Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 255 059 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


TRĄBA POWIETRZNA

niedziela, 29 sierpnia 2010 18:20


Trąba

powietrzna

 

 


 

  Czegoś takiego jeszcze nie przeżyłam. O zgrozo, byłam naocznym świadkiem trąby powietrznej. Pierwszy raz w życiu... Ha, i nawet o tym nie wiedziałam.

  Była noc (z 26 na 27.VIII.), 2-ga godzina, śpię ja sobie twardo i smacznie przy otwartym oknie (jak zwykle), aż tu nagle, jak coś nie łomotnie...! Zerwałam się z łóżka na równe nogi, i własnym oczom nie wierzę. Za oknem biała kipiel i potworny łoskot. Przerażona, momentalnie zamknęłam okno. Zrobiło się nieco ciszej, ale słyszę, że z pokoju stołowego nadal taki sam hałas dobiega. Z impetem rzuciłam się do drzwi od przedpokoju... i mało sobie łba nie rozbiłam. Konsternacja. Delikatnie mówiąc. Drzwi okazały się być zamknięte. A przecież ja zawsze zostawiam je uchylone. Szybkością błyskawicy  przeleciała mi po głowie myśl, że to pewnie jakiś dziwny przeciąg mi te drzwi zatrzasnął. Dziwny, no bo ja nigdy nie zostawiam otwartych okien w pomieszczeniach przeciwległych do sypialni, a jedynie równoległych. Nie lubię przeciągów. Pomyślałam jeszcze, że to pewnie łomot zatrzaskiwanych drzwi mnie obudził, po czym  nerwowym ruchem otworzyłam drzwi. Przeleciałam jak wicher przez przedpokój, i wpadłam do pokoju stołowego. Światła ze strachu nigdzie nie zapalałam. A tam po ćmaku widzę, że na skórzanej sofie, przylegającej do okna, jest pełno wody i liści. Zdezorientowana, zamknęłam okno i popędziłam z powrotem do sypialni. Patrzę, i patrzę, i nie wierzę własnym oczom... no to pędem skoczyłam do pokoju roboczego po okulary... O matko moja, kołdra też mokra i też na niej pełno liści. Zszokowana, stanęłam przy oknie, i rozbieganymi oczami obserwowałam co się dzieje na zewnątrz. Widok był okropny. Oprócz białej, wodnej kipieli, nic nie było widać. Jakiś potworny wir kręcił tą kipielą i walił strumieniem wody w szyby. Strumieniem, bo tego już nie można było nazwać deszczem. A przy tym straszliwe wycie, jakby z czeluści piekielnych się wydobywający. Nie wiedziałam co to w ogóle jest! Byłam przerażona. Potwornie bałam się o moje Dzieci i Wnuczęta. Już się zastanawiałam, czy nie zadzwonić do nich... Aż tu nagle, wszystko ustało. W ułamku sekund. Owszem, deszcz lał jeszcze i nawet pioruny waliły, ale to była już taka sobie normalna burza. Uspokoiłam się. Otworzyłam okno i zaglądnęłam na dwór. Zobaczyłam palące się światła w oknach sąsiedzkich domów. Pewnie sąsiedzi, tak jak i ja, wyrwani zostali z łóżka i z przerażeniem obserwowali to 2,  może 3 minutowe zjawisko. Postałam w oknie jeszcze chwilkę, i kiedy stwierdziłam, że i burza się już oddala, zaświeciłam światło. Na szybko doprowadziłam do porządku sofę, potem wytrzepałam przez okno kołdrę, i na powrót położyłam się spać. Pragnęłam by jak najszybciej był ranek, abym mogła zadzwonić do Dzieci.

  Usnęłam od razu, bo ze spaniem, to ja nigdy nie mam problemów. Kiedy się rano obudziłam, natychmiast pobiegłam do telefonu i zadzwoniłam najpierw do Córki. Córka była bardzo zaskoczona, gdy jej opowiedziałam mój nocny horror.

  - Coś ty, mamuś, u nas nic się działo. Może ci się to śniło?

  Nie powiem, ucieszyło mnie to... no, to pierwsze zdanie Córki. Drugie mniej. Chwilę jeszcze pogadałyśmy, i kiedy skończyłyśmy, natychmiast zadzwoniłam do Syna. Synowi opowiedziałam to samo, a Syn na to:

  - Coś ty, mamuś, u nas nic się działo. Może ci się to śniło?

    Też mnie to bardzo ucieszyło, że u Syna wszystko w porządku... Ale, ale do czorta kudłatego, przecież nie mogło mi się to śnić!

  - Co jest grane? - pomyślałam. - A może ze mną coś nie tak?!

  Kiedy skończyłam rozmawiać z Synem, byłam już zupełnie spokojna. Najważniejsze, że u nich wszystko dobrze. Po chwili jednak zaczęły mnie męczyć wątpliwości... No bo jak to tak, przecież Syn mieszka ode mnie 200m w dół, a Córka jakieś 800m dalej, i u nich nic, a u mnie... licho wie co? Włączyłam radio... No i wtedy dowiedziałam się, że nic mi się nie śniło, i że ze mną wszystko tak. Ku mojej radości... to drugie oczywiście mam na myśli. Co się okazało? Otóż okazało się, że nad naszym miastem szalała w nocy trąba powietrzna, która miała średnicę 60 metrów, i przeszła przez Oksenberg (Góra Wołowa) aż do mojej ulicy, a potem wytraciła już swą moc.

