Bloog Wirtualna Polska
Są 1 267 832 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


TRUJĄ NAS Z KAŻDEJ STRONY

piątek, 27 maja 2011 16:09

 

 

 

Trują

nas z każdej strony

 

 

 

    Ciężkie czasy nastały. Człowiek pomału nie wie co je. Jedząc dużo warzyw i owoców, myślimy, że się dobrze odżywiamy, a tu się okazuje, że nawet „zdrowym” ogórkiem może się zatruć na śmierć. Skąd w ogórkach bakterie Escherichia coli? Bo to w ogórkach właśnie - pochodzących z Hiszpanii - mikrobiolodzy z Hamburskiego Instytutu Higieny wykryli jeden ze szczepów pałeczki okrężnicy, EHEC, czyli E.coli. A przecież nie można wykluczyć, że także i inne artykuły spożywcze nie są źródłem zakażenia.

    Podobne bakterie żyją w naszym przewodzie pokarmowym i pomagają nam trawić pokarm. Jednak EHEC jest toksyczna. Powoduje silną biegunkę, krwawienie z jelit i odbytu, a także poważnie uszkadza nerki. Choroba, połączona z wysoką gorączką, może zakończyć się śmiercią.

    To się porobiło...! Widać, że ta globalna produkcja żywności nie wychodzi nam na dobre. Wielu nieuczciwych producentów się za nią kryje. Wspomnę tu tylko o producentach warzyw, bo akurat ci nas ostatnio „głośno” trują bakteriami E.coli - co wyszło na jaw... A o czym jeszcze nie wiemy? Co rusz słychać, że producenci ci „pędzą” warzywa sztucznie, spryskują zbyt dużą ilością środków chemicznych... nie zważając na to, że coraz więcej dioksyn jest w środkach tzw. ochrony roślin... Manipulują, oszukują, byleby sprzedać swoje produkty, byleby zarobić, nie licząc się z konsekwencjami zdrowotnymi ludzi.

    Ja osobiście staram się zawsze kupować warzywa z pewnych źródeł, na targu, albo w specjalistycznym sklepie owocowo-warzywnym. Jednak w miniony wtorek, będąc na większych zakupach w markecie spożywczym, kupiłam także paprykę czerwoną, bo tej akurat zbrakło mi w lodówce. W domu zjadłam jej tylko kawałek do kanapki, oczywiście po dokładnym umyciu... no i strasznie żołądek mi się rozbolał. Kiedy w środę buchnęła wieść o skażonych ogórkach, zastanawiałam się, czy nie wywalić z lodówki ogórki, które kupiłam w sobotę, wprawdzie na targu, ale jednak to ogórki. Szkoda mi było, chciałam wierzyć te akurat są zdrowe. Jednak w końcu, po dłuższym krążeniu wokół lodówki, wywaliłam wszystkie warzywa i jarzyny, jakie tylko miałam w lodówce, ponieważ okazało się, że papryka, którą kupiłam w markecie, pochodzi właśnie z Hiszpanii. Pewnie bym do tego nie doszła, bo opakowanie z papryki wyrzuciłam już na śmietnik, ale kiedy mi Córka wieczorem powiedziała, że mikrobiolodzy w TV niemieckiej mówili właśnie o warzywach z Hiszpanii, zadałam sobie trud, i pogrzebałam w śmietniku... Znalazłam! Rany, jak zobaczyłam na opakowaniu napis: „Made in Spain”, z furią wpadłam do kuchni i całą zawartość dwóch szuflad na warzywa wywaliłam na śmieci... i ogórki, i pomidory, i rzodkiewki, i sałatę zieloną, i lodową, i kalarepę, i natkę pietruszki, i koperek, i... już nawet nie pamiętam co jeszcze... a jako pierwsza frunęła oczywiście papryka z Hiszpanii. Hihihi! a potem długo myłam rączki. Kurcze, a żołądkowe sensacje mam do tej pory, po tym kawałku zjedzonej papryki. Niech mi nikt nie mówi, że to autosugestia.

     Najpierw wszystko wywaliłam, a potem wyżalałam się Córce przez telefon, że nie będę miała co jeść. Warzywa i owoce, to moje główne jedzonko.

    Dzisiaj rano na śniadanko zjadłam twarożek z kiełkami, ale mojej własnej produkcji, i pobiegłam do lasu, zastanawiając się co ja też zjem na obiad.

    Kiedy wróciłam do domu, weszłam do kuchni, i aż podskoczyłam z wrażenia. Na stole stała miseczka z pięknymi, pachnącymi truskaweczkami oraz torba z różnymi warzywami od bio-ogrodnika. Aha, i jeszcze słoik z dżemem truskawkowych - produkcji mojej Córki. Moja Córka już od kilku ładnych lata zamawia u bio-ogrodnika niektóre warzywa i owoce, które on osobiście przywozi jej do domu. Trochę to kosztuje, ale się opłaca. Warzywa i owoce z pewnością są zdrowe. A przy małych dzieciach, to bardzo ważne. Tym razem i mnie się dostało... kochana Córcia!

