Bloog Wirtualna Polska
Są 1 254 394 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


PREZENT DO NOWEGO DOMU

czwartek, 29 kwietnia 2010 8:53

Prezent

do nowego domu

 



  Wspaniałą niespodziankę zrobiła nam Ewa Kuryluk z okazji przeprowadzki do nowego domu. O Ewie Kuryluk (<kliknij), i naszym pokrewieństwie, pisałam poniżej. Jeden wpis wcześniej - przed wspomnieniem o Ewie, pisałam też o nowym domu mojej Córci (<kliknij). Nie minęło parę dni, a tu taką niespodziankę przytargał nam listonosz do domu. Najnowszą książkę Ewy z Jej dedykacją. Książka nosi tytuł: „Kangór z kamerą" - to wybór zdjęć komentowanych przez naszą drogą artystkę. Ewa prezentuje w niej pół wieku autofotografii i jej związek z malarstwem, rysunkiem i instalacją.


 

 

Oto ta książka-album

 

    
okładka książki - przód   

 

 

 

 


okładka książki - tył

 

 


Skrzydełka okładki z opisem książki-albumu

 

 

 

przód książki


 

 

 

 

tył książki

 

 

 

 

 

Dedykacja Ewy


                        

 

 


  „Kangór z kamerą", to wspaniała książka-album, która równolegle z książką pt. „Frascati" została wydana w Polsce w zeszłym roku. „Kangór z kamerą", to fotograficzny pamiętnik Ewy Kuryluk od roku 1959 do 2009. Na okładce Ewa prezentuje siebie w za dużym kangurzym kostiumie. Jak sama mówi, sfotografowała się nim w dniu swoich 63 urodzin, a że w za dużym, to tylko dlatego, że taki właśnie, jako jedyny, udało Jej się wypożyczyć z teatru. No tak, ale skąd ten „kangór"? Ewa opowiada, że kangurem została, gdy miała cztery latka. Będąc z ojcem z wizytą u dr. Jana Żabińskiego, dyrektora warszawskiego ZOO, przysłuchiwała się jak on żalił się ojcu, że nie przysłali mu zwierzaków z Australii z powodu zimnego klimatu w Polsce, i kiedy podsumował, mówiąc: - „To nie jest kraj dla kangurów", malutka Ewa zrozumiała: - „Nie dla Kuryluków." Ubawiony dyrektor Żabiński powiedział, że teraz to ona będzie honorowym kangurem. Od tej pory, Ewa latami przedstawiała się: Ewa Barbara Kuryluk Kangur - ale pisany przez „ó" z miłości do gór.


Książka „Frascati" natomiast, to wspomnienia Ewy z lat dzieciństwa. Oto pełen opis książki:


W mieszkaniu, w którym spędziło się dzieciństwo, każdy przedmiot ma moc przenoszenia w czasie i przestrzeni. Znowu ma się trzy, siedem czy dwanaście lat i wraca się do dawnych sytuacji, tych magicznych, dziecinnych, ale też strasznych i traumatycznych. Ewa Kuryluk w niezwykle poruszający sposób opisuje powojenne losy swojej rodziny i domu, który na długie lata stał się azylem i piekłem jednocześnie. Zderza stalinowską szarzyznę z atmosferą domu, w którym bywają artyści światowej sławy, a tę pozornie idylliczną atmosferę, z mrocznymi tajemnicami domowników. Ojciec autorki, Karol Kuryluk był ministrem kultury w rządzie Cyrankiewicza, szefem PWN-u, wreszcie ambasadorem w Wiedniu. Matka, uratowana przez niego od Zagłady, do końca życia ukrywa swoją tożsamość i pochodzenie, próbując jednocześnie zapomnieć o koszmarze Holokaustu. Brat, nieprzeciętnie inteligentny chłopiec, po śmierci ojca zaczyna chorować na schizofrenię. Frascati to książka o tym nieuchwytnym elemencie, który sprawia, że rodzina trwa razem mimo dziejowych burz i prywatnych katastrof. Niektórzy nazywają ten element miłością.


O AUTORZE - EWA KURYLUK: znana malarka, pisarka, eseistka, historyk sztuki; urodzona w Krakowie, obecnie mieszka w Paryżu, Nowym Jorku i Krakowie; współtwórczyni i członkini redakcji Zeszytów Literackich; autorka licznych prac eseistycznych poświęconych sztuce: m.in. Wiedeńska apokalipsa, Salome albo o rozkoszy. O grotesce w twórczości Aubreya Beardsleya, Podróż do granic sztuki, Weronika i jej chusta, utworów literackich: Wiek XXI, Grand Hotel Oriental; nominowana do Nagrody Nike 2005 za swą najbardziej osobistą, zawierającą wspomnienia z dzieciństwa powieść Goldi.



