Bloog Wirtualna Polska
Są 1 267 832 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Pytania Zwykłego Człowieka

piątek, 31 lipca 2009 17:42


Pytania

Zwykłego Człowieka



Kiedy wokoło tragedii widzę ogrom,

ma dusza krzyczy, serce krwawi...

Czuję się tak, jakbym przeżywał pogrom,

nic mnie nie cieszy ani nic nie bawi.


Któż tak urządził ten ziemski nasz padół,

że tyle nieszczęść wokoło nas?

Miast piąć się do góry, spadamy na dół...

Pogłębia się cierpienie ludzkich mas.


Czy ktoś się tu nami na Ziemi bawi?

A może za karę jesteśmy tu?

Jak długo serca nasze muszą krwawić,

by ten ktoś pojął, że chcemy ufać mu?


Że chcemy miłości i prawdzie być oddani,

z dobroci serc płynących...

Nie chcemy padać ofiarą tyranii,

ani też mnożyć istot cierpiących.


Czy nie dość już błądzimy omackiem,

nie znajdując kresu wszechobecnego zła?

Czy musimy przybierać pozy prostackie...

kiedy nad złem tolerancji rozciąga się mgła?


Zabraknie nam życia, ażeby zmienić świat...

Cóż z tego, że po nas przychodzą następni...

Skoro na betonie rosnąć nie chce kwiat...

nikt z ludzi - dobrej woli - zła nie wytępi.


Zło - jak skorupa twardego betonu,

coraz grubiej opasa nasz ziemski glob...

Co mamy robić, jakiego użyć dzwonu,

by Ten na górze nie odwracał głowy w bok?


Boże, skoro patrzysz na nas z lotu ptaka,

powiedz, dlaczego świat pozostawiłeś odłogiem?

Dlaczego Twa wola jest sroga taka...     

tego ja, zwykły człowiek - pojąć nie mogę!


Dlaczego źli ludzie mają się dobrze,

a za zło całego świta cierpią niewinni?

Czy wszyscy mamy założyć komże,

byś pojął, że nie jesteśmy niczemu winni?


Ale skoro tak chcesz i tak być już musi,

będziemy cierpieć jeszcze bardziej...

Choć niesprawiedliwość ta aż nas dusi...

będziemy walczyć o dobro hardziej!


Jednak na usta pytania cisną się jednakie...  

Jakaż to gwiazda nad Tobą Boże świeci,

że pozwalasz na nikczemności takie,

aby cierpiały nieczemu NIEWINNE DZIECI?!

 




komentarze (17) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Rocznica Powstania Warszawskiego

piątek, 31 lipca 2009 14:26


Rocznica Powstania Warszawskiego



  Jutro obchody 65 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Powstania, które choć nie osiągnęło celów ani wojskowych, ani politycznych, stało się dla kolejnych pokoleń Polaków symbolem męstwa i determinacji w walce o niepodległość.

   Powstanie Warszawskie było największą bitwą stoczoną przez wojsko polskie w czasie II wojny światowej. Trwało 63 dni. Zginęło w nim ok. 150 tyś. ludności cywilnej, 10 tys. powstańców, a 7 tys. uznano za zaginionych. Tak ogromna ofiara powstańców i ludności cywilnej, na zawsze winna budzić w nas jedynie głęboki dla nich szacunek. Szacunek i hołd, bez jakichkolwiek, nikomu już dziś niepotrzebnych, rozważań nad sensem Powstania. A takich, co to czynią, jest niestety jeszcze wielu.


                    


   Oby to święto przebiegało w ciszy i spokoju. Oby nie powtórzyła się sytuacja z zeszłego roku, kiedy to podczas obchodów słychać było okrzyki, brawa, gwizdy. O to apelował Generał Zbigniew Ścibor-Rylski (pseudonim "Motyl"), jeden z ostatnich żyjących dowódców Powstania Warszawskiego (obecnie prezes Zarządu Głównego Związku Powstańców Warszawskich) w imieniu swoim i Powstańców. O to apelują ludzie, dla których Powstanie Warszawskie odcisnęło bolesny ślad w historii ich rodzin... Wreszcie, o to apelują wszyscy ludzie dobrej woli. Niechaj to będzie dla nas wszystkich czas wielkiej zadumy i hołdu dla tych, którzy nie wahali się zaryzykować wszystkiego w imię Wolności i Honoru.


  W historii mojej rodziny, choć pochodzi z Podola, Powstanie Warszawskie również pozostawiło dramatyczny ślad. Brał w nim udział mój wujek, najstarszy brat mojej matki. Wspomnienie o nim zamieszczam w kategorii: Wspomnienia pt. "22 dni nadziei i beznadziei" 


   Pamiętam, że przed wielu laty, kiedy żyłam jeszcze w Polsce, na któreś urodziny wujka zadedykowałam mu wiersze Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Bardzo się wtedy wzruszył. Dzisiaj, w hołdzie dla Wszystkich Powstańców, i tych żyjących i tych nieżyjących, pragnę zadedykować choć jeden wiersz tego młodziutkiego, poległego w Powstaniu Warszawskim poety:


 

Modlitwa III


Jeżeli życie tak nas odstało

i nie doleci żadne wołanie,

odbierz nam, Panie, ten proch - nie ciało,

śmierć daj nam, Panie.

Jeżeli skrzydła dzieci maleńkich

poobcinają, zamienią w kamień,

odbierz nam ziemię, spod stóp przeklętych,

w glinę nas zamień.

Jeżeli konać nam tak kazałeś

z twarzą pod butem, z hańbą u czoła,

jeżeli każde kochanie małe,

to nas nie wołaj.

Jeżeli mokre gałęzie oczu,

jeżeli usta z płomieniem wiary

lękiem rozdmuchać i zakryć nocą,

miłość - pożarem,

to nas już nie karm ziemią ni niebem,

odbierz, gdy dałeś, niepokój godzin,

to zabij dzieci kamiennym chlebem

przed dniem narodzin.

(wrzesień 1942 r.)


 



komentarze (0) | zaloguj się, aby dodać komentarz

22 dni nadziei i beznadziei

piątek, 31 lipca 2009 14:11


22 dni nadziei...

i beznadziei



  Wujek Staszek był najstarszym bratem mojej Mamy. W czasie II wojny światowej walczył dwukrotnie. Po zaleczeniu ran po stoczonych walkach w czasie pierwszej mobilizacji, po raz drugi zaciągnął się do wojska wiosną 1943 r. - do Armii Kościuszkowskiej. Z armią dotarł w sierpniu 1944 r. nad Wisłę by wspomóc Powstanie Warszawskie. W czasie forsowania Wisły Hitlerowcy ostrzelali jego łódź, na której wraz z sześcioma żołnierzami dobijał do brzegu. Czterech żołnierzy poniosło śmierć na miejscu, a Wujek i dwóch innych żołnierzy zostali ciężko ranni. Udało im się jednak pod osłoną porozrywanych przęseł Mostu Poniatowskiego o własnych siłach przedostać się na brzeg.