 

    Przez to świństwo... tj., bakterię E.coli zmarło w Niemczech już 6 osób, a ponad 700 jest chorych. To dane z dnia dzisiejszego... A co będzie dalej?

    Córka powiedziała mi także, że naukowcy niemieccy wypowiadali się na temat manipulacji i oszustw hiszpańskich producentów warzyw. Już od  zeszłego roku dochodziły do nas słuchy, że hiszpańskie warzywa są trujące. Ludzie przestali je kupować. I co się okazało? Otóż okazało się, że hiszpańscy producenci wysyłali swoje warzywa do Portugalii, tam przepakowywano je w opakowania z napisem: „Made in Portugal” i znów trafiały na nasze rynki. Co za ludzie?! Co za świat?!

 

 

Z ostatniej chwili:

 

Niemiecki wirusolog z Uniwersytetu Halle prof. Alexander Kekule uważa wybuch choroby o takich rozmiarach za "niezwykły i niepokojący" i nie wyklucza, że ktoś celowo zaraził bakterią warzywa, które potem trafiły na rynek. Kto i po co miałby to robić? Celowo zatruwać zwykłych ludzi mogliby chyba tylko terroryści. Czyżby zamiast odpalać kolejne bomby, sięgnęli po broń biologiczną?

 

Pięknie i nadobnie... jeszcze i to! Co za świat!!!

 

 

 

 

*****************************************

 

Impresja dnia

 

 

 

 

Co za świat...? Świat jest piękny! Świat nie jest zły... źli są tylko ludzie

 


******************************************

 




komentarze (36) | zaloguj się, aby dodać komentarz

DZIEŃ MATKI

czwartek, 26 maja 2011 8:22

 

 

 

Dzień Matki

 

 

 

    Wprawdzie to ja już Dzień Matki 8 maja obchodziłam, bo tu, w Niemczech, święto to obchodzone jest zawsze w drugą niedzielę maja, ale o polskim święcie Dnia Matki w dniu 26 maja moje dzieci też pamiętają i przybiegają do mnie z życzeniami i prezentami. Fajnie mam, nie? Dwa razy w roku świętuję. 

    Moje dzieci w dniu 26 maja pamiętają o mnie, a ja pamiętam o swojej ukochanej Mamie. W ostatnich latach nie mogę być przy Niej w tym dniu, ale jeszcze nigdy nie zapomniałam o Jej święcie. O naszych wspólnych Dniach Matki pisałam we wpisie pt. „Mamo, moja kochana Mamo, dziś Twoje święto! " (<kliknij, jeśli masz ochotę), są tam też fotki mojej Mamy i mój wierszyk dla Niej.

    Zaraz połączę się telefonicznie z moją Mamuśką, złożę Jej życzenia, a także, jak zwykle, pogawędzimy sobie milutko. A gawędzimy zawsze długo. Co najmniej godzinkę. Nigdy krócej. Czasami też rozmawiamy na Skypa. W naszym przypadku - ze względu na dzielącą nas odległość - ten wynalazek, to wspaniała rzecz! Nie tylko dlatego, że możemy rozmawiać za darmo, ale przede wszystkim dlatego, że możemy się widzieć.


 


serceserceserce

 

 

Mamusiu moja kochana,

Dziś jestem przy Tobie już od rana...

I choć nas dzieli kawał świata,

Życzę Ci zdrówka na dłuuuugie lata!

Dedukuję Ci także Twoją ulubioną pieśń... (<kliknij)

Posłuchaj sobie nim zadzwonię... tymczasem - cześć!

 

 

 

A oto kwiatuszki dla Ciebie, moja kochana Mamusiu

 

 

(fotka z mojego albumu przyrodniczego)

 

 

 

 

 

Matka - ma serce na dłoni,

Matka - pomoże, utuli, osłoni...

Matka - stoi za swym dzieckiem niczym mur,

Matka - udźwignie wszystko... jest silna jak tur.


serceserceserce

 

Gdy Matkę mamy blisko siebie,

Żyje nam się pięknie - jakoby w niebie...

Tylko czy zawsze pamiętać jesteśmy skłonni,

Że Matka ma serce - nie tylko na dłoni...?

 

 

 

Kwiatuszki dla wszystkich Matek na świecie

 

(fotka z mojego albumu przyrodniczego)

 

 

 

serceserceserce

 

Mama - to najpiękniejsze słowo świata...

Cała gama szczerych uczuć w nim się splata.

To pierwsze słowo przez człowieka wypowiedziane,

I przez całe życie ciągle powtarzane.


serceserceserce

 

 



komentarze (8) | zaloguj się, aby dodać komentarz

RĘKOPIS ZNALEZIONY W SZUFLADZIE

niedziela, 22 maja 2011 10:52

 

 

 

Rękopis

naleziony w szufladzie

 

 

 

    Parę dni temu szukałam za pewnym dokumentem w szufladzie ze starymi papierzyskami i natknęłam się na swój stary, sprzed 20 lat rękopis. Kiedy zobaczyłam datę, z zaciekawieniem zabrałam się za czytanie. Po przeczytaniu pierwszego zdania przypomniało mi się w jakim celu tekst ten napisałam.