 Wydawnictwo Literackie - 2009

 

 

 



komentarze (13) | zaloguj się, aby dodać komentarz

NOWO DODANY TEKST: "TURKUĆLANDIA" - bajka dla dzieci

wtorek, 27 kwietnia 2010 16:46


Nowo dodany tekst:



  "TURKUĆLANDIA" (<kliknij)  - bajka dla dzieci z cyklu: "Poczytaj mi mamo"



komentarze (1) | zaloguj się, aby dodać komentarz

TURKUĆLANDIA

wtorek, 27 kwietnia 2010 12:47

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

 

 

 

          Turkućlandia

 

 

  W krainie turkuciów wielkie poruszenie. Pan burmistrz Turkuć Podjadek, zaprosił z wizytą swojego starego przyjaciela Konika Polnego, który pełnił również funkcję burmistrza, ale w bardzo odległym Konikborgu. Wszystkie turkucie zajęły się wielkimi porządkami i od świtu pracowały w pocie czoła, by zdążyć ze wszystkim i godnie przywitać tak wspaniałego gościa, który miał przybyć w godzinach wieczornych. Turkućlandia lśniła czystością. Burmistrz Turkuć Podjadek był zadowolony. Z dumą mógł oprowadzać przyjaciela po swojej krainie. I wcale przed nikim nie krył, że chciał się pochwalić przed tak zacnym gościem, swoim ogromnym, wspaniale wybudowanym Turkuciewem. Bo to właśnie on, od kiedy został burmistrzem, wybudował wraz z obywatelami Turkuciewa szerokie i długie korytarze podziemne. A w miejscach, gdzie te korytarze łączyły się ze sobą, pan burmistrz osobiście wybudował nieziemsko cudne komnaty różnej wielkości. A w komnatach tych poustawiał kamienne rzeźby i pozawieszał bajecznie kolorowe obrazy miejscowego artysty, starego Turkucioka. Natomiast żona burmistrza, Turkuciowa Podjadzia, udekorowała wnętrza komnat własnoręcznie utkanymi dywanami i gobelinami. W podziemiach znajdowały się również olbrzymie spiżarnie na żywność, które pan burmistrz wraz z innymi turkuciami budował przez wiele, wiele dni. A spiżarnie te - bez wątpienia - były oczkiem w głowie najlepszej gospodyni w Turkuciewie, pani burmistrzowej.

  Podziemne królestwo mieszkańców Turkuciewa było dumą pana burmistrza. A nadziemne królestwo, które było w ciągłej rozbudowie, miało być - za jakiś czas - jeszcze większą dumą. Budowniczy Turkuciewa stawiali na ziemi przepiękne zamki z szyszek. A stawiali je tuż pod rozłożystym świerkiem, pod którym było tak spokojnie, i tak cicho. Pan burmistrz tak mądrze wybrał to wspaniałe miejsce pod zabudowę. Na skraju lasu, w lekko zacienionym miejscu, a do tego nieopodal łąki, gdzie było tyle pożywienia. Wymarzone miejsce. Jeden taki szyszkowy zamek, największy, i wybudowany jako pierwszy, zajmował pan burmistrz z żoną i z dwójką swoich dzieci: córką i synem. Pan burmistrz dbał zawsze o to, aby zamek jego był wzorem dla pozostałych turkuciów. Więc zawsze musiało w nim być czyściutko, pachnąco i kolorowo. Dzieci pana burmistrza miały również swój wielki udział w porządkowaniu i upiększaniu tegoż szyszkowego zamczyska. Przed wizytą gościa od rana uwijały się po zamku, ścierając kurze z mebli, odkurzając dywany, zamiatając i myjąc podłogi.

  - I raz i dwa... i raz i dwa... i raz i dwa...! - Słychać było przez otwarte okienko szyszkowego zamku.

  - Ty, Turkusia, a co ty tam tak odliczasz zawzięcie?! - spytał zaciekawiony Turkuś swoją siostrzyczkę, przerywając na chwilę zamiatanie podwórka, i zaglądając przez okno do środka.

  - Nie odliczam, tylko zamiatam kuchnię - odpowiedziała bratu zasapana Turkusia. - Do rytmu lepiej się zamiata. Sam spróbuj.

  - Miotła raz... miotła dwa... miotła raz... miotła dwa...! - wydzierał się Turkuś, zamaszyście machając miotłą. - No, masz rację. Tak jest lepiej.

  - Dzieci, a co wy tak wyliczacie?! - zawołała mama Podjadzia, wychylając się z okna małżeńskiej sypialni na pierwszym piętrze.

  Mama Podjadzia nie czekała jednak na odpowiedź dzieci, bo nagle przypomniała sobie, że nie sprawdziła w podziemnej spiżarni, czy wystarczy jej korzonków rzodkiewek, z których zamierzała zrobić sałatkę z okazji wizyty gościa. Zostawiła natychmiast chodnik, który chciała przez okno wytrzepać, i pobiegła do windy. Windą zjechała do podziemi i najkrótszym korytarzem udała się do spiżarni. Jakie było jej zaskoczenie, kiedy zobaczyła, że niestety korzonków rzodkiewek jest o wiele za mało i nie wystarczy dla wszystkich. Zdenerwowała się i pobiegła z powrotem do windy. I gdy była już na górze w zamku, pobiegła do kuchni, i zawołała:

  - Dzieci kochane, w was nadzieja! Musicie natychmiast pójść do ogrodnika Turkuckiego i kupić dziesięć korzonków rzodkiewek. Przygotowałam tyle różnych sałatek, a tę najlepszą, rzodkiewkową, chciałam zrobić na sam koniec, bo musi być bardzo chrupiąca. I niestety, nie mam z czego ją zrobić. No już, zakładajcie palta i łapcie za koszyk, i już was nie ma. Tylko się śpieszcie, bo za trzy godziny nasz gość już tu będzie. Aha, masz tu Turkusiu pięć pieniążków, no i idź już... Turkuś, czy ty słyszałeś co ja mówiłam? Zostaw już tę  miotłę i poczekaj, Turkusia już do ciebie idzie... Turkusiu, załóż jeszcze kapelusik, żeby ci wiatr nie potargał fryzurki.