  - No coś takiego! - pomyślałam, i w try miga wybiegłam na dwór, aby sprawdzić, czy nie wyrządziła u mnie jakiś szkód.

  Na ulicy pracowały już służby porządkowe. Kiedy zobaczyłam moje auto, aż się wystraszyłam, bo nie było białe, jak go fabryka pomalowała, a zielone. Całe  było oblepione liśćmi. Zobaczyłam też sąsiada, który pieklił się na balkonie i wykrzykiwał coś do kogoś na dole. Z jego krzyku zrozumiałam tyle tylko, że zostawił na noc otwarte drzwi balkonowe, i to coś (nie powiem - jak to nazwał), wyrwało mu drzwi z zawiasami. Wystraszona, rozglądnęłam się dookoła domu. Na szczęście u mnie, oprócz połamanych gałązek w ogrodzie, nic groźnego się nie stało. Wskoczyłam wtedy do auta i pojechałam na Oksenberg. Koniecznie chciałam zobaczyć jak wygląda mój ukochany las. I proszę bardzo, oto jak wygląda!


 

 

Główna droga - wiodąca na szczyt - zawalona jest połamanymi drzewami



Wszędzie sterczą kikuty połamanych drzew

 

 

Drzewa połamały się jak zapałki



Musiałam się naskakać jak kozica górska, aby móc iść dalej

 

 

Wiele drzew wyrwanych było z ziemi z korzeniami

 

 

W ziemi pozostały głębokie wyrwy 



Na niektórych odcinkach drogi nie mogłam pokonać leżących drzew



Musiałam wchodzić w głąb lasu

 

 

Jak to możliwe, że tak potężne drzewo nie zdołało oprzeć się trąbie powietrznej?

 


Tego odcinka nie udało mi się już pokonać. Musiałam zawrócić

 

 

Poszłam inną drogą, na której wyraźnie było widać kończący się pas zniszczeń



Tą drogą próbowałam się dostać na szczyt góry

 

 


Z prawej strony widać majaczący krzyż, to szczyt Oksenberg

 


Nie udało mi się jednak tam dojść. Dojście blokowały powyrywane z korzeniami drzewa i głębokie wyrwy w ziemi


 


  Smutny był widok mojego ukochanego lasu. Wracałam do domu przygnębiona... i przy wtórze licznych pił spalinowych. Drwale pracowali już pełną parą. 

  Nigdy więcej nie chciałabym przeżyć czegoś takiego. Taka trąba powietrzna jest straszna. O Boże, to co mają powiedzieć ludzie, którzy za jej przyczyną stracili swoje domy i cały swój dobytek? Biedni ludzie. Wobec sił natury człowiek jest bezsilny.


  Przed laty napisałam baśń pt. „Barbadetlandia - Miłość Króla Napoleona", w której głównym tłem akcji jest Królestwo Barbadetlandii po przejściu trąby powietrznej (tornada), pisząc ją, musiałam swoją wyobraźnię mocno stymulować, aby móc opisać jak wygląda trąba powietrzna i jakie niesie za sobą spustoszenie, gdybym tę baśń pisała dzisiaj, już bym nie musiała stymulować swojej wyobraźni.

 

 



komentarze (40) | zaloguj się, aby dodać komentarz

JAKIE MATKI, TAKIE DZIATKI

czwartek, 26 sierpnia 2010 17:39


Jakie matki, takie dziatki

 



    O tak, wiele prawdy jest w tym przysłowiu. Nie, nie sądzę tak tylko wg siebie, jako matki, i moich własnych dzieci. Jestem bacznym obserwatorem życia. A że już dość długo żyję na tym świecie, naobserwowałam się już sporo. Wystarczająco, by wyrobić sobie własne zdanie na ten temat.

    Dlaczego naszło mnie na takie refleksje? Ano naszło mnie dlatego, że ostatnio poodwiedzałam sobie fora społecznościowe o tematyce rodzinnej. I muszę przyznać, że byłam zszokowana wypowiedziami niektórych matek na temat swoich dzieci. Nawet tu, na blogowisku, sporo jest takich matek, które mnie szokują tym co o sobie i swoich dzieciach piszą.


    Trudno jest mi zrozumieć takie matki, które skarżą się na swoje dzieci, że je krzywdzą, że są złe, że są nieudacznikami, arogantami, czy nawet brutalami... niektóre narkomanami, albo alkoholikami. A już zwłaszcza, trudno mi zrozumieć te matki, które robią to publicznie. Chcą w ludziach wzbudzić współczucie? A przecież to ich porażka. Porażka, której powinny się wstydzić. Bo też w głównej mierze, to one ponoszą winę za to, że ich dzieci są takie a nie inne. Z pewnością zbyt mało uwagi poświęcały swoim dzieciom w ich dzieciństwie. Prawdziwe matki nie szukają współczucia dla siebie, szukają ratunku dla własnego dziecka. Za wszelką cenę dążą do tego, aby ich dziecko było dobrym człowiekiem.