  

                           Zdjęcie ze zbiorów warszawa.wikia.com/wiki



Na brzegu doczołgali się pod filar by tam ukryć się przed ostrzałem hitlerowców z mostu. Wkrótce zmarł jeden z żołnierzy. Wujek i jego kolega o nazwisku Wychopień przez cały tydzień leżeli tam w potwornych bólach, w ogromnym strachu, bez jedzenia. Pili tylko wodę z Wisły. Po tygodniu, kiedy byli już wycieńczeni z bólu, upływu krwi, głodu... i braku nadziei na ratunek, zauważyli nagle, że po rozrywanych przęsłach, jak małpiątko, przedziera się jakiś chłopiec. Zawołali go do siebie. Był to harcerz Rysiek (lat 13), który jako łącznik, starał się przedostać z meldunkiem na drugi brzeg Wisły. Wujek poprosił go, aby zdobył dla nich coś do zjedzenia. Rysiek był przerażony sytuacją żołnierzy, ale nie umiał im pomóc. Na moście byli Niemcy, a on niczego do jedzenia nie miał przy sobie. Wtedy Wujek poprosił go, aby wydobył chleb z ich łodzi, która ciągle dryfowała na wpół zatopiona z ciałami zabitych żołnierzy w malutkiej zatoczce niedaleko brzegu. Chłopak był strasznie wystraszony, że musi grzebać za chlebakami pomiędzy ciałami zabitych, ale spisał się dzielnie. Dotarł wpław do łodzi i z powrotem, i w efekcie, przyciągnął ze sobą kilka chlebaków z rozmoczonym wodą i krwią zabitych chlebem. Chłopak musiał udać się w dalszą drogę z meldunkiem. Zanim się jednak oddalił, obiecał Wujkowi, że jak dotrze na miejsce, zamelduje o nich dowódcy. Wkrótce zniknął im z oczu. Wspinając się po przęsłach, Rysiek przedostał się na drugi brzeg Wisły. W Wujku i w jego koledze zatliła się iskierka nadziei. Niestety, minął następny tydzień i żadna pomoc nie nadchodziła. Spleśniały chleb, choć wydzielali go sobie małymi kawalątkami, kończył się już. Warszawa stała w ogniu. Potężne eksplozje targały powietrzem. Zewsząd było słychać serie z karabinów, płacz i lament ludzi. Jakie myśli mogło mieć tych dwóch rannych, wygłodzonych żołnierzy, leżących pod Mostem Poniatowskiego? W obliczu wszechobecnej śmierci - została im tylko modlitwa... i silna wola życia. Pomimo wszystko. Przecież każdy z nich miał rodzinę, żonę, dzieci. Trzeci tydzień się kończył, kiedy już u kresu sił i nadziei na ratunek, w myślach żegnali się z życiem i ze swoimi bliskimi. Została im już tylko rozpacz i beznadzieja... Wtedy, ni stąd, ni zowąd, zauważyli nagle płynące w oddali dwie łódki. Łódki pruły cichutko wodę wprost w ich kierunku. Takiej szansy tych dwóch żołnierzy nie mogło zaprzepaścić. Resztkami sił doczołgali się do brzegu by ich zauważono. Niestety... znów rozpacz! Łódki okazały się być puste. Nikogo w nich nie było. A co wydawało się być dziwne, łódki były powiązane ze sobą grubym sznurem. Wycieńczeni żołnierze postanowili jednak wciągnąć swe poranione ciała do łodzi i popłynąć z nurtem Wisły. Zapragnęli znaleźć się jak najdalej od tego miejsca, gdzie czekała ich niechybna śmierć z głodu i ran. Tym bardziej, że wdarło się już zakażenie. Rany ropiały. A atakujące ich coraz bardziej szczury, dopełniały dzieła. Pokaleczone i pogryzione ciała zaczynały już gnić. Kiedy w potwornych mękach wciągnęli swe pokiereszowana ciała do łodzi, odbili od brzegu. Woda poniosła ich coraz dalej i dalej od na wpół zawalonego Mostu Poniatowskiego. I kiedy tak płynęli, nie wiedząc, czy po śmierć, czy po ratunek, nagle do odgłosów eksplozji i strzałów armatnich, uszu ich doleciały serie z karabinów, i to tuż nad ich głowami. Jedna po drugiej. Zrozpaczeni żołnierze Armii Kościuszkowskiej byli pewni, że to już ich koniec... Jak się później okazało strzelali do nich żołnierze z ich armii, mając ich za wrogów. Szczęściem w nieszczęściu udało się im jednak ujść z życiem, bo kiedy zauważono ich mundury, strzelać przestano. Byli uratowani!... Czyżby to był... cud nad Wisłą? Dla tych dwojga umęczonych żołnierzy, był z pewnością.


Wiele lat po wojnie powstała książka Alojzego Srogi pt. „Nadzieja", opisująca Wujka losy. W Ekspresie Wieczornym, w odcinkach, również opisywano Wujka gehennę, jaką przeżył pod Mostem Poniatowskiego wraz ze swoim kolegą Wychopieniem w oczekiwaniu na ratunek. Opisywano Wujka 22 dni nadziei wymieszanej z beznadzieją, wśród świstu kul, wybuchu bomb, zimna, głodu i potwornego bólu. Wtedy nagle Wujek stał się bohaterem. Wycieczki szkolne ciągnęły do niego z kwiatami i laurkami. Dziennikarze z radia i gazet nękali go wywiadami. Z Ratusza partyjniacy słali listy pochwalne. Ale nic dalej za tym nie szło. Wujek zaś nie był przygotowany na to, by być bohaterem. Po tym nagłym szumie wokół niego, rozchorował się jeszcze bardziej, a jakiegokolwiek wsparcia finansowego na leczenie, i tak nie dostał. Ot i los bohatera Polski Ludowej!

 




komentarze (6) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Przygoda Świnek nie z tej Planety

czwartek, 30 lipca 2009 22:23


Przygoda
Świnek nie z tej
Planety



  Zapadł zmierzch. W lesie było już ciemno. Wszystkie zwierzątka przygotowywały się do snu i dookoła robiło się cicho, coraz ciszej. Tylko olbrzymia sowa, pani Puchaczowa, akurat na odwrót, ona obudziła się właśnie ze snu i przygotowywała się do nocnych łowów.  Pani Puchaczowa swoim zwyczajem podeszła do okna i wyglądnęła na zewnątrz. Chciała sprawdzić, czy już wszystkie zwierzątka udały się na spoczynek, i czy może już spokojnie wyfrunąć ze swojego domu.   

  - Huhuuu... O rety, co ja widzę...?! Świnie! Dwie świnie! - krzyknęła sama do siebie, wychylając się przez okno. - A to co za zwyczaje? O tej porze łażą sobie po lesie? Przecież już powinny spać... Zaraz, zaraz... - zahukała po chwili zdziwiona, przecierając skrzydłami swe olbrzymie oczy: - To nie są wcale nasze leśne dzikie świnie, tylko najzwyklejsze świnie domowe, chociaż jakoś dziwnie czarne jak smoła. A te tu czego szukają? No, zaraz im pokażę, gdzie jest ich miejsce. Po lesie będą sobie nocne wędrówki urządzać? Po naszym lesie? Coś takiego! Huhuu, huhuuu... Tak nie może być!     

 


 

Ilustracja mojej 6-letniej Wnuczki



  Pani Puchaczowa już zamierzała wyfrunąć ze swojego domu, znajdującego się w dziupli w starym, rozłożystym dębie, kiedy nagle usłyszała dziwne chrumkanie. Zastanowiła się na chwilę. Bo to chrumkanie nie było normalnym chrumkaniem domowych świń. Chrumkanie domowych świń znała dobrze. U starego leśniczego w zagrodzie pełno było domowych świń i nieraz miała okazję słyszeć, lecąc nocą nad jego zagrodą, jak pochrumkują sobie przez sen w chlewiku. To chrumkanie było inne, jakieś takie zgrzytające. Zbyt zgrzytające. Wychyliła się jeszcze bardziej przez okno i nastawiła uszu.

  - Chrumrzrzrz... chrumrzrzrz... a nie mówiłem, żeby nie oddalać się od grupy? - doleciało nagle do jej uszu.

  - No i co, że mówiłeś, skoro się sam oddaliłeś, a ja za tobą... Chrumrzrzrz... chrumrzrzrz - rozległo się drugie zgrzytające chrumkanie, ale tak jakby o wyższej tonacji.

  - Coś mi się tu nie podoba. To nie jest zwykłe chrumkanie... To chyba nie są zwykłe świnie. Huhuuu... lepiej zostanę w domu - zadecydowała pani Puchaczowa i wsłuchiwała się dalej.

  W międzyczasie dwie świnki, które pani Puchaczowej wydawały się być niezwykłymi, podeszły do starego dębu i usiadły pod nim zmęczone.

  - I co my teraz zrobiły? - zachrumkała ponownie świnka o cieńszym głosie. - Ja chcę do mamy! Słyszysz?

  - A ty myślisz, że ja nie? - odpowiedział jej bardziej zgrzytający głos.

  Pani Puchaczowa, słysząc te głosy dochodzące z dołu, zrozumiała, że to są tylko małe świnki. Dzieci świń. Wprawdzie nie wiedziała, jakich świń, ale było jej już wszystko jedno, bo przecież nie będzie się dzieci bać i przez nie z łowów rezygnować. Odważnie sfrunęła z dziupli, i to prosto pomiędzy siedzące pod dębem świnki.