   Dzieci były nawet zadowolone, że muszą iść do ogrodnika, bo w marszu będą mogły rozprostować swoje ciałka. Po tych porządkach, to już im wszystko zdrętwiało. A zwłaszcza wszystkie trzy pary czułków, i nawet skrzydełka od ciągłego podpierania się nimi.

  Turkuś i Turkusia raźnie pomaszerowali przez łąkę w kierunku ogromnego ogrodu, gdzie mieszkał ogrodnik Turkucki. Po drodze trochę podśpiewywali sobie, ćwiczyli po cichutku ćwierkanie, a i też wymyślali sobie różne zabawy, w jakie będą się bawić z innymi małymi turkuciami po ceremonii powitalnej ich gościa. Bo że będą się bawić to było pewne. Zasłużyli sobie ciężką pracą na wolny czas dla siebie. Więc już sama myśl o wieczornych zabawach przyprawiała ich o wyśmienity humor.

  Turkuś długo myślał i stukał się co rusz skrzydełkiem po głowie, by myśli szybciej przychodziły. W końcu wymyślił wyścigi pomiędzy szyszkowymi zamkami. A po wyścigach, zabawę w chowanego. A po zabawie w chowanego, znów wyścigi, ale na odmianę - lotne. A na koniec zawody: kto najdalej pofrunie, a potem, kto najwyżej pofrunie.

  - Ach, Turkuś, czy ty nie umiesz wymyślić innej zabawy! - zawołała zawiedziona Turkusia i podała bratu koszyczek, by on trochę poniósł. - Za każdym razem te same zabawy. A lot na odległość i na wysokość, to już zawsze muszą być na zakończenie wszystkich naszych zabaw? Co? Wiem dlaczego, bo akurat ty jesteś w tym najlepszy, dlatego znów chcesz się popisywać swoimi umiejętnościami. A ty wiesz, że ani mama ani tato nie pozwalają nam fruwać za daleko, bo turkucie nie bardzo potrafią fruwać, a już lotu na wysokość, zabronili nam kategorycznie. I co, znów chcesz rodziców denerwować?

  - Turkusia, Turkusia, ty już nie udawaj takiego niewiniątka, przecież ty też lubisz sobie trochę polatać. No, oprócz latania na wysokość, ma się rozumieć. Bo latania na wysokość, to ty się boisz jak ognia - zaśmiał się Turkuś. - Ale ja przynajmniej wymyśliłem jakieś zabawy. A ty, co? Ani jednej.

  - A kto ci powiedział, że nie wymyśliłam! - zawołała Turkusia, robiąc obrażoną minkę. - Właśnie, że wymyśliłam. No na przykład taka zabawa: zawiązujemy turkuciom oczka i oprowadzamy ich po łące i każemy im zgadywać po zapachu, jakie roślinki mają przed sobą. A to będzie trudne zadanie. Bo przecież kiedy się posilamy, żerując pod ziemią, i podgryzając podziemne korzonki roślin, to my dobrze wiemy, jakie roślinki podgryzamy. Ale sztuka będzie polegać na tym, by zgadnąć co to za roślinka, nie widząc jej, tylko czując jej zapach, i to na powierzchni ziemi. I ten, co zgadnie najwięcej, wygrywa, a ten co najmniej, albo wcale, przegrywa i będzie musiał spełnić jedno życzenie tego co wygrał. I tak dalej i tak dalej. Cha, cha, cha...! Może być dużo radości i śmiechu. No co, dobra zabawa, nie?

  - Czy ja wiem? - powątpiewał Turkuś. - A jakie życzenia trzeba by było spełniać...? Ojej, poczekaj, poczekaj... Świetna zabawa! Przecież ten co przegra, a kiedy ja wygram, bo jestem tego pewien, że wygram, to będzie musiał spełnić moje życzenia i polatać ze mną na wyścigi, a następny co przegra, to będzie musiał polatać ze mną na wysokość... Wspaniała zabawa! Turkusia, ty to masz głowę!

  - Och, Turkuś, czy ty zawsze musisz myśleć tylko o tym samym? - spytała Turkusia z zawiedzioną miną i zatrzymała się momentalnie. Po czym popatrzyła na zdziwionego braciszka i z rezygnacją położyła po sobie czułki. - A niech ci będzie! Ale będziesz musiał poprosić tatusia o zgodę na loty nadziemne. Bo inaczej to ci się oberwie... że ho, ho!