    Wiem, że w życiu niczego nie można uogólniać, podobnie i w tym  przypadku, ponieważ zdarza się czasami, że i w dobrych rodzinach trafi się jakiś wyrodek. Uważam jednak, że są to wyjątki. Jeśli dziecko wyniesie dobre wzorce z domu rodzinnego, to nawet żeby się gdzieś po drodze w okresie dojrzewania - poza domem - zatraciło, to te pozytywne wzorce wyniesione z domu, nie dopuszczą, aby zatraciło się na zawsze. A kiedy już do tego dojdzie, że w swoim środowisku zabrnie w ślepy zaułek, to od tego są rodzice, a zawłaszcza matki, aby pomóc własnemu dziecku się z niego wydostać. 

    Problemy związane z wkraczaniem dzieci w okres dojrzewania, jak już, z pewnością częściej bywają z synami, aniżeli z córkami. Wiem, co mówię, bo sama mam i syna i córkę. Pamiętam doskonale, jakie mieliśmy z synem problemy do pokonania, w momencie, kiedy opuściliśmy (z ogromnym bólem serca - mimo wszystko) do cna wybiedzoną, komunistyczną Polskę. Tu, w Niemczech, wszystko było... i wszystko można było. Jednak początki aklimatyzacji, dla nas, Polaków, były  straszne. Pod każdym względem. A już zwłaszcza dla takich dorastających chłopaczków, którzy znaleźli się w środowisku nowych, różnych nacji rówieśników - nie zawsze poprawnych moralnie. Widząc to wszystko, nieraz byłam przerażona i bałam się o syna. Nigdy go jednak nie pozostawiałam samemu sobie. Zawsze przy nim byłam. Przynajmniej duchem. Zawsze trzymałam rękę na pulsie. I kiedy tylko się potknął, delikatnie pomagałam mu się wyprostować, Kiedy upadł, pomagałam mu się podnieść. Bo i upadki kilka razy się zdarzyły. Mimo wszystko wierzyłam, że syn wyjdzie z każdej opresji, że zasady wyniesione z domu, i jego rozsądek, zwyciężą. Nie bazowałam jednak jedynie na wierze, działałam. Wiedziałam co mam robić. I robiłam. No i...? No i przezwyciężyliśmy wszystko. Razem.


    Dziś, kiedy z synem wspominamy tamte czasy, śmiejemy się. Dziś już możemy. Syn zawsze podkreśla, że nawet w najgorszych dla niego momentach, wiedział, że nic złego nie zrobi, i że nic mu nie grozi, gdyż nieustannie czuł moje opiekuńcze skrzydła nad sobą... i za to jest mi wdzięczny.


    Swoje dzieci kocham nad życie. Jestem pewna, że w każdej chwili, bez najmniejszego nawet zastanowienia, w ogień bym za nimi skoczyła. Dosłownie i w przenośni. Ciągle utrzymujemy z sobą bliski kontakt, choć już od wielu lat mają swoje rodzinki i mieszkają w swoich własnych domach. Do dziś nie szczędzimy sobie słów: „kocham cię".


    Nie umiem sobie wręcz wyobrazić, żeby moje dzieci mogły być złymi ludźmi. Nie umiem sobie wyobrazić, aby moje dzieci mogły mnie krzywdzić i być przeciwko mnie. Nie umiem sobie wyobrazić, żebym ja mogła skrzywdzić moje dzieci. Nawet słowem. A co dopiero mówić o nich źle wobec innych ludzi. Jestem pewna, że gdyby im się przytrafiło coś głupiego w życiu zrobić, a nawet złego, bardzo złego, zawsze byłabym z nimi. Nigdy bym je same z ich problemami nie zostawiła. Wszystko jedno, jakiego gatunku byłyby to problemy. A już zwłaszcza w chorobie, nawet gdyby to była choroba związana z uzależnieniem od jakiś używek. Jestem pewna, że wtedy, tym bardziej bym o nie walczyła. Walczyłabym bez wytchnienia, aby jak najszybciej wyprostować ich skrzywiony życiowy kręgosłup... i postawić je na nogi. 

    Nie pozwalam też nikomu krzywdzić moje dzieci. Zawsze stoję za nimi murem. Na dobre i złe. Nigdy je nie krytykuję. Nie naciskam ze swoimi racjami. Radzę, owszem. Podpowiadam. Ale decyzja zawsze należy do nich. 

    Nigdy też nie zdarza mi się coś złego powiedzieć jednemu dziecku o drugim. Czasami nawet coś dodam, upiększę, aby tylko nie dochodziło między nimi do jakiś nieporozumień, czy też obopólnej niechęci, albo obojętności. Ot, taka to moja matczyna dyplomacja. Trzymają się więc te moje kochane dzieciska razem, i pomagają sobie nawzajem. W każdej sytuacji. W każdej sytuacji mogą na siebie liczyć. Ich małżonkowie bardzo cenią w nich te cechy. Tym bardziej, że są stąd. A w Niemczech, tak bliskie kontakty rodzinne, nie za bardzo są popularne. Co nie oznacza, że nie są cenione. Są, i to bardzo.


