Bloog Wirtualna Polska
Są 1 267 832 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


FELIETONY (na różne tematy)

wtorek, 29 marca 2011 23:02

 

W tym miejscu zamieszczam pełną treść tylko niektórych moich felietonów, ale jeśliby ktoś miał ochotę przeczytać też i inne moje felietony (na różne tematy), proszę klikać w ich zalinkowane poniżej tytuły:


Jak cię widzą...

Wie geht`s

Komu piedestał... komu?

Podsłuchane u dentysty

Moc pozytywnego myślenia

Bieg po zdrowie... nieważne jaki

Primum non nocere

Przeklęta data 13 grudnia 1981r.

Chamstwo jest ponadnarodowe

Niemiecka dokładność

Królestwo śmieci

Wodzenie za nos
Uśmiech kosmetykiem ciała i duszy

Tylko niektórzy lubią poezję

Nie lubię kotów

Dzień Polonii w Niemczech

Wyobraźnia dzieci nie zna granic

Dewaluacja pojęcia "sława"

Miłość do psów

Niemcy - Serbia 0:1

Niebezpieczne rasowanie

Nieświadomość bywa błogosławieństwem

Pokaż buty kierowco
Wakacyjny sezon... na ogórki

Bosonoga wycieczka

Jakie matki, takie dziatki

Trąba powietrzna

Na naukę nigdy nie jest... za wcześnie

Nie tak łatwo kochać księży

Wycieczka do Wimsener Hoehle

Niedzielna wędrówka po Schwarzwaldzie

Jak diagnoza powaliła mnie z nóg

Halloween dotarło i do mnie

Addio pomidory...?

Przyjaźń polsko-rosyjska jest możliwa

Jadę za granicę, ale wrócę... z zagranicy

Nie dla mnie szał przedświąteczny

B. Farrell odszedł do innego wymiaru

Czosnek - na uśmiech

Tran dobry na wszystko

Dendroterapia - poprzez przyjemność - ku zdrowotności

Kiedy dziecku umiera zwierzątko

Wizyta u ginekologa może być też zabawna

Trzeba żyć

Miłość do koni

Dziewczynki dojrzewają różnie

Prima Aprilis zrobiłam sobie sama

Trują nas z każdej strony

Szczur jako zwierzę domowe

Marzenia są po to, by się spełniały

Motockrossowe szaleństwo

Bike-Marathon

Zachcianki i kaprysy

Kolonoskopia... da się ją przeżyć

Przyjemne z pożytecznym

Pomysł na aranżację ogrodową

Jak dobrze mieć sąsiada...

Pomysłów na aranżację ogrodu ciąg dalszy

Shabby Chic Style, czyli elegancja w starym stylu

Czy można lubić Narcyza?

Chorobliwa zazdrość, to syndrom Otella - poradźcie jak z nim żyć

Światłem w depresję 

Lampa solna i jej właściwości

Violetta Villas - ofiara własnej sławy i słabej psychiki

 

******************************************

 

 

 

Jak poznałam

Ewę Kuryluk

 

Ewa Kuryluk: historyk sztuki, malarka, eseistka, pisarka, poetka, rysowniczka, autorka instalacji plastycznych, fotografik


 

   Ewę Kuryluk, jako moją kuzynkę, poznałam w niezwykłej sytuacji. Otóż kiedy parę lat temu, jak zwykle, oglądałam piątkowy program telewizyjny w TV Polonia pt. „Porozmawiajmy", gościem programu była właśnie Ewa. Gdy ją ujrzałam, byłam pod wielkim wrażeniem, gdyż nigdy wcześniej jej nie widziałam. Ba, nawet zapomniałam o jej istnieniu. Do czego muszę się ze wstydem przyznać. To znaczy wiedziałam, iż mój wujek, Karol Kuryluk (były Ministrem Kultury i Sztuki; Ambasador Polski w Austrii; Dyr. PWN) miał dwójkę dzieci: córkę i syna. Wiedziałam to od mojego ojca, który parokrotnie odwiedzał wujka w Warszawie. Ale że wujek zmarł wcześnie - w 1967r., a 4 lata po nim, mój ojciec, później nic już więcej o rodzinie Kuryluków nie słyszałam. Mama mojego ojca, a moja babcia, była siostrą ojca wujka Karola, a ona zmarła jeszcze wcześniej, bo w 1961r. Zaś Ewa, za czasów komuny, poza środowiskiem artystów, z pewnych względów, o których dopiero się od Niej dowiedziałam, nie za bardzo była znana szerszej społeczności w Polsce. Z Polski wyjechałam w 1989r., i dopiero będąc za granicą, zaczynałam dowiadywać się o twórczości Ewy Kuryluk. Jednak wtedy i tak nie kojarzyłam Jej z córką wujka Karola. Dopiero ten program „Porozmawiajmy" pozwolił mi rozpoznać ją jako moją kuzynkę. Ewa w programie tym wiele opowiadała o swoim życiu, o rodzicach, o młodszym bracie Piotrze. Od razu przypomniało mi się wszystko, co wiedziałam o jej rodzinie od mego ojca, a później już tylko z gazet. Byłam pod tak wielkim wrażeniem, że do końca programu, a nawet i po, próbowałam się dodzwonić do TV Polonia. Niestety, nie udało mi się. Postanowiłam więc napisać do programu „Porozmawiajmy" list z prośbą o przekazanie go Ewie. Tak też zrobiłam. Odpowiedzi jednak  nie otrzymałam.

   Minął rok. Jaka to była dla mnie przeogromna radość, a i wzruszenie zarazem, kiedy pewnego dnia, dostałam z Paryża list od Ewy. Wnet weszłyśmy w kontakt telefoniczny. Przemiły kontakt. Długo rozmawiałyśmy, opowiadając o sobie i o swojej rodzinie. Okazało się, że mój list TV Polonia od razu przesłała na adres Ewy w Warszawie, ale że Ewa w tym czasie przebywała w swoim drugim domu, w Paryżu, po prostu się zawieruszył. To znaczy, dotarł na miejsce, tylko gosposia Ewy tak „skrzętnie" go przechowywała, że sama o nim zapomniała. Od tamtej pory, utrzymujemy ze sobą stały kontakt. Jestem bardzo dumna, że mam tak Wielką, znaną na całym świecie, Kuzynkę.

 

 


Folder z retrospektywnej wystawy Ewy w warszawskiej Zachęcie pt. „Ludzie z powietrza", który od Niej otrzymałam wraz z Jej pierwszym listem

 

 

 

 

 


 

Przy pracy

 

 

Obraz Ewy z lat sześćdziesiątych

 



Ewa...  i Jej tajemniczy uśmiech

 

 

Zdjęcie niezbyt wyraźne, ponieważ pochodzi z książki Ewy - z prześwitującą na

odwrocie dla mnie dedykacją

 

 

 


Gorąco polecam chociażby jedną ze stron EWY KURYLUK, a mianowicie:


http://www.kuryluk.art.pl/


(strona Ewy redagowana jest w jęz. angielskim i polskim, w prawym górnym rogu strony - można je zmieniać. Stronę tę mam również zalinkowaną z prawej strony - w moich ulubionych stronach)

 


Jej dorobek artystyczny jest przebogaty. Warto wejść na tę stronę by się z nim zapoznać. Jak również, aby poznać Jej autobiografią. Tak pięknego i bogatego życia, a zarazem uwikłanego w jakże niesamowite i okrutne przeciwności losu, w dzisiejszych czasach, niewielu z Wielkich Ludzi doświadczyło w swoim życiu.