  - Hej, zwierzaczki, co wy za jakie? I co tu w lesie po nocy robicie? - spytała, spoglądając raz na jedną świnkę, raz na drugą.

  - Ojej, a ty czego chcesz od nas? - wystraszyła się świnka z piskliwym głosem.

  - No właśnie? - dorzuciła od siebie druga świnka. - Co ciebie, ptaszku, to obchodzi?

  - Ptaszku...? Ja ci zaraz dam ptaszka! - oburzyła się pani Puchaczowa. - Ja jestem sowa, pani Puchaczowa.

  - A my jesteśmy świnkami... Ja jestem prosiaczek APO-Lineus, a to APO-Lonia, moja siostra. Rozumiesz, sowo puchata?!

  - O rety, ale się dziwnie nazywacie, jak nie z tego świata - zahukałała rozbawiona pani Puchaczowa, puszczając mimo uszu tę „puchatą sowę".

  - Bo też nie jesteśmy - odpowiedział grzeczniej już prosiaczek APO-Lineus.

  - Żartujesz, co? To nie przystoi żarty sobie strugać ze starej sowy. Jak możesz? - obruszyła się pani Puchaczowa.

  - Ależ APO-Lineus wcale nie struga z ciebie żartów, my naprawdę jesteśmy nie z tego świata - uściśliła świnka APO-Lonia.

  - Aha... akurat! Uważaj, bo uwierzę! - zahukała głośno pani Puchaczowa, ale już z wyraźną nutką niepewności. I nagle oniemiała, bo dopiero wtedy zauważyła, że obydwie świnki mają jakieś dziwne ogonki, takie mocno poskręcane, i tak jakby świecące, słabym, pulsującym światłem. Na szyi miały komiczne, ażurowe obroże, a na uszach sterczało im coś w rodzaju antenek. - To skąd je... je... je... steścieeeee....?! Huhuhuuuu... o re...reety! - zająknęła się - Co to... to... to...  w ogóle ma znaczyć? Powkładaliście to coś na siebie specjalnie, żeby mnie wystraszyć, i żebym nie wyruszyła na nocne łowy? Tak?

  - A gdzież tam! Tacy jesteśmy zawsze, i to wszyscy - spokojnym głosem odrzekł prosiaczek APO-Lineus. - A jak ci się nie podobają nasze imiona, to możesz do mnie mówić Lineus, a do mojej siostry, Lonia. Ale to, że przybyliśmy z innego świata, to jest fakt, czy ci się podoba, czy nie. Przybyliśmy na Ziemię z Planety Świń. Ot, i cała prawda!

  - Huhuuu... prawda, powiadasz? - zdumiała się pani Puchaczowa, a jej oczy ze zdumienia zrobiły się ogromne i pomarańczowe, jak dwie dorodne pomarańcze. - To co wy tu w lesie robicie?

  - Aaa... to długa historia - odparł prosiaczek Lineus.

  - To opowiedz ją krótko - nalegała pani Puchaczowa.

  - No dobrze, opowiem - zgodził się prosiaczek. - Otóż przybyliśmy na Planetę Ziemia z naszej ukochanej Planety Świń na wycieczkę szkolną. Przylecieliśmy z naszą panią i panem, i z całą naszą klasą. Zwiedzaliśmy góry, lasy, łąki, pluskaliśmy się w rzece, a nawet w jeziorze, i kiedy wracaliśmy już z powrotem do naszego statku kosmicznego, który nasz pan ukrył w głębi lasu, zauważyłem ogromne bajoro. Oczu od niego nie mogłem oderwać, bo było tak wspaniałe. A ja uwielbiam taplać się w błocie, Lonia zresztą też. No i odeszliśmy od grupy, żeby choć na chwilkę się potaplać. Zaraz mieliśmy zamiar dogonić wszystkich. Niestety ten nasz „zaraz" chyba się trochę przeciągnął, bo gdy już wyleźliśmy z bajora i pobiegliśmy do tego miejsca, gdzie ukryty był nasz statek, to po nim nie było już śladu. Najnormalniej w świecie, odleciał bez nas.

  - A wy, świnki, zostałyście same, i do tego brudne jak dwa kocmołuchy... - zachichotała pani Puchaczowa. - To dlatego na początku wzięłam was za dzikie świnie.

  - To że brudne, to żaden problem. W naszym statku kosmicznym zaraz by nas oczyszczono i zdezynfekowano - zachichotała również świnka Lonia, ale zaraz jej minka zrzedła i dodała: - Ale to, że same, to już wielki problem.

  - No i co teraz z wami będzie? - zmartwiła się pani Puchaczowa.

  - Właśnie się zastanawiamy - odrzekł prosiaczek Lineus. - Ale coraz bardziej opadamy z sił. Potrzebujemy dostępu do energii.

  - Do energii? Jakiej energii? - zdziwiła się pani Puchaczowa.

  - No jak to do jakiej? Elektrycznej - odrzekł zmartwionym głosem prosiaczek.

  - Tu, w lesie, nie ma takiej energii - stwierdziła pani Puchaczowa równie zmartwionym głosem. - Ale zaraz, zaraz... elektrycznej, powiadasz? Czy nie chodzi ci przypadkiem o prąd? No wiesz, taki w gniazdkach...

  - O właśnie, taki w gniazdkach! - zawołał Lineus z nadzieją w głosie.

  - No to takiego w lesie nie ma... Ale poczekajcie, chyba wiem gdzie jest - zastanawiała się pani Puchaczowa.

  - Ojej, mów zaraz gdzie - ożywił się prosiaczek Lineus. - Bo coraz słabsi jesteśmy, a trzeba nam tam dojść, i to jak najszybciej.

  - Takie gniazdko widziałam u naszego starego leśniczego w stodole. Nieraz tam siedziałam na żerdzi, i... i że tak powiem... obserwowałam myszy, grasujące po workach z pszenicą, stąd wiem, że gniazdko z prądem tam jest. Zdarzało się, że widziałam, jak leśniczy wkłada do tego gniazdka kabel od jakiejś maszyny i maszyna ta zaczynała się ruszać i hałasować. A więc, toby oznaczało, że tam w gniazdku musi być ukryty prąd. A skoro jest to prąd, to może jest to też ta wasza energia, której potrzebujecie... Ta, jak powiadasz... elektryczna.

  - Właśnie, tak powiadam! - krzyknęły radośnie obie świnki APO jednocześnie.

  - To ruszajmy do leśniczówki, i to natychmiast! - zahukała równie uradowana Pani Puchaczowa. 

  - Natychchchmiarzrzrzt! - zachrumkał przeraźliwie zgrzytająco prosiaczek Lineus.

   - Natychchchmiaszszszt! - zachrumkała piskliwie świnka Lonia.

   - No to jazda! Biegnijcie za mną! Będę frunęła specjalnie nisko, abyście mogli mnie dobrze widzieć i nie zmylili kierunku - zahukała głosem dowódcy pani Puchaczowa. - W drogę! Ruszajmy zatem!

   Ruszyli. Pogoda im sprzyjała. Niebo było bezchmurne. Księżyc w pełni dość dobrze oświetlał drogę. Pani Puchaczowa wprawdzie nawet i w zupełnych ciemnościach widzi dobrze, bo przecież jej oczy przyzwyczajone są do nocnych łowów, ale dla świnek APO pogoda taka to wielkie dobrodziejstwo. Rozjaśniony promieniami księżyca las, nie wydawał im się taki straszny, a i niezgorzej też mogły widzieć lecącą ponad nimi sowę, która wyznaczała im drogę do ich ratunku.

  Pani Puchaczowa łopotała skrzydłami cichutko i kierowała się w stronę leśniczówki. Co rusz spoglądała też na świnki, czy aby nadążają za nią. Na początku świnki APO biegły szybko, co tchu w płucach, ale było widać, że słabną i biegną coraz wolniej. Pani Puchaczowa spostrzegła to i zrobiło jej się bardzo żal świnek.

