnie wyrażę, że nie utrzymywali z nim kontaktu, przez co, tyle dni, a zwłaszcza nocy, przyszło im „obcować” z rozkładającymi się zwłokami. 

    Smutno mi było, że nie udało mi się uratować starszego pana przed śmiercią, ale policjanci, którzy po chwili zjawili się u mnie w domu (chcieli raz jeszcze spisać moje dane i dowiedzieć jak doszło do tego, że nabrałam podejrzeć, co do sytuacji starszego pana), powiedzieli, że on z pewnością jest mi wdzięczny, że uratowałam jego zwłoki przez dalszym rozkładem. Bo jak stwierdził policyjny lekarz, w tym upale, na poddaszu, rozkład postępował w zastraszającym tempie. No to z kolei byłam zła na siebie, że mnie jednak szybciej nie natchnęło, i że szybciej na policję nie zadzwoniłam.

 

    Po tym wszystkim, przez mojego sąsiada (z domu po przeciwnej stronie ulicy), co to wszystko niby wie i wszystkimi się interesuje (sic!), zostałam nazwana: „der Straßenschutzengel”, co w dosłownym tłumaczeniu na jęz. polski znaczy, ni mniej, ni więcej (hihihi!): „uliczny anioł stróż”. Wyliczał mi też na palcach ilu to ja już osobom na naszej ulicy pomogłam, wyciągając ich z różnych opresji. Były to dzieci, były i starsze osoby. Zwłaszcza trunkowe. Fakt, jakoś dziwnie mam szczęście do trunkowych... A może to oni do mnie?

    Wreszcie uśmiałam się, bo sąsiad, wskazując na okno zmarłego starszego pana, z odpowiednim komentarzem, wmawiał mi, że kiedy firma pogrzebowa zabrała jego zwłoki, na szybie pojawiły się kontury ludzkiej twarzy z wyraźnie zaznaczonym uśmiechem. Brzmi to niewiarygodnie, przesądnie, wręcz śmiesznie... Ale to prawda. Serio! Sama się o tym przekonałam, kiedy już na spokojnie popatrzyłam przez okno swojej kuchni na okno zmarłego starszego pana. I choć ja tam w takie rzeczy nie wierzę, to jednak, nie powiem, miło mi się zrobiło na sercu... jakże mocno skołatanym jego tragiczną śmiercią wśród bezdusznych sąsiadów.

 

 

 

 

******************************************

 

 

Impresja dnia

 


 

 


Potulność

nie zawsze oznacza

głupotę

 

 


******************************************

 




komentarze (31) | zaloguj się, aby dodać komentarz

URODZENI W CZWARTEK SĄ PRACOWICI

poniedziałek, 15 sierpnia 2011 11:18

 

 

 

Urodzeni w czwartek

są pracowici

 

 

 

    Pamiętam, że już w dzieciństwie takie określenie często słyszałam. Coś w tym jest. Tak myślę, bo moje dzieci są właśnie w czwartek urodzone, i pracowite są bardzo. Tzn., żeby nie było wątpliwości, ja je oboje w czwartki rodziłam.

    W ostatnią sobotę chciałam moim dzieciom zrobić niespodziankę i z rana nagotowałam duży garnek grochówki. Podzieliłam ją potem na dwa mniejsze garnki i ruszyłam najpierw do Syna (mieszka jakieś 200 m ode mnie), i proszę bardzo w jakiej „pracowitej” sytuacji go zastałam:


 

 

Syn nie spodziewając się mnie, na widok błysku flesza mojego aparatu, aż się wzdrygnął

 

 

    Zadowolona z pracy Syna, ruszyłam do Córki. A i ją zastałam w podobnej sytuacji. Proszę bardzo:

 

 

 

Córka nie inaczej, także się mnie nie spodziewała i także się wzdrygnęła na widok błysku flesza

 

 

 