 

 

    Było to wypracowanie z języka polskiego, za które... ha, uwaga, bo będę się chwalić: - dostałam jedynkę... No, no, tylko się nie śmiać, bo mówię o ocenie szkolnej w Niemczech. Najwyższej ocenie. Według polskich ocen byłaby to oczywiście szóstka... No! Skąd to moje wypracowanie? A no stąd, że moja ucząca się jeszcze wtedy latorośl, w osóbce mojej córki, mnie o nie poprosiła... Mówiąc ściślej, wyręczyła się mną.  

    A było to tak: Córka wyjechała na kilkudniową klasową wycieczkę. Była wtedy w II klasie gimnazjalnej. Z wycieczki zadzwoniła do mnie z prośbę, żebym napisała dla niej (czyt. za nią) wypracowanie na temat przeczytanej ostatnio polskiej książki, ponieważ ona zupełnie zapomniała, że po powrocie z wycieczki musi oddać na egzamin z języka polskiego takoweż wypracowanie. No i cóż mi było począć? Oczywiście zgodziłam się, jako „dobra” matka - w cudzysłowie, bo wiem, że to niepedagogiczne wyręczać dziecko w obowiązkach szkolnych. Przyznam jednak

szczerze, że wcale aż takich wielkich wyrzutów sumienia z tego powodu nie miałam. Dlaczego? A no dlatego, że moja córka zawsze była dobrą uczennicą, i w Polsce, i tutaj, w Niemczech. Gdyby się źle uczyła, gdyby uczyć się jej nie chciało, jestem pewna, że nie wyręczałabym jej tak łatwo. Ale tak...  myślę, że taki mały wyłom w zasadach, to znów nie aż takie wielkie halo.

    Spytałam tylko córkę jaką książkę polską ostatnio przeczytała, mając nadzieję, że i ja ją czytałam. Niestety, okazało się, że była to książka Marii Łopatkowej pt. „Którędy do ludzi”, której akurat nie czytałam. Musiałam więc szybko zabrać się za czytanie. Córka podpowiedziała mi tylko, jaki wątek chciałaby rozwinąć... no i wzięłam się za czytanie, a potem za pisanie. Odręcznie, ma się rozumieć. Polskiej maszyny do pisania tu nie miałam, a komputera jeszcze nie miałam.

    Kiedy córka wróciła z wycieczki, wypracowanie już na nią czekało. Córka przepisała je tylko własnoręcznie i na drugi dzień zaniosła do szkoły na egzamin z polskiego. Po dwóch dniach dzwoni do mnie szczęśliwa, że profesor z polskiego był jej (czyt. moim) wypracowaniem zachwycony i ocenił je na jedynkę.

    Czy byłam dumna? Nie wiem, hihihi...! pewnie trochę tak, ale przede wszystkim rozbawiona. Uśmiałam się i teraz, kiedy „wypracowanie” moje czytałam. Przypomniały mi się czasy sprzed 20 lat.

     Niestety, nie mam już tej książki. Córka pożyczyła ją wówczas w internacie jakiejś koleżance z Polski i już do nas nie wróciła. Szkoda, bo teraz z pewnością bym do niej wróciła. Chociażby po to, aby sprawdzić czy to „wypracowanie” napisałam z sensem. Tak czy siak, myślę jednak, że dzisiaj jedynki bym już za nie nie dostała, bo coś mi się wydaje, że jak na dzisiejsze czasy, obraz miłości zbyt wyidealizowałam. Świat tak bardzo się zmienił przez te 20 lat. Niestety, na niekorzyść.

    Przepisałam mój rękopis na pamiątkę na komputerze... A niech tam... zamieszczę jego tekst i tutaj. Może ktoś z moich Czytelników czytał wspomnianą książkę M. Łopatkowej, to może oceni moje wypociny sprzed 20 lat, choćby w myślach. Hihihi...! może być - wg ocen polskich.  

 

 

 ***

 

Wypracowanie

z języka polskiego

(data: 20.04.1991.)

 

 

 

    Książka pod tytułem „Którędy do ludzi” Marii Łopatkowej, to książka, którą autorka napisała na zamówienie młodzieży, a właściwie - razem z młodzieżą. Od nich to właśnie autorka wzięła tematy, fragmenty listów, wypowiedzi, a nawet większość tytułów opowiadań i losy ich bohaterów. Autorce w tej książce nie chodziło o ścisłe rejestrowanie konkretnych zdarzeń lecz o stworzenie z kilku, czy z kilkunastu znanych autorce sytuacji, obrazu, który odzwierciedlałby typowe tendencje postępowania młodzieży, powszechne ich trudności i konflikty, a także sposoby ich przezwyciężania.

    Autorka, poprzez relacje prawdziwych zdarzeń, uczy nas poznać samego siebie, a także innych. Bo też nie znajdzie się drogi do ludzi i do swojego wśród nich miejsca, jeśli wiedza o sobie, i o innych, będzie uboga, wyobraźnia skąpa, a wrażliwość przytępiona przede wszystkim troską o własną osobę.