  - Już ty się o to nie martw! - zawołał Turkuś do siostrzyczki i na powrót wcisnął jej do rączki koszyczek. - A teraz popatrz, pokażę ci jak lata w powietrzu turkuciowy Turkuś z rodu Turkuci Podjadków.

  Turkusia nie zdążyła nawet zaprotestować, a Turkuś był już w powietrzu. Poleciał daleko od niej aż straciła go z oczu. Turkusia była zła na brata, że ją samą zostawił. Postanowiła więc się obrazić na niego i z nim nie rozmawiać. No, przynajmniej na chwilę, kiedy do niej wróci. Mocniej ścisnęła koszyczek i poszła przed siebie z obrażoną miną. Szła i szła, a jej braciszek jakoś nie wracał. Zaczęła się w końcu martwić, że coś mu się stało. Biegała więc po łące i go nawoływała. I nic, cisza. Turkusia ani widu ani słychu. - „Czyżby zapadł się pod ziemię?" - myślała z coraz większym strachem. - „Ależ nie, przecież on był nad ziemią... No to może zginął w powietrzu?" - Turkusię tak bardzo przeraziły własne myśli, że wreszcie nie wytrzymała i na całe gardełko zaczęła krzyczeć:

  - Ojejku, jejku, mój kochany braciszek...! Turkusiu mój najukochańszy, co ci się stało? Proszę cię, wracaj! Jak wrócisz, to ja nawet jestem gotowa z tobą na wysokość polatać. Ale wracaj, błagam cię, wraaaaaacaj!!!

  - A kuku, tu jestem! - rozległo się pomiędzy dwoma kępkami trawy. - A kuku, szukaj mnie!

  - Ty wstrętny Turkusiu! Jak mogłeś mi to zrobić?! - zawołała na powrót zła Turkusia.

  - A cóż takiego ja ci zrobiłem? Bądź szczęśliwa, że cię w ogóle znalazłem -  zagrzmiał Turkuś spod kępki trawy. Po czym wygramolił się na nią, by z wysoka lepiej zobaczyć swoją siostrzyczkę, i jeszcze głośniej zawołał: - Gdzie ty właściwie polazłaś? Szukam za tobą już tak długo.

   Okazało się, że obrażona Turkusia pomyliła kierunki i poszła w zupełnie inną stronę. I zamiast zbliżać się do ogrodu ogrodnika Turkuckiego, coraz bardziej się od niego oddalała. Dobrze że Turkuś, najlepszy wśród turkuciów lotnik w lotach na wysokość, wypatrzył ją z góry. W przeciwnym razie, Turkusia poszłaby nie wiadomo dokąd, no i z pewnością zgubiłaby się na tej ogromnej łące.

  - Nie polazłam, tylko szłam do ogrodnika Turkuckiego - odpowiedziała Turkusia, siląc się już na uśmiech.

  - A to przepraszam, nie wiedziałem, że my mamy dwóch ogrodników Turkuckich - zaśmiał się Turkuś. - Ja znam tylko jednego i do niego zamierzam dotrzeć, jak mamusia nakazywała... Ty, Turkusia, ale nie myśl, że ja nie słyszałem tego, że gotowa jesteś ze mną polatać. A słyszałem... i to dokładnie. I trzymam cię za słowo.

  - A pewnie, słowa dotrzymam. Nie myśl sobie, że nie! - Turkusia zapewniła braciszka, robiąc przy tym niepewną minę.

  Turkusiowi chciało się śmiać z siostry. Był pewien, że ona znów stchórzy przed lotem i będzie się wykręcać bólem brzucha. Zawsze tak robiła. Już otworzył nawet buzię do gromkiego śmiechu, gdy nagle śmiech zastygł mu na ustach... Usłyszał gdzieś w oddali czyjś żałosny płacz. Podfrunął do siostry, złapał ją za rękę i szybko pobiegli w tamtym kierunku.

  Oczom Turkusi i Turkusia ukazał się żałosny widok. W dużej dziurze w ziemi leżał potężny niczym rycerz w czarnej zbroi - Żuk Skarabeusz. A leżał tam na grzbiecie i przebierał tylko nogami w powietrzu. Zaś na jego brzuchu siedziała Biedronka Siedmiokropka i płakała wniebogłosy.

  Rodzeństwo turkuciów natychmiast zapomniało o korzonkach rzodkiewek i rzuciło się na ratunek biednej Biedronce Siedmiokropce i Żukowi Skarabeuszowi. Chwilę to trwało, zanim udało im się wydobyć ich z dziury, gdyż dziura była dość głęboka. Narwali najpierw dużo źdźbeł trawy, a potem wrzucali je do dziury, obok leżących tam nieszczęśników. Powili i uważnie, aby dodatkowo ich nie zranić. I kiedy nawrzucali ich na tyle dużo, że można było spokojnie wskoczyć do środka, Turkuś zawołał:

  - A teraz uważaj Turkusiu! Ja wskakuję do dziury, biorę Biedronkę na ręce i podaję ci ją. A ty, delikatnie położysz ją na trawie i poczekasz aż podam ci Żuka. Sama nic przy Biedronce nie rób, bo najpierw musimy dokładnie ją zbadać, co ma połamane i gdzie. Zrozumiałaś?