  Świnki APO słabły w oczach. Ledwie powłóczyły już nóżkami. Raz nawet Lonia potknęła się o wystające korzenie drzew i upadła. Pani Puchaczowa podfrunęła wtedy do niej, dziobem chwyciła ją za obrożę i pomogła jej się podnieść. Pani Puchaczowa poczuła wówczas, że całym jej ciałem aż potrzepało, ale nie zważała na to. Nawet się nie zastanawiała co też mogło być tego powodem. W tym momencie najważniejsze dla niej było to, aby jak najszybciej doprowadzić biedne świnki APO do źródła energii, czyli do stodoły starego leśniczego. Na szczęście do leśniczówki i jej zabudowań nie było aż tak daleko. Po kwadransie byli już na miejscu.

  - Huhuuu...! Patrz APO... Lineus, patrz APO... Lonia, jesteśmy już przy waszej energii! - zahukała z przejęciem pani Puchaczowa, próbując nawet wymówić imiona świnek, aby tylko dodać im otuchy i choć trochę jeszcze sił.

  - Kochana jesteś, pani sowo. Dziękujemy - zachrumkała cichutkim głosikiem świnka Lonia. - I tak ładnie wypowiedziałaś nasze imiona...

  - Cichutko, Lonia - szeptem wychrumkał prosiaczek Lineus. - Potem będziemy dziękować, teraz chodźmy wreszcie podłączyć się do zasilania energetycznego... Wprowadź nas do środka Pucha... cha-chata... to jest... Pucha... chacha... czowa pa... pa... ni. - Prosiaczkowi zabrakowało tchu.

  Pani Puchaczowa podfrunęła do stodoły i dziobem uchyliła wrota. Skrzydłem dała znak do cna osłabionym już świnkom, aby weszły do środka. Po chwili wszyscy znaleźli się już wewnątrz stodoły. Pani Puchaczowa przypomniała sobie, że czasami widziała jak leśniczy naciskał taki przycisk i w stodole robiło się jasno. Zapamiętała to dobrze, gdyż nieraz musiała wtedy chować się w głąb stodoły, ponieważ, nie wiedzieć czemu, czuła ogromny respekt przed starym leśniczym. Pani Puchaczowa natychmiast podfrunęła do tego przycisku i nacisnęła go dziobem. W stodole zrobiło się jasno. Wtedy prosiaczek Lineus zauważył, tak jakby przez mgłę (z osłabienia widział już coraz słabiej), że obok tego przycisku jest gniazdko elektryczne, najcudowniejsze na tym świecie - gniazdko elektrycze. Resztkami sił zaczął czołgać się do tego zbawiennego gniazdka, popychając przed sobą siostrzyczkę Lonię. Kiedy już tam razem dotarli, Lineus zobaczył, że na posadzce leży zwój kabla z dwugniazdkowym rozdzielaczem do prądu. Ucieszył się bardzo. Najszybciej jak tylko mógł włożył ogonek Loni do jednego gniazdka, a do drugiego, swój ogonek.       

  Pani Puchaczowa miała przed swoimi olbrzymimi oczami niesamowity widok. Obie świnki, przycupnięte przy gniazdkach z prądem, nabierały coraz to innego wyglądu. Najpierw ich ogonki robiły się dłuższe i dłuższe, i zaczynały pulsować coraz bardziej jaskrawoniebieskim światłem. Potem ich ciałka, do tej pory czarne z brudu, stawały się coraz jaśniejsze i nabierały złotego koloru. A ich ażurowe obroże, które miały na szyjach, przybierały kolor ognistoczerwony, z ogromną ilością drobniutkich światełek, tak jakby powtykanych pomiędzy otworki ażuru. Natomiast antenki na ich uszach, mieniły się kolorami tęczy i wydawały przepiękne dźwięki, podobne do dźwięków fujarki. Oczy pani Puchaczowej znów zrobiły się ogromne i pomarańczowe ze zdziwienia, ale tym razem również i z podziwu, bo też widok był nieziemsko piękny. A już najbardziej, co spodobało się pani Puchaczowej, to widok mordek obu świnek. Otóż mordki ich rozjeżdżały się w coraz szerszym uśmiechu, i to w uśmiechu, przetkanym blaskiem złotych zębów. No, to był naprawdę wspaniały obrazek, bo nie dość, że piękny w swym wyglądzie, to przede wszystkim oznaczający radość świnek. A to dla pani Puchaczowej było najważniejsze. Wreszcie obie świnki były uratowane i czuły się radosne.

  - Huhuuu... Lineus... huhuuuu... Lonia, ale daliście pokaz! - nie wytrzymała i pełna podziwu zahukała głośno, kiedy zobaczyła, że obie świnki APO podskoczyły radośnie, wyjmując tym samym swe ogonki z gniazdek.

  - A to dzięki tobie, nasza droga pani Puchaczowo - zachrumkała cieplutko świnka Lonia.

  - Właśnie, dziękujemy ci nasza wybawicielko! - zachrumkał prosiaczek Lineus.

  - Już dobrze, nie musicie mi dziękować - zachichotała uszczęśliwiona pani Puchaczowa. - Przyprowadziłam was tylko do stodoły naszego starego leśniczego, resztę zrobiliście sami. A ja dzięki wam miałam wspaniały widok... Ale mówcie lepiej, co dalej. Jak teraz dostaniecie się na waszą Planetę Świń?

  - Zaraz ci pokażę - odezwał się prosiaczek Lineus. - Popatrz, właśnie będę wchodził w kontakt z naszym statkiem kosmicznym. Przeproszę naszego pana i naszą panią za nasze niezdyscyplinowanie i poproszę ich, aby skierowali nasz statek kosmiczny z powrotem na Ziemię, i żeby nas zabrali. To proste, zobaczysz.

  Prosiaczek Lineus uśmiechnął się do pani Puchaczowej, a potem schylił głowę i z uśmiechem na mordce, znieruchomiał. Między jego uszami zaczęło coś iskrzyć i skwierczeć. Chwilę to trwało, aż wreszcie pani Puchaczowa, wpatrując się w prosiaczka w wielkim napięciu, zauważyła, że uśmiech na jego mordce gaśnie coraz bardziej. Zaniepokoiła się. Czyżby to oznaczało, że to jego wchodzenie w kontakt ze statkiem kosmicznym nie przebiega dobrze? Popatrzyła zaraz na świnkę Lonię, i gdy zobaczyła jej smutną minę, była już pewna, że niestety tak jest. Nie miała odwagi nawet zapytać. Czekała z bijącym sercem aż świnki APO same się odezwą.

  - Niedobrze, Lonia - zachrumkał smutno prosiaczek Lineus i podniósł głowę. - Niestety, nasz statek kosmiczny jest już za daleko i nie mogę nawiązać z nim kontaktu.

  - Ojej, i co teraz będzie? - posmutniała również pani Puchaczowa, ale kiedy znów popatrzyła na świnkę Lonię i zobaczyła, że na jej ryjku maluje się kopytko, a oczka wypełniają się łzami, natychmiast dodała: - Ale nie martwcie się, na pewno znajdziemy jakieś rozwiązanie. Bo gdzie problem, tam też musi być i rozwiązanie... które pomoże wam kontaktu nawiązanie... O rety, co ja plotę... - szepnęła już tylko do siebie, zmartwiona nie na żarty.

  - Tak myślisz? Rozwiązanie musi być? - spytała świnka Lonia, wpatrując się w panią Puchaczową z nadzieją w swych małych, załzawionych oczkach.

  - No pewnie, że tak! - zahukała pani Puchaczowa co nieco zagłośno, bo nagle poczuła ciężar odpowiedzialności za swoje słowa. Ale czując się w pewnym sensie odpowiedzialną za te dwie małe świnki nie z tej planety, musiała ciągnąć dalej, to co zaczęła. - Możesz być pewna, że znajdziemy nawiązanie... to znaczy... chciałam powiedzieć... rozwiązanie. Tylko nie płacz Loniu. Tylko nie płacz. W lesie mówią, że sowa, to mądra głowa, a ja jestem przecież sową i do tego panią Puchaczową... Nie chwaląc się... No dobra, Lineusku, mów mi czego wam trzeba, aby ten wasz statek kosmiczny zawrócić?