 

 

Komentarze do tego felietonu znajdują się > tutaj

 

 

******************************************

 

 

 

Tam, gdzie rodzi się

Dunaj

 

 

 

    W sobotę miałam okazję zobaczyć na własne oczy, gdzie rodzi się Dunaj. Urządziliśmy sobie rodzinną wycieczkę do Donaueschingen, i trochę po Obere Donautal, czyli po Dolinie Górnego Dunaju. Cudowne okolice. Cudowna rzeka.


    Każdemu z nas chyba wiadomo, że Dunaj, to po Wołdze, druga co do długości rzeka w Europie. Długość jej wynosi 2.888 km (powierzchnia dorzecza - 817 tys. km2). Rzeka przepływa z zachodu na wschód - przez 10 europejskich krajów: Niemcy, Austrię, Słowację, Węgry, Chorwację, Serbię, Bułgarię, Rumunię, Mołdawię i Ukrainę. Wpada do Morza Czarnego rozbudowaną deltą.

 

 

 

    Źródła Dunaju znajdują się w Scharzwaldzie, czyli w południowo-zachodnich Niemczech, 1,4 km na wschód od Donaueschingen poprzez połączenie się dwóch potoków: Brigach i Breg. Tradycyjnie jako źródło Dunaju zwykło się traktować źródło tworzące sadzawkę w samym Donaueschingen.

 

 

Tak wygląda źródło Dunaju...

Jest to kamienna fontanna z napisem Donauquelle (tłum. Źródło Dunaju) w pałacowym parku w Donaueschingen (Schwarzwald)

 

 

 

 

    Geograficznie źródłem Dunaju jest jednak źródło Breg w Furtwagen. Długość mierzona od styku niewielkich rzek Brigach i Breg, które w miejscowości Donaueschingen łączą się w Dunaj, wynosi 2845 kilometrów, ale od źródeł Breg 2.888 kilometrów.

 

    Dunaj, to przepiękna rzeka. Jestem nią zauroczona. Już grubo ponad 20 lat temu, żyjąc jeszcze w Polsce, miałam okazję spacerować wzdłuż Dunaju w Wiedniu, a także w Budapeszcie. Nie wspominając już o Niemczech. Tu często byłam nad Dunajem. W Passau (Pasawa) pływałam nawet statkiem po Dunaju. Och, jak tam jest pięknie. Passau położony jest na licznych wzgórzach rozdzielonych trzema zbiegającymi się u stóp Starego Miasta wielkimi rzekami, właśnie Dunajem, Inn i Ilz. Malownicze położenie, a także cenna zabytkowa architektura w stylu śródziemnomorskim sprawiły, że Passau nazywany jest „Miastem Trzech Rzek”, a także „Bawarską Wenecją”. Wielokrotnie też przez Dunaj przejeżdżałam w Słowacji, także w Rumuni... Ale wczoraj po raz pierwszy byłam u jego źródeł.

 

    Moje dzieci często odwiedzają Donautal - Dolinę Dunaju. Jeżdżą tam na spływ kajakowy. Obiecałam im, że przy najbliższej okazji, pojadę z nimi. I słowa dotrzymam, bo moje dawne zauroczenie Dunajem powróciło ze zdwojoną siłą.

 

 

 

Donautal - Dolina Dunaju

 

 

 

 


Hihihi...! to zdjątko zrobił mój 5-letni Wnuczek

 

 

 

 

 

Wnuczki koniecznie musiały choć nóżki w Dunaju zamoczyć...

Starszyzna po chwili poszła za ich przykładem


 

 

    Piękna ta Dolina Dunaju. Zwłaszcza w wiosennej szacie. Piękny jest Dunaj... na całej swojej długości! Mówię to z pełnym przekonaniem, bo też wiele odcinków jego długości dane mi było widzieć.

    Swoim pięknem, Dunaj inspiruje twórców od wieków. Joann Strauss uczynił z niego temat dla swej twórczej ekspresji. Wszyscy zapewne pamiętamy jego utwór pt.: „Nad Pięknym Modrym Dunajem” (<kliknij). Zapraszam wszystkich do walca! Oczywiście w odpowiednim dla każdego czasie.

 

    Pamiętam, że już jako dziecko bardzo fascynowałam się Dunajem... Hihihi! zwłaszcza jego falami. Tańczyłam w balecie na różnych akademiach do muzyki rumuńskiego kompozytora Iona Ivanovici „Fale Dunaju” (<kliknij).

 

 

Komentarze do tego felietonu znajdują się > tutaj

 

 

******************************************


 

Wyspa Mainau

na jeziorze Bodeńskim

 

    W niedzielę wybrałam się wraz z Córką i jej Rodzinką, na wyspę Mainau na jeziorze Bodeńskim. Wycieczka była wspaniała, bo też wyspa ta, zwana wyspą kwiatów, jest wielką atrakcją turystyczną. Ponad milion turystów rocznie ją odwiedza. I my w niedzielę do tego grona turystów się wpisaliśmy. Na ten rok, rzecz jasna, gdyż w poprzednich latach na wyspie też bywaliśmy.

    Wyspa Mainau znana jest ze znajdujących się na niej jednych z najpiękniejszych na świecie ogrodów botanicznych. Ciepły i wilgotny mikroklimat, jaki panuje na wyspie, umożliwia uprawę egzotycznych roślin przez cały rok na okrągło.

    To były książę Szwecji, hrabia Lennart Bernadotte, który osiadł na wyspie od 1932r., zamienił wyspę Mainau w istny raj botaniczny. Hrabia Lennart dostał tę wyspę od swojego ojca, króla Gustawa V, kiedy to król pozbawił go praw do dziedziczenia tronu oraz tytułu książęcego. Powodem tego był mezalians, jaki hrabia Lennart popełnił, zawierając - nierówny stanem - związek małżeński z  Karin Emmą Louise Nissvandt.

    Mówi się, że piękno ogrodów botanicznych na wyspie Mainau, to efekt wielkiej miłości hrabiego Lennart`a do Karin. I pewnie wiele w tym prawdy, bo też do dziś dnia, kto przebywa na wyspie, odczuwa fluidy jego wielkiego uczucia. To nie kto inny, jak hrabia Lennart, sprawił, że cała wyspa Mainau wygląda tak bajecznie do dziś dnia. To on sprowadzał rośliny z całego świata i sadził je własnymi rękami. Był nie tylko wspaniałym botanikiem i projektantem ogrodów, ale także wybitnym fotografikiem i organizatorem. To też on zapoczątkował trwające do dziś spotkania laureatów Nagrody Nobla w nieodległym Lindau. Pod koniec życia zarząd nad wyspą przekazał rodzinie. Na wyspie mieszkał do śmierci. Zmarł w 2004 roku w wieku 95 lat.

 

    Pierwsze ślady osadnictwa na wyspie datuje się na ok. 3000 lat p.n.e. W 15 r. p.n.e. Rzymianie podbili miejscowych Celtów i wykorzystali wyspę do budowy warowni, stoczni i jednocześnie portu floty Jeziora Bodeńskiego. Od IX do XIII wieku wyspa była w posiadaniu Klasztoru Reichenau, potem przeszła pod władanie Zakonu Krzyżaków i należała do Zakonu aż do połowy XIX wieku. Potem zaś wyspę nabył wielki książę Badenii, Fryderyk I. I to właśnie on zaczął zamieniać wyspę w ogród botaniczny.