    Tak, uważam, iż wiele jest prawdy w tym przysłowiu, który użyłam do zatytułowania swojego wpisu. Jest też i inne jednoznaczne przysłowie: „Jaka mać, taka nać", albo też: „Niedaleko pada jabłko od jabłoni". Zresztą, nie ja to wymyśliłam. W końcu wiadomym jest, że przysłowia są mądrością narodów. Powstawały przez obserwację życia. Tworzyły je pokolenia przez wiele lat, i prawda w nich zawarta - jest ponadczasowa.

    Przyznam szczerze, że w przypadku mojej Rodzinki, powyższe przysłowia się w dużej mierze sprawdziły. Dlatego, jestem bardzo szczęśliwa. No bo jakże mi nie być szczęśliwą, skoro widzę, że i dla moich dzieci szczęśliwe życie rodzinne - jest wartością nadrzędną? A dla matki przecież nie ma większego szczęścia, ponad szczęście dzieci.

 

 



komentarze (17) | zaloguj się, aby dodać komentarz

BOSONOGA WYCIECZKA

niedziela, 22 sierpnia 2010 17:49

 

 


Bosonoga wycieczka

 

 

 

 

 

   Ostatnie dni wakacji aż się proszą, aby je wykorzystać na łonie letniej natury. A jeśli chodzi o wykorzystanie łona natury, to ja pierwsza! Uwielbiam wycieczki, zwłaszcza wędrowne, i im bardziej na dziko, tym lepiej. Prawie codziennie gdzieś wędruję. Czasami Córka robi sobie wolne (ma prywatną agencję, to może), i wyszukuje w Internecie jakieś ciekawe miejsca, w odległości do 100, 150 km od domu, i jazda, jedziemy.

   Kilka dni temu pojechaliśmy do Dornstetten na bosonogie wędrowanie do tamtejszego Barfusspark, tzn. do Parku Bosonogich. Park ten powstał 15 lat temu w pobliskim lesie, i mieści w sobie cały ciąg przeróżnych przyrządów do ćwiczeń gimnastycznych oraz kilkukilometrową, specjalnie przygotowaną do kuracji nóg, ścieżkę. Skoro się więc chce z tej kuracji w pełni skorzystać, trzeba przez cały park zasuwać na bosaka. Łoj, jaka ja byłam zadowolona, bo na bosaka, to ja uwielbiam latać. Mam to po mojej babci.

   Po półtoragodzinnej jeździe, byliśmy już na miejscu.

 

 


Ledwie wysypaliśmy się na parkingu z auta, a zobaczyłam ten oto obrazek



Od razu postanowiłam go utrwalić, choć tak do końca, to sama nie wiem czemu

 


 

   Sięgnęłam po mój aparacik fotograficzny i zaczęłam pstrykać. Córka, która z Wnusiami już poszła do przodu, odwróciła się nagle, i zawoła w moim kierunku:

   - Co, skojarzenia cię naszły?

   -  A co, nie mogą? Wprawdzie te lwy siedzą, a nie leżą, a ten mały pałacyk, to tylko pensjonat, ale popatrz, też w remoncie - zaśmiałam się, pstrykając kolejne zdjątko.

   - Ale niech cię ręka boska broni cokolwiek zacząć mówić na temat tego cyrku z krzyżem w tle! - zawołała jeszcze Córka.

   - A nie, bądź spokojna, nie będę... Czuję przesyt tym tematem - wydukałam i wnet oderwałam się od lwów.



No i ruszyliśmy do Parku Bosonogich



Och, jakże cudownie się szło!

 

 

 

   Kiedy dotarliśmy do parku, pierwszą rzeczą, jaką nam trzeba było zrobić, to oczywiście zdjąć buty i schować na przechowanie do szafek. Jedynie Wnusio zaparł się jak łosioł i butów zdjąć sobie nie dał, twierdząc, że nie lubi jak mu w nózi coś gilga. Oj, widać, że nie odziedziczył po babci Halszce zamiłowania do bosonogich wędrówek. Ha, ale za to odziedziczył po mnie coś innego, coś, co nawet moje Dzieci po mnie nie mają: dołek w prawym policzku, kiedy się uśmiecha... i tylko w prawym.

   Uśmialiśmy się z uparciucha-Wnusia zdrowo, a potem już radośni i weseli, ruszyliśmy w drogę. Tak jak znaki drogowe... a może raczej ścieżkowe, nakazywały.



Zaczęliśmy od wspinaczki po linach. Wspaniała rzecz, taka wspinaczka. Serio!



Hihihi...! po takim treningu można się załapać na etat majtka na jakimś żaglowcu

 

 

No to i babcia Halszka chce, a co! A nuż będzie mogła sobie kiedyś do emerytury majtkowaniem dorobić?