  - Zrozumiałam, a co bym miała nie zrozumieć. No, wskakuj szybko do tej dziury - ponaglała brata Turkusia. - Popatrz, jacy oni są już wycięczeni. Biedna Biedronka. Biedny Żuczek.

  O ile z wyciągnięciem Siedmiokropki Turkuś i Turkusia nie mieli wiele kłopotu, to już z wyciągnięciem Skarabeusza, tak. Biedronka była malutka i leciutka, a Żuk ogromny i ciężki. Turkuciowe dzieci musiały się przy nim mocno namęczyć.

  - Na lot turkucia! Nie damy rady, czy co?! - wrzeszczał Turkuś. - Poczekaj Turkusia... Musimy załatwić sprawę turkuciowo, no! Na raz i dwa, ja go podnoszę z dna dziury, a na trzy, podaję go tobie. A ty, na raz i dwa odbierasz go ode mnie, i na trzy, kładziesz go na trawie. No, jazda! Na trzy! Jeszcze raz!

   Po kwadransie turkuciowe dzieci pochylały się już nad biedną Biedronką i Żuczkiem i sprawdzały czy są mocno ranni i czy mają połamane nóżki, albo skrzydełka. No i okazało się, że Biedronka ma zranione skrzydełko, a Żuk ma złamane dwie tylne nóżki. Turkuś szybko usztywnił Skarabeuszowi nóżki jakimiś twardymi łodyżkami, przywiązując je porwanym na kawałki rękawem swojego palta. A Turkusia w tym czasie opatrzyła Siedmiokropce skrzydełko, robiąc jej opatrunek ze swojej chusteczki do nosa namoczonej w kropli rosy.

  Turkuś i Turkusia tak bardzo byli zajęci rannymi, że zupełnie stracili poczucie czasu. I kiedy w końcu zrobili wszystko co tylko mogli, by Siedmiokropka i Skarabeusz tak nie cierpieli, wtedy dopiero poczuli ogromne zmęczenie. Położyli się więc na miękkiej kępce trawy, tuż obok rannych, i nagle usłyszeli głos Biedronki:

  - Dziękuję wam kochani, że nas uratowaliście. Bo gdyby nie wy, zostalibyśmy w tej dziurze na wieki. Już drugi dzień tam leżeliśmy i nikt nam nie przyszedł z pomocą.

  Biedronka Siedmiokropka opowiedziała turkuciowym dzieciom jak to się stało, że znalazła się razem z Skarabeuszem w tej głębokiej dziurze. A było to tak: kiedy Biedronka przelatywała nad łąką w drodze do swojego domu, usłyszała czyjeś nawoływanie o pomoc. Pofrunęła w tym kierunku i zobaczyła w dziurze Skarabeusza, który leżał tam na grzbiecie i nie mógł się odwrócić. Biedronka bardzo się zdziwiła, widząc Skarabeusza w tym miejscu. Wtedy Skarabeusz powiedział jej, że jest podróżnikiem i przyleciał tu z Czarnego Lądu w specjalnym celu. Biedronka nie bardzo rozumiała o co mu chodzi, ale postanowiła mu pomóc. Na początku podawała mu długie źdźbła trawy, aby mógł się jakoś przytrzymać i odwrócić. Ale kiedy to nic a nic nie pomagało, sfrunęła do dziury i sama próbowała go odwrócić. Niestety, Skarabeusz ciężki i twardy jak rycerz w zbroi, swym potężnym ciałem niechcąco przydusił jej skrzydełko. Wtedy jej delikatne skrzydełko rozerwało się w dwóch miejscach. No i takim to sposobem we dwoje zostali uwięzieni w dziurze, i nic im innego nie pozostało, jak tylko wyczekiwać ratunku.

  Turkuciowe dzieci ze współczuciem patrzyły na Siedmiokropkę i na Skarabeusza. I gdy stwierdziły, że Siedmiokropka czuje się już dużo lepiej, to ich uwaga skupiła się na Skarabeuszu, ale on milczał jak zaklęty i nic nie chciał mówić. Chwilę pomilczeli wszyscy. Ale ciekawska Turkusia w końcu nie wytrzymała i odezwała się pierwsza:

  - Ja nazywam się Turkusia, a to mój brat Turkuś, jesteśmy dziećmi burmistrza Turkucia Podjadka i mieszkamy, o, tam, gdzie łąka łączy się z lasem. Tam jest właśnie nasza piękna Turkućlandia...

  - Coś ty powiedziała?! - Skarabeusz głośnym krzykiem przerwał Turkusi, a że głos miał potężny, okropnie ją wystraszył. Ale po chwili, łagodnym już głosem zapytał jeszcze raz: - Coś ty powiedziała? Czy ja dobrze usłyszałem? Tam jest Turkućlandia?

  - Tak, dobrze usłyszałeś - za siostrę odpowiedział Turkuś. - My pochodzimy z Turkućlandii.