    Wielu z nas młodych poszukuje swojego „ja” w życiu. Wielu błądzi. Wielu też szuka drogi do siebie, zamiast szukać drogi przede wszystkim do ludzi. Przecież dopiero wśród ludzi możemy się odnaleźć. A drogę do ludzi łatwiej jest znaleźć razem z ludźmi, trudniej - osobno.

     Wiadomo, że droga do ludzi nie jest ani łatwa ani prosta. Pełno na niej trudu, zmagań, zakrętów. Ale czyż nie jest to jedyna droga do szczęścia?

    Czas, w którym żyjemy, jest trudny. Niełatwo w nim o nadzieję, niełatwo o wiarę w człowieka. Jednak muszę przyznać, że po przeczytaniu książki Marii Łopatkowej mój - tzw. przez dorosłych - „młodzieńczy bunt przeciwko niedoskonałości świata”, jakby trochę zelżał. Zaczynam wierzyć, że jeśli człowiek naprawdę chce - pokona najbardziej nieprzychylny los. No tak, ale czy sama wiara wystarcza? Nie, wiem, że nie. Człowiek całe życie musi pracować nad sobą i udoskonalać siebie, żeby być lepszym człowiekiem dla innych, a i dla siebie także. Ale czy jest to możliwe w pojedynkę? Na pewno nie. Aby znaleźć swoje miejsce w ludzkim świecie, musimy szukać kontaktu z ludźmi, musimy nauczyć się rozumieć ludzi w różnych ich sytuacjach życiowych. Musimy po prostu być CZŁOWIEKIEM!

    Każdy z nas, zwłaszcza nas młodych, tak bardzo pragnie miłości - uczucia największego i najpiękniejszego w ludzkim świecie. Poprzez miłość najłatwiej trafić do drugiego człowieka. Do siebie samego także.

    Miłość, to dla nas młodych bardzo ważny temat. Dlatego też, spośród wielu opowiadań Marii Łopatkowej zawartych w książce pt. „Którędy do ludzi”, najbardziej do serca przypadło mi opowiadanie „Kiedy odejdę w ciemność”. W opowiadaniu tym autorka opisuje wielką, i jakże dojrzałą i mądrą miłość dwojga młodych ludzi, która w ciężkiej chwili spowodowanej chorobą chłopca - została wystawiona na ogromną próbę. Oni, dwoje młodych ludzi, poznali się w czasie studiów, zaprzyjaźnili się, a dopiero potem pokochali. Mieli wielkie plany na swoje wspólne życie. Byli bardzo szczęśliwi razem, i ze swoimi planami. Ale szczęście ich zostało zmącone chorobą oczu chłopca. Jednak jak się potem okazało - nie na długo. Miłość zwyciężyła!

 

    Od jakiegoś już czasu, będąc w szpitalu, chłopiec zaobserwował, że jego ukochana dziewczyna coś niedobrego przed nim ukrywa. Kiedy się nie kontroluje, staje się smutna. Nakłonił ją wreszcie do rozmowy na ten temat. Dziewczyna przyznała, że jest jej smutno, ponieważ ciągle brakuje jej odwagi, aby mu o czymś powiedzieć. Że prosiła nawet doktora, aby pozwolił jej samej mu o tym powiedzieć, a teraz tchórzy. Chłopiec odgadł od razu w czym rzecz. Powiedział jej, że nie musi się bać, bo on się już domyśla, że oślepnie. Dziewczyna była wstrząśnięta jego słowami.

    Chłopiec umiał logicznie myśleć i domyślał się, że jeśli ma się 21 lat i systematycznie zmieniane szkła na coraz mocniejsze nie poprawiają wzroku, musi się w końcu oślepnąć. Wprawdzie w jego przypadku lekarze dawali małą nadzieję, mimo to, on hołdował zasadzie: mieć nadzieję, ale być przygotowanym na najgorsze. Dlatego też już od dawna przygotowywał się psychicznie do takiego zwrotu w swoim życiu.

    Dziewczynę wyznania chłopca poruszyły bardzo. Miała żal, że jej wcześniej nic o tym nie mówił. Jak mógł myśleć, że sprawi jej tym ból? Przecież kochać, znaczy także i cierpieć czasem.

    Chłopak tak bardzo kochał swoją dziewczynę, że nie mógł znieść nawet myśli, że jego dziewczyna mogłaby z jego powodu cierpieć. Poprosił ją, aby go wysłuchała do końca, bo ma jej coś ważnego do powiedzenia.