Pardon, za tę pozycję, ale jakoś musiałam się tam wgramolić... Że co?! A nie, to nie majtki mi się odbijają, to tylko cień lin


 

   Z łatwością weszłam na samą górę, i zajęłam siodełko jeszcze wyżej od Wnusi. No, to egzamin na majtka zaliczony!

   Potem było jeszcze wiele różnych atrakcji sportowych, takich jak: skakanie na batutach - od małej do ogromnej; na cymbałkach - do wygrywanej własnymi stopami muzyce; przeskoki, skoki przez różne przyrządy... i cała masa innych sportowych zabaw... po których ruszyliśmy na szlak wodny.

 

 

Rany, jaka ta woda lodowata, aż kości wykręca...



Ale nie może być inna, bo to hydroterapia wg metody Sebastiana Kneippa (XIX w. ksiądz kat. z Bawarii) i chociaż raz basenik trzeba było obejść


 

 

   Metodę Kneipapa znam doskonale i od wielu już lat stosuję. Dzięki temu, pozbyłam się częstych bólów głowy. Po prostu polewam głowę zimnym prysznicem. Też każdą kąpiel kończę zimnym prysznicem. Już nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz zażywałam jakąś tabletkę przeciwbólową.

 

 

 

I odwierty w ziemi były w programie...



Można było sobie powiercić... A nuż, do złóż ropy kiedyś się ktoś dowierci? Mój Wnusio miał taki zamiar



A potem jazda, przez różne mosty i mosteczki


 

Przy okazji trochę akrobatyki... Czemu nie! W tym Wnusia jest dobra

 

 


Babcia Halszka całkiem spokojnie mostek pokonała...



rozglądała się już za jakąś ławeczką, by się posilić. Oj, zgłodniała już bardzo. Cała reszta bosonogich wędrowców nie inaczej. Nawet i obuty wędrowiec meldował napad głodu

 

 

 

 

Krótka przerwa na przyścieżkowej ławeczce

 



Jedzonko było pyszne... Humory nadal dopisują

 

 


   Posileni już, ruszyliśmy w dalszą drogę. Zaczął się ciąg ścieżynek wyłożonych różnymi kamyczkami... i nie tylko.



Babcia Halszka wchodzi akurat na ścieżynkę posypaną drobniutkim szkłem



Całkiem fajnie się szło... Szkło nic a nic nie kaleczyło stóp

 

 


Wnusia nie mogła sobie odmówić „zagarnięcia" kilku drobinek szklanych



Po Mamie ma talent artystyczny i już ona wie, do czego użyje tych kolorowych szkiełek

 

 


   A potem już deptało się po przeróżnych kamyczkach; po żużlu; po trocinach; po bruku drewnianym; a nawet równym krokiem zasuwało się po wysuszonym krowim łajnie. Serio! Na szczęście nic ono nie śmierdziało, ba, było bezzapachowe.

    Później były już błocka różnego gatunku... i różnej konsystencji.

 

 

 

Babcia Halszka wkracza akurat w któreś już tam bajorko...

 

 

Och, jakże fajowo się po błocie zasuwa... z poślizgiem

 

 

   Pomału zbliżaliśmy się do końca Parku Bosonogich. A na koniec, „znaki ścieżkowe" nakazywały nam dać trochę odpocząć stopom i poćwiczyć górne kończyny - poprzez „chodzący zwis", cokolwiek to oznacza... no ale przynajmniej widać, co oznacza.

 

 

 

Córce szło wyśmienicie, aż 3 razy pomaszerowała na rączętach tam i z powrotem

 


No to babcia Halszka przed Wnusiami gorsza być nie mogła... Już się szykowała do startu



   Ha, byłam pewna, że dam radę. Zawsze to była dla mnie pestka. No i to przecież ja Córkę w dzieciństwie nauczyłam tego „chodzącego zwisu" na ścieżce zdrowia jeszcze w naszym mieście w Polsce. Podskoczyłam raz, drugi, trzeci... i jakoś nie mogłam drążków dosięgnąć. Pewnie torebka w pasie była zbyt ciężka (rany, a może ja sama?). A ślizgałam się na glinianym podłożu, że łooo matko! Aaa... to pewnie dlatego, że miałam gliną oblepione stopy. Nagle za plecami usłyszałam rechot dwóch panów, którzy od jakiegoś już czasu deptali nam po piętach. Dwóch mających się ku sobie - panów, że tak powiem. Nietrudno było się domyśleć, gdyż cały czas deptali, trzymając się czule za ręce. Nagle jeden z nich się odezwał:

   - Co, nie dała Bozia wzrostu?

   - Może podsadzić? - dodał drugi, rechocząc.


 

 

Wkurzyłam się, nie powiem, i zamiast im odpowiedzieć, podskoczyłam jeszcze mocniej

 


No i niestety, drążki wprawdzie końcami palców dotknęłam, ale uchwycić się ich nie zdołałam... i rymnęłam z powrotem na śliskie podłoże

 

 

 

   A tym razem rymnęłam tak niefortunnie, że rozjechałam się jak żaba w bajorku. Wnusie w krzyk, Córka w śmiech, a mający się ku sobie panowie - w ryk.