  - Hurrra! Więc Bocian Klekotek mnie nie oszukał... Hurra! - wołał wyraźnie uradowany Skarabeusz. - Przepraszam was moi kochani, jestem okropny. Zamiast wam podziękować za ratunek, to ja zachowuję się jak ostatni gbur. Wybaczcie staremu. Byłem tak przygnębiony, że nie mogłem znaleźć Turkućlandii, że już myślałem nawet, iż mój przyjaciel Klekotek, z którym przyleciałem na wasze ziemie, mnie okłamał. Otóż Klekotek zostawił mnie na tej łące i powiedział, że gdzieś tu nie daleko musi być ta wspaniała kraina. Szukałem jej przez dwa dni i nie mogłem znaleźć. A potem jeszcze ten wypadek w dziurze, do której wpadłem, łamiąc sobie nogi. I tego jakby było mało, to na dodatek uszkodziłem Biedronce skrzydełko. Ojoj, ojoj... tego wszystkiego naraz było za dużo dla mnie starego, no i załamałem się. Ale teraz widzę, że zupełnie niepotrzebnie, bo przecież los mi sprzyja. Pomijając moje złamane nogi i uszkodzone skrzydełko Biedronki, wszystko inne jest wspaniałe. Mój kochany przyjaciel Klekotek, dalej będzie moim przyjacielem, a ja znajduję się w pobliżu Turkućlandii... Hura! Hurrrra!!!

  - A powiedz nam Skarabeuszu, co cię przywiodło w nasze strony - zapytała zaciekawiona Turkusia.

   Skarabeusz zaczął opowiadać jak to jego przyjaciel, Bocian Klekotek, mówił mu kiedyś, że na ziemiach, gdzie on co roku na wiosnę się udaje, widział przepiękną krainę o nazwie Turkućlandia. Klekotek opowiadał mu o wspaniałych i okazałych zamkach z szyszek, o tunelach łączących podziemia zamkowe, o dobrych i serdecznych obywatelach Turkućlandii i wreszcie o bardzo mądrym i sprawiedliwym burmistrzu tej krainy. A że Skarabeusz też był burmistrzem afrykańskiej krainy - Czarnolandii, bardzo chciał poznać burmistrza Turkućlandii i jego Turkućlandię. Chciał po prostu wymienić z nim swoje doświadczenia i nauczyć się od niego tych wspaniałych rzeczy związanych ze wznoszeniem pięknych szyszkowych zamków i budową podziemnych tuneli. Marzył, by się zaprzyjaźnić z tym tak prawym i mądrym burmistrzem, o którym aż w odległej Czarnolandii wspaniałe wieści krążą. Chciał pobyć z nim aż do jesieni, kiedy to jego przyjaciel, Bocian Klekotek, będzie wracał do ciepłej Czarnolandii na zimę. Wtedy Skarabeusz zamierzał znów na jego wygodnym grzbiecie udać się w powrotną drogę. I wrócić do swojej krainy, bogatszym o przyjaźń i nowe doświadczenia.

  Turkusi i Turkusiowi bardzo przyjemnie słuchało się opowieści starego Skarabeusza, tym bardziej że tyle dobrego powiedział na temat ich ukochanego ojca i ich wspaniałej Turkućlandii, którą również ogromnie kochali.

  Atmosfera wśród leżących na kępce trawy zrobiła się tak sympatyczna, że turkuciowe dzieci wraz ze Siedmiokropką, zaczęły wypytywać Skarabeusza o jego Czarnolandię, jak i również  o jego podróż z dalekich stron na grzbiecie Bociana Klekotka. Skarabeusz bardzo chętnie opowiadał, bo to był dla niego też bardzo miły temat do opowieści. Opowiadał więc... i opowiadał. I nawet nie zauważył, kiedy wszyscy usnęli. Uśmiechał się sam do siebie, widząc ich błogie miny. A że sam również poczuł się bardzo zmęczony, więc też zapadł w głęboki... i długi sen.

  Wszystkich śpiących na kępce trawy obudziły dopiero głośne nawoływania i chrzęst deptanej zeschłej trawy. Turkusia i Turkuś zerwali się na równe nogi. Przed sobą zobaczyli ogromną część turkuciowego społeczeństwa, z rodzicami i ich wspaniałym gościem z Konikburga na czele.

  Przerażenie - z jednej strony, radość - z drugiej... Dwa odmienne uczucia mieszały się ze sobą przez jakiś czas. Wreszcie burmistrz Turkuć Podjadek pierwszy odzyskał rezon. Doskoczył do dzieci i nakazał im natychmiast wytłumaczyć się z tego co tu się stało. Turkuciowe dzieci opowiedziały cały przebieg wydarzeń, a kiedy skończyły, przedstawiły wszystkim Skarabeusza i Siedmiokropkę. No i wtedy, wszyscy przybyli zaczęli bić im brawo.

  - Jestem z was dumny! - przekrzykiwał oklaski burmistrz Turkuć Podjadek. - Zuchy dzieci! Turkuciowe zuchy!

  - Turkuciowe zuchy! Turkuciowe zuchy!!! - skandowało turkuciowe społeczeństwo wraz z gościem z Konikburga. - Hura! Hurra!!! Niech żyje turkuciowe społeczeństwo! Niech żyje burmistrz Turkuć Podjadek! Niech żyje burmistrz Żuk Skarabeusz! Niech żyje burmistrz Konik Polny! Niech żyje Biedronka Siedmiokropka! Hura! Hurra! Hurrrra!!!