  - Och, to będzie nieświńsko trudne... - odpowiedział prosiaczek w głębokiej zadumie.

  - Nie szkodzi, mów - nalegała pani Puchaczowa.

  - No przecież mówię. Tego na pewno w lesie nie znajdziemy - prosiaczek spuścił głowę z rezygnacją.

  - Ale czego? Mówże w końcu - ponaglała zniecierpliwiona już pani Puchaczowa.

   - To jest takie urządzenie elektroniczne, które nazywa się komputer - wydukał w końcu prosiaczek Lineus i zamilkł. Po czym podniósł głowę i smutnymi oczkami popatrzył na panią Puchaczową, a gdy stwierdził, że ona wpatruje się w niego spokojnie, bez żadnej rezygnacji w oczach, zaczął mówić dalej: - Kiedy podłączyłbym się do komputera, to wtedy mógłbym uaktywnić system nawigacyjny i wyznaczyć położenie naszego statku kosmicznego. A wówczas, bez większych już trudności, mógłbym wejść z nim w kontakt i zameldować naszemu panu i pani o naszej sytuacji, i...

   - Poczekaj, Lineusku, bo nic z tego nie rozumiem, co ty do mnie mówisz - przerwała prosiaczkowi pani Puchaczowa. - Ale to słowo „komputer" gdzieś już słyszałam. Czy to nie jest taka maszyna, która migocze w nocy różnymi kolorami?

  - Może migotać - odpowiedziała za brata świnka Lonia, która do tej pory siedziała cichutko i przysłuchiwała się tylko rozmawiającym.

  - Tak? - ucieszyła się pani Puchaczowa. - To ja chyba taką maszynę widziałam u naszego starego leśniczego w domu.

  - Coś ty, pani Puchaczowo, naprawdę? - zachrumkał pełen nadziei prosiaczek Lineus. - To chodźmy tam zaraz.

  - Poczekajcie, ja tylko sprawdzę teren wokół leśniczówki i zaraz tam pofruniemy... to jest... pójdziemy - zahukała wesolutkim już głosem pani Puchaczowa, gdyż sama uwierzyła, że to właśnie komputer widziała kiedyś przez okno w pokoju leśniczego.

   Świnki APO zostały w stodole, a pani Puchaczowa pofrunęła na zwiady. Po krótkiej chwili była już z powrotem, i to z dwiema dobrymi wiadomościami. Pierwsza to była taka, że teren wokół leśniczówki jest czysty, bo nikogo tam nie spotkała, mogą więc bezpiecznie dotrzeć pod sam dom leśniczego. A druga, to taka, że cudownym trafem, akurat teraz, widać migotanie komputera w oknie pokoju leśniczego.

   Nie trudno się domyślić, jaka radość zapanowała w stodole. Obydwie świnki APO rzuciły się sobie w ramiona i wycałowały serdecznie. Potem zaś obstąpiły panią Puchaczową i wycałowały ją również, gdzie popadło. Po skrzydłach, po ogonie, po brzuchu, a nawet po sterczących na czubku jej głowy pęczkach piór, które wydawały im się być pani Puchaczowej pierzastymi uszami. Pani Puchaczowa zachodziła się aż od śmiechu, tak ją cieszyła radość świnek. A ich pocałunki sprawiały jej ogromną przyjemność, i co tu dużo ukrywać, łaskotały ją niesamowicie.

  Wreszcie, kiedy szał radości minął, we trójkę wyszli ze stodoły i powędrowali cichutko pod sam dom leśniczego. Ale zanim powędrowali, pani Puchaczowa poprosiła świnki APO, aby coś zrobiły ze swoimi światełkami, bo wyglądają jak dwie choinki noworoczne leśniczego, i widać je z daleka. Mówiła, że lepiej będzie, gdy nie będą zwracały niepotrzebnie na siebie uwagi, bo to może być niebezpieczne. Lineus i Lonia przyznali rację pani Puchaczowej i w mig przestali świecić. Jakimś dziwnym, tylko im wiadomym sposobem, bez żadnego ich ruchu, wszystkie światełka jednocześnie na nich pogasły... i już.

  Kiedy wreszcie pod osłoną nocy dotarli pod sam dom leśniczego, prosiaczek Lineus nie wytrzymał napięcia, natychmiast wspiął się, i stojąc na tylnych nóżkach, zaglądnął przez okno do pokoju. Jakie było jego rozczarowanie, kiedy zobaczył, co tak naprawdę migocze w jego wnętrzu.

  - Na ryj wszystkich ryjów! Toż to tylko telewizor! - zawołał zrezygnowany w stronę stojącej pod oknem Loni i pani Puchaczowej.

  - Tylko telewizor... - powtórzyła za prosiaczkiem pani Puchaczowa, i nagle jak nie huknie: - Coś ty powiedział? Tylko telewizor? A przecież migocze kolorowo, tak jak mówiliście.

  - No tak, migocze, podobnie jak monitor komputera, ale to jednak tylko telewizor, a nie komputer - wyjaśnił załamany prosiaczek. - Z telewizorem nie da się wejść w kontakt z naszym statkiem kosmicznym.

  - No i co teraz? - Pani Puchaczowa wyglądała również na załamaną, ale po chwili coś sobie przypomniała i zawołała: - Poczekajcie, może jeszcze nie wszystko stracone. Jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa... Bo wiecie, teraz akurat sobie przypomniałam, że w innym pokoju leśniczego też coś nieraz migotało. Chodźcie, pokażę wam w którym.

  Nowa nadzieja wstąpiła we wszystkich. Razem poczłapali na drugą stronę domu i stanęli pod jednym z okien, wskazanych przez panią Puchaczową. Dobrą chwilę, bez najmniejszego ruchu, stali tam pod tym nieoświetlonym oknem, czarnym, jak czeluść piekielna, bojąc się zaglądnąć do środka. Każdy z nich pragnął jak najdłużej rozkoszować się nową nadzieją. Nadzieją, która wlewała balsam na ich przerażone już ogromnie serduszka.

  - Nadziejo nie opuszczaj... Nadziejo trwaj... Nadziejo spełnij się... - cichutko chrumkał sobie pod ryjkiem prosiaczek Lineus. Wreszcie nabrał odwagi i powiedział już głośniej: - Niech będzie, co ma być. - Po czym wspiął się na okno i zaglądnął do wnętrza pokoju.

  Na szczęście noc była ciepła i leśniczy zostawił okno otwarte. Prosiaczek mógł więc nawet głowę włożyć do środka. Na pewno było to dla niego dużym udogodnieniem, ale cóż z tego, jak w pokoju panowała zupełna ciemność. Prosiaczek długo wpatrywał się w nią, próbując przebić się wzrokiem przez jej gęstą czerń, ale nic nie mógł niestety dostrzec. Postanowił więc wdrapać się na parapet okna i wejść do środka pokoju.

   Pani Puchaczowa, wpatrując się w prosiaczka, domyśliła się co on chce zrobić. Postanowiła go powstrzymać. Pani Puchaczowa czuła się zdruzgotana. Straciła już wszelką nadzieję. Sama widziała przecież wyraźnie, że nic w oknie nie migocze, choć była pewna, wręcz dałaby sobie nawet swój ogonek obciąć, że nieraz w tym właśnie oknie migotało. Może trochę mniej niż w tym, pod którym byli uprzednio, ale migotało z pewnością. Z bólem serca zaczęła tłumaczyć prosiaczkowi, że to nie ma sensu, aby wchodził do środka, skoro nic nie migocze, bo to przecież oznacza niezbicie, że jednak tej jego komputerowej maszyny tam nie ma. Pani Puchaczowa, mówiąc o tym, miała głos tak bardzo smętny, że świnka Lonia aż się wystraszyła  i natychmiast się do niej przytuliła.

  - Jeśli teraz akurat nic nie migocze, to wcale nie oznacza, że komputera tam nie ma - odezwał się prosiaczek Lineus z ciągłą nadzieją w głosie. - Bo musisz wiedzieć, pani Puchaczowo, że wtedy, kiedy komputer jest wyłączony, to nigdy nic nie migocze.

  - Naprawdę? Tak się cieszę, że nic nie migocze... Tak, tak, cieszę się, bo to oznacza, że dalej możemy mieć nadzieję - uśmiechnęła się pani Puchaczowa, czując, że rzeczywiście odzyskuje nadzieję. No może tylko cień nadziei, ale zawsze to coś. Chrząknęła cichutko i wesołym już głosem rzekła: - Lineusku mój drogi, ale i tak cię proszę, abyś jednak nie wchodził jeszcze do pokoju. Lepiej będzie, jak poczekamy aż stary leśniczy uda się na spoczynek. A wtedy, już zupełnie bezpiecznie, będziesz mógł wejść do środka i sprawdzić dokładnie, czy jest tam wyłączony komputer.

   - Masz rację, pani Puchaczowo, tak zrobię - zgodził się prosiaczek. - No więc, czekajmy.

   Na szczęście długo nie musieli czekać. Stary leśniczy najwyraźniej lubił wcześnie chodzić spać, gdyż gdzieś po dwóch kwadransach światła we wszystkich oknach pogasły i zaległa zupełna ciemność i cisza. Tylko promienie księżyca rozjaśniały nieco leśniczówkę, a jedyne co było słychać, to ćwierkanie świerszczy dookoła.

   Prosiaczek Lineus postanowił nie czekać już dłużej i wejść wreszcie do wnętrza pokoju. Nakazał Loni i pani Puchaczowej zachować ciszę, a sam zwinnie wdrapał się na okno i zniknął w nim w zupełnych ciemnościach.

   Pani Puchaczowa i świnka Lonia w wielkim napięciu czekały pod oknem na zewnątrz. Obie przytuliły się do siebie i w milczeniu nastawiały uszu, aby wyłapać każdy, najmniejszy nawet szmer, który oznajmiłby im, czy mogą się cieszyć, czy muszą się smucić. Czas płynął, a one czekały i czekały. I nic. Cisza. Napięcie ich sięgało już zenitu, gdy nagle, ni stąd, ni zowąd, okno pokoju zaczęło migotać słabym, ale wyraźnie kolorowym światłem. Obie tak bardzo się ucieszyły, że aż zaczęły podskakiwać z radości. Wtedy prosiaczek Lineus wystawił głowę przez okno i zachrumkał cichutko:

  - Jest komputer. No, chyba jesteśmy uratowani. Wielkie dzięki, pani Puchaczowo. Mądra z ciebie sowa - i na powrót zniknął w pokoju.

  - Jesteś najukochańszą sową na tym, i nie tylko na tym świecie - wyszeptała świnka Lonia, przytulając do siebie panią Puchaczową.

  - Bez przesady... aż taka kochana, to ja nie jestem - zachichotała pani Puchaczowa i pocałowała świnkę Lonię prosto w jej ryjek. - Ale cieszę się bardzo, że mogłam wam pomóc.

  Świnka Lonia po serii uścisków i pocałunków z panią Puchaczową, postanowiła podglądnąć Lineusa, aby dowiedzieć się jak mu idzie. Wspięła się więc na okno i zaglądnęła do środka. Ku jej wielkiej radości, zobaczyła, że ogonek brata jest podłączony do komputera i świeci stałym, mocno niebieskim światełkiem, a to oznaczało, że Lineus wszedł już w kontakt z ich statkiem kosmicznym. Lonia aż zapiszczała ze szczęścia.

  - Hej, Lonia, co jest? - spytała wylękniona znów pani Puchaczowa - Czy coś nie tak?

  - Nie... nie, wszystko tak - odpowiedziała świnka Lonia. - Ja tylko tak... z radości.

  Pani Puchaczowa, pomimo zapewnień świnki Loni, że wszystko jest „tak", ciągle czuła jakąś wewnętrzną obawę, że coś jeszcze może być jednak nie tak. Ponieważ jakoś nie mogła uwierzyć w to, że jest taka mądra i wie, co to jest komputer. - „No to więc, jak?" - pytała w myślach samą siebie. - „Chyba jednak muszę wiedzieć, że komputer, to komputer...? Na to wygląda, skoro to ja przyprowadziłam świnki do komputera". - Pani Puchaczowa dziwiła się sama sobie, skąd też to ona tyle rzeczy wie, o których nie wiedziała, że wie. - „No, no, no, chyba naprawdę mają rację ci, co mówią o mnie: sowa mądra głowa" - tak sobie w końcu w myślach wytłumaczyła i już z zupełnie spokojna, ba, wręcz szczęśliwa, postanowiła również zobaczyć, jak też tam prosiaczek Lineus wchodzi w kontakt ze swoim statkiem kosmicznym. Rozłożyła skrzydła i poderwała się z ziemi. Chciała usiąść na parapecie okiennym, obok świnki Loni. Niestety, ten manewr jej się nie udał, gdyż Lonia swoim dość potężnym ciałkiem zajęła całą szerokość okna. Pani Puchaczowa nie miała innego wyjścia, jak tylko Loni na głowie wylądować.

  - Ojej, ale mnie wystraszyłaś - pisnęła zaskoczona świnka Lonia.

  - Wybacz, Loniu, ale ja też chciałam zobaczyć to wchodzenie Lineuska... - zaczęła tłumaczyć pani Puchaczowa i nagle zająknęła  się, bo antenki na uszach świnki wbiły się jej pod skrzydła i poczuła silne mrowienie. - ... w ko... ko... ko... mputer... to znaczy, chciaaa...ałam po... po... wiedzieć w ko... ko... kontakt z waszym ko... ko... smicznym sta... sta... statkiem...      

  Pani Puchaczowa wystraszyła się nie na żarty, gdyż to mrowienie na całym ciele nie należało do przyjemnych. Poczuła się też głupio przed świnkami za to jąkanie. Nie trwała jednak długo w tych mało przyjemnych odczuciach, tylko szybciutko sfrunęła z głowy Loni, prosto na oparcie fotela, w którym przed komputerem siedział Lineus.

  - Och, na ryj ryjów! - zdławionym szeptem zawołał zaskoczony prosiaczek Lineus - Ale mnie wystraszyłaś, pani Puchaczowo. Co z tobą? Co ty wyczyniasz?      

   - Ja tylko chciałam...

   - Już słyszałem, co chciałaś - zachichotał prosiaczek. - Ale ja już właśnie kończę.

   Pani Puchaczowa wpatrywała się wielkimi oczami to w monitor komputera, to w świecący na niebiesko, jakoś dziwnie długi nagle, ogonek prosiaczka Lineusa - i nic nie rozumiała. Za nic nie mogła zgadnąć, co też tam na tym ekranie się wyświetla, ani też skąd u Lineusa wziął się nagle aż tak długi i dziwaczny ogon. Zastanawiała się nad tym przez chwilę, ale ostatecznie dała sobie spokój z zastanawianiem, gdyż uznała, że to zbyt duża dla niej filozofia. - „Koniec końców, nie z tego świata" - taką myślą zakończyła swe rozważania. Ale że bardzo chciała wiedzieć, czy to, co migocze na ekranie, to są dobre wiadomości, czy, co nie daj Boże, złe, musiała coś zrobić, żeby się o tym koniecznie przekonać. Pomyślała wtedy, że więcej się dowie nie z ekranu, a z min świnek. I tak jak pomyślała, tak zrobiła. Sfrunęła z oparcia fotela wprost na monitor, by dokładnie widzieć miny obu świnek naraz.

  - Pani Puchaczowo, co ty wyrabiasz? - szepnął znów prosiaczek. - Zabieraj się z tymi twoimi skrzydłami. Zasłaniasz mi ekran.

  - Już... już... już się zabieram - zawstydziła się pani Puchaczowa. - Ja tylko... No dobra, już nic nie mówię, ale powiedz mi tylko, czy wszystko idzie po twojej myśli?

  - Idzie, idzie - odpowiedział prosiaczek. - Wyłaźcie już obydwie na zewnątrz, ja zaraz do was przyjdę i wszystko wam opowiem.

   Pani Puchaczowa posłusznie sfrunęła z monitora komputera i pofrunęła prosto w stronę okna. Będąc już przy oknie, chwilę połopotała skrzydłami w miejscu, aby odczekać aż świnka Lonia zejdzie z parapetu. Nie chciała na antenki Loni znów się nadziać.

  Po chwili już wszyscy razem siedzieli od zewnątrz pod oknem i prosiaczek Lineusz opowiadał jak przebiegało to jego „wchodzenie w kontakt" ze statkiem kosmicznym, i sama już rozmowa z ich panem i panią.

   - I wyobraźcie sobie, że tak łatwo mi się jeszcze nigdy nie wchodziło w kontakt z naszym ciałem pedagogicznym - ciągnął opowieść. - Tak jakby byli niedaleko nas. A wiecie dlaczego...? Bo oni lecą już z powrotem na Ziemię. Ale nie z naszego powodu, o nie! Oni się nawet nie domyślili, że nas nie ma na statku. Oni lecą na Ziemię z innego powodu... Wiecie, z jakiego? Nie wiecie, bo i skąd możecie wiedzieć? Otóż okazało się, że nasza pani, nad jeziorem, gdzie pluskaliśmy się najdłużej, zapomniała swojego kapelusza. Kiedy się o tym zorientowała, statek kosmiczny był już w połowie drogi na naszą Planetę Świń. Nasza pani była niepocieszona i bez kapelusza nie chciała wracać do domu, gdyż ten kapelusz jest dla niej bardzo cenny. Dostała go od swojego męża w prezencie urodzinowym. No i nasz pan, nawigator nad nawigatorami, zawrócił statek na Ziemię z powodu kapelusza. Za dwie godziny wylądują w tym samym miejscu, co uprzednio. Mamy tam na nich czekać.

   - Och, ryju-ryj! - pisnęła przejęta świnka Lonia. - To takie buty...?!

   - Nie buty, a kapelusz - uściśliła pani Puchaczowa.

  - Wiem, wiem, to tylko takie powiedzonko - wytłumaczyła pani Puchaczowej świnka Lonia, w głębokiej zadumie. Po chwili aż krzyknęła: - Ty, Lineus, a powiedz mi, jeżeli oni lecą z powrotem na Ziemię  tylko z powodu kapelusza  naszej pani,  to może jest nadzieja, że my nie dostaniemy żadnej kary za to, że byliśmy niezdyscyplinowani i przez to zostaliśmy sami na Ziemi?

  - A nie, kara będzie - odpowiedział prosiaczek. - Pan na początku był bardzo zły na nas i powiedział, że będziemy strasznie ukarani, ale potem spuścił nieco z tonu i zachrumkał tylko: „tydzień bez gier komputerowych!"

  - Naprawdę? Eee... tam, to da się wytrzymać - stwierdziła ucieszona Lonia, ale po chwili minka jej nieco zrzedła. - Gorzej może być z naszymi rodzicami. Oni nam tego tak szybko nie odpuszczą.

  - Z pewnością! Ale nasza rola w tym, aby ich szybko obłaskawić - uspakajającym tonem odpowiedział Lineus. - Po drodze na naszą Planetę razem zastanowimy się nad tym, jak to nasze obłaskawianie ich będzie przebiegać... A teraz chodźmy już na miejsce lądowania naszego statku kosmicznego. Mamy wprawdzie jeszcze dużo czasu, ale lepiej chodźmy już.

  No i poszli. Ciągle razem, we trójkę, wędrowali znów przez las. Lecz tym razem powoli, spokojnie, bez żadnych już obaw. Pani Puchaczowa szła razem ze świnkami, nie frunęła. Szła pośrodku, a Lineus i Lonia po bokach. Czasami, gdy  w ścieżynce leśnej była jakaś dziura albo zbyt duże wgłębienie, wtedy pani Puchaczowa unosiła swe skrzydła i przefruwała to miejsce, ostrzegając świnki APO, aby uważały i nóżek sobie nie połamały. Początkowo szli prawie w zupełnych ciemnościach, gdyż księżyc schował się gdzieś na niebie i nie świecił już. Pani Puchaczowej wprawdzie to nie przeszkadzało, bo wzrok ma, że ho, ho, ale świnkom, tak. Lineus koniecznie chciał oświetlać drogę. Pani Puchaczowa najpierw się sprzeciwiała, gdyż obawiała się, że gdy świnki znów rozbłysną całą gamą barw, to wystraszą wszystkie śpiące zwierzątka leśne. Ale w końcu się zgodziła, bo Lineus zapewnił ją, że wraz z Lonią będzie świecił tylko żółtym światłem. I tak się stało. Na czubkach ich antenek rozbłysły smugi światła, podobne do tych, jakie dają latarki. Pani Puchaczowa chichotała cichutko, nie mogąc się nadziwić, skąd te niby normalne z wyglądu świnki, mają tyle świetlnych możliwości. Wtedy świnka Lonia opowiedziała jej, jak wygląda życie świnek na Planecie Świń, co mają, a czego nie. I co ich dziwi, i co podziwiają na Planecie Ziemia. No i okazało się, że dziwi ich bardzo, i są wręcz zachwyceni fruwaniem ptaków, gdyż na ich Planecie, oprócz samolotów i statków kosmicznych, nie fruwa nic. Wówczas pani Puchaczowa uznała, że już niczemu dziwić się nie będzie, bo skoro są różne światy, to też i różne dziwy być muszą. Ale to, że na Planecie Świn uznawana jest za dziw nie z tego świata - napawało ją ogromną dumą.

  Powoli zbliżali się już do miejsca lądowania statku kosmicznego. Prosiaczek Lineus co rusz spoglądał na niebo, wyłaniające się pomiędzy koronami drzew, i szukał na nim świetlistego i ruchomego punktu.

  - E tam, jeszcze ich nie widać - odezwał się w końcu. - Czasu więc mamy jeszcze, że ho, ho! Może zdążymy jeszcze dojść do tego wspaniałego bajora i potaplać się trochę.

  - O nie! - huknęła głośno pani Puchaczowa. - Tylko nie to. Już ja was przypilnuję, abyście czekali wytrwale na wasz statek tam gdzie trzeba. Żadnego bajora! Zrozumiano!

  Pomysł prosiaczka zdenerwował panią Puchaczową bardzo. Ze zdenerwowania nie wiedziała co ma zrobić, ale na wszelki wypadek, rozłożyła na całą szerokość swe olbrzymie skrzydła, by w razie czego, zatrzymać te niesforne, błotolubne świnki APO. Ta myśl, że wszystko mogłoby się zacząć od początku, przeraziła panią Puchaczową strasznie, tym bardziej, że czuła coraz to mocniejsze ssanie w brzuszku, a to jej przypominało, że jeszcze nic nie jadła. Poczuła nagle straszliwy głód. Pomyślała wtedy, że gdyby świnki APO znów jej przeszkodziły w łowach, mogłaby wreszcie paść z głodu, bo nocy przecież pozostało już niewiele.

  - No już dobrze, pani Puchaczowo, nie denerwuj się tak. Nie pójdziemy się taplać w bajorze, bo teraz tak sobie myślę, że lepiej będzie żeby nasze ciało pedagogiczne nie widziało naszych obłoconych ciał, bo jeszcze karę zwiększą - zachrumkał rozbawiony prosiaczek.       

  - Właśnie! Tak będzie lepiej - dodała od siebie świnka Lonia.

  - No! - dołożyła głośno pani Puchaczowa, a po chwili łagodnym już głosem powiedziała: - A ja za ten czas, zanim wasz statek wyląduje, polecę szybciutko nad jezioro i przyniosę kapelusz waszej pani.

  - Dziękujemy ci, pani Puchaczowo! Jesteś wspaniała - ucieszył się prosiaczek Lineus. - Może jak pani zobaczy swój kapelusz, to namówi pana, i darują nam karę... O, patrzcie, widać już nasz statek kosmiczny.

  - Gdzie, gdzie?! - spytała podekscytowana pani Puchaczowa.

  - O, tam, na północnej stronie nieba - ryjkiem wskazał prosiaczek. - Widzisz tę świetlistą, ruchomą kulę? To właśnie nasz statek.

  - Huhuuu... widzę! - łamliwym głosem zahukała pani Puchaczowa, bo poczuła nagle, że łzy jej się w oczach zakręciły. - To ja już lecę po ten kapelusz.

  - A nie, nie musisz się tak śpieszyć - uspakajającym tonem powiedział Lineus. - To jeszcze trochę potrwa, zanim nasz statek wyląduje, a do jeziora przecież niedaleko.

  - To nic, ja jednak wolę teraz polecieć - rzekła pani Puchaczowa i wzbiła się w powietrze.

  Na szczęście do jeziora rzeczywiście było niedaleko. Pani Puchaczowa szybciutko doleciała tam, a że wzrok ma, wiadomo, wspaniały, szybciutko też kapelusz znalazła. Po krótkiej chwili była już z powrotem przy świnkach APO, z kapeluszem w dziobie.

  - Ojej, jaka ta świetlista kula jest już duża! - zahukała, kładąc kapelusz na trawie, i nagle załkała w głos: - Smutno mi będzie żegnać się z wami.

  - Nam też! - zachrumkały świnki APO jednocześnie.

  - A przylecicie jeszcze kiedyś na moją Planetę? - spytała pani Puchaczowa, wycierając skrzydłem oczy.

   - Pewnie, że tak - odpowiedziała jej Lonia, łkając również.

   - A odwiedzicie mnie? - dopytywała się dalej pani Puchaczowa.

   - Ma się rozumieć, że tak - zachrumkał Lineus.

   - Ale obiecajcie mi, że najpierw mnie odwiedzicie, a potem, to ja już nawet pójdę z wami nad to bajoro... - spokojniejszym już głosem rzekła pani Puchaczowa, i jeszcze chciała coś powiedzieć, ale nie powiedziała, gdyż prosiaczek Lineus przerwał jej.

  - Och, na ryj ryjów! To jest pomysł... Tak zrobimy! - zachrumkał głośno, tuląc do siebie panią Puchaczową i Lonię jednocześnie. - I potem, razem we trójkę, wytaplamy się w bajorze za wszystkie czasy... Ale będzie superowo!


                                                                                             K O N I E C


 



komentarze (3) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Rozważania Dorosłego Człowieka

środa, 29 lipca 2009 21:40


Pomyślałam sobie, że warto się jednak dłużej zastanowić nad naszą, dorosłych rolą w wychowaniu dzieci i młodzieży, i w tym właśnie celu, zamieszczam mój felieton sprzed paru lat, który ciągle jest aktualny:



      Rozważania

 Dorosłego Człowieka

     


  To, że nasze dzieci są przyszłością naszą i naszego narodu, to nic odkrywczego, każdy z nas o tym wie (no, prawie każdy), jak i o tym, że to my dorośli odpowiedzialni jesteśmy za to, jaką przyszłość będą one tworzyć. Wszak to my dorośli, odpowiadamy za ich dzieciństwo, kiedy to kształtuje się ich charakter, stosunek do życia, do ludzi, do świata. Ażeby przyszłość napawała nas optymizmem, to my dorośli winniśmy zadbać o to, by dzieciństwo naszych dzieci było normalne... By w przyszłości godnie nas zastąpiły i były dla nas wsparciem. A jak dzieciństwo naszych dzieci dziś wygląda? Rosną wśród wszechobecnej przemocy, brutalności, wulgarności, nienawiści, zawiści. Jakże często brakuje im uczuć rodzicielskich, autorytetów. Zewsząd są dziś otaczane negatywnymi i destruktywnymi uczuciami. A to przecież dorosłych „działka" (kliknij) za taki stan rzeczy. Wielu dorosłych nie poczuwa się jednak do odpowiedzialności za ich przyszłość. Wszak to dorośli szpikują świat niechlubnymi realiami, godzącymi w ich normalne dzieciństwo. To dorośli kreują ich psychikę, ich podejście do życia. To dorośli odpowiadają za to, czy one będą umiały być szczęśliwe na co dzień i czy w ogóle tę umiejętność bycia szczęśliwym posiądą. Wreszcie, to dorośli piszą dla nich książki, robią filmy, wymyślają gry i zabawy. I to właśnie bulwersuje mnie najbardziej, gdyż w każdym dniu spotykam się z wieloma przykładami niecenzuralnych treści w nich zawartych. Uważam, że w większości to właśnie z tego powodu dzieci stają się bezczelne, zarozumiałe, nonszalanckie, nietolerancyjne. Takimi cechami ich świat jest bombardowany zewsząd. Nieraz aż włos mi się na głowie jeży, kiedy słyszę rozmowy dzieci w jakimś przypadkowym z nimi kontakcie.

  Dzieciom potrzeba więcej miłości, uwagi, zainteresowania, ciepła, pozytywnych uczuć na co dzień, przeżyć na miarę ich wieku. One w swoim dzieciństwie - błądząc po omacku - szukają takich właśnie uczuć, chociaż najczęściej są tego nieświadome. A co znajdują? Znajdują wariacki świat dorosłych... Tak, świat oszalał. Ludzie nastawili się na konsumpcję i w pogoni za pieniądzem (jedynym środkiem zapewnienia jej sobie), potracili prawdziwe wartości.

   Od wielu lat piszę dla dzieci i młodzieży. Wszystkie moje utwory są pogodne, chociaż w niektórych momentach nie brakuje też i treści dramatycznych. W przeważającej jednak mierze mają one dobre zakończenie. Zakończenie, które daje dziecku do myślenia, wartościowego myślenia. Budującego, nie destruktywnego. Destrukcji nasze dzieci mają aż nadto: w kinie, telewizji, Internecie.

   Może mi ktoś zarzuci (naturalnie - dorosły), że zbyt moralizuję w swoich utworach, ja jednak myślę, iż morał, jako pouczający, prawidłowy wniosek końcowy - jest dobroczynny. W odróżnieniu od wszechobecnej przemocy, brutalności, wulgaryzmów... a nawet, ogłupiającej fantazji, rozbudzającej niewłaściwe emocje u dzieci. Jak mawiał nasz drogi Melchior Wańkowicz: „Smrodek dydaktyczny nikomu nie szkodzi". Też tak uważam. Mało tego, uważam, że  w dzisiejszych czasach ten tzw. smrodek dydaktyczny potrzebny jest tym bardziej. Również pedagogiczny i psychologiczny. Zaryzykowałabym nawet stwierdzeniem, iż potrzebny jest potężny smród tegoż właśnie, gdyż ludzie zrobili się jeszcze bardziej pazerni i zachłanni na pieniądze, jak nigdy dotąd. Mieć, posiadać... znaczyć wiele, za wszelką cenę, rozpychając się po chamsku łokciami, depcząc wszystko co dobre i wartościowe dla człowieka.

   Najgorsze w tym wszystkim jest to, że dorośli doskonale wiedzą o tych złych przykładach podawanych dzieciom jakoby na tacy, ale tak naprawdę w większości nie przeciwstawiają się temu. Jedni, bo ciągną profity z zepsucia ich psychiki i moralności, inni, bo uważają, że nie są w stanie niczego zmienić w tym bagnie przemocy i pieniądza. A jeszcze inni (a tych jest niewielu), choć się starają i mówią o tym wszem i wobec, to w rezultacie jest to głos wołającego na puszczy.

  Uważam, że ogólna prawidłowość i normy wychowawcze względem naszych dzieci, wymykają się spod kontroli. A co będzie, jak te dzieci, dojrzewające na brutalnych filmach i grach komputerowych, dorosną... i dorwą się do rządzenia? Strach pomyśleć!


  A co z naszymi biednymi dziećmi, które żyją w ubogich rodzinach poniżej minimum socjalnego? A co z dziećmi w domach dziecka? Wreszcie, co z nową społecznością eurosierot? To jest osobny, ogromny, i bardzo bolesny rozdział... Jak i ukłon w stronę polityków.


 



komentarze (2) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zdjęcia w galeriach.


piątek, 22 września 2017

Licznik odwiedzin:  812 299  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Halina Krüsch Czopowik

Facebook i Google

Wszystkie teksty oraz zdjęcia tutaj opublikowane są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie. (Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dn. 4.02.1994 r., nr 24, poz. 83). Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję, jak ktoś o nią prosi. 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tu także swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 812299
Wpisy
  • liczba: 738
  • komentarze: 10335
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 2982 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to