   - A chcieliśmy podnieść...! - ryczeli ze śmiechu obaj. - Może teraz jednak da się pani podnieść?!

   - A co, naszła panów ochota na babranie się w glinie? - odparowałam i buchnęłam śmiechem, podnosząc się z glinianego błocka.

   Z poślizgiem, bo z poślizgiem, ale pozbierałam się i w mig stanęłam na nogi. Wnusie podskoczyły do mnie i mnie zbłoconą objęły w pół. A mający się ku sobie panowie, z niepysznymi minami, oddali się momentalnie. Tylko moja Córka, nie wiedzieć czemu, ciągle się śmiała i nie mogła przestać. Czyżby znała ten kawał "o pedałach i glinie"? Eeee... chyba nie! Nie dopytywałam się jednak, bo kawał jest rzeczywiście obrzydliwy.


   I to był prawie koniec bosonogiej trasy. Jeszcze tylko dwa przejścia po wyjątkowo szorstkich kamyczkach, i byliśmy już na mecie. A na mecie, czekała na nas specjalna myjnia. Mogliśmy się bardzo szybko i przyjemnie do porządku doprowadzić. Ja, po tym pikowaniu w błocie, szczególnie miałam się z czego do porządku doprowadzać. Ku radości Wnusiów, lałam się wodą - na full!

   A potem, po tęgim zmywaniu, pozostało nam już tylko buty z szafek wyciągnąć, i założyć na nóżki. Na jakże wydelikatnione nóżki... aksamitne w dotyku, pulsujące zdrowiem i energią.

   Po skonsumowaniu ogromnej porcji lodów w przyparkowej kawiarence, szczęśliwi, opuściliśmy Park Bosonogich i ruszyliśmy w stronę parkingu do auta. A tam, czekał na nas - za wycieraczką przedniej szyby - mandacik za parkowanie bez opłaty. Okazało się, że kiedy parkowałyśmy auto, żadna z nas nie zauważyła stojącego po środku placu Parkschein'u (automatu do opłaty za parkowanie) i tym samym, nie uiściłyśmy opłaty za parkowanie. Córce na widok mandatu mina najpierw zrzedła, ale po chwili zaśmiała i powiedziała:

   - To twoja wina mamuś, bo gdyś za lwami nie zaglądała, i na moment nie wybyła wirtualnie na Ziemię Polską, to byś mocniej stąpała po Ziemi Niemieckiej, i Parkschein z pewnością byś zauważyła.

   - Co prawda, to prawda! - odpowiedziałam zła na siebie.

   W końcu pośmiałyśmy się obydwie, bo się okazało, że mandat opiewał jedynie na 5,- Euro, a sama opłata za parkowanie wynosiła 2,- Euro. No to co to za kara 3,- Euro?

 

 

Ostatnie zdjątko, i rozbawieni, załadowaliśmy się do auta




Bey, bey, Parku Bosonogich! Do zobaczenia znów za rok!

 




komentarze (25) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Z ZIEMI POLSKIEJ... NA NIEMIECKĄ

środa, 18 sierpnia 2010 12:06


Z Ziemi Polskiej...

na Niemiecką

 

 

   Żeby nieco odreagować, po tych wszystkim emocjach, jakie ostatnio przeżywam, a związanych oczywiście z polską rzeczywistością, postanowiłam dzisiaj ruszyć z Ziemi Polskiej (wirtualnie, ma się rozumieć) na Ziemię Niemiecką (a to już realnie), i nieco dłużej połazić po górach i lasach. Już skoro świt wyskoczyłam z łóżeczka i po swoim pierwszym śniadanku, składającym się ze szklanki mineralnej (koniecznie bez gazu), jednego jabłka i ziołowej herbatki, opuściłam domowe pielesze.

 

 

 

Kiedy dotarłam do lasu, las spowity był jeszcze gęstą mgłą...

 



Uwielbiam mgłę o poranku. Wspaniale się wtedy oddycha. To taka swoista inhalacja dróg oddechowych

 

 


  Nie miałam dzisiaj ochoty na bieganie. Biegałam tylko przez chwileczkę. Potem już zupełnie spokojnie, miarowym krokiem szłam przed siebie, rozkoszując się cudownym zapachem lasu. Na początku szłam znanymi mi dróżkami, później jednak weszłam w las i już spacerowym krokiem przemierzałam głębinę leśną. Po drodze robiłam zdjęcia co ładniejszych roślinek oraz przeróżnych zjawisk, które zwróciły moją uwagę. Na własny użytek nazwałam je artystycznymi instalacjami natury.

 

 

 

Oto jedno z tych zdjątek...

 


No OK, wiem, że do tej akurat instalacji człowiek rękę przyłożył (czyt. piłę), ale na krótko. Całą późniejszą instalację wykonała już niczym niezmącona natura. Bardzo podoba mi się ten obrazek. Jest taki wymowny... no, przynajmniej wg mnie

 

 

 

 

 

A to z kolei fotka mojej osobistej instalacji... 

