Bloog Wirtualna Polska
Są 1 267 832 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


69 ROCZNICA POWSTANIA WARSZAWSKIEGO. WPOMNIENIE KOŚCIUSZKOWCA

środa, 31 lipca 2013 9:10

 

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

-----------------------------------------------------------

 

 

 

69 rocznica

Powstania Warszawskiego

 

 

agaton.jpg

 

 

Zbliża się 69 rocznica tragicznych wydarzeń Powstania Warszawskiego, a z nią, odżywają wspomnienia świadków tamtych tragicznych wydarzeń. Niestety, rokrocznie jest ich coraz mniej. Wiele ich relacji i wspomnień zostało jednak zapamiętanych przez rodziny, wiele spisanych.

 

I ja spisałam wspomnienia mojego Wujka, który ostrzelany przez Niemców, ciężko ranny, leżał 22 dni pod przęsłem zbombardowanego Mostu Poniatowskiego, czekając na pomoc. Dla tych osób, które odwiedzają mój blog i nie znają tej dramatycznej historii, a poznać by chcieli, podaję link: „22 dni nadziei i beznadziei pod Mostem Poniatowskiego”.

 

 

zniszczony M. Poniatowskiego.jpg

 

 

 

 

 powstanie-do-art.jpg

 

 

 

Chwała Powstańcom!

Chwała Polskim Żołnierzom!

 



komentarze (12) | zaloguj się, aby dodać komentarz

PSIA SZKOŁA WIELE NAUCZY... RÓWNIEŻ I LUDZI

czwartek, 25 lipca 2013 18:03

 

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

-----------------------------------------------------------

 

 

 

 

Psia szkoła wiele nauczy...  

również i ludzi

 

 

 

Szkoły dla psów są coraz bardziej popularne. Zakładane są po to, by nauczyć ludzi kochać swoje psy mądrą miłością, by lepiej zrozumieli ich inność i jeszcze bardziej cieszyli się ze wspólnie spędzonego z nimi czasu.

 

Tak jak obiecałam w poprzednim wpisie: „Kochaj psa swego jak siebie samego… i idź z nim do szkoły” (<kliknij), zamieszczam fotorelację (na wesoło) z zajęć w psiej szkole w naszym mieście, która jest uzupełnieniem do tegoż wpisu.

 

 

Za chwilę rozpocznie się nauka, ale zanim to nastąpi, opiekunowie psów muszą się nagadać, a psy poprzyglądać sobie i... koniecznie obwąchać.

 

1- 6.JPG

 

 

 

Wszystkie pieski po kolei „zaliczają” różne przyrządy do ćwiczeń sprawnościowych i na posłuszeństwo, ale przecież także i do zabawy. Przechodzą po nich, przeskakują je, albo się po nich wspinają.

 

2 - 12.JPG

 

 

 

Jedne pieski poddają się ćwiczeniom od razu, inne potrzebują czasu… albo smakołyka na zachętę. Zdarza się, że i kilka smakołyków.

 

3 - 13.JPG

 

 

 

Gęsiego raz!... proszę bardzo! No bo czemu nie, skoro to nawet przyjemne!

 

4 - 11.JPG

 


 

No, wreszcie przerwa! Wreszcie można ugasić pragnienie po forsownej nauce… i nawilżyć gardła po „konwersacji”. Bracia Labradoodle ciągle razem.

 

5 - 7.JPG

 

 

 

- O, moja kochana pani ma coś dla mnie w garści! Zrobię wszystko co zechce, bo pewnie to „coś” zaraz dostanę prosto do pyska… Mniam, mniam!

 

6 - 9.JPG

 

 

 

Pieski wiedzą, że warto być posłusznym i wykonywać polecenia swoich opiekunów. W ich kieszeniach czują zapach smakołyków.

7 - 8.JPG

 

 

 

Potęga Wilczarza Irlandzkiego, największego „ucznia”, nikogo nie przeraża. To chodząca łagodność… no, może czasami też i szczekająca. Baaardzo głębokim basem.

 

8 - 10.JPG

 

 

 

Wilczarz (Chart) Irlandzki. Mówi się, że jest: „łagodny, gdy głaskany, dziki, gdy sprowokowany”. Wiele w tym prawdy. Wygląda może i groźnie, ale ma spokojne usposobienie, jest łagodny i cierpliwy. Wobec dzieci szczególnie. Jego pani podkreśla to ciągle.

 

9 - 5.JPG

 

 

 

Owczarek Nizinny. To bardzo milutki, spokojny i układny piesek. Dzieci za nim przepadają.

 

10 - 2.JPG

 

 

 

Wyżeł Węgierski Szorstkowłosy. Niespokojna „duszyczka”. Ciągle by tylko biegał… Hihihi! a jego pan za nim.

 

11 - 3.JPG

 

 

 

Labradoodle. To nasz kochany piesek. Odpoczywa po zabawie ze swoim bratem. To dziwny przypadek, obaj z hodowli spod granicy francuskiej trafili do naszego miasta. Pieski uwielbiają bawić się ze sobą. Co to znaczy braterska krew.

 

15 P3290006.JPG

 

 

 

Pit Bull do szkoły nie chodzi, ale zza ogrodzenia zawsze przygląda się pobratymcom. Pan jego nie mówi dlaczego do szkoły nie chodzi, ale mówi, że groźny nie jest, bo nawet podatku od groźnych psów za niego nie płaci. Ciekawe!

 

12 - 1.JPG

 

 

 

Nauka, ważna rzecz, ale i na zabawy „różniste” czas musi się znaleźć… A co! 

 

13 - 4.JPG

 

 

 

Hurrraaa… hau, hau, hau! koniec lekcji, czas na zabawę! Najlepiej w ganianego.

 

14.JPG

 

 

Pieski cały tydzień nie będą się widzieć… ani czuć,

muszą się więc wyhasać razem ile wlezie.

 



komentarze (14) | zaloguj się, aby dodać komentarz

KOCHAJ PSA SWEGO JAK SIEBIE SAMEGO... I IDŹ Z NIM DO SZKOŁY

niedziela, 21 lipca 2013 9:40

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii(<kliknij)

-----------------------------------------------------------

 

 

 

Kochaj psa swego jak siebie samego… i idź z nim do szkoły

 

 

1 P5210271.JPG

 

 

 

Szkoły dla psów zajmują się ich szkoleniem i wychowaniem, uczą właściwych relacji z opiekunami. Opiekunów zaś zapoznają z podstawami kynologii, z potrzebami psów i ich psychiką, a także ze sposobami ich pielęgnacji i karmieniem.

 

Każdy pies, podobnie jak człowiek, ma inny charakter, inne potrzeby. Do każdego psa należy podchodzić indywidualnie. W szkołach dla psów, dzięki zróżnicowanym zajęciom, uczymy się „psiego języka”, a on uczy się naszego. Umożliwia to nawiązanie z nim lepszej komunikacji, zacieśnia więzi.

 
W szkołach dla psów, w ich szkoleniu, najważniejsze jest, by poznać się nawzajem, zrozumieć i porozumieć. Przy szkoleniu korzysta się jedynie z metod pozytywnych, opierających się na współpracy psa i człowieka. Pies chętnie wykonuje polecenia, kiedy zostaje za nie wynagradzany.

 

 

2 P3040040.jpg

 

 

Zapamiętuje je i chętniej wykonuje je po raz kolejny. Jego negatywne zaś zachowania powoli w nim zanikają, gdyż za nie nie zostaje wynagradzany ani miłym słowem, ani smakołykiem. Każda nagroda uczy psa myślenia i w rezultacie jego pozytywne zachowania stają się trwałe, nie zanikają.

Pies może być najlepszym i najwierniejszym przyjacielem człowieka, pod warunkiem jednak, że jego przywiązanie jest odwzajemnione.

 

 

3 P9110021.JPG

 

 

Psy, tak samo jak ludzie, chcą być kochane. Kupując psa, musimy w pełni zdawać sobie sprawę, że jest żywym stworzeniem, nie zabawką. Nie możemy ulegać chwilowym kaprysom i gdy piesek podrośnie, czy się już nam znudzi, traktować go jak niepotrzebny przedmiot. Psy mają serce i cierpią. Podobnie jak człowiek odczuwają ból i smutek.

 

 

4 P3040168.JPG

 

 

Gdy słyszę, że w Polsce, w tak bardzo katolickim kraju, psy są porzucane, oddawane do schroniska lub przywiązywane do drzewa w lesie, albo, co gorsza, bestialsko mordowane, poprzez topienie, albo wrzucanie żywcem do ognia - serce mi pęka. Taki czyn woła o pomstę do nieba. Ludzi dopuszczających się takiego bestialstwa powinno się konsekwentnie i surowo karać.

Szkoły dla psów, choć są bardzo potrzebne i coraz ich więcej, miłości do psów niestety nie nauczą. Miłość do psów, jak i każdą inną, musimy mieć zaszczepioną w sercu. Jeśli nie mamy, nigdy nie powinniśmy się na psa decydować.

 

 

W kolejnym wpisie zamieszczę fotorelację (na wesoło) z zajęć w psiej szkole w naszym mieście, która jest uzupełnieniem do tego wpisu.

 

 

PS

Aż się popłakałam, czytając dzisiejszy artykuł w "Faktach". Takie bestie, powinno się zsyłać do ciężkich robót, bez względu na szeroko pojętą demokrację, a właśnie ze względu na nią.  Oto link.



komentarze (16) | zaloguj się, aby dodać komentarz

BIKE-MARATHON W ALBSTADT NA 3 KM PRZED METĄ

wtorek, 16 lipca 2013 16:25

 

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii(<kliknij)

-----------------------------------------------------------

 

 

 

 

Bike-Marathon w Albstadt

na 3 km przed metą

 

 

Jak co roku - od 19 lat - w Albstadt odbył się (13 lipca) rowerowy maraton górski. Wzięli w nim udział zawodowi kolarze górscy z wielu krajów świata, ale także amatorzy. Z roku na rok przybywa zwłaszcza tych drugich. Tym razem było ich ponad 3 tysiące.

 

Z samego rana przeszłam się z Aramisem po ostatnim odcinku trasy. Trasa była wyznaczona, ale wszędzie jeszcze spokój. Za 2 godziny będzie tu już gwarno, a zawodnicy pędzić będą na złamanie karku.

 

 

Sprawdziliśmy dokładnie ;) wszystko na ostatnim odcinku trasy było w jak najlepszym porządeczku.

 

1 P7120005.JPG

 

 

Na ostrym wirażu też wszystko było OK. Taśmy zabezpieczające rytmicznie furkotały na wietrze.

 

2 P7120011.JPG

 

 

Maraton zaczynał się, jak co roku, o godz. 10-tej. Jego trasa miała 83 km długości i przebiegała po malowniczych terenach wokół Albstadt, po okolicznych górach i lasach. Trasa wyścigu jest co roku taka sama. Albo prawie taka sama. Zawodnicy pokonują ją w czasie od niespełna 3 do ponad 6 godzin. Dlaczego aż tak duża rozpiętość w czasie? Wiadomo, w maratonie biorą udział zawodowi kolarze górscy i amatorzy - obu płci.

 

Ponownie poszłam z Aramisem do lasu już po 14-tej. Specjalnie o tej porze, aby zobaczyć jak jadą amatorzy i pokibicować im. W maratonie brał udział mój zięć, a także paru znajomych. Podziwiam ich. Myślę, że to przede wszystkim dla amatorów maraton jest wielkim wyzwaniem. Morderczym wysiłkiem. Zarówno fizycznym jak i psychicznym.

 

 

Oto niektóre moje fotki, jakie zrobiłam na ostatnim odcinku trasy - 3 km przed metą.

 

 

Ostatnie kilometry maratonu. Kolejny peleton wypada z lasu.

 

3 P7130061.JPG

 

 

Przy ostrym wirażu lekarze udzielają pomocy jednemu z kolarzy, który wpadł w poślizg i wypadł z trasy. Trochę się poturbował. Widać krew. Biedny!

 

4 P7130063.JPG

 

 

Technisches Hilfswerk, czyli Pomoc Techniczna, też na posterunku.

 

5 P7130074.JPG

 

 

 

Słońce trochę prażyło. Poszukaliśmy sobie nieco zacienionego miejsca przy aucie Służby Drogowej. To był nasz swoisty przyczółek. Powiesiłam na lusterku kurtkę, oparłam się o drzwi i spokojnie obserwowałam pędzących kolarzy, co rusz ich fotografując.

 

 

Aramis zajął miejsce pod autem i także z zaciekawieniem obserwował kolarzy. Pewnie czekał też z niecierpliwością na swojego Pana. Bo nawet nie w głowie mu było by popędzić kota siedzącemu naprzeciw kotu.

 

6 P7130090.JPG

 

 

A może Aramis kota kotu nie popędził, bo uszanował go jako kibica? Kto wie?

 

6a P7130001.JPG

 

 

Kolejny peleton zbliża się do miasta. Na twarzach zawodników widać już zmęczenie po trudach maratonu. Pewnie liczą już ostatnie kilometry do mety.

 

7 P7130068.JPG

 

 

Tym razem pogoda dopisała. Deszcz nie padał, kolarze nie byli więc tak bardzo oklejeni błotem jak to się zdarzało w ostatnich maratonach.

 

8 P7130069.JPG

 

 

Kolarze zmęczeni są już bardzo. To jest już 5 godzina maratonu. Nie poddają się jednak swoim słabościom i cisną co sił… byle do przodu… byle do mety.

 

9 P7130070.JPG

 

 

Wejście w zakręt bywa niebezpieczny. Co rusz słychać głośny zgrzyt hamulców i pisk opon.

 

10 P7130073.JPG

 

 

Jeszcze kilka niebezpiecznych zakrętów i kolarze wpadną już do miasta.

 

11 P7130076.JPG

 

 

I znów kolejny peleton wpadnie za moment do miasta… - Trzymajcie się chłopaki! (dziewczyn w tej grupie akurat nie ma). Do mety zostało już tylko 2 km ulicami w dół. Dacie radę!

 

12 P7130082.JPG

 

 

Byli tacy zawodnicy, którzy niestety z przyczyn technicznych do mety nie dojechali, ale byli też i tacy, którzy dobiegli… prowadząc swój rower. Brawo!

 

14 P7130087.JPG

 

 

W maratonie brali też udział zawodnicy na tandemach. Najczęściej były to tandemy mieszane. Panowie z przodu, panie z tyłu.

 

15 P7130092.JPG

 

 

 Jeszcze kilka ostrych zakrętów i… już meta!

 

16 P7130095.JPG

 

 

O, i mój zięć śmignął, wołając do mnie…

 

17 P7130096.JPG

 

 

Mamuńciu, gdyby zięć do mnie nie zawołał, tobym go nie poznała. Choć wiedziałam, że się zbliża. Moja wnuczka, która kibicowała wraz z mamą i bratem na wcześniejszym odcinku trasy, dała mi znać na komórkę. Zięć wyglądał jak młody chłopaczek.

Martwiłam się o zięcia, przecież to potworny wysiłek, ale widząc szeroki uśmiech na jego twarzy, upewniłam się, że zupełnie niepotrzebnie. Później zięć mi mówił, że nawet o wiele lepiej mu się jechało niż w zeszłym roku. I czas też miał lepszy. A przecież ze względu na absorbującą pracę dużo mniej trenował. - No to wielki szacun zięciu! Jestem dumna z Ciebie. 

 

 

O, i dwójka moich znajomych przeleciała. - Brawo! Odpowiedzieli mi śmiechem i piskiem opon na zakrętach. Oni wiedzą, że do mety pozostało już tylko 2 km.

 

18 P7130106.JPG

 

 

 

Kolarze wnet osiągną metę. Jeszcze kilka ulic, jeszcze kilka ostrych zakrętów.

  13 P7130083.JPG

 

 

Kiedy „moi” przelecieli, postanowiłam opuścić nasz wygodny przyczółek i pójść w górę lasu. Chciałam tam Aramisa ochłodzić w źródełku. Źródełko znajdowało się tuż obok trasy przejazdowej maratonu, mogłam stamtąd dalej oglądać kolarzy. Aramis ruszył za mną ochoczo, bo i tak już dobrą chwilę nie leżał w cieniu a stał przy mnie. To na głos swojego Pana zerwał się ze swojego wygodnego legowiska. Na przywitanie szczęknął raz radośnie a potem patrzył za nim, i to tak długo, aż ten znikł za kolejnym zakrętem.

 

 

Po kilkunastu minutach Aramis już się chłodził przyjemnie, co rusz reagując na pisk opon kolarzy i zaglądając za nimi.

 

20 P7130110.JPG

 

Widz-maratończyk strasznie zgrzany i spragniony był. Ale że widz, to był i tak w lepszej sytuacji niż każdy zgrzany i spragniony kolarz-maratończyk.


 

Po porządnym ochłodzeniu, znów idziemy na trasę maratonu. Ale już tylko po to, aby sprawdzić, czy ostatni kolarz-maratończyk zjeżdża z góry. Do mety z tego miejsca zostało 5 km.

 

Kolejny peleton zjeżdża z góry. Niektórzy zawodnicy nawołują się i podają sobie jakieś informacje.

 

19 P7130060.JPG

 

 

Wielu zawodników do mety nie dotarło, nie wytrzymało tego morderczego wysiłku. Nawet młodych. Tym bardziej jestem dumna z zięcia.

 

Zbliżając się z Aramisem do szczytu góry, byłam pewna, że już ostatni kolarz z niej zjechał. Okazało się, że nie. Jeszcze dwóch spotkałam. Zrobiliśmy im miejsce na drodze. Podziękowali i mówili, że są ostatni. Krzyknęłam im: - Brawooo! Gratuluję wytrzymałości! - i poklaskałam im trochę. Ale zdjęcia im nie zrobiłam, bo nie byłam pewna czy by sobie tego życzyli.

 

Rzeczywiście, to byli ostatni kolarze. Kilkadziesiąt metrów za nimi zjeżdżały już wozy medyczne i techniczne. Fajny był to widok. Koguty migały w różnych kolorach. Wszyscy się do mnie uśmiechali i kiwali przez otwarte okna.

 

21 P7130126.JPG

 

 

Zwycięzcą Bike-Maraton`2013 był Thum Steffen (ur.1984r.) z Aalen, z czasem: 2:52.18.

Zaś z kobiet Stanger Gabi (ur. 1968r.!!!) z Dettingen, z czasem: 3:17.28.

Brawo!

Ostatni zawodnik przyjechał na metę po 6,5 godzinie. Brawo!

 

Zawodnicy, którzy po raz pierwszy brali udział w maratonie (zwłaszcza ci, którzy swoje lata już mają), byli bardzo zadowoleni, że udało im się pokonać własne słabości na trasie i dotrzeć do mety. Ich bliskich zaś duma rozpierała. I oto właśnie - przede wszystkim - chodziło w tym Bike-Marathon.

 

 

Tak wyglądali kolarze na starcie… Rzeka głów.

 

Bike-Marathon.jpg

 

 

 

Moje relacje z poprzednich maratonów:

 

Bike-Marathon`2011 > link

Bike-Marathon`2012 > link

 

 

***

 

Po maratonie nazbierałam bukiecik leśnych kwiatuszków dla naszego Maratończyka.

 

 

22 P7130127.JPG

 



komentarze (24) | zaloguj się, aby dodać komentarz

KLESZCZ - POTWÓR... DOPADŁ I MNIE

czwartek, 11 lipca 2013 9:26

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii(<kliknij)

--------------------------------------------------------------------------

 

  

Kleszcz - potwór

dopadł i mnie

 

Foto kleszcz.JPG

 

Naprawdę. Pierwszy raz w życiu. Pewnie dlatego nie od razu domyśliłam się, że to kleszcz. Tym bardziej, że tego dnia w lesie nie byłam. Nawet w ogrodzie nie byłam (cały dzień pisałam). W lesie byłam dzień wcześniej, z kijkami, ale po powrocie do domu, jak zwykle, wzięłam prysznic. Jakim więc cudem mogłam się domyśleć, że noszę w sobie kleszcza? Żadnym. Pech! Po prostu pech. Nadzwyczaj udziwniony pech, jak zawsze w moim przypadku. :-) Jestem jednak pewna, że moje domyślanie nie trwałoby aż tak długo, gdybym go tylko mogła zobaczyć. Ale niestety nie mogłam. Z prostej przyczyny. Wpił się we mnie akurat na plecach, na wysokości pasa.    

Początkowo, kiedy poczułam swędzący ból na plecach, dotykałam to miejsce, myśląc że to jakiś duży pryszcz albo wrzód na plecach mi się zrobił. Kilkukrotnie próbowałam „go” nawet na siłę wycisnąć. Że to jest kleszcz, stwierdziłam dopiero po chwili, przy pomocy dwóch lusterek. Jedno lusterko przyłożyłam do tego czegoś i popatrzyłam na jego odbicie w drugim lusterku. Wtedy natychmiast skojarzyłam co zacz i aż wrzasnęłam sama do siebie z ogromnym obrzydzeniem:

- Ratunku, kleszcz!

Zrobiło mi się niedobrze. Sama myśl, że coś żywego siedzi we mnie i pije moją szlachetną krew, spowodowała, że ogarnęło mnie niewypowiedziane obrzydzenie. Ale także i złość.

- Jak śmiesz… ty potworze jeden! - wrzasnęłam znów, ale tym razem do kleszcza.

Najgorsze dla mnie było to, że nie mogłam go wyciągnąć… już, natychmiast, bezzwłocznie, od razu, jak najszybciej!

Czym prędzej zadzwoniłam do córki, wiedząc o tym, że ona ma specjalne kleszczyki na kleszcze. W międzyczasie, kiedy córka do mnie już jechała, zaglądnęłam do Internetu by się czegoś więcej dowiedzieć na temat kleszczy. Oczywiście stojąc, obrzydzenie nie pozwalało mi usiąść. Doczytałam się, że najlepiej natychmiast zgłosić się do lekarza, gdyż lekarz profesjonalnie kleszcza wyciągnie i miejsce po nim od razu odpowiednio zabezpieczy. Było już po godz. 20-tej, pojechałam więc prosto do szpitala. Córka oczywiście ze mną. Kiedy lekarz zobaczył moje plecy, aż syknął, i zaraz mnie pochwalił, że przyjechałam do szpitala, ponieważ ten „potwór”, jak się sam wyraził, zdążył we mnie już porządnie narozrabiać. No cóż, sama się do tego przyczyniłam tym wyciskaniem na siłę. Kleszcz, broniąc się przed wyciśnięciem z krwistej uczty, wpuścił we mnie więcej toksyn. No czyż nie potwór?! Brrr… obrzydliwy potwór!

Pan doktor ranę mi zdezynfekował i zabezpieczył Beta-Plastrem ze specjalną maścią. Oprócz tego zaaplikował mi zastrzyk przeciw tężcowi. 

Skąd kleszcz się wziął i jak się do mnie dorwał? Sama nie wiem. Podejrzewam jedynie, że może od naszego psa (w weekend był u mnie), bo akurat 2 dni wcześniej wyciągałam mu kleszcze. Trzy. Czynność tę wykonywałam siedząc w pokoju na kanapie. Kleszcze oczywiście spaliłam. Po tym zabiegu Aramis otrzepał się, jak to pies, i pewnie wtedy jakieś luźno po nim łażące, których nie zauważyłam, poleciały na kanapę. Tak myślę, bo jednego potem na kanapie znalazłam.

Wieczorem, rozbierając się do kąpieli, zdjęłam swoje domowe spodnie i położyłam je właśnie na tej kanapie. Na drugi dzień rano znów je założyłam. Pewnie ten potwór, który mnie sieknął, był drugim kleszczem, którego na kanapie nie zauważyłam. W nocy wlazł w moje spodnie i kiedy je rano założyłam, już tam się na mnie czaił. Dokładnie przy pasku.

Czy jestem zła na Aramisa? A skąd! Takie są uroki „mania” psa. Teraz tylko przyszło mi czekać dłuuugie miesiące i zaglądać na to miejsce przy pomocy lusterek i sprawdzać czy rumień się tam nie robi. A także wczuwać się w siebie czy aby grypowo się nie czuję, bo wtedy natychmiast muszę pędzić do lekarza. Będzie mnie czekać kilkutygodniowa terapia antybiotykowa. Brrr! Mam jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie, że ten skubaniec - kleszcz nie był nosicielem boreliozy.   

Hihihi…! a jeszcze niedawno gdzieś w komentarzach chwaliłam się, że mnie jeszcze nigdy żaden kleszcz nie dziabnął, choć w lesie bywam nieustannie. No cóż, znów sprawdziła się stara maksyma: „nigdy nie mów nigdy”.

Do tej pory nigdy (o, znów nigdy) obawy przed kleszczami nie miałam. Idąc do lasu zawsze jestem odpowiednio ubrana. Od kilkunastu też lat szczepię się przeciw kleszczom. Wiem, że szczepienie to nie zabezpiecza przed boreliozą (na nią nie wynaleziono jeszcze skutecznej szczepionki), ale przed odkleszczowym zapaleniem opon mózgowych tak. Przynajmniej tyle mogę być spokojna.

 

P8150004.JPG

Fuj…! tak wygląda kleszcz opity krwią naszego psa Aramisa 

 

***

Niedawno czytałam gdzieś, że jakaś pani doktor radziła kleszcza wykręcać przy wyciąganiu… Rany, co to za rada? Wręcz przeciwnie, kleszcza nie wolno wykręcać, bo w ciele może zostać jego główka, a wtedy jeszcze więcej toksycznych substancji zostanie. Kleszcza wyciągać należy, chwytając go tuż przy skórze (najlepiej pęsetą) w całości i szybkim, zdecydowanym ruchem, pionowo do ciała, wyciągnąć. Miejsce wkłucia należy dokładnie zdezynfekować spirytusem albo wodą utlenioną. Jeżeli jednak kleszcz tkwi głęboko, tak jak w moim przypadku, lepiej od razu udać się do lekarza.

Dużo czytałam ostatnio w Internecie na temat kleszczy i chorób przez nie przenoszonych, tzw. chorób odkleszczowych. Od lekarza dostałam też specjalną książeczkę na ten temat. Po tej lekturze doszłam do wniosku, że to przede wszystkim my sami powinniśmy zadbać o to by kleszcze nie robiły nam krzywdy. Bo kleszcze były, są i będą. Takie ich prawo. My możemy się jednak przed nimi zabezpieczyć odpowiednim ubraniem i szczepieniami powtarzanymi co 3 lata. A jeśli już dojdzie do ukąszenia kleszcza, to też przede wszystkim sami musimy zadbać o siebie i przez najbliższe miesiące kontrolować swój stan zdrowia. Bo jeśli doszło jednak do zakażenia chorobą odkleszczową i nie jest ona leczona natychmiast, może przejść w formę przewlekłą i w rezultacie przynieść bardzo niebezpieczne skutki. Choroba może zaatakować niespodziewanie, zwłaszcza przy osłabionym układzie odpornościowym.

Medycyna stosunkowo niedawno zajęła się chorobami odkleszczowymi. W Polsce na przykład zachorowania na boreliozę z Lyme zaczęto rozpoznawać dopiero pod koniec lat 80-tych XX wieku.

Choroba odkleszczowa, jeśli jej pierwsze oznaki zostaną niezauważone, przez długie lata może nie dawać żadnych objawów. Jest utajona. Zakażeni nią pacjenci często nie wyglądają na chorych, a to niestety utrudnia szybkie rozpoznanie choroby. Ale zdarza się i tak, że kiedy na chorych już nawet wyglądają, lekarze często stawiają złą diagnozę i leczą niewłaściwie.

Mój sąsiad jest odpowiednim przykładem na to, jakie spustoszenie w organizmie może zrobić nieleczona w porę borelioza. Obecnie ma 60 lat i dopiero niedawno lekarze stwierdzili u niego tę odkleszczową chorobę. Od paru miesięcy bardzo poważnie choruje na serce.

Pamiętajmy o tym, że jeśli choroba odkleszczowa leczona jest natychmiast, wtedy dochodzi do zwalczenia infekcji w 90% i choroba nie zostawia po sobie żadnych powikłań. Stąd wniosek, że warto dbać o swoje zdrowie, właśnie poprzez własną nad nim kontrolę.

 

***

Niestety, "mój" kleszcz okazał się być jednak nie lada potworem i zakaził mnie boreliozą. Książkowo. Bo dokładnie na 20 dzień po ukąszeniu kleszcza wystąpił u mnie rumień wędrowny. Wylądowałam w Klinice i jestem na antybiotyku. I tak przez 7 tygodni. Na rumień mam osobny antybiotyk - w maści. Po ty czasie zrobią mi ponownie badanie krwi, to się okaże, czy pozbyłam się już tej przeklętej bakterii boreliozy, czy dalej muszę być na antybiotyku. 

Natychmiastowe podjęcie leczenia daję szansę na całkowite wyleczenie... I tego się trzymam!

 

***

Po pół roku niepewności i kolejnych badaniach w Klinice, stwierdzono że jestem wyleczona całkowicie. Ufff...!!!



komentarze (90) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zdjęcia w galeriach.


piątek, 22 września 2017

Licznik odwiedzin:  812 297  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Halina Krüsch Czopowik

Facebook i Google

Wszystkie teksty oraz zdjęcia tutaj opublikowane są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie. (Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dn. 4.02.1994 r., nr 24, poz. 83). Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję, jak ktoś o nią prosi. 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tu także swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 812297
Wpisy
  • liczba: 738
  • komentarze: 10335
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 2982 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to