    Ciężkie i gorzkie to były słowa dla dziewczyny, ale i chłopcu niełatwo przez usta one przechodziły. Prosił ją, aby go zrozumiała, że najlepiej dla nich obojga będzie, jak się teraz rozstaną. Dla niej, dlatego, że swoim kalectwem pozbawiłby ją wszystkich planów na przyszłe życie, pozbawiłby ją też wielu uroków życia. Nie mógłby pójść z nią ani w góry, ani na wycieczkę rowerową pojechać, nie mogliby też pójść ani do kina, ani do teatru, ani na bal. Wreszcie, nie mogliby mieć dzieci, ponieważ choroba ta może być dziedziczna. Długo jej wyliczał negatywne i smutne aspekty swojego ociemnienia, które będą miały ujemny wpływ na ich miłość. Tłumaczył jej i tłumaczył, i prosił, aby dziewczyna mu nie przerywała, aż powie wszystko do końca co go dręczy.

    Dziewczyna słuchała cierpliwie, chociaż jego słowa sprawiały jej wielki ból. Ale rozumiała go. Wiedziała, że chłopiec ją bardzo kocha i nie chce niszczyć jej przyszłego życia. Że chciałby dać jej tylko to, co w życiu najlepsze i najpiękniejsze.

    Chłopiec był pewien swojej miłości. Wiedział, że już nigdy nikogo innego w życiu nie pokocha. Długo się zastanawiał, czy może żyć bez swojej ukochanej. W końcu doszedł do wniosku, że tak... Bo będzie żyć pamięcią o niej, marzeniem. Ona w nim będzie na zawsze. Nigdy nie przeminie.

    Groźba utraty wzroku spowodowała u chłopca pewne przewartościowania. Zaczął więcej cenić wartości ponadczasowe, ponadzmysłowe, słowem to, czego nie da się utracić, co pozostaje w człowieku do śmierci. Logika w takiej sytuacji kazała mu przypuszczać, że jeżeli dziewczyna będzie przy nim, może ją stracić, gdy będzie w nim, w jego sercu, nie straci jej nigdy. Chłopak doskonale zdawał sobie sprawę, że życie mu się zawaliło. Że wszystkie ich wspólne plany spaliły na panewce. Wiedział, że musi swoje dotychczasowe życie zweryfikować i zmienić całkowicie. Zacząć wszystko od początku. Przede wszystkim musi zmienić zawód, musi mieć taką pracę, gdzie wystarczy wyczucie rąk. Nie pochodził z bogatego domu, nie mógłby więc zapewnić swojej przyszłej żonie dobrobytu. A ociemniałemu trudno zdobyć majątek. Żeby móc się wybić w życiu trzeba mieć dobre oczy, jeszcze lepsze plecy... czasami i łokcie. Żadnego z tych walorów nie posiadał. Nie będzie więc mógł zapewnić swojej ukochanej jako tako dostatniego życia. Nie będzie miał czym zrekompensować jej dzielenia losu z kaleką. Gdyby kiedyś zabrakło miłości, nie chciałby, aby została z nim z litości, czy poczucia obowiązku. Był pewien, że lepiej rozstać się w tym momencie, kiedy wszystko jeszcze piękne, dobre, kolorowe. Przekonywał dziewczynę, że człowiekowi dużo łatwiej dać sobie radę z upośledzonym życiem samemu, aniżeli z kimś drugim, komu chciałoby się to życie uczynić wspaniałym, a czyni się je gorszym od znośnego. Chłopak uważał, że w tym tylko znaczeniu będzie mu lepiej bez niej niż z nią. Tak mu podpowiadał zdrowy rozsądek.

    Dziewczyna rozumiała swojego ukochanego doskonale, ale nie podzielała jego racji. Kiedy chłopak skończył, poprosiła, aby z kolei on jej wysłuchał i nie przerywał. Skoro on powiedział co dyktuje mu jego miłość, teraz kolej na jej miłość. Zanim jednak zaczęła, zadała mu pytanie. Chciała, by mógł jej racje lepiej zrozumieć. Spytała go mianowicie, czy uważa ją za kobietę, która pieniądze, karierę, wygody, ambicje, stroje, rozrywki stawia ponad miłość. Chłopak przyznał, że nie, że za taką ją nie uważa, ale uważa jednak, że to wszystko w życiu jest ważne. Dziewczyna przekonywała go, że choć ważne jest, z pewnością nie najważniejsze. Że można wiele rzeczy ograniczyć i nie być z tego powodu nieszczęśliwym, a można też mieć wiele rzeczy w nadmiarze i czuć się źle, samotnie, pusto. Pokierowała swoimi słowami tak, aby chłopiec zrozumiał dokładnie jej racje i przyjął za swoje. Pomogło jej w tym postawione pytanie. Bo wszystko wywodzi się od tego, co w ich układzie, dwojga kochających się osób, jest najważniejsze. Oboje się zgodzili, że miłość. Jeśli więc miłość, to zdrowy rozsądek z kolei zabrania zakochanym rozstawania się w imię wartości dużo niżej stawianych na giełdzie uczuć niż miłość. W odpowiedzi na jego argumenty, prosiła, aby wysłuchał jej argumentów. Nie pójdą do kina, to będą oglądać filmy w domu, będzie mu podpowiadać, co dzieje się na ekranie. Nie pójdą na bal, niewielka szkoda, chociaż nawet będą mogli, bo ona umie w tańcu prowadzić. Nie będą mieli dziecka? Nie wiadomo, lekarze orzekną. Jeśli ich werdykt będzie niepomyślny, adoptują dziecko z Domu Dziecka. Nie będą razem pracować? Trudno. Ileż to małżeństw pracuje w odrębnych zawodach, dzięki czemu mąż i żona interesują się dwoma dziedzinami, nie jedną. Nie będą bogaci, nie szkodzi. Nigdy przecież nie marzyli o bogactwie. Więcej radości mają ci, którzy potrafią cieszyć się z kupna tanich drobiazgów, aniżeli ci, którzy opływają w dostatek i kłopoczą się jak ów majątek zabrać do grobu. Co się tyczy litości, tłumaczyła, że litość jest tylko wtedy, kiedy nie ma miłości. Przekonywała, że to niemożliwe, aby ich miłość się skończyła. Ich miłość nie może się skończyć, ponieważ zaczęła się od przyjaźni. Nie od uścisków, pocałunków, pożądania. To przyszło później. Najpierw poznawali się w różnych sytuacjach studenckiego życia. Wśród grona chłopaków wg niej był zawsze inny. Inny in plus.