 


A nie powiem, co ona wg mnie przedstawia. To moja tajemnica. Każdy może sobie sam, po swojemu, zinterpretować to moje „dzieło"

 


   Zadowolona z życia, szłam sobie i szłam, podgwizdując pod nosem... i nagle, ni stąd, ni zowąd, usłyszałam złowieszcze pomruki. Automatycznie zadarłam głowę do góry... i aż mnie przymurowało. Niebo nade mną było granatowe.



 

 


   Skąd tu nagle burza? Przecież wcześniej na burzę się w ogóle nie zanosiło. Oj, przyznam, że niemiło mi się zrobiło. Środek lasu i burza?! Nie było co się zastanawiać, tylko trzeba mi było brać nogi za pas, wszak życie jeszcze mi miłe. Puściłam się biegiem, urządzając istny slalom między drzewami. A kiedy w oddali rąbnął pierwszy piorun, to już takiego przyśpieszenia dostałam, że ho, ho! Wnet dotarłam do polany. Od razu się lepiej poczułam, bo za polaną, stało moje auto. Przeleciałam przez polanę niczym wicher. Pioruny waliły coraz częściej, ale na szczęście jakieś 6 do 7 km dalej. Liczyłam, to wiem.


 

 

 

   Kiedy przy potężnych dźwiękach piorunów wróciłam do domu, byłam zawiedziona. No bo jak to tak, chciałam sobie pobyć wśród natury o wiele dłużej, a tu kapryśna natura przegoniła mnie ze swojego łona... i do domu zapędziła. Uczucie zawodu szybko mnie jednak opuściło, bo co jak co, ale na kaprysy natury rady nie ma, trzeba się z nimi pogodzić. A najlepiej, jeśli się oczywiście da, umieć znaleźć w jej kaprysach przyjemność. Ja znalazłam, stałam w oknie i przyglądałam się jej nieziemskiemu spektaklowi. Próbowałam nawet to piękno prujących niebo ognistych błyskawic utrwalić. Ciężko mi to szło, ale coś wyszło.

 

 

 


   Co rusz, o dziwo, pojawiało się majestatycznie też i słoneczko. Był to naprawdę zaskakujący, niesamowity obrazek.


 


 

   Po godzinie było już po burzy. Walczyłam z sobą, aby nie włączyć telewizora... i znów nie wleźć w polską rzeczywistość, i wtedy zadzwoniła do mnie Córka. Powiedziała, że zaraz przyjedzie do mnie by wyciągnąć mnie z domu. Że już dość mojego siedzenia na Ziemi Polskiej, czas na Ziemię Niemiecką. Skąd wiedziała, że tak ze mną jest? Ano zna mnie i wie, że bardzo przeżywam to co się w Polsce dzieje. Ona sama, kiedy jej o tym próbuję opowiedzieć, od razu się irytuje, i ze zdegustowaną miną, kwituje sprawę krótko i zwięźle: - „To jest chore i żenujące." - Dzisiaj, o dziwo, powiedziała nieco więcej. A powiedziała tak: - „Cały świat jest zszokowany sytuacją w Polsce. Bo to wstyd i hańba, żeby w kraju, mieniącym się krajem głęboko chrześcijańskim, dochodziło do takich ekscesów z krzyżem w tle. Tym bardziej, że ten symbol religijny, co wszystkim jest wiadomo, wykorzystywany jest dla potrzeb politycznych, i to małej grupki skompromitowanych, fanatycznych oszołomów, na czele z Kaczyńskim." - Wow...! ależ byłam zaskoczona wypowiedzią Córki. Bo też, z tego co wiem, Córka nie lubi polityki, żadnej, a tu nagle, nawet sporo wie, co piszczy w polskiej polityce. Najwyraźniej z wiekiem zaczyna ją temat ten interesować, no przy najmniej na tyle, że wsłuchuje się w niemieckie media... A może chcąc nie chcąc, tego typu wiadomości, same się jej w uszy wwiercają?   

   Z zadowoleniem przyjęłam propozycję Córki, ale szykując się do wyjścia, na chwilę włączyłam komputer. Gdy zobaczyłam na stronie WP, jakże ohydnie zbeszczeszczoną tablicę upamiętniającą katastrofę smoleńską, z furią komputer wyłączyłam. Obrzydlistwo! Chwilę trwałam w takim niemiłym stanie, ale za moment wzięłam się w garść i z jeszcze większym zadowoleniem czekałam na Córkę.

   Nie minął kwadrans, a Córka wraz z najmłodszym Wnusiem zjawiła się w drzwiach. Zaproponowała, że najpierw jedziemy na lody, a potem... gdzie nas oczy poniosą. Mieliśmy na to czas do godz. 19-tej, gdyż o tej porze z półkolonii wraca 3 starszych Wnucząt. No i ruszyliśmy w miasto.

 

 

 

Że w obecnym cywilizowanym świecie bez pieniążków ani rusz, najpierw odwiedziliśmy bank

 


 

Te dwie białe głowy, to moje najstarsze Dziecko i mój najmłodszy Wnusio

 

 

Po olbrzymich porcjach lodów, ruszyliśmy w świat bajek...