   I wszyscy razem, bardzo już szczęśliwi, ruszyli w stronę Turkućlandii, niosąc na skleconych naprędce noszach obolałego jeszcze, ale już ogromnie zachwyconego Skarabeusza oraz szeroko uśmiechniętą Siedmiokropkę.

 

 

                                                                                                 K O N I E C



komentarze (5) | zaloguj się, aby dodać komentarz

NIE LUBIĘ KOTÓW

niedziela, 25 kwietnia 2010 11:27

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

ZAPRASZAM

na mój drugi blog:

http://PhotoHalszka.bloog.pl/

---------------------------------------------------------

 

 

 

Nie lubię kotów

 

 

To prawda, nie lubię. Dlaczego? Hmm... tak do końca, to ja sama nie wiem. Może dlatego, że nie toleruję fałszu i egoizmu? Pewnie coś w tym jest, bo koty, według mnie, to typowy przykład zwierząt o takich cechach. Koty żyją swoim własnym życiem, chadzają własnymi ścieżkami, i ni jak nie chcą dać się podporządkować woli człowieka. Nie przywiązują się do człowieka, tylko do miejsca. W pierwszej kolejności, to człowiek im służy. Kiedyś czytałam wypowiedź jakiegoś „kocioznawcy", który twierdził, że kot tak właśnie myśli, iż człowiek jest po to, aby mu służyć. I że potrafi nawet pogryźć lub podrapać swojego właściciela, który go głaszcze, jak mu to w danym momencie akurat nie w nos.

   

Miłośnicy kotów pewnie będą mieli mi za złe, że ja tu tak o kotach... No trudno, będę musiała to jakoś strawić, bo i tak mnie nikt nigdy nie przekona bym polubiła koty. Nigdy! Niechęć do kotów mam we krwi... Cokolwiek to nie znaczy.

   

Nie jestem odosobniona w tym nielubieniu kotów, bo takich ludzi jest wielu. Niektórzy nawet cierpią na alergię na koty. Niektórzy kotów panicznie się boją. Niektórzy wręcz wierzą w przesądy związane z kotami. O, chociażby Cezary Pazura, taki niby macho skądinąd, a jak kot mu przebiegnie drogę, to ze strachu spluwa przez lewe ramię i zawraca. Albo czeka aż ktoś inny, jako pierwszy, przekroczy tę „skażoną" przez kota drogę. Ja, ani alergii na koty nie mam, ani kotów się nie boję, ani też w żadne zabobony nie wierzę (podzielam zdanie G.B. Shaw'a: "Nie warto wierzyć w zabobony, bo to przynosi pecha.")... a kotów i tak nie lubię. Co to jest z tymi kotami, że aż tyle kontrowersji w ludziach budzą? Zawsze mnie to zastanawia.

   

A tego kociego marcowania, to znieść nie mogę. Okropność! Istny horror. Jak się zbliża marzec, to najchętniej bym wszystkie koty wyekspediowała tam gdzie wanilia kwitnie. Rany, co za potworne wrzaski mam nieraz marcowymi nocami pod oknem sypialni!  

    

Aż mnie samą dziwi ta moja awersja do kotów, bo przecież bardzo kocham zwierzątka. Najbardziej psy i konie... Jedynie kotów nie. Od dziecka. Jak dziś pamiętam z dzieciństwa ogromną tragedię, jaką przeżyli nasi sąsiedzi, kiedy ich własny kot udusił im dwumiesięcznego syneczka. Zaraz, to może właśnie po tej tragedii, odrzuciło mnie od kotów? No nie wiem. Ale wiem jedno: nie lubię kotów. Żadnych. I tylko kotów. Kurcze blade... to pewnie uraz!

   

Nie jestem typem kanapowa, a to pewnie jeszcze jeden powód, że koty mi nie leżą. No nie wyobrażam sobie leżenia na kanapie z mruczącym kotem u boku. Albo, co gorsza, na brzuchu. Mruczenie kota mnie nie uspakaja. Wręcz przeciwnie, rozstraja. Jestem osobą energiczną, i aż się boję pomyśleć, co by się działo, gdyby mi się kot, pod nogami pałętał - z jego wrodzonego upodobania do łaszenia się i ocierania o nogi człowieka. Pewnie nie raz, i nie dwa, orła bym wywinęła.

   

Nie mogę też pojąć, jak miłośnicy kotów potrafią takiego kudłatego czorta brać sobie do łóżka? Przecież łazi to to byle gdzie, z myszami ma do czynienia, i nie tylko, a potem zionie prosto w twarz tym wszystkim co ma w sobie. No nie wyobrażam sobie coś takiego w moim łóżku. Toż to obrzydliwe! A przede wszystkim - niehigieniczne.