    Dziewczyna miała wówczas innego chłopaka. Krótko z nim chodziła. Jej ówczesny chłopak lubił popisywać się chamskimi zagraniami. Kiedyś uderzyła go w twarz. Sprowokował ją. Obrzucona została przez niego stekiem ordynarnych wyzwisk. Płakała upokorzona, a on trzasnął drzwiami i poszedł sobie. Wtedy on, jej ukochany - zastał ją samą w pokoju. Przytuliła się do niego jak skrzywdzone dziecko. Pocałowali się... nie jak dzieci. Ona go ośmieliła. Dziewczyna zrozumiała wtedy, że i fizycznie nie jest jej obcy. Pociąg zmysłowy można mieć nie do jednego, ale tylko w jednym może się on połączyć z miłością. Miłość do chłopca już w niej dawno rosła, zanim jej wargi dotknęły jego warg, zanim poznała, że to właśnie on. Miłość, która rozpoczyna się od uścisków, gorących pocałunków, nie jest pewna. Może się sprawdzić w czasie, może i nie. Ustanie pragnienie i nie ma już nic. Miłość, która rozpoczyna się od dobroci, przyjaźni, głębszego doznania - jest pewna prawie w stu procentach. Prawie, bo z człowiekiem różnie bywa. Może się z czasem zmienić, mogą z niego wypełznąć jakieś niechlubne cechy, zazdrość, egoizm, chciwość...

    Dziewczyna przekonywała swojego ukochanego, że tylko wtedy, gdyby się zmienił, przestałaby go kochać. I tylko wtedy by od niego odeszła. Nie sprawiałoby jej różnicy, czy odchodzi od zadufanego gwiazdora filmowego, czy od ociemniałego samoluba. Kiedy mąż jest dobrym człowiekiem, żona nie widzi jego protezy, garbu, niewidzących oczu. Sama stara się być jego słuchem, wzrokiem, dotykiem. I sprawia jej to radość. Bo radością jest dawać kochanemu człowiekowi jak najwięcej. Dawanie nie sprawia wtedy trudności. Pomoc nie jest obowiązkiem. W miłości ujmuje się to wszystko w całkiem innych kategoriach i wymiarach.

    Chłopiec stwierdził, że dziewczyna umie pięknie przekonywać. Mówi z pozycji kobiety, a on, jako mężczyzna, nie może wysuwać kontrargumentów z tej samej pozycji. Chłopak czuł, że jego ukochana jest prawdziwą kobietą, z babskimi wadami i zaletami. Miał czas ją poznać. Zrozumiał, czego oczekiwała od niego.

    A dziewczyna oczekiwała od niego, aby wybił sobie z głowy raz na zawsze kochanie się w marzeniu o niej. Ma kochać ją, żywą osobę, przyszłą żonę, która w miłości wystarcza, i która nie ma zamiaru przeminąć.

    Chłopak zrozumiał wszystko i musiał się poddać w ich przedmałżeńskiej sprzeczce. Poddać się, ale jednocześnie doznać uczucia szczęścia. Kiedy odejdzie już w ciemność, ciemności bać się już nie będzie. Jego ciemność będzie pełna barw. Na pewno nie zapomni koloru niebieskiego - bo takie są oczy ukochanej. Białego - bo takie są jej zęby. Czerwonego - bo takie są jej usta. Złotego - bo takie są jej włosy. Jasnomiodowego - bo taka jest jej skóra. Nie ma ciemności, jeśli ktoś bliski, kochany i kochający, jest blisko.

    Chłopiec, dzięki swojej dziewczynie, zdobył jeszcze jedno ważne doświadczenie. Nie wiedział dotąd, że można być szczęśliwym w nieszczęściu.

 

    Po przeczytaniu opowiadania Marii Łopatkowej nasuwają mi się następujące wnioski: Tylko przez mądrą miłość można trafić do człowieka. Jeśli jest miłość, nie ma samotności. Łatwiej znieść cierpienie. Sensu życia szukać się wtedy nie musi. Myślę, że i my młodzi jesteśmy w stanie to zrozumieć, i żyć godnie dla miłości i w imię miłości... z miłością iść przez życie i z honorem postępować względem innych ludzi.  

    Są takie pięknie słowa amerykańskiej poetki Emily Dickinson, które nigdy nie stracą na aktualności. Warto je zapamiętać. Niechby służyły wszystkim ludziom za motto przez całe życie:

 

 

„Jeśli zaleczę choć jedno serce,
nie będę żyła na próżno;
jeśli choć jednej pomogę rozterce,
jednej ranie ulgą posłużę,
jeśli jednego małego ptaka
z powrotem do gniazda włożę
nie będę żyła na próżno...”

 

 

I jeszcze jeden cytat Emily Dickinson:

 

 

„Ci, których kochamy nie umierają, bo miłość jest nieśmiertelna.”

 

 

 

 

 

******************************************

 

 

Impresja dnia

 

 

    

 

 

Podobieństwa się - z czasem - odpychają... czyniąc wokół nieprzyjemną atmosferę

 

 

******************************************

 





komentarze (28) | zaloguj się, aby dodać komentarz

SMACZKI BRZDĄCA

środa, 18 maja 2011 13:10

 

 

 

Smaczki brzdąca

 

 

 

 

    Kto kocha jeść, wie doskonale, jak ważną rolę odgrywają kubki smakowe. Bez nich jedzonka by tak nie kochał i... suto zastawiony stół by mu nie dostarczał rozkoszy podniebienia. Łasuchy wiedzą to najlepiej.

    Kubki smakowe najlepiej działają u dzieci. Niedaleko jak wczoraj miałam sposobność się o tym przekonać, kiedy mojemu 5-letniemu Wnuczkowi robiłam na drugie śniadanie jego ulubiony twarożek z różnymi, posiekanymi jarzynami. Taki najbardziej lubi. A posiekałam mu ich wiele. Jak zwykle. Była tam rzodkiewka, ogórek, cukinia, sałata zielona, natka pietruszki, szczypiorek, koperek i nawet kiełki pszeniczne. Mój Wnuczek na widok miseczki twarożku, uszczęśliwiony zabrał się do jedzenia. Ale kiedy pierwszą łyżeczkę włożył sobie do buzi, nagle ją wykrzywił, i zawołał:

    - Łee... nie ma papryki!

    Przyznam szczerze, że w pierwszym momencie zaniemówiłam. No bo jak taki brzdąc może - w takim miszmaszu - wyczuć braku jednego składnika? Papryki. Widać, że może. Wszak receptory smakowe u dzieci nie są jeszcze niczym złym upośledzone i działają jak natura przewidziała.

    Mój Wnuczek, i owszem, twarożek z jarzynami w końcu zjadł, i to nawet z wielkim apetytem, tyle, że musiałam mu dosypać trochę czerwonej papryki w proszku, skoro świeżej zabrakło mi w lodówce. A potem już był chlebek z masełkiem i gęstym miodkiem oraz herbatka z róży z cytryną, i też z miodkiem, ale płynnym.

    Wnuczek kocha jeść, i je bardzo dużo. Rzadko się zdarza, aby czegoś nie zjadł do końca. Mimo to, jest szczuplutki. Od kiedy tylko nauczył się mówić, zawsze jak się naje, jedną rączką łapie się za brzuch, drugą za głowę, i woła (ostatnio to już tylko dla żartu):

    - Popatrz babciu, jaki mam brzuszek twardy... a jaka głowa twarda!

    No i bardzo dobrze! Hihihi...! widać, że receptory smakowe mojego Wnuczka z zadowolenia stają na sztorc... i ślą sygnały gdzie trzeba.

 

 

 

Wnuczek od najmłodszych lat... co ja mówię lat, miesięcy, wie co w życiu ważne by życie miało smaczek

 

            

 

Musi być stół z jedzonkiem i... higiena.

Wie, że ząbki trzeba myć, aby smaczki dobrze czuć

 


 



komentarze (2) | zaloguj się, aby dodać komentarz

KUBKI SMAKOWE

środa, 18 maja 2011 9:53

 

 

 

Kubki smakowe

 

 

 

    Każdy z pewnością z nas wie, co to są kubki smakowe, i gdzie się znajdują. Kubki smakowe, to nic innego, jak zbiorowiska receptorów smaku. Są rozmieszczone na języku w tzw. brodawkach smakowych, ale także na podniebieniu, w nabłonku gardła, w górnej części przełyku oraz nagłośni, czyli w fałdzie zamykającym wejście krtani. A jak odczuwamy smak? A no odczuwamy w ten sposób, że substancje pokarmowe rozpuszczone w ślinie drażnią umieszczone w zagłębieniach kubka rzęski komórek smakowych, a pobudzenie z komórek smakowych przekazywane jest za pośrednictwem nerwów czuciowych do kory mózgowej. Ot i cała filozofia odczuwania smaku.

    Kto kocha jeść, wie doskonale, jak ważną rolę odgrywają kubki smakowe. Bez nich jedzonka by tak nie kochał i... suto zastawiony stół by mu nie dostarczał rozkoszy podniebienia. Łasuchy wiedzą to najlepiej.

    Kubki smakowe rozróżniają pięć rodzajów smaku odpowiadających w przybliżeniu ważnym grupom substancji chemicznych obecnym w pożywieniu, a to: słodki, słony, kwaśny, gorzki i umami (odkryty dopiero w 2001r.).

    Liczba kubków smakowych u człowieka zmniejsza się z wiekiem i w okresie starości występuje ich już o połowę mniej. Przypuszcza się, że starsi ludzie dlatego niewiele jedzą, ponieważ w sędziwym wieku kubki smakowe nie odczytują już smaku słonego i słodkiego. A to przede wszystkim te dwa smaki doprowadzają człeka do stołu. Ale także i w dużo młodszym wieku, choć kubków smakowych mamy jeszcze odpowiednią ilość, często pozbawieni jesteśmy doznań smakowych. Na własne życzenie. Niestety! A to za przyczyną chociażby nadmiaru wypijanych alkoholi, czy też wypalanych papierosów. Alkohol i nikotyna skutecznie upośledzają kubki smakowe.

    Na poprawę funkcjonowania kubków smakowych wpływ ma właściwa higiena jamy ustnej, polegająca nie tylko na czyszczeniu zębów, ale także języka i wewnętrznej powierzchni policzków.

 

    Wrażliwość na różne smaki, zwłaszcza gorzki i słodki, uwarunkowana jest genetycznie, a więc odmienna jest u każdego człowieka. Wyostrza się zwłaszcza u kobiet w ciąży. Wiem, co mówię, bo kiedy sama byłam w ciąży (hihihi! lata świetlne temu), to moja wyostrzona do entej potęgi wrażliwość, spowodowała, że nie mogłam nagle znieść smaku pomidorów, za którym w „normalnym stanie” wręcz przepadałam.

    Myślę, że kubki smakowe najlepiej działają u dzieci. Niedaleko jak wczoraj miałam sposobność się o tym przekonać kiedy mojemu 5-letniemu Wnuczkowi robiłam na drugie śniadanie jego ulubiony twarożek z różnymi, posiekanymi jarzynami. Taki najbardziej lubi. A posiekałam mu ich wiele. Jak zwykle. Była tam rzodkiewka, ogórek, cukinia, sałata zielona, natka pietruszki, szczypiorek, koperek i nawet kiełki pszeniczne. Mój Wnuczek na widok miseczki twarożku, uszczęśliwiony zabrał się do jedzenia. Ale kiedy pierwszą łyżeczkę włożył sobie do buzi, nagle ją wykrzywił, i zawołał:

    - Łee... nie ma papryki!

    Przyznam szczerze, że w pierwszym momencie zaniemówiłam. No bo jak taki brzdąc może - w takim miszmaszu - wyczuć braku jednego składnika? Papryki. Widać, że może. Wszak receptory smakowe u dzieci nie są jeszcze niczym złym upośledzone i działają jak natura przewidziała.

    Mój Wnuczek, i owszem, twarożek z jarzynami w końcu zjadł, i to nawet z wielkim apetytem, tyle, że musiałam mu dosypać trochę czerwonej papryki w proszku, skoro świeżej zabrakło mi w lodówce. A potem już był chlebek z masełkiem i gęstym miodkiem oraz herbatka z róży z cytryną, i też z miodkiem, ale płynnym.

    Wnuczek kocha jeść, i je bardzo dużo. Rzadko się zdarza, aby czegoś nie zjadł do końca. Mimo to, jest szczuplutki. Od kiedy tylko nauczył się mówić, zawsze jak się naje, jedną rączką łapie się za brzuch, drugą za głowę, i woła (ostatnio to już tylko dla żartu):

    - Popatrz babciu, jaki mam brzuszek twardy... a jaka głowa twarda!

    No i bardzo dobrze! Hihihi...! widać, że receptory smakowe mojego Wnuczka z zadowolenia stają na sztorc... i ślą sygnały gdzie trzeba.

 

 

Wnuczek od najmłodszych lat... co ja mówię lat, miesięcy, wie co w życiu ważne by życie miało smaczek

 

            

 

Musi być stół z jedzonkiem i... higiena.

Wie, że ząbki trzeba myć, aby smaczki dobrze czuć

 

 

 

 

 

******************************************

 

 

Impresja dnia

 

 

 

 

 

 

Coś dla ciała... i coś dla duszy...

 

 

 


******************************************

 




komentarze (35) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zdjęcia w galeriach.


piątek, 22 września 2017

Licznik odwiedzin:  0  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Halina Krüsch Czopowik

Facebook i Google

Wszystkie teksty oraz zdjęcia tutaj opublikowane są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie. (Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dn. 4.02.1994 r., nr 24, poz. 83). Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję, jak ktoś o nią prosi. 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tu także swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 812288
Wpisy
  • liczba: 738
  • komentarze: 10335
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 2982 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to