    Mój Syn ma zdolności techniczne. Wszystko umie zamontować, zainstalować, naprawić. Sprzęt gospodarstwa domowego to dla niego pestka, także elektroniczny. Sam buduje komputery. Całej rodzince i znajomym naprawia auta. Naprawia także motory i rowery. I choć budowlanki nigdy się nie uczył, od podstaw wyremontował swój 3-piętrowy dom. Z zewnątrz ocieplił, otynkował, założył nowy dach z panelami słonecznymi, wewnątrz wyburzył ściany działowe, wybudował nowe, także nową ogromną łazienkę wybudował i wykafelkował, kuchnię nie inaczej, położył w pokojach parkiet, wybudował balkon i taras, a także nowy garaż. Zostało mu jeszcze tylko trzecie piętro do skończenia. Jest właśnie w trakcie budowy. Zdolne to moje Synczysko jak nie wiem co! Pamiętam, że jako dziecko, jeszcze w Polsce, przez swoich kolegów nazywany był: „Pomysłowym Dobromirem”. Już wtedy, jako 10-latek, o wiele lat starszym kolegom i ich rodzicom naprawiał rowery i motorowery (mopedy). W domu też wiele rzeczy potrafił mi naprawić. Nie zapomnę nigdy, jak raz, kiedy wróciłam z zakupów, zademonstrował mi dopiero co zrobiony przez siebie wentylator. Zrobił go mojej zepsutej sokowirówki. Miał wtedy 6-lat.

    Córka zaś maluje piękne obrazy, rysuje, czasami rzeźbi, zajmuje się grafiką komputerową i fotografią artystyczną. Niekiedy, jak ją uproszę, robi ilustracje do moich bajek. Robi też wspaniałe origami, restauruje stare meble, sama aranżuje i pielęgnuje swój ogromny ogród. A jak ją fantazja poniesie, to i ściany w domu artystycznie wymaluje.

    Ja z kolei w niedzielę urodzona jestem i takowych talentów niestety nie posiadam. Choć pracusiem też jestem... ale inaczej. W ogóle to ja jestem taki manualny antytalent. Hihihi...! z manualnych rzeczy najlepiej mi wychodzi... sprzątanie. Jak posprzątam, to mucha nie siada. Żadnego pyłku w żadnym kącie nikt nie uświadczy. Może nawet w białych rękawiczkach sprawdzać. Aaaa... jeszcze cosik trochę z kulinarnych zdolności mam. Dobre zupy umiem gotować. Moja starsza Wnuczka mówi nawet, że najlepsze na świecie. Ona wręcz przepada za moimi zupami. Moje niemiecko-francuskie drugie-dzieci (Synowa i Zięć) też bardzo lubią moje polskie zupy. Wszystkie. A najbardziej ogórkową, grochową i krupnik.

 

 

A oto jeszcze kilka fotek mojego

pracowitego Syna

 

  

Syn pracuje w okularach, ale nie są to jakieś tam szpanerskie okulary, to specjalne okulary chroniące oczy przed szkodliwym promieniowaniem laserowym

 

 

 

 

 

To właśnie to urządzenie laserowe (coś w rodzaju poziomicy) służące do wyznaczania poziomych i pionowych linii na ścianach, podłodze, suficie, a także do rzutowania punktów, jak i wyznaczania punktów na płaszczyźnie

 

 

 

 

 

Proszę bardzo, jak promienie lasera pięknie Synowi

wyznaczyły linię na nową ścianę działową

 

 

 

 

 

- No to do dzieła Syn! - zawołałam na odchodnym.

 

 


 

- Sie wie, matka! - odpowiedział Syn, i kiedy spuszczałam się już po schodach w dół, głośno zawołał: - A na drugi tydzień dużą brytfankę gołąbków proszę!

 


 

I jeszcze fotki mojej

pracowitej Córki

 

 

  

Córka też dba o zdrowie i w masce ochronnej szlifuje te starocie... o pardon!... antyki

 

 

 

 

 

- Jeszcze go tylko pomalować i będzie wyglądał jak za czasów swojej świetności - chwali się Córka, demonstrując mi restaurowany przez siebie dębowy antyk.

- O tak, z pewnością... i długie lata będzie jeszcze służył - potwierdzam ochoczo, podziwiając jej dzieło z każdej strony, jakbym się co najmniej na pracy takowej znała.

Mówiłam, że manualny antytalent ze mnie... No ale na pięknie to ja się znam, że ho, ho! I lubię je podziwiać, zwłaszcza w trakcie jego powstawania.

 

 

 

 

 

 

******************************************

 

Impresja dnia

 

 

 

 

 

A kuku lato!

Jesteś, a jakoby cię nie było.

 A jak cię nie ma, to i tak jesteś... w naszych sercach.

 

 

 

******************************************

 




komentarze (24) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  813 724  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Halina Krüsch Czopowik

Facebook i Google

Wszystkie teksty oraz zdjęcia tutaj opublikowane są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie. (Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dn. 4.02.1994 r., nr 24, poz. 83). Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję, jak ktoś o nią prosi. 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tu także swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 813724
Wpisy
  • liczba: 738
  • komentarze: 10335
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 2983 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to