   

Zastanawia mnie jednak jedna rzecz. Co koty do mnie czują? Bo niechęci mojej do nich, głupie, jakoś za diabła nie wyczuwają. Każdego ciepłego dnia, kiedy drzwi do ogrodu mam na oścież otwarte, zawsze do mnie włażą. Biurko mam przy samych drzwiach, a te czorty, pod moimi nogami, cichcem zasuwają w głąb mieszkania. Jak tylko przyuważę intruza, pędzę na dwór od razu. Mimo to, te same koty nadal włażą do mnie. Ile razy jest tak, że kiedy w pokoju stołowym oglądam telewizję, ni stąd, ni zowąd, kątem oka widzę szorującego w moim kierunku kota. Raz, nawet dwa jednocześnie wparowały do pokoju. O rany, ależ jestem wtedy zła! Pewnego zaś razu, kiedy przechodziłam przez przedpokój z pokoju roboczego do kuchni, nagle w sypialni zobaczyłam ogromnego czarnego kocura. Spał sobie spokojniutko na moim łóżku. No, myślałam, że mnie szlag trafi! Ludzie, trzymajcie mnie, gdzie jak gdzie, ale na moim kochanym, pięknie zasłanym łóżeczku?! Na miejscu moich sennych marzeń?!

   

No nie wiem, co te koty do mnie czują. Pewnie coś jednak czują, skoro oprócz częstych odwiedzin, i podarki mi jeszcze składają. Myszy. Zagryzione przez siebie myszy. Na schodach do ogrodu bardzo często je znajduję. Fuj, przy samych drzwiach, na wycieraczce!

   

Miłośników kotów muszę zapewnić, że choć kotów nie lubię, krzywdy nijakiej im nigdy nie robię. Ba, nawet im często rzucam coś do żarcia... No dobra, przyznam szczerze, że bardziej, to ptaszkom rzucam. Ale te czorty i tak się u mnie tuczą, pożerając wszystko łapczywie, co tylko rzucę. Nawet je nie przepędzam. Przepędzam jedynie wtedy, kiedy z swej zachłanności atakują ptaszki i nie pozwalają im cokolwiek dzióbnąć. A muszę powiedzieć, że wokół mnie, jest tych kotów od groma i ciut, ciut. Tak jak „samotnych panienek" - w różnym wieku. I to przede wszystkim one... no, te „panienki", nie mając dzieci, hołubią kociska. Tu nie ma bezpańskich kotów. Wszystkie koty mają swoje domy, a w nich, swoje miski z żarciem... I ogłupiałe na ich punkcie Pańcie. Pańcie, które czasami i w nocy potrafią się przez okno wydzierać za swoimi pupilami, nawołując je do domu. A te, i tak mają Pańcie gdzieś... i łażą sobie swoimi ścieżkami. Dopiero nad ranem, stają przed drzwiami wejściowymi swoich domów, i drą mordy wniebogłosy by je wpuścić do środka. I ja to wszystko muszę słuchać. Rany, jak ja nie cierpię kotów!

 

 

O proszę, kot z sąsiedztwa, wabiący się Puma, znów wlazł do  mojego ogrodu.

 



Pańci Pumy nogi, spokojnie w tle stojące, świadczą o jej pełnej aprobacie dla widzimisię Pumy. O kurcze, byleby ta Pumowata znów z „prezentem" do mnie nie lazła!


 

Wiem, że to Puma, bo w nocy nieraz słyszałam nawoływania jej Pańci... Dopóty, dopóki policja nie interweniowała. Z ręką na sercu przysięgam, że to nie ja Pańcię zapodałam. Takie rzeczy nie leżą w mojej naturze. Szybciej bym się udała do samej Pańci z prośbą o zaniechanie tych kocich koncertów, aniżeli policją się wysługiwała. To pewnie ktoś z sąsiedztwa doniósł na Pańcię. Ktoś, kto może Pańci nie lubi. Albo kotów tylko. A może ktoś, kto nawet i lubi koty, ale musi rano wstawać do pracy wyspany. Co po takim nocno-porannym koncercie, raczej niemożliwe.

   

I pomyśleć, takie małe stworzenie, a potrafi tyle zamętu w życiu ludzi narobić. I to aż tylu ludzi naraz. Ba, nawet w koszty wpędzać. I to tych ludzi nawet, co go na oczy nie widzieli, ani nie słyszeli. Bo jak mnie poinformował mój sąsiad z przeciwka, takich interwencji policji, to tu jest dużo, bo też takich niesfornych kotów jest dużo... A może Pańć? Na jedno wychodzi. Wszak wiadomo, kto opłaca policję. Podatnicy... Ech, te kociska!

 

 

PS

 

To, że nie lubię kotów, nie znaczy jednak, że nie lubię o nich pisać... Bo lubię. Już wcześniej tu na blogu opublikowałam kilka tekstów o kotach. O, chociażby: rymowankę pt. „Leniwa Kicia" (<kliknij) oraz bajki: "Pomocy kot Mruczko" (<kliknij), i "Nikt... tylko Pomponik" (<kliknij), w której kot Benedykt jest postacią drugoplanową.

 



komentarze (42) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  806 399  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Halina Krüsch Czopowik

Facebook i Google

Wszystkie teksty oraz zdjęcia tutaj opublikowane są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie. (Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dn. 4.02.1994 r., nr 24, poz. 83). Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję, jak ktoś o nią prosi. 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tu także swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 806399
Wpisy
  • liczba: 738
  • komentarze: 10335
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 2894 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to