 

   Choć jest początek wiosny, i nie ma jeszcze aż tyle zieloności i kwiatów, to jednak wyspa Mainau i tak wygląda bajecznie. Tyle cudownych okazów kwiatów w szklarniach zobaczyliśmy. Także i przeróżnych kolorowych motyli wśród roślin tropikalnych. Motyle, to kolejna atrakcja wyspy. Siadają zwiedzającym na ramionach, głowach, pozwalają się fotografować. Bardzo dużo cudowności natury zobaczyliśmy. Bardzo dużo też aparatami fotograficznymi uwieczniliśmy. Tak dużo, że nie w sposób wszystkie te fotki tutaj zamieścić. Zamieszczam więc tylko pewną ich ilość. Z pozostałych utworzyłam już sobie ogromny album. Z pewnością nieraz te śliczne fotki będę oglądać i wykorzystywać do swoich... „wyższego rzędu” celów.

   No dobrze, niechaj już fotki mówią za mnie... i przebieg naszej wycieczki po bajecznej wyspie pokazują.

 

 

 

Zanim weszliśmy po drewnianym mostku na wyspę, na niebie coś się pojawiło? A cóż to takiego? Rany, czyżby to UFO?

 

 

 

 

 

 

 

A nie, to nie UFO, to ogromny Zeppelin wita nas!


 

 

 

 

 

 

 

No to wchodzimy na wyspę kwiatów...


 

 

 

 

 

 

Piękne, szerokie alejki prowadzą nas dookoła wyspy...

Szczęśliwa, maszeruję równym krokiem.


  

 

 

 

 

 

 

Wnuczki objeżdżały wyspę na hulajnogach, i dookoła obserwowały wszystkie atrakcje. Tym razem zainteresował je zegar słoneczny. Dzięki pięknej, słonecznej pogodzie, Papa miał możliwość dokładnego wyjaśnienia im zasad funkcjonowania zegara, no i oczywiście zademonstrował im... tj. pokazał, która jest godzina.

Córkę zaś, jako że ma wrodzony talent ogrodniczy (nie, nie po mnie, po swojej Babci, a mojej Mamie), najbardziej interesowały kwiaty na rabatkach.


 

 

 

 

 

 

 

Liści na drzewach jeszcze mało co, ale magnolie kwitną już pięknie... dodając pobliskim drzewom otuchy, i zachęcając do wypuszczenia listków.


 

 

 

 

 

 

W oddali widać ogromnego pawia... oczywiście całego z kwiatów.


  

 

 

 

 

 

Wzdłuż alejek rosną ogromne, dziwaczne drzewa, zwłaszcza ich poplątane korzenie wydają się być bardzo dziwaczne... A to akurat staruszka-sekwoja.

Wnuczka była nią zachwycona. Cała reszta zresztą też.


 

 

 

 

 

 

 

Potęga kilkusetletnich drzew... Ile rzeczy widziały, ile słyszały...


 

 

 

...O czym szumią stare drzewa,

Gdy wiatr im na gałęziach gra?

Szumią o zamierzchłych czasach,

O przeróżnych ludzkich losach…

 

Długo żyjąc, wiele widziały,

Choć w jednym miejscu zawsze stały.

Szumią o wszystkim, co kto woli…

O ludzkiej doli… i niedoli.

 

Szumią o ludzkiej podłości i krzywdzie,

Nie lubią tego wprawdzie…

Ale jeśli chcesz, i o tym poszumią -

Wszak drzewo to najlepiej wyszumieć umie.

 

Szumią o pięknie - całego - świata,

Gdyż los ludźmi po Ziemi miota…

A potem ludzie pod drzewem siadają,

I o cudach świata opowiadają.

 

Szumią o wielkiej potędze miłości,

O oczarowaniu… a nawet zazdrości.

Wszystko to od ludzi usłyszały,

Bo też jak niemy spowiednik przez wieki stały...

 

 

 

 

 

Ta stareńka sekwoja, aż się prosi, by się pod nią położyć...


  

 

...Wystarczy się pod drzewem położyć,

Złączone ręce pod głowę podłożyć,

Zamknąć oczy i się wsłuchać,

A drzewo ci będzie szumieć do ucha...

 

I ty mój drogi, wyobraźni oczami,

Żył będziesz w bajce z innymi postaciami.

A będą w niej dobrzy i źli ludzie…

Będziesz walczył w znoju i wielkim trudzie-

Ze złem całego świata i ohydnym potworem.

I zawsze zwyciężysz... i to z honorem.

Upojony zwycięstwem uwierzysz w siebie…

I w dobrych ludzi - na Ziemi… nie w Niebie.

Zło będziesz zawsze dobrem zwyciężał,

Bo pojmiesz dobro, i w nim będziesz tężał.

 

A gdy czas już będzie do rzeczywistości powrócić,

Wstań i obejmij drzewo, zanim do domu wrócisz.

Poczujesz w sobie błogie ukojenie i anielski spokój,

Twe smutki pójdą precz, a w duszy zapanuje pokój...

 

 


Hihihi...! ależ się rozmarzyłam, co nie?! No dobra, wracam do rzeczywistości... i wędruję po wyspie dalej.


 

Grunt, to solidne korzenie... rodzinne - mam na myśli także.


 

 

 

 

 

 

Dziwna ta aleja drzew... a właściwie dziwne drzewa. Nawet nie wiem co to za jakie, bo akurat w tym dniu aleja była zamknięta dla turystów.


 

 

 

 

 

 

Po niektórych drzewach wspinanie się jest dozwolone, co moje Wnuczki nie omieszkały oczywiście wykorzystać.


  

 

 

 

 

W stawach aż się roi od złotych rybek, ale są także i inne rybki. Dużo jest zwłaszcza forelli. No i oczywiście kaczek. A ten tu upierdliwy kaczor, ciągle się czegoś domagał... Pewnie to jakaś obsesja kacza!


  

 

 

 

 

Żółwi też jest od groma... Wiele z nich pamięta hrabiego Lennart`a z dawnych lat.


  

 

 

 

 

Tulipanowe zbocze... Po środku płynie pięknie uregulowany strumień, którego wody wpadają do jeziora.


  

 

 

 

 

 

O, Wnusie, patrzcie, kto tam idzie?! To chyba sama hrabina Karin Emma, ze swoimi damami...


  

 

 

 

 

A nie, to nie Karin, przecież to nie ta epoka... To pewnie damy z czasów wielkiego księcia Badenii, Fryderyka I.

Parę chwil później, kiedy z Córką wędrowałyśmy po szklarni z orchideami, podziwiając piękno natury oraz rąk ogrodników, a także uwieczniając co piękniejsze okazy, damy podeszły do Wnucząt i Zięcia, i długo z nimi rozmawiały. Dzieciaczki były przeszczęśliwe... Hihihi! mój Zięć, jakoś dziwnie też.


  

 

 

 

 

 

A to ogromna baszta przed barokowym pałacem oraz kościołem Św. Marii - w centrum wyspy. Budowle wznieśli (skubańce) Krzyżacy.


 

 

 

 

 

 

Budowę tego pięknego, barokowego pałacu oraz kościoła, Krzyżacy rozpoczęli w 1732r. Zaś w 1806r., w związku z sekularyzacją (zeświecczeniem) przeprowadzoną przez Napoleona Bonaparte, zakon utracił Mainau.



 

 

 

 

 

Piękne damy w krynolinach oraz panów we frakach i szapoklakach, można było spotkać w wielu miejscach wyspy. Wszyscy bardzo miło się do nas uśmiechali i chętnie pozowali do zdjęć.


  

 

 

Chapeau bas! Szanowna Rodzino Hrabiego Lennart`a Bernadotte... pięknie dbacie o jego spuściznę.

 

 

 

***

 


 

Tym razem zamieszczam więcej fotek. Tyle ich pięknych zrobiłam wraz z moją Córką na wyspie kwiatów, że na jedną nie sposób się zdecydować. A skoro WP umożliwia obecnie zamieszczanie plików bez ograniczeń, chętnie z tej możliwości skorzystam.

 

 

Komentarze do tego feliotonu znajdują się > tutaj

 

 

*********************************************

 

 

Impresje dnia

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Piękno jest wśród nas... wystarczy tylko chcieć je dostrzec

 

 

***********************************************

 


 

Lokomotywa

 


 

Stoi przy stacji lokomotywa,

Mała, zgrabna... i nic z niej nie spływa.

Żadna tłusta oliwa!

Prawdziwa jest jednak ta lokomotywa,

I jakże ładnie się nazywa.

Jak? Pewnie nikt nie zgadnie...

Ano Halinka się nazywa. Prawda, że ładnie?!


 

 

 

Jakby kto Halinkę jeno okiem zmierzył,

I w prawdziwość imienia jej nie uwierzył,

Niechaj do rączki weźmie lupę...

Ale niech przy okazji nie zagląda jej w pupę!;-):-D

 

 

 

 

 

 

Buźkę ma Halinka jak się patrzy...

Wesołymi oczętami na przechodniów patrzy.

No chyba nikt nigdy nie zaprzeczy,

Że ta Halinka jest całkiem do rzeczy!


 


Stoi Halinka cichutko pod drzewem,

Upaja się dochodzącym z dworca śpiewem.

A śpiew dla Halinki to turkot kół...

Kiedy go słyszy, jej dusza śpiewa wespół.

 

 

 

 

 

Raciborska Halinka

 

 

    Racibórz, to miasto mojego dorosłego życia. To właśnie z Raciborza wyjechałam ponad 20 lat temu do Niemiec. Pamiętam dokładnie, jak kilka lat przed moim wyjazdem, lokomotywkę Halinkę jako pomnik postawiono przed dworcem. Jaka byłam wtedy dumna, że mam swoją imienniczkę w takiej właśnie postaci. Bo też od dziecka mam sentyment do kolei. W dzieciństwie często się bawiłam na torach. Wspominałam o tym w moim opowiadaniu pt. „Tragikomiczna przygoda na torach” (<kliknij).

    Wracam jednak do historii lokomotywki Halinki. Otóż Halinka została wyprodukowana przez firmę Fablok w 1955 r. (nie zdradzę jednak, która z nas była szybciej „wyprodukowana”). Od tego też roku, jak szalona pędziła po wąskich torach gdzie tylko mogła... a raczej gdzie ją skierowano. Niestety, Halince nie było dane po torach zbyt długo „brykać”, bo już w 1985r. kolejarze wysłali ją na emeryturę (kurcze, taką młódkę, ledwo 30-letnią) i przekazali ją miastu. Halinka właśnie wtedy została ustawiona na placu Dworcowym, w  miejscu, w którym stoi do dziś. To wtedy też nadano jej przydomek "Halinka". Niestety nie od mojego imienia a od byłej zastępczyni naczelnika stacji PKP w Raciborzu. No ale w sumie na to samo wychodzi, bowiem pani zastępczyni naczelnika miała to szczęście być moją imienniczką. (śmiech).

    Lokomotywka Halinka nie stała jednak ciurkiem od 1985r. na placu Dworcowym. Pewnego dnia jej spokój został zakłócony. Niby to z konieczności, ale jednak.. Otóż pewnego dnia wywieziono ją do Rud Wielkich i oddano pod opiekę tamtejszemu Towarzystwu Miłośników Kolei Wąskotorowej. Celem przechowania i konserwacji. A wywieziono ją w momencie, kiedy to rozpoczął się remont pl. Dworcowego oraz przebudowa układu ulic w jego obrębie.      

    Na przełomie 2003 i 2004 r. stała się przedmiotem sporu pomiędzy radnymi i kolejarzami z Raciborza, a Towarzystwem Miłośników Kolei Wąskotorowej z Rud Wielkich. Towarzystwo odmówiło zwrotu Halinki, tłumacząc, iż nie stanowi ona majątku miasta i kolejarzy, a także wskazując na jej postępującą dewastację na raciborskim pl. Dworcowym. Było tak rzeczywiście. To zwłaszcza graficiarze serca dla Halinki nie mieli i „zdobili” ją z każdej strony. Raciborscy radni i kolejarze posądzili wtedy Towarzystwo Miłośników Kolei Wąskotorowej o kradzież lokomotywki. W Raciborzu awantura o Halinkę była tak duża, że powstał nawet Obywatelski Komitet, który walczył o jej powrót do Raciborza. Zaś prezes towarzystwa z Rud Wielkich usilnie i nieprzerwanie tłumaczył, że Halinkę zabrał legalnie. Koniec końców zgodził się ją oddać, ale dopiero wtedy, kiedy otrzymał policyjny nakaz zwrotu.

    Chociaż dzieje Halinki momentami zakrawają na komedię satyryczną, to jednak wszystko dobrze się skończyło. Wojna o nią zakończyła się szczęśliwie dla Raciborza, i od września 2004r. znów dumnie stoi na odnowionym pl. Dworcowym. W najbliższej zaś przyszłości Halinka ma dostąpić nawet wielkiego zaszczytu. Trwają bowiem starania o wpisanie jej do Szlaku Zabytków Techniki Województwa Śląskiego. Brawo Halinka!!!

 

 

 

PS

( z dnia 1.03.20011.)

 

Tak bardzo spodobał mi się opis Lokomotywki Halinki zamieszczony przez moją blogową Psiapsiółkę Hanię (<link do jej wspaniałego bloga), że postanowiłam go i tutaj zamieścić. Oto on:

 

 

„PIĘKNA TA TWOJA HALINKA...
i wszystkie atrybuty kobiecości ma jak trzeba ..
- oczy ogromne i przepastne ..
- koła do samej ziemi ...
- no i zderzaki do przodu ..
a jaka z niej elegantka ... tylko politycznie coś chyba nie tak - TW .. tajny współpracownik ??? ... oj, lustracja biedaczkę czeka...”

 

 

Komentarze do tego felieronu znajdują się > tutaj

 

 

 

******************************************

 

 

 

Czas

zakończyć żałobę

 

 

Czas zakończyć żałobę...

Trzeba żyć do przodu,

żyć mądrzej,

pamiętając o Ofiarach katastrofy smoleńskiej,

wyciągając z tej tragedii wnioski...

 

 

 

    A jak Polacy obchodzili Rocznicę Katastrofy Smoleńskiej? Wiemy wszyscy. Podniośle i godnie, ale też i... podle.

 

 

(zdjęcie z Internetu)

 

 

    Podział wśród Polaków był aż nadto widoczny. Polacy mają prawo się różnić, i dawać temu wyraz, w końcu jest demokracja. Mają prawo myśleć różnie, różne mieć poglądy, różne ideały. Jedność w tych względach (wymuszoną) już przerabialiśmy. Za komuny. Ale na Boga, czy zagwarantowana demokracją wolność słowa, wyznania, poglądów, musi być wyrażana nienawiścią? Dlaczego Polacy nie potrafią nawzajem uszanować swoich odmienności? Po co ta nienawiść? Czy to, co się dzieje pod Pałacem Prezydenckim po katastrofie smoleńskiej, od sierpnia ub.r., jest wyrazem patriotyzmu? Czy jest przejawem  wiary? Śmiem wątpić! 

    Jestem bardzo zasmucona Rocznicą Tragedii Smoleńskiej. Podwójnie zasmucona. Raz, że nieustająco jest mi bardzo żal wszystkich Ofiar i Ich Rodzin, a drugi raz, że świat znów musiał być świadkiem głębokiego podziału i przejawów nienawiści wśród Polaków. I to w takim dniu! Trudno jest zrozumieć takich ludzi, którzy rozmodleni wychodzą z kościoła z krzyżami... i za moment zioną nienawiścią. 

 

 

 

 Komentarze do tego wpisu znajdują się > tutaj

 

 

 

**********************************************

 

 

Impresja dnia

 

 

 

 

 

 

Nie w każdym krzyżu... cierpienie

 

 

 

**********************************************

 

 

 

Blogowy

ekshibicjonizm

 

 

 

      Wiele w tym prawdy, blogowanie jest pewnego rodzaju ekshibicjonizmem. Duchowym. Niekiedy nazywane jest także, tak bardziej naukowo (i łagodniej) - nowoczesną psychoterapią. I tę właśnie nazwę wolę. Pewnie dlatego, że sam termin: „ekshibicjonizm” nie kojarzy się dobrze.

    Dawniej, kiedy przyszła moda na blogowanie, takie wrażenie właśnie odnosiłam, że prowadzenie bloga, to przejaw ekshibicjonizmu. No, może nie w pełnym tego słowa znaczeniu, ale w jego wysublimowanej formie. Wtedy mi na myśl nawet nie przyszło, że kiedyś i ja sama zacznę prowadzić bloga. Zaczęłam. A zaczęłam za namową mojej dawnej koleżanki, w celu propagowania naszej wspólnej witryny literackiej. Szybko jednak polubiłam prowadzenie bloga... i lubię do dziś. Bo jakby nie patrzeć, blogowanie to fajna rzecz. Pomaga uporządkować myśli, emocje, nazwać je, i wyrzucić je z siebie, dzieląc się nimi z innymi. Mi osobiście pozwala również utrzymać kontakty z ludźmi z Polski. A to dla mnie, emigrantki, bardzo ważne. Dzięki komentarzom do moich wpisów mogę się też wiele dowiedzieć o życiu w Polsce, a także o tym, jak czytelnicy odbierają moje poglądy na rzeczy ważne, i mniej ważne. Wiele miłych kontaktów nawiązałam też dzięki mojemu blogowi. Niektóre z nich przerodziły się w przyjaźń. Wprawdzie tylko wirtualną, ale przecież też bardzo cenną. Prowadzenie bloga pozwala mi także na zaprezentowanie swoich tekstów, które wg kategorii publikuję tutaj od czasu do czasu. A są to bajki dla dzieci, pisane prozą i wierszem, są wiersze, także satyryczne, są opowieści dla dorosłych i fragmenty powieści, są także teksty epistolarne i moje wspomnienia oraz zdjęcia związane z naturą, a nawet obrazy mojej córki.

 

    Prowadzenie bloga, to wspaniała rzecz. Kto prowadzi własny blog, z pewnością przyzna mi rację. Jeszcze do niedawna ludzie pisali pamiętniki, albo dzwonili do swoich przyjaciół by podzielić się z nimi opowieściami o swoim życiu. Teraz, o tym co nas cieszy, irytuje, niepokoi, czy też bawi, możemy pisać na blogach. No i piszemy. A piszemy mile podekscytowani, ponieważ mamy świadomość, że nie tylko znajomi przeczytają nasze „myśli”, bo także i wielu nieznajomych czytelników. To miłe, wiedzieć, że czytelnicy znajdują na naszym blogu coś dla siebie, coś co ich wzruszy, pomoże, rozbawi. I że ciągle wracają. To dla nas, prowadzących blog, z pewnością największa nagroda za trud blogowania. A o tym, że zostaliśmy nagrodzeni, świadczą komentarze  pozostawione przez czytelników. A także linkowanie naszych wpisów przez administratorów serwisów blogowych na stronie głównej portalu. Muszę się pochwalić, iż wielokrotnie i moje wpisy były przez WP na stronie głównej linkowane. Do jednego wpisu miałam ponad 35 tys. wejść w ciągu dnia, i mnóstwo komentarzy.

    Dostaję bardzo dużo komentarzy. W większości są one pochlebne, ale zdarzają się też komentarze bardzo krytyczne, niektóre wręcz obraźliwe. Dotyczą one jedynie moich wpisów na tematy polityczne. Bo ja, czasami, jak mnie poniesie, biorę się też i za politykę. A co! Polką jestem, i to, co się dzieje w Polsce, żywo mnie interesuje. Polityka także. A w Polsce, w ostatnich miesiącach, to główny temat, no to jak mi się nie odnieść i do niej? Kiedyś ktoś napisał mi w komentarzach (oprócz steku wyzwisk), że skoro wyjechałam z Polski, to nie mam prawa zabierać głosu w sprawie polityki w Kraju. No coś  takiego! A niby to dlaczego? Wiele razy spotkałam się z opinią, że Polacy za granicą są bardziej polscy niż Polacy w Kraju. Myślę, że wiele w tym prawdy. W wielu też przypadkach więcej wiedzą o sytuacji w Polsce. Na każdy tego typu komentarz, nawet najbardziej obraźliwy, zawsze odpisuję, broniąc swoich poglądów. Niestety, z drugiej strony już tylko milczenie. Widocznie autorowi komentarza wystarcza, że nazdał mi jak „świni w koryto”... i zniknął, nie odczuwając potrzeby dyskusji. A może z braku argumentów? Nie przejmuję się takimi komentarzami, i dalej od czasu do czasu piszę na temat polityki i swoich politycznych poglądów.

    W Internecie można znaleźć wiele interesujących blogów, o różnorodnej tematyce, do których zawsze się powraca. Są też czasami interesujące wpisy, które jak wspominałam, administratorzy serwisów blogowych linkują na swojej stronie głównej. Są też i takie blogi, które czytając, można być zszokowanym, jak piszące je osoby nie mają oporów, by opisywać swoje najintymniejsze strony życia. Piszą z detalami o tzw. sprawach łóżkowych, o zdradzie, depresji, problemach w pracy... Traktują bloga tak, jak przez setki lat traktowano pamiętnik, jako powiernika, przed którym można się wypłakać, nie cenzurując swoich wypowiedzi i nie martwiąc się, jak zostaną zrozumiane. Pewnie stąd się wzięło to określenie „ekshibicjonizm blokowy”. Psycholodzy to zresztą potwierdzają, mówiąc o XXI, jako wieku ekshibicjonizmu.

    Wprawdzie nie ma reguły, ani obowiązku, by prowadzący blog musiał się wyzuwać z własnej prywatności. Jednak wielu blogowiczów tak robi. Podziwiam ich „odwagę”. Współczuję zaś tym, którzy obnażają się na blogu z życia prywatnego, opisując je dzień po dniu, a potem cierpią z powodu krytyki czytelników, czując się niezrozumianym. Czasami się tłumaczą, czasami obrażają i usuwają komentarze. Takie blogi bywają jednak bardzo poczytne. Nic dziwnego, wszak wielu ludzi, to co interesuje najbardziej, jest czyjeś życie. A że czytanie blogów, to trochę tak, jak zaglądanie do sąsiadów przez dziurkę od klucza... ha, dodatkowo za ich zgodą, takie blogi są chętnie odwiedzane.

    Moim zdaniem, każdy powinien znać umiar i nie przesadziać ze swoim wywnętrzaniem się na forum internetowym. Powinien znać także granice własnej wrażliwości, by później nie cierpieć z powodu krytycznych komentarzy czytelników. Każdy z nas, swoją intymną sferę życia, powinien zachować tylko dla siebie, od której innym wara. Nie można przecież pozwolić, żeby każdy, kto tylko zechce, właził w naszą intymność z przysłowiowymi buciorami. Nawet anonimowi blogowicze powinni o tym pamiętać. Chociażby po to, aby ich blog nie stał się niesmacznym, czasami wręcz wyuzdanym blogiem. Taki blog nikomu i niczemu nie służy, a jedynie świadczy o niskiej kulturze osobistej autora blogu.

 

    Na koniec pochwalę się i zacytuję choćby jeden komentarz pozostawiony u mnie w Księdze Gości... O, chociażby przedostatni, wpisany przez niejaką Lawinnię. Oto i on:

„Cudowny blog. Piszesz tak mądrze, z sensem. Pięknie przekazujesz swoje odczucia i smutki. Jak widać z opisów jesteś zawsze pogodna uśmiechnięta, optymistycznie nastawiona do życia. A to pomaga żyć, cieszyć się nie tylko chwilami szczęścia, ale umieć stawić czoła przeciwnościom losu. Pisz dalej - jestem fanką Twego blogu. Cudownie się go czyta. Życzę dużo radości!! Lawinnia"

    No i co, czyż nie warto pisać bloga, czytając tak miłe słowa? Ogromna to motywacja, nieprawdaż?

    Wszystkim blogowiczom życzę podobnie miłych komentarzy! Zaś moim Czytelnikom z całego serca dziękuję za tak liczne odwiedzinki! Halszka@)-->-->--

 

 

Komentarze do powyższego tekstu znajdują się > tutaj

 

 

******************************************

 

 

 

Mierz

siły na zamiary

 

 

 

    O tak, trzeba nam mierzyć siły na zamiary, póki jeszcze nie jest za późno. Póki nie doszło do tragedii. Póki nie przeliczymy się ze swoimi siłami... i nic się już nie będzie dla nas liczyć. Oprócz zdrowia, które straciliśmy.  

    Spotkałam dzisiaj w mieście znajomą Serbkę. Niestety, smutna sprawa, spotkałam ją na wózku inwalidzkim. Kiedy ją zobaczyłam, własnym oczom nie mogłam uwierzyć. Byłam przerażona jej sytuacją.

    Jeszcze latem widziałam ją w pełni sił. Opowiadała mi wtedy, że kończą budowę domu w Serbii. Że pracują z mężem niemalże na 2 etatach, byleby jak najszybciej spłacić dom, który mają tutaj, w Niemczech, i jeszcze wybudować drugi dom w Serbii, dla córki. Za każdym razem, kiedy ją spotykałam, opowiadała tylko o swoich domach i różnych tam dobrach, w jakie domy te wyposażali. Wsłuchiwałam się zawsze w jej słowa, ale za nic nie mogłam zrozumieć, po co im tyle domów. Czy to warto tak szaleć i tracić zdrowie, pracując bez wytchnienia? Jasne, że posiadanie własnych domów, to dobra rzecz... Ale takim kosztem?! Nie, to nie dla mnie. Nigdy takich ludzi nie zrozumiem. A takich, co to gonią za dobrami materialnymi - różnego typu - jest niestety bardzo dużo... Którzy zapominają, a niektórzy może nawet nie wiedzą, iż w życiu są inne wartości, o wiele ważniejsze, niż mieć, posiadać, znaczyć wiele...  Rany, co to w ogóle za życie! Współczuję takim ludziom.

    Do takich ludzi niestety nic nie dociera. Zachłanność przysłania im oczy, zabija zdolność rozsądnego myślenia. Są zakodowani na posiadanie jak najwięcej dóbr materialnych... i nie ma zmiłuj! Pędzą, gnają, pracują ponad siły, niektórzy nawet rozpychają się łokciami, aby tylko mieć czym chwalić się przed innymi i... wzbudzać ich zazdrość. Śmieszą mnie tacy ludzie. Ale z drugiej strony, naprawdę jest mi ich żal, bo oto nagle w ich życiu przychodzi taki dzień, kiedy ich wycieńczony organizm „wystawia im rachunek”. Tak, jak to się zdarzyło mojej znajomej. Wylew krwi do mózgu, paraliż nóg, długa rehabilitacja, bez gwarancji powodzenia. I tak miała szczęście, jak mi sama mówiła, że ją odratowali, ponieważ jej stan był krytyczny. Czy te wszystkie jej domy cieszą ją teraz? Śmiem wątpić!... Ale o to z pewnością nigdy pytać jej nie będę.

 

 

 

 

    I czy to jest sens, tak gnać za dobrami materialnymi? Tego typu nieszczęście, jakie spotkało moją znajomą, przytrafia się najczęściej właśnie tym osobom, które w swoim życiu dobra materialne przedkładają ponad wszystkie inne wartości. Które przez całe życie szargają swoje zdrowie w pogoni za mamoną, za coraz to nowymi dobrami. Osobom, które - w dążeniu do szczęścia - nad dobra materialne przedkładają dobra duchowe, tragedie takie zdarzają się rzadko. Takie osoby potrafią też być o wiele bardziej szczęśliwe w życiu. Wiem, bo sama do takich osób należę.

 

 

Komentarze do powyższego tekstu znajdują się > tutaj

 

 

******************************************

 

 

 

Syndrom Otella

 

 

 

    Wszyscy wiemy, że nie ma miłości bez zazdrości. Zazdrość nierozerwalnie wiąże się z miłością, upewnia, że komuś naprawę na nas zależy. Jednak jak to w życiu bywa, wszystko ma swoje granice, również i zazdrość. Jeśli zazdrość występuje w związku w stopniu umiarkowanym scala go, jeśli jednak rozrasta się, przyjmuje formę obsesyjnego, stałego zaabsorbowania myśleniem o zdradzie, może to oznaczać, że nasz partner cierpi na syndrom Otella, który w psychologii definiowany jest właśnie jako chorobliwa podejrzliwość i zazdrość. Nazwa tego syndromu pochodzi od imienia tytułowego bohatera dramatu Szekspira „Otello” (z 1603r.).

 

    Potworne życie ma kobieta, której przyszło żyć z partnerem dotkniętym syndromem Otella. Jej codzienne życie usłane jest pasmem nieustannych ataków obłędnej zazdrości, ciągłych podejrzeń o zdradę. I może być nawet osobą o anielskiej wręcz osobowości, to to, i tak niewiele zmieni w oczach jej chorego zazdrośnika. A co znamienne, taki „Otello” wobec obcych zachowuje się zupełnie normalnie, tylko w domu staje się demonem i stwarza piekło swojej partnerce, zniewalając ją psychicznie i fizycznie.


    Mówi się, że syndrom Otella to psychoza, która jest przejawem przewlekłego alkoholizmu i występuje w typowej formie u alkoholików lub też w stanie upojenia alkoholowego. Z pewnością wiele w tym prawdy, ale nie do końca. Ponieważ są alkoholicy, których syndrom Otella nigdy nie dotyka. Są też mężczyźni, którzy przejawiają chorobliwą zazdrość, a którzy sięgają po alkohol dopiero później, by sobie ulżyć, kiedy już nie potrafią poradzić sobie z męczącym ich nieustannie uczuciem zazdrości, podejrzeniami o niewierność, wreszcie, wstydem przed otoczeniem za swoją postawę - chorobliwego zazdrośnika.

    Syndrom Otella, to choroba psychiczna, której początek jest na ogół powolny, a rozwój dalszy wolno postępujący. Partner dotknięty tą chorobą urządza nieustanne scysje, zadręcza pytaniami, co do wierności seksualnej, żąda wyjaśnień, śledzi każdy krok partnerki, sprawdza bieliznę osobistą, pościel, szuka "znaczących" śladów na ciele partnerki. Zmieniony wyraz twarzy, czy też gest, odczytuje jako bardzo "znamienny". Najbardziej przypadkowe i niewinne sytuacje, zdarzenia, wypowiedzi partnerki i innych osób, stają się w jego przekonaniu dowodami na zdradę.     

    Mężczyzna z syndromem Otella potrafi bardzo mocno partnerkę z sobą związać. Potrafi do perfekcji grać na jej uczuciach. Mamić miłością. A jest wiele kobiet, które jak gąbki wciągają w siebie każde miłe słówko, każdy czuły gest, i kiedy kochają, nie zastanawiają się nad tym, czy słowa te i gesty są prawdziwe. I już tak mają, że lubią otaczać opieką swojego partnera. Ot, takie to zacięcie „samarytańskie”. Wrodzony odruch. Może potrzeba? Chorobliwą zaś zazdrość swojego partnera biorą za wielką miłość... a właściwie mylą z wielką miłością. Natomiast mężczyźni z syndromem Otella tylko takie właśnie wrażliwe kobiety wybierają na swoje partnerki życiowe.

    Kobiety powinny się bardzo głęboko zastanowić, zanim zdecydują się związać z mężczyzną przejawiającym chorobliwą zazdrość. Powinny rozważyć, czy będą w stanie, czy będą miały siłę stawić czoła życiu z takim człowiekiem. Bo z tej choroby nie można się wyleczyć, można co najwyżej złagodzić jej przebieg, ale pod warunkiem, że partner sam będzie chciał podjąć leczenie. A to niestety zdarza się rzadko. Mężczyźni z tą chorobą, wstydzą się jej. Nawet przed samym sobą. Kryją się z nią przed otoczeniem. Trudno im jest poddać się stałemu leczeniu psychiatrycznemu. Wybierają łatwiejszy "środek farmakologi-czny”, bardziej akceptowany w społeczeństwie - alkohol (sic!). A niestety, syndrom Otella plus alkohol, nierzadko równa się - śmierć.

 

    Znam historię kobiety, która przez lata przeżywała gehennę ze swoim mężem dotkniętym syndromem Otella. Jej życie było piekłem na ziemi. Mąż jej coraz częściej sięgał po alkohol. Nie pozwalał jej pracować, zamykał ją w domu, nie  pozwalał chodzić samej na zakupy, nawet do jego rodziców nie mogła iść sama. Wszędzie przecież czyhała na nią chmara mężczyzn, potencjalnych kochanków. W atakach zazdrości wielokrotnie była przez niego pobita. Kilka razy po pobiciu lądowała w szpitalu. Mimo to, bardzo kochała męża. Przez wszystkie lata wierzyła, że swoją dobrocią, wiernością, uczciwością, potrafi wyleczyć męża z zazdrości, zmienić jego stosunek do siebie, do życia. Starała się też nakłaniać go do leczenia. I owszem, leczył się, parokrotnie. Dwa razy nawet w szpitalu psychiatrycznym. Niestety, po krótkim czasie wszystko wracało do poprzedniego stanu. Raz, kiedy w ataku szału przystawił jej naładowany pistolet do skroni, zwątpiła we wszystko. Nie zabij jej. Dzwonek listonosza do drzwi - przeszkodził mu. Na drugi dzień, kiedy wytrzeźwiał, płakał jak dziecko, bo sam zdał sobie sprawę, że mógł ją rzeczywiście zabić. Mówił, że to jego miłość do niej - na szczęcie - nie pozwoliła mu tego uczynić. Błagał o wybaczenie. Przysięgał poprawę. Obiecywał poddać się ponownemu leczeniu. W kobiecie jednak coś pękło. Postanowiła uciec od męża. Pomogły jej dzieci. Uciekli do innego miasta.    

    Po paru latach separacji, udało jej się uzyskać rozwód ze swoim mężem-„Otellem”. A udało się tylko dlatego, że jej mąż związał się już z inna kobietą, o 20 lat młodszą. Było to 10 lat temu. Parę miesięcy temu, kobieta dostała tragiczną wiadomość. W Boże Narodzenie jej były mąż bestialsko zamordował swoją konkubinę na oczach ich malutkich dzieci oraz swojej matki. Niestety, za tę makabryczną zbrodnię nie został ukarany. Uznano go za niepoczytalnego. Jest leczony w szpitalu psychiatrycznym... No cóż, pewnie za jakiś czas, podleczony, wyjdzie ze szpitala, i to jako człowiek z czystą kartą, w świetle prawa niekarany... i znów poszuka sobie jakieś ofiary swojej chorobliwej zazdrości.

 

 

Komentarze do powyższego tekstu znajdują się > tutaj

 

******************************************

 

 

 

Sauna

i jej dobrodziejstwa


 

    W dzieciństwie i wczesnej młodości miałam problemy z reumatyzmem. Nieraz łamało mnie w kościach. Kiedy w wieku dwudziestu paru lat zaczęłam chodzić do sauny, problemy reumatyczne się skończyły. I to całkowicie. Do dziś dnia. Bo też do dziś dnia jestem stałą bywalczynią sauny... Ba, chodzenie do sauny stało się moim nawykiem, który tak bardzo wszedł mi w krew, że wręcz nie wyobrażam sobie życia bez sauny. Dzięki saunie moje zdrowie bardzo zyskało. Kiedyś też często łapałam przeziębienia, teraz, jak tylko poczuję że mnie coś bierze, pędzę do sauny. Po saunie wracam do domu jak nowo narodzona. Po przeziębieniu nie ma śladu. 

    Dla mnie sauna (zwłaszcza fińska), to prawdziwe dobrodziejstwo, nie tylko ze względu na zdrowie, ale i... hihihi...! na przemijającą urodę. Chichoczę, ale to prawda! Nigdy nie miałam problemów z jakimś tam cellulitem, czy z czymś takim podobnym, a związanym z wyglądem mojej powłoki cielesnej. Może to zasługa też i dobrych genów po moich przodkiniach, ale fakt faktem, że po każdorazowym pobycie w saunie czuję, że moja skóra młodnieje. Krew zaś buzuje mi w żyłach aż miło. Staję się jakaś taka lekka, że fruwać mi się chce. Ha, nic w tym dziwnego! No bo też sauna naprawdę doskonale relaksuje i odpręża.

 

    Co powoduje tak wspaniałe samopoczucie w saunie? Ano powoduje je intensywne rozgrzanie skóry. To wynik wysokiej temperatury (90° do 120°C - w zależności od sauny), która pobudza ukrwienie i zmiękcza naskórek, dzięki czemu skóra się pięknie oczyszcza. Tłuszcz i zanieczyszczenia łatwiej wydobywają się przez rozszerzone ciepłem pory. Silne pocenie wzmaga natomiast pracę nerek, dzięki czemu z organizmu szybciej usuwane są toksyny oraz uboczne produkty przemiany materii. Po każdorazowym seansie w saunie koniecznie trzeba się ochłodzić. Takie naprzemienne ogrzewanie i oziębianie ciała hartuje organizm i stabilizuje układ immunologiczny. Należy też pamiętać, aby uzupełniać płyny w czasie relaksowania się między zabiegami w saunie. Do tego celu najlepsza jest woda mineralna niegazowana.

 

    Różne są szkoły co do częstotliwości odwiedzania sauny, ilości seansów, i czasu ich trwania. Ja mam swoją własną, wypróbowaną już od wielu, wielu lat. Do sauny staram się chodzić raz w tygodniu, a jak czas nie pozwala, to przynajmniej 2 razy w miesiącu. Przy każdorazowych odwiedzinach, wchodzę do sauny 4 razy. Pierwszy mój pobyt w saunie trwa 15 minut, drugi 12, trzeci 10, i czwarty też 10. Po każdym wyjściu z sauny wchodzę pod prysznic, na przemian ciepły i zimny, a potem wskakuję do baseniku z lodowatą wodą. Chwilę w nim posiedzę, ale kiedy tylko poczuję, że woda zaczyna mi kości wykręcać, wyskakuję z niego jak z procy. Po pierwszym i po trzecim seansie w saunie, łącznie z zabiegiem ochładzania organizmu, wchodzę jeszcze do łaźni parowej. Kąpiel w takiej łaźni działa bardzo orzeźwiająco. Łagodna temperatura i bardzo wysoka wilgotność względna, jaka tam panuje, zapewnia doskonałą inhalację dróg oddechowych i ułatwia ich oczyszczanie. Obniża też napięcie mięśniowe, rozszerza naczynia krwionośne i ułatwia przepływ krwi. Działa odprężająco i regenerująca na skórę. Skóra staje się wyjątkowo gładka i miękka... jak u niemowlaka. Serio! Nie żartuję. Po kilkunastu minutowym pobycie w łaźni parowej, wychodzę na zewnątrz, ubieram się w płaszcz kąpielowy i pędzę do pokoju wypoczynkowego. Tam kładę się na leżankę i przykrywam ciepłym kocem. Odpoczywam sobie tak z pół godzinki, czytając, albo rozmawiając ze współsaunowiczami. Nieraz nawet i dłużej, jak przytrafi mi  się zdrzemnąć (co jest nawet bardzo wskazane), i znów wchodzę do sauny. Czasami też, zaraz po wyjściu z sauny i ochłodzeniu ciała, wychodzę na świeże powietrze, do atrium. Tam można sobie pospacerować, albo poleżeć na specjalnych leżankach. W zimie zaś można się wytarzać w śniegu, albo się nim natrzeć. Taki zabieg wspaniale działa na skórę. Skóra aż pulsuje.  

 

    W saunie ważną rolę odgrywa też aromaterapia. Jej dobroczynne efekty uzyskać można poprzez polewanie gorących kamieni wodą z rozpuszczonymi w niej olejkami zapachowymi. Ciepło, które oferuje sauna, w połączeniu z łagodną wonią olejków aromatycznych wspaniale działa na samopoczucie. Nasyca zmysł węchu cudowną wonią darów przyrody. Tym sposobem relaks w saunie staje się poniekąd odbiciem wypoczynku na łonie natury. Wystarczy zamknąć oczy... i poczuć się jak na przechadzce po pachnącym świerkiem lesie lub po świeżo ściętej, zielonej trawie. Olejków do sauny jest cała gama, ale ja najbardziej lubię olejek o zapachu lawendowym, żeńszeniowym, sandałowym i mięty pieprzowej. No, i czasami też o zapachu cytrusowym.  

    W saunach, w których bywam, polewaniem kamieni wodą z olejkami zapachowymi zajmują się panie z obsługi. Co pół godziny któraś z nich wchodzi do sauny i z takiego stylowego, drewnianego wiaderka, rzeźbioną w drewnie chochlą, czerpie wodę z rozpuszczonym w niej olejkiem (każdego dnia polecany jest inny zapach), i powoli polewa gorące kamienie. Wytworzona w ten sposób para przez moment aż parzy... ale przyjemnie. Zapewniam! Potem, kiedy pani z obsługi opróżni już wiaderko, dużym ręcznikiem wachluje powietrze, coby nasączona aromatycznym olejkiem para, rozeszła się po całej saunie dokładnie. Ależ wspaniale się wtedy oddycha!

 

    O tak, sauna to prawdziwe dobrodziejstwo. A korzystać z niej może każdy. No, może prawie każdy. Przeciwwskazań do korzystania z sauny jest naprawdę niewiele. Nawet w przypadkach wielu chorób przeciwwskazań nie ma. Ba, w niektórych chorobach sauna jest wręcz wskazana. Jeśli ktoś ma jednak jakieś wątpliwości może zasięgnąć opinii lekarskiej.

 

    W każdym bądź razie, ja, stara saunowiczka, gorąco saunę polecam. Wystarczy spróbować. Przecież nikt nie musi zaraz siadać na najwyższych ławkach pod sufitem, gdzie temperatura jest najwyższa (nowicjusze zaczynają od najniższych pięter), ani też przebywać w jej wnętrzu określony dla danej sauny czas. Można sobie wg własnych doznań i samopoczucia jedno i drugie stopniować. Jestem pewna, że większość osób, które do tej pory mają wewnętrzne opory przed sauną, jak tylko raz jej spróbują, będą do niej wracać.

 

 

 

 

Jedna z odwiedzanych przeze mnie saun

(na fotce to tylko jej przekrój)

 

                                                                    

 

Hihihi...! wnętrze tej sauny wygląda jak kurnik z grzędami, co nie?

Z tą różnicą jednak, że na tych „grzędach” się leży nie siedzi... no, przynajmniej powinno się leżeć, tak jest lepiej dla zdrowia. Jeśli jednak nie ma na to dość miejsca, ze względu na liczną grupę saunowiczów, to przynajmniej nogi należy położyć na wysokości miejsc siedzących.

Do sauny wchodzi się zawsze nago, i z dużym ręcznikiem, na którym się kładziemy.

 

 

 

Łaźnia Turecka w Antalii



Z łaźni tej nie byłam zbytnio zadowolona. Jak dla mnie, za mało w niej pary i za niska temperatura

 

 

 

    Wspomnę jeszcze, że zanim poddam się dobrodziejstwu sauny, korzystam najpierw z pływalni. W zależności od nastroju, pływam sobