Bloog Wirtualna Polska
Są 1 254 394 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


PRZYJEMNE Z POŻYTECZNYM

niedziela, 31 lipca 2011 17:04

 

 

 

Przyjemne

z pożytecznym

 

 

 

    Połączenie przyjemnego z pożytecznym zawsze jest możliwe. To kwestia naszego nastawienia i odpowiedniej organizacji czasu. Odwrotnie: pożyteczne z przyjemnym, też jest możliwe. I też tylko od nas zależy, czy uda nam się jedno z drugim połączyć. Mnie i mojej Córce w miniony czwartek się udało, i to całkiem fajnie.

    Otóż w miniony czwartek wybrałyśmy się obie do miasta by pozałatwiać parę zaległych spraw urzędowych. Czwartek, to najlepszy dzień na załatwianie różnych spraw, ponieważ tut. urzędy i wszelkie instytucje przyjmują w tym dniu petentów najdłużej, bo i do południa i po południu - do godz. 17-tej. Pozałatwiałyśmy szybko co nam trzeba było i jeszcze sporo czasu nam zostało do umówionego z Zięciem powrotu do domu. Zięć w tym dniu miał prikaz zająć się dziećmi i odebrać je ze szkoły i przedszkola. Nie było więc potrzeby śpieszyć się z powrotem do domu. Chwilę zastanawiałyśmy się co zrobić z tak „pięknie” zaczętym dniem. Pogoda od rana była wspaniała. Sprawy pozałatwiane pozytywnie i do tego wyjątkowo szybko. Została nam wprawdzie jeszcze jedna rzecz do załatwienia, ale tę akurat można było spokojnie załatwić po południu. W końcu Córka wpadła na pomysł by pospacerować nad rzeką. Ha, pomysł wydał mi się znakomity. Cóż, ciągnie nas nad rzekę, w końcu z nad Odry pochodzimy. A że w naszym mieście, gdzie obecnie mieszkamy, tylko potok górski płynie, jedynym wyjściem na spełnienie naszej zachcianki było pojechać nad Dunaj. Ruszyłyśmy więc w drogę, do odległego o 30 km miasta.

 

 

 

 

Wjeżdżamy do miasta Sigmaringen - nad Dunajem

 

 

    Kiedy wysiadłyśmy z auta, udałyśmy wprost nad Dunaj i promenadą spacerowałyśmy wzdłuż rzeki. Na wprost potężnego zamczyska.

 

 

 

Zamek ten (Schloss), to dawna rezydencja książęcego rodu Hohenzollern-Sigmaringen

 

 

    Jak mówi historia, pierwszy zamek w tym miejscu powstał już w XI w. W roku 1535 po śmierci ostatniego męskiego potomka poprzednich właścicieli zamku, został on nadany przez króla jako lenno Karolowi I von Hohenzollern, a 6 lat później stał się formalnie własnością tego książęcego rodu. Pożary i zniszczenia wojenne w następnych wiekach oraz kolejne odbudowy i przebudowy miały wpływ na dzisiejszy kształt zamku.  Ostatnia ważna przebudowa miała miejsce w 1895 roku.

    Ostatni władca Księstwa Hohenzollern-Sigmaringen, Karl Anton, w drugiej połowie XIX w. przekształcił zamek w miejsce spotkań europejskiej arystokracji. Zaś pod koniec II wojny światowej, po wysiedleniu książęcej rodziny, zamek stał się tymczasową siedzibą ewakuowanego z Francji kolaboracyjnego rządu Vichy. Na szczęście nie za długo kolaboranci ci gościli w tym pięknym zamku. Generał Charles de Gaulle zaraz po wojnie zrobił z nimi porządek.

    Obecnie w zamku ma siedzibę dyrekcja grupy przedsiębiorstw Fürst von Hohenzollern. Ale duża jego część jest także dostępnym dla zwiedzających muzeum, w którym podziwiać można m.in. największą w Europie prywatną kolekcję dawnego uzbrojenia. My jednak do zamku nie wchodziłyśmy. Raz, że i tak o tej porze (Mittagspause - przerwa obiadowa), jest zamknięty dla zwiedzających, a dwa, nas ciągnęło nad rzekę. Zamek już kiedyś zwiedzałyśmy.

 

 

 

Widok zamczyska z platformy widowiskowej przy

starej zaporze

 

 

 

 

  

 

U podnóża zamczyska... Widok z nad brzegu Dunaju

 

 

 

 

 

Elektrizitätswerk - mała, przyzamkowa elektrownia

 

 

 

 

  

 

Popodziwiałyśmy zamek z każdej strony i ruszyłyśmy promenadą

wzdłuż Dunaju za miasto

 

 


  

 

Po drodze minęłyśmy przystań szkółki kajakarskiej

(Kajakschule)

 


 

  

 

A to co za bezgłowy stwór? Aaa... samotny, biały łabędź (Schwan)

 

 


 

 

 

A to wiadomo co - dzikie kaczki (Wildenten).

Tylko w tym miejscu - o dziwo - jest modry Dunaj, a wcześniej był szmaragdowy... No tak, stąd jest bliżej do Wiednia

 

 

 

 

 

 

W kilku miejscach wzdłuż Dunaju zauważyłam różne obrazki ważek (Libellen). Nie omieszkałam jeden z nich uwiecznić

 

 

 

    Córka, śmiejąc się, przestrzegała mnie, żebym „nie wyskoczyła” gdzieś z tą ważką, ponieważ w subkulturze graficiarzy ona może coś oznaczać. A że ja lubię wiedzieć, po powrocie do domu zaglądnęłam do Internetu i sprawdziłam, czego ważka jest symbolem. No i dowiedziałam się, że jest symbolem nieśmiertelności i odnowy po złych czasach. A więc wszystko OK. Mogę spokojnie ją tutaj zamieścić. Tym bardziej, że bardzo lubię ważki. To takie bajeczne owady.

    Japończycy pewnie też tak myślą, skoro ważka jest częstym motywem w ich sztuce i utworach poetyckich. Ba, urosła u nich nawet do rangi narodowego godła Japonii „wyspy ważek” - Akitsu-Shima.

   Zaraz... teraz akurat czytam, iż ważki, to jedne z niewielu owadów, u których postać dorosła może paść ofiarą postaci larwalnej. A dzieje się tak czasami podczas składania jaj przez samice do wody... Łooo matko! A to ci numer! Mam jednak nadzieję, że moja Córka nie to miała na myśli.

  

    Z tej nieplanowanej wcześniej, acz wspaniałej wycieczki brzegiem Dunaju, do naszego miasta wróciłyśmy krótko przed 15-tą. Miałyśmy więc parę minut czasu do otwarcia Ratusza (Rathaus), gdzie miałyśmy załatwić naszą ostatnią sprawę.

 

 

  

 

W oczekiwaniu aż zegar Ratusza wybije godz. 15-tą, usiadłyśmy sobie na ławeczce obok jednego z naszych obywateli miasta

 

 

 

    Siedząc na ławeczce, obiecałyśmy sobie, że częściej będziemy spędzać czas tak przyjemne... pożyteczne niekoniecznie.

 

 

 

 

 

******************************************

 

 

Impresja dnia

 

 

 

 

Nie udawaj Greka... nie warto!

Bo jak życie pokazuje, można źle na tym wyjść

 

 

 

******************************************

 

 



komentarze (23) | zaloguj się, aby dodać komentarz

KOLONOSKOPIA... DA SIĘ JĄ PRZEŻYĆ

wtorek, 26 lipca 2011 7:12

 ===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

ZAPRASZAM

na mój drugi blog:

http://PhotoHalszka.bloog.pl/

---------------------------------------------------------

 

 

 

Kolonoskopia...

da się ją przeżyć

 

 

 

Kolonoskopia, to endoskopowe badanie jelita grubego polegające na wprowadzeniu do odbytu urządzenia, zwanego kolonoskopem o kształcie cienkiego i elastycznego przewodu. Kolonoskopia jest najlepszą metodą do postawienia diagnozy w przypadku wielu chorób, a także zmian przednowotworowych.

 

Co spowodowało, że zabrałam się za temat kolonoskopii? A no to, że, choć przez wiele lat jak mogłam wzbraniałam się przed nią, to w miniony czwartek akurat ją miałam. Wprawdzie ja miałam Darmspiegelung, bo tak to się w Niemczech nazywa, ale to na jedno wychodzi. I skoro już „bohatersko” zniosłam to niemiło kojarzące się badanie (i jeszcze coś, ale o tym później), chciałabym się podzielić swoim doświadczeniem i uspokoić zarazem tych, których takowe badanie czeka, że nie taki diabeł straszny... Nie ma się czego bać. Fakt, że badanie to kojarzy się okropnie, bo też przeprowadzane jest akurat w tym miejscu, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, ale w sumie, to nic strasznego. Serio! Każdy człek, który ukończy 35 lat, powinien poddać się temu badaniu. Dla własnego dobra. Zważywszy na to, że wczesne wykrycie zmian nowotworowych w jelicie grubym daje 100% szansę wyleczenia. Nie ma więc sensu odsuwać od siebie tego badania. Trzeba pamiętać, że rak jelita grubego jest na drugim miejscu co do częstości występowania chorób nowotworowych u mężczyzn i kobiet w Polsce. W Niemczech nie występuje tak często, dlatego kolonoskopia zalecana jest przez lekarzy dopiero po 50-ce.

 

Na swoim przykładzie wiem, że jakiekolwiek obawy są niepotrzebnie. Ja jeśli się już bałam kolonoskopii, to tylko przez nieświadomość... Chociaż nie, pewnie to głupio zabrzmi, ale też i przez świadomość. Dlatego przez świadomość, bo pomna byłam opowieści mojej siostry, która przed paroma laty przeszła kolonoskopię na żywca. Opowiadała mi, że badanie to było bardzo bolesne, ale jeszcze bardziej - nieprzyjemne. Bardzo nieprzyjemne. I nic w tym dziwnego, skoro - na żywca. Przez nieświadomość z kolei dlatego, bo nie wiedziałam, że kolonoskopię można mieć pod znieczuleniem miejscowym, a nawet ogólnym, czyli narkozą. Tutaj powszechna jest właśnie kolonoskopia pod narkozą. Kiedy się o tym wszystkim dowiedziałam, bez dwóch zdań zgodziłam się na to badanie. A dowiedziałam się o tym od lekarza internisty, który parę miesięcy temu „wybronił” mnie zaocznie* przed rakiem wątroby, torpedując tym samym diagnozę innego lekarza, który na podstawie tomografii komputerowej oraz rezonansu magnetycznego zdiagnozował u mnie raka. Złośliwego raka. Pisałam o tym we wpisie pt. „Jak diagnoza powaliła mnie z nóg” (<kliknij, jeśli masz ochotę przeczytać).

------------------------------------------------------------------------

* zaocznie - bez mojego udziału, a tylko córki i zięcia

                    oraz mojej nieszczęsnej diagnozy, w której

                    jak byk stało: „złośliwy rak wątroby”

 

 

Wcześniej, kolonoskopię wiele razy zalecał mi mój ginekolog. Jednak ja uparcie i stanowczo odmawiałam. Tym razem, kiedy mój „wybawca” mi ją zalecił, zgodziłam się od razu. Tym bardziej, że to on sam miał mi ją przeprowadzić. Pan doktor poinformował mnie, że gdyby w trakcie kolonoskopii wykrył u mnie jakieś zmiany chorobowe, np. polipy, usunie mi je poprzez aparat i niewielkimi kleszczykami pobierze wycinki tkanki celem dalszej analizy, która będzie miała na celu zdiagnozowanie, albo wykluczenie nie tylko choroby nowotworowej, ale także różnych innych chorób jelita grubego.

 

To teraz pokrótce opiszę jak przygotowywałam się do kolonoskopii (i nie tylko, ale o tym: "nie tylko" wtedy jeszcze nie wiedziałam). Otóż w środę, czyli w dniu poprzedzającym kolonoskopię, jadłam niby normalnie. Niby, bo choć jadłam 5 razy jak zawsze, to jednak wg zalecenia lekarza żadnych warzyw i owoców, ani też pieczywa gruboziarnistego jeść nie mogłam. A te produkty akurat, to moje główne papusianie. Jakoś jednak strawiłam to menu. Natomiast w dniu kolonoskopii już o godz. 6:30 musiałam zacząć pić miksturę na przeczyszczenie, którą wcześniej sama przygotowałam z litra wody mineralnej (niegazowanej oczywiście) i specjalnego sproszkowanego leku pod nazwą „Movipred”, w który zaopatrzył mnie doktor. Piłam tę miksturę (o smaku pomarańczy) małymi łykami (1 szklanka co 15 min.) do godz. 8:30... i rzecz jasna, co rusz biegałam tam, gdzie król piechotą chodzi. Potem, od godz. 9:30 do 11:30 apiat ta sama dawka, zrobiona od nowa... i to samo bieganie. Przyznam jednak szczerze, że z tego „biegania” to ja nawet zadowolona byłam... i jestem do tej pory. Bo też wyczyściłam sobie wszystkie wnętrzności na cacy. W każdym bądź razie wolę taką metodę, niż tę, którą mi lata temu, jeszcze w Polsce (za komuny), pewien lekarz poradził. A poradził mi tak: „Najlepszą metodą jest nachlać się wódki do upadłego... i rzygać jak kot”. 

 

Dalszy i ostatni etap przygotowania polegał na tym, że o godz. 12-tej włożyłam sobie do buzi tabletkę do ssania o nazwie: „Dimeticon-CT”, którą także dostałam od doktora. No a potem już, całkiem spokojnie (choć głodna jak wilk), czekałam na Syna, który miał mnie zawieźć do doktora. Sama jechać nie mogłam, bo wiadomo, że po narkozie (nie na darmo zwanej „głupim Jasiem”), prowadzić auta nie można.

 

Kiedy przed godz. 14-tą znalazłam się już u lekarza, dowiedziałam się, że oprócz kolonoskopii będę miała jeszcze Magenspiegelung, czyli gastroskopię. Rany, wystraszyłam się z lekka, no bo jak że to tak, z dwóch przeciwległych otworów - jednocześnie - chcą we mnie wchodzić? Strach mnie jednak szybko opuścił, bo pomyślałam sobie: a co tam, raz kozie śmierć! Niech już przy jednej narkozie wszystkie moje wnętrzności zostaną „zlustrowane”. Bo z kolei dzięki  gastroskopii lekarz może w całości zobaczyć powierzchnię przełyku, żołądka i dwunastnicy, pobrać wycinki, jak również obserwować zmiany zachodzące w tych narządach.

 

Zanim się za mnie zabrano, w recepcji dopłaciłam jeszcze 15,-€, coby mnie w trakcie badań Kohlendioxid`em doktor potraktował, czyli dwutlenkiem węgla, a nie Luft`em, czyli powietrzem (tut. kasy chorych płacą tylko za Luft). Tak dla własnej wygody, żeby mnie po badaniach wzdęcia nie męczyły.

 

Punkt 14-ta, zgodnie z niemiecką dokładnością, leżałam już na stole operacyjnym. Chwilkę pożartowaliśmy sobie z lekarzem i pielęgniarkami... i nawet nie wiem kiedy usnęłam. Jak się wybudziłam z narkozy, na sali operacyjnej nie było już nikogo. Popatrzyłam na monitor komputera i uwierzyć  nie mogłam, że wszystko to trwało zaledwie 15 minut. Po paru kolejnych  minutach, lekarz wraz z pielęgniarkami zjawił się z powrotem. Dowiedziałam się wtedy, że dopiero otworem gębowym wszedł we mnie, robiąc gastroskopię, że tym dolnym otworem, celem wykonania kolonoskopii, ma dopiero wejść. Tak że owe jego specjalistyczne „wchodzenie we mnie” nie przy jednej narkozie jednak, a przy dwóch się odbywało. Na każde wejście osobna narkoza.

 

Kiedy po raz drugi się wybudziłam, byłam już w innej sali. Popatrzyłam na zegar i stwierdziłam, iż kolonoskopia trwała dłużej, bo ok. 45 min. Ale czułam się świetnie. Nic mnie nie bolało. Czułam się tak, jakbym obudziła się z prawdziwego, relaksującego snu. Może miałam przez chwilę małe zawroty głowy... hihihi!... ale były przyjemne. Po chwili zjawił się doktor i usłyszałam od niego, że wszystkie moje wnętrzności są zdrowe. Żadnych polipów, żadnych ranek, żadnych zmian chorobowych. Nic niepokojącego nie znalazł. Spokojnie mogłam wracać do domu. Byłam przeszczęśliwa. Mój Syn i Córka, którzy w duecie zgłosili się po mój odbiór, także.

   

Później, już w domu, też czułam się dobrze. Oprócz głodu nie odczuwałam żadnych, ale to żadnych dolegliwości, ani po narkozie, ani po grzebaniu w moich trzewiach. Kiedy najadłam się już jak bąk, rozkoszowałam się przeogromną ulgą... Mam już wszystko za sobą i jestem zdrowa!

  

Teraz wiem, iż głupio robiłam, odwlekając te badania. Mało tego, jestem na siebie zła, że dla tej przeogromnej ulgi dużo wcześniej ich nie zrobiłam. 

 

 

Na zakończenie mojego wywodu na temat kolonoskopii i gastroskopii, jak i relacji z ich przebiegu, przytoczę jeszcze początek rozmowy między mną a lekarzem (w czasie mojej pierwszej u niego - już - osobistej wizyty), która urosła wręcz do rangi anegdoty. Bo też, kiedy się tylko spotkamy, on ciągle wraca do tematu tamtej rozmowy... i ciągle nie może się nadziwić. Jak mój Syn i Córka odbierali mnie po badaniach z jego rąk, nie omieszkał i im o tym napomknąć. 

 

Oto ta rozmowa:

 

    - Nie, nie wierzę...! Ile pani ma lat?! - zawołał lekarz, wpatrując się jak sroka w kość, raz w monitor komputera, raz we mnie.

    - Nie da się ukryć, tyle, ile stoi w mojej kartotece - odpowiedziałam grzecznie, aż wreszcie buchnęłam śmiechem, widząc jego wielce zaskoczoną minę.

    - Jestem pełen podziwu... Naprawdę! Mało kto w tym wieku tak młodo wygląda - wydukał lekarz, wpatrując się we mnie jeszcze wnikliwiej. I kiedy przeniósł wzrok ze mnie ponownie na monitor komputera, dodał: - No tak, wszystko jasne... Polka. Słyszałem, że Polki są najładniejszymi i najelegantszymi kobietami na świecie.

    - Nie inaczej, panie doktorze... - odparłam wesoło acz stanowczo w imieniu wszystkich Polek.

 

 

 

************************************************

 

Impresja dnia

 

 

 

 

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia ;-)

 

 

************************************************

 



komentarze (61) | zaloguj się, aby dodać komentarz

DRUGIE URODZINKI BLOGA SZCZĘŚLIWEJ KOBIETY

niedziela, 24 lipca 2011 9:22

 

 

 

 

Drugie urodzinki

bloga szczęśliwej kobiety

 

 

 

 

   Ha, już i kolejny roczek mojego blogowania mija. Dzisiaj... dokładnie o godzinie 17:08. Nawet nie wiem, kiedy ten drugi roczek przeleciał. Dopiero co, przecież, mój blog obchodził roczek (<kliknij), a tu rach-ciach... i już drugi roczek. I choć z jednej strony trochę mi szkoda, że tak szybko przeleciał, to z drugiej, nic a nic nie żałuję, bo był to wspaniały rok. Wiele się u mnie przez ten rok działo. I dobrych, i złych rzeczy. Dobrych było więcej, ale i te co były złe, dzięki mojemu szczęściu w nieszczęściu, skończyły się dobrze.

    W ciągu minionego roku poznałam też wielu nowych, wspaniałych Blogowiczów, których z radością mogłam dopisać do Grona moich Blogowych Przyjaciół. Miło mi także zauważyć, iż przybyło mi bezimiennych Czytelników. Świadczy o tym ilość wejść na mój blog.

    Z całego serca dziękuję Wam moi Drodzy Blogowi Przyjaciele, że jesteście ze mną kolejny rok. Wiele to dla mnie znaczy. Dziękuję także moim nowym Blogowym Przyjaciołom, których poznałam w drugim roku mojego blogowania. Dziękuję również wszystkim moim bezimiennym Czytelnikom. Jest mi niezmiernie miło gościć Was u siebie.

 

 

 

W podziękowaniu za Wasze wizytki proszę przyjąć ode mnie tę oto różyczkę z mojego ogródka

 

 

 


Albo te czerwone kwiatuszki Fleißiges Lischen...

(nie mam pojęcia jak się po polsku nazywają)


   

 

 


Ale jeśli ktoś woli orchideę, to proszę bardzo!

 

 

 

 

 

A może ktoś z Was ma życzenie inny kwiatuszek ode mnie otrzymać, proszę dać znać. Zdobędę go... i podaruję

 


Wspaniałego dnia Wszystkim życzę!

Buziole!   Halszka

 




komentarze (17) | zaloguj się, aby dodać komentarz

ZACHCIANKI I KAPRYSY

środa, 20 lipca 2011 18:24

 

 

 

 

Zachcianki i kaprysy

 

 

 

    Nie wiem dlaczego utarło się, że zachcianki i kaprysy, to domena kobiet w ciąży, ewentualnie, różnych gwiazd i gwiazdeczek. To znaczy co, zwykłym śmiertelnikom mieć je nie uchodzi? W przypadku zwykłego śmiertelnika przybierają one wydźwięk pejoratywny? Oczywiście nie. Każdy z nas czasem ma nieodpartą ochotę na zjedzenie czegoś konkretnego. Jakiegoś słodycza np. czekoladkę, albo porcyjkę lodów, albo coś kwaśnego, np. ogórasa kiszonego, czy też kiszoną kapuchę. I nie ma zmiłuj! Ochota działa jak mus. I tak długo nas męczy, że wreszcie szukamy możliwości jej zaspokojenia. I bardzo dobrze! Nie zdrowo jest ją tłumić, bo to źle działa na naszą psychikę.   

    Gdzieś kiedyś czytałam, że naukowcy (bodajże australijscy) uważają, iż tłumienie zachcianek może mieć tragiczne konsekwencje, począwszy od krótkotrwałych zaników pamięci, po wypadki samochodowe. Niepohamowany apetyt na pewne artykuły żywnościowe sprawia, że w naszym mózgu pojawia się obraz konkretnego dania. Myśl o nim powraca, niczym bumerang, powodując brak koncentracji na wykonywanych zadaniach. I choć uleganie zachciankom nie jest dobre dla naszej talii, to zdecydowanie poprawia pracę mózgu, który po zaspokojeniu głodu, może skupić się na innych czynnościach. Tym pulchnym, albo przewrażliwionym na punkcie swojej talii, niektórzy lekarze zalecają metodę oszukiwania mózgu, polegającą na „wypełnieniu” mózgu  konkurencyjnym obrazem, na przykład pięknym krajobrazem... Błeee, to zbyt trudne! Zachcianki, to nie kaprysy... to wielki głód. Głód na coś konkretnego do papusiania, nie oglądania. I jak tu do diabła, będąc głodnym, zmusić swoją wyobraźnię do wizualizacji widoczków? Nie, łatwe to z pewnością nie jest.  

    Ja miewam zachcianki, konkretnie „głoda” na coś słodkiego, kiedy piszę, i kiedy nagle, ni stąd, ni zowąd, wena uleci ze mnie jak powietrze z balonu i za czorta kudłatego nic mądrego napisać nie mogę. Sięgam wtedy po tabliczkę czekolady i pałaszuję ją, kosteczka po kosteczce. I ani mi w głowie jakieś tam wyrzuty sumienia mieć. Bo też szkoda mi mojej wyobraźni. Nie chcę jej wykorzystywać do wizualizowania jakichś widoczków celem stłumienia mojego „głoda”. Chcę by moja wyobraźnia pracowała na rzecz mojego pisania, nie wizualizowania. Tak mam, i całkiem mi z tym dobrze. Tym bardziej, że nigdy nie miałam problemu z nadwagą. Zbyt ruchliwa jestem.

    Kiedyś, zwłaszcza za komuny, zachcianki i kaprysy zwykłego śmiertelnika nie były dobrze widziane. Może nie trzeba było się z nimi aż kryć, ale afiszować się nimi nie wypadało na pewno. Były rzeczą wstydliwą. Nie na darmo też nazywało się je pogardliwie: „zachciewajkami” (od pryszcza). Dzisiaj jest inaczej. Dzisiaj można wszystko chcieć i wszystko mieć. Dzisiaj każdą niemalże „zachciewajkę” można zaspokoić. Bo przecież zachcianki i kaprysy dotyczą nie tylko do jedzenia. Dotyczą także wielu innych rzeczy, np. zakupu jakiegoś ciucha, bez względu na to, czy jest nam potrzebny, czy nie, albo zrobienia czegoś na już, co w danej chwili wydaje nam z jakiś tam względów konieczne... E tam, będę wymyślać. Już każdy z nas dobrze wie, o co biega z tymi zachciankami.

    O zachciankach i kaprysach kobiet w ciąży krąży masa dowcipów i anegdot. Zaś o kaprysach i zachciankach gwiazd - rozpisują się tabloidy. A te to dopiero potrafią nas, zwykłych śmiertelników, zadziwić. Czasami są tak udziwnione, że aż śmieszą. Bardzo śmieszą.

    Nie będę przytaczać przykładów o zachciankach kobiet w ciąży, bo z pewnością są nam znane, jak nie z własnego doświadczenia, to z opowiadań innych kobiet, ale o kaprysach gwiazd, to aż mnie korci, aby kilka przykładów podać. O, chociażby Madonna, ta znana na całym świecie królowa popu, ma bzika na punkcie desek klozetowych. W hotelu, w których się zatrzymuje, muszą być zmieniane kilka razy dziennie, bo ona za diabła na tej samej dwa razy nie usiądzie. Z kolei Mariah Carey nie potrafi się obejść bez polskiej wody. Pije herbatę robioną tylko z polskiej wody źródlanej. W jej garderobie obok wody z Polski musi znaleźć się także pudło słomy. Po co? Kto chce, niech wnika. Natomiast Marilyn Mason, jak przystało na prawdziwego dziwaka, ma bardzo specyficzne i oryginalne zachcianki. Raz zażyczył sobie by w jego garderobie znalazły się: butelki absyntu, żelki i łysa, bezzębna pani do towarzystwa. No co, to są zachcianki, nieprawdaż?!

 

    I tym zabawnym, acz pouczającym akcentem, kończę swoje wywody na temat zachcianek i kaprysów. Pozostało mi jeszcze życzyć wszystkim, i sobie przy okazji, wielu zachcianek i kaprysów... skoro tak dobrze działają na psychikę. W końcu my też żyjemy tu i teraz, i też tylko raz.

 

 

 

 

******************************************

 

Impresja dnia

 

 

 

 

 

Jeśli nie chcesz mojej zguby...

 posąg Buddy kup mi luby

 


******************************************

 

 



komentarze (19) | zaloguj się, aby dodać komentarz

BICYCLE CZAR

piątek, 15 lipca 2011 21:56

 


Bicycle czar

 

 

 

    Pisząc w poprzednim wpisie o Bike-Marathon`ie, przywołałam sobie wspomnienia swoich rowerowych wojaży. A mam ich co niemiara. Od dziecka lubiłam jazdę na rowerze. Od dziecka też miałam rower. Wprawdzie na początku do spółki z moimi dwiema starszymi siostrzyczkami, ale za to nowiusieńki... i jaki piękny! Jak dziś pamiętam, że był srebrno-czarnego koloru. Rower ten praktycznie i tak stał się wnet moją własnością, ponieważ moje siostrzyczki, ku mojej przeogromnej radości, się szybko znudziły jazdą  na rowerze. Sama więc szalałam na tym srebrno-czarnym cudzie, bez pytania je o zgodę. Pytać już nie było potrzeby. Sama go też reperowałam jak zaszła takowa potrzeba.

    W młodzieńczych latach przesiadłam się jednak na motorower. Później, w wieku 18 lat, na motor. Zaś w dorosłym wieku, kiedy miałam już dzieci - na samochód (a właściwie: do), zapominając zupełnie o czymś takim jak rower. Nie trwałam jednak zbyt długo w tym moim zapomnieniu, ponieważ w niedługim czasie został mi zaordynowany. Brzmi to nieco krotochwilnie, ale to prawda. Byłam już wtedy matką dwójki dzieci i miałam wówczas przewlekłe problemy z żołądkiem. Poszłam do lekarza. Internisty. Po szeregu przeróżnych badań, lekarz postawił diagnozę:

    - Żołądeczek ma panienka zdrowiutki. Nic tu po mnie...

    - No jak to, a te skurcze w żołądku o niczym nie świadczą? - zawołałam, powątpiewając w jego lekarską diagnozę.

    - A świadczą o czymś, świadczą... - wysapał sędziwy lekarz, patrząc na mnie spod oka. - Świadczą o tym, że się panienka zaniedbała ruchowo.

    - Ruchowo?! - zrobiłam wielkie oczy. - Mało to ja się ruszam przy moich malutkich dzieciach? Żadnego leku na te skurcze, żadnej recepty mi pan nie przepisze?

    - A i owszem, mogę przepisać, jak się panienka upiera - wydukał lekarz (uparcie zwracając się do mnie per ”panienka”), i zaczął wypisywać receptę. Po chwili, szczerząc do mnie zęby w szerokim uśmiechu, wcisnął mi ją do ręki.

    Kiedy przeczytałam co stoi napisane na recepcie, zdębiałam. Jak byk stało: „ROWER!!!”... i nic więcej. Jednak zanim dotarłam do domu, rozumiałam już wszystko. W domu receptę podsunęłam mężowi pod nos, coby wątpliwości nie miał, że czeka mnie jej wykupienie.

    Receptę „zrealizowałam” niemalże natychmiast (oczywiście bez znajomości się nie obeszło), i stałam się właścicielką ówczesnego „cudu” techniki rowerowej - składaka. Kiedy tylko dzieci położyłam spać, wynosiłam z piwnicy to swoje „lekarstwo na żołądek” (czyt. rower), i jak z propellerem, zasuwałam po pobliskich ulicach. Pedałowałam co sił, byleby jak najszybciej nadrobić to moje „zaniedbanie ruchowe”. No i nadrobiłam. Nawet dość szybko. Po bólu żołądka nie było śladu. Zapomniałam o nim. Potem do roweru dokupiłam dwa wiklinowe koszyczki, jeden zawiesiłam na kierownicy, drugi na bagażniku, i już z dzieciaczkami przemierzałam kilometry. Ale nie tylko po mieście. Jeździłam z nimi także za miasto, do lasu, nad jeziora, a nawet do mojej Mamy, która mieszkała w  innym mieście, oddalonym o ponad 20 km.

    Nowiusieńkim rowerem-składakiem nie nacieszyłam się jednak zbyt długo. Może jakieś 3 lata. Bo kiedy raz pojechałam nim do Biura Paszportów by sprawdzić swoją kolejkę po odbiór paszportu (to były czasy, nie?), ktoś (jakaś świnia-złodziej) mi go ukradł. A muszę dodać, iż Biuro Paszportów mieściło się w tym samym budynku co Milicja. Ależ byłam wściekła! I to nawet nie z tego powodu, że stało się to pod nosem Milicji, bo wiadomo, że najciemniej zwykle bywa pod latarnią, ale że pod moim nosem. Przecież ja przy nim stałam. Fakt, że  odwrócona plecami, ale przy nim. Przez chwilę rozmawiałam ze znajomą, która widząc mnie pod Biurem Paszportów, przybiegła do mnie z przeciwległego chodnika. Kiedy się odwróciłam, nie mogłam wprost uwierzyć, że mojego roweru nie ma. Natychmiast pobiegłam do komisariatu. Milicjanci też byli zaskoczeni, że do kradzieży doszło pod ich nosem, i pewnie dlatego, natychmiast zarządzili szukanie złodzieja. Pół miasta objeździliśmy radiowozem, i nic. Nadzieja na upolowanie złodzieja okazała się płonna. Skruszeni milicjanci zawieźli mnie do domu. Po drodze wzięli mój numer telefonu i obiecali powiadomić mnie jak znajdą rower. A gdyby jednak nie,  kazali mi się samej na komisariacie zgłosić. Za dwa tygodnie. No to się zgłosiłam! Bo przez ten czas w eterze była grobowa cisza. Na miejscu dowiedziałam się (czego byłam pewna), że roweru mojego nie znaleźli. Zaprowadzili mnie jednak do podziemia, gdzie magazynowali mnóstwo znalezionych rowerów i kazali mi wybrać sobie jeden. No to wybrałam! Czerwoną kolarzówkę, bo tylko ta była w miarę nowa. Większość to złom. Ale po chwili, wśród tego złomu, wypatrzyłam jeszcze jedną taką samą kolarzówkę, wówczas, wskazując na nią paluszkiem, zażartowałam sobie:

    - No, panowie, jeden rower za straty materialne, a ten... o, co tam stoi, za straty moralne... a i w ramach waszej rehabilitacji. W końcu do kradzieży doszło pod waszym nosem. 

    - Niech będzie! - zaśmiali się obaj milicjanci jednocześnie.

    - Serio?! - nie dowierzałam.

    - A jasne! - znów jednogłośnie odpowiedzieli panowie milicjanci.

    - Wspaniale! - zawołałam szczęśliwa, i z głupia frant, wypaliłam: - Bo wiecie panowie, ja mam dwoje dzieci...

    Do domu wróciłam piękną kolarzówką, a druga po chwili została mi dowieziona radiowozem milicyjnym. Od tej pory śmigałam wszędzie raz jedną kolarzówką, raz drugą, a kiedy chciałam pojeździć z dziećmi, wtedy od woźnego z mojej szkoły pożyczałam jego normalny rower. Koszyczki na szczęście miałam nadal.

    Po paru latach, kiedy dzieci były już na tyle duże, że same mogły jeździć na kolarzówkach, kupiłam sobie normalny rower, i dalej jeździliśmy razem, tyle że już na trzech rowerach.

    W tym samym czasie kupiliśmy sobie psa rasy basset, suczkę Malwinę, wtedy to ją, tego leniwca, woziłam w koszyczku zawieszonym na kierownicy. Pamiętam, że raz jechaliśmy za miasto, do lasu, ja z Malwiną z przodu, córka i syn z tyłu, i kiedy wjechaliśmy na ostatnie rondo przed wyjazdem z miasta, Malwina nagle wystraszyła się jadącej wewnętrznym pasem ciężarówki i spanikowana wyskoczyła z koszyczka, ciągnąc mnie na smyczy za sobą (była nią przytroczona do kierownicy), wprost pod jadącą ciężarówkę. Rany, miałam śmierć w oczach, ale dzięki mojemu szczęściu w nieszczęściu, uszłam z życiem. I nawet się nie wywaliłam. Zdołałam jakoś nogami na asfalcie wyhamować. Za to Malwina, po swoim wyczynie, doznała takiego szoku, że wyrwała się z obroży i z rozwianymi uszyskami pognała w siną dal. Dzieci były przerażone. Widziały co się stało. Zachowały jednak zimną krew i natychmiast zjechały z ronda na chodnik. Potem było poszukiwanie tej czorcicy. Znaleźliśmy ją, ale dopiero gdzieś po godzinie. Siedziała skruszona nad rzeką.

    Tak bardzo lubiłam jeździć rowerem, że nie raz i nie dwa, kiedy tylko wybieraliśmy się do mojej siostry, mieszkającej w innym mieście, odległym od naszego o 25 km, jechałam rowerem. Mój mąż z dziećmi wyjeżdżał samochodem godzinę po mnie. Doganiał mnie, kiedy dojeżdżałam już do rogatek siostry miasta. Raz wyjechał szybciej. Chciał mi zrobić niespodziankę i znienacka sfotografować. Ja, nie domyślając się niczego, kiedy zobaczyłam, że moja rodzinka nagle mnie wyprzeda, trąbiąc i machając przez otwarte okna, pomyślałam, że coś mi ta jazda tym razem nie idzie. Wkurzyłam się na siebie i zaczęłam jeszcze mocniej pedałować. Co sił. Tak gnałam za nimi, że nawet nie zauważyłam, że oni się po paru kilometrach zatrzymali na poboczu pod drzewem. Nie zauważyłam też, że mąż wyskoczył zza kierownicy i pstryknął mi zdjęcie. Ale tym razem to on był zawiedziony, bardzo zawiedziony... bo zdjęcie wyszło mu tak:

 

 

Ha, miało się ten power w nogach, co nie?!

 

   

 

    Po takim obciachu, uwiecznionym w kadrze, mąż pośpiesznie wskoczył do auta i popędził za mną. Kiedy mnie dogonił i zrównał się ze mną, zaczął mi dawać znaki, żeby się na chwilę zatrzymać. Nie powiem, zbaraniałam na ich ponowny widok, no ale nie na tyle, by nie odczytać jego znaków. Pokiwałam głową na znak zgody, pomachałam roześmianym dzieciom, i pedałowałam dalej, wdychając przez chwilę spaliny naszego auta. Po przejechaniu około kilometra, już z daleka zauważyłam męża jak z rozwianym włosem, i z aparatem gotowym do pstryknięcia, wyskakuje zza krzaków.

 

  


 

Tym razem zdjęcie mu wyszło... Pełna rehabilitacja

 


 


 

 Zatrzymałam się także... Przyznam, że przez tę męża „niespodziankę”, i moje co sił pedałowanie, poczułam się trochę zmęczona

 


  


Z rozkoszą klapnęłam na wygony fotel...

 Nóżki mnie tym razem naprawdę bolały...  o pupinie nie wspomnę


  


 

 

Jeszcze zdjątko z dzieciaczkami... i dalej w drogę

 

 

 

    Kiedy wyjechałam z dziećmi do Niemiec, nieraz jeździliśmy rowerami, ale już nie za często razem. Cóż, nowe, inne życie, czas integracji i aklimatyzacji w nowym kraju, potem szkoły w innym mieście, i tylko w weekendy, albo ferie byliśmy razem... I tak życie leciało do przodu. Ale kiedy dzieci pokończyły szkoły, znów na co dzień byliśmy razem, i nieraz wyruszaliśmy na rowerowe przejażdżki.

     Wreszcie przyszedł czas, kiedy dzieci założyły swoje rodzinki i poszły na swoje. Zamieszkaliśmy jednak - ku naszej ogromnej radości - w jednym mieście, i to - dziwnym zrządzeniem losu, acz wielce przychylnym - bardzo blisko siebie. I teraz też niekiedy urządzamy sobie przejażdżki rowerowe, już z ich dziećmi, a moimi wnuczkami.

 

 


Mojemu wnuczkowi jazda na rowerze tak bardzo się podobała, hihihi...! że aż go sen zmorzył

 


 

    Z czasem było też tak, że przejażdżki rowerowe miały wnuczki, a starszyzna jeździła na rolkach (in-line skates).


 

 

Oto kilka obrazeczków z naszych kombinowanych jazd 

 

   

 

  

 

  

 

  

    

 

Iiii... hulaj dusza, świat się rusza,

a my razem z nim!

 

 

 

******************************************

 

 

Impresja dnia

 

 

 

 

 

 

 

"Kobiety jak te kwiaty,

nie podniecaj się...

powąchać tak, dotykać nie..." (???)

 

******************************************

 

 

Dopisek z dnia: 18.07.2011.

 

Co niektórzy mają obiekcje do mojej impresji dnia... hihihi! :-Dwręcz uważają, że mnie „porąbało”,  a przecież to właśnie mężczyźni wymyślili te słowa...:-/ Oto dowód (<kliknij).

W mojej impresji dnia słowa te poddaję pod wątpliwość właśnie... stąd te znaki zapytania: (???), i stąd też ten zapylający bąk.;-)

 

 



komentarze (19) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  806 397  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Halina Krüsch Czopowik

Facebook i Google

Wszystkie teksty oraz zdjęcia tutaj opublikowane są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie. (Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dn. 4.02.1994 r., nr 24, poz. 83). Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję, jak ktoś o nią prosi. 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tu także swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 806397
Wpisy
  • liczba: 738
  • komentarze: 10335
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 2894 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to