 


 

W świecie bajek zawsze jest bezpieczniej





komentarze (27) | zaloguj się, aby dodać komentarz

"JOANNA SPOD KRZYŻA" ROZSZYFROWANA

sobota, 14 sierpnia 2010 14:49

 



„Joanna spod krzyża"

rozszyfrowana

 

 

 

    Ależ byłam zaskoczona, kiedy wczoraj zerknęłam na stronę: fakt.pl, i wczytując się w artykuł pt. „Gratulowała Kaczyńskiemu. Teraz stoi pod krzyżem", na fotce w nim zamieszczonej, zobaczyłam tę samą damę, z którą fotkę (jako zupełnie przypadkową), wkleiłam pod wierszem w moim poniższym wpisie. Trudno żebym zaskoczona nie była. Nawet podwójnie zaskoczona byłam. Bo też, jak wynika z artykułu, „sprawa się rypła", że się tak kolokwialnie wyrażę, gdyż ta pani, o imieniu Joanna, znana jest Prezesowi Kaczyńskiemu, i wygląda na to, że pod krzyżem nie tak bardzo z powodu krzyża stoi. Otóż szanowna pani Joanna jest wierną zwolenniczką Prawa i Sprawiedliwości. Gościła nawet na wieczorze wyborczym Jarosława Kaczyńskiego po II turze prezydenckiej. A po ogłoszeniu wyników, nie kto inny, tylko właśnie pani Joanna, wręczała Prezesowi pluszowe serce z laurką.




No, czyż nie piękny... i wzruszający gest?

(Autor: Wojciech Artyniew; Źródło: Forum)

 

 


   Pani Joanna jest tak bardzo wierną zwolenniczką PIS-u, a zarazem upartą „obrończynią krzyża" (czyt. JK), że od samego początku, do dnia dzisiejszego, koczuje pod Pałacem Prezydenckim. To ona przywiązała się do krzyża (jak widać na zdjęciu w poniższym moim wpisie), a następnie została siłą wyprowadzona spod krzyża przez funkcjonariuszy BOR. To przez jej upór m.in., i przywiązanie do krzyża, akcja nie doszła do skutku.

  A teraz, pani Joanna zapowiada, że dopóty będzie pełnić wartę pod krzyżem i nie pozwoli go ruszyć, dopóki Kancelaria Prezydenta nie wyda decyzji o budowie pomnika pod Pałacem Prezydenckim.

  No cóż za wojownicza Joanna?... Niemalże d'Arc. Pomyślałam. Ale kiedy obejrzałam dołączony do artykułu film wideo z panią Joanną w akcji, pt. „Krzyż zaatakują sataniści", szybko musiałam zdanie jednak zmienić, co do jej podobieństwa do Joanny d'Arc. Niezborna i nieporadna mowa pani Joanny, przez tubę głoszona, powaliła mnie z nóg.

  Zniesmaczona, przeglądnęłam na koniec jeszcze pozostałe fotki dołączone do artykułu. Oglądając ostatnią fotkę z opisem, byłam już pewna, o jaki pomnik konkretnie pani Joannie chodzi.


 

cyt. „Pani Joanna kochała Lecha Kaczyńskiego"


(Autor: Wojciech Ziemak; Źródło: newspix.pl)


 

 

   Nic dziwnego, że teraz, po śmierci Lecha Kaczyńskiego, pani Joanna całą swą miłość przelała na jego brata Jarosława... i niczym straż przyboczna, trwa przy nim przy każdej nadarzającej się okazji.


 

 

 (fot. J. Turczyk /PAP)

 


 

 

 (Autor: Alik Keplicz: Źródło: AP)

 

 

 

 

I co Ty na to, Panie Prezesie?

 

(Fot. Piotr BlawickiEast News)

 

 


  Mnie ciekawi tylko jedno, czy jutro, 15 sierpnia 2010r. w dniu obchodów 90 rocznicy „Cudu nad Wisłą", Prezes Kaczyński będzie w stanie spełnić prośbę przyjaciela Lecha Kaczyńskiego, prof. Michała Kleibera, i wydać polecenie tym tzw. „Obrońcom krzyża" by uroczyście przenieśli krzyż do kościoła Św. Anny? Dlaczego tylko on, mimo że prof. Klaeiber apelował również do Prezydenta, Premiera i Marszałka Sejmu? Dlatego, że dziś już nie mam złudzeń, że to tylko i wyłącznie od Pana Kaczyńskiego zależy. Jeśli tylko Szanowny Pan Prezes PIS-u zechce chcieć, ta wielotygodniowa farsa pod Najwyższym Urzędem Państwowym RP, wreszcie się zakończy.

 

 



komentarze (40) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 29 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  806 534  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Halina Krüsch Czopowik

Facebook i Google

Wszystkie teksty oraz zdjęcia tutaj opublikowane są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie. (Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dn. 4.02.1994 r., nr 24, poz. 83). Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję, jak ktoś o nią prosi. 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tu także swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 806534
Wpisy
  • liczba: 738
  • komentarze: 10335
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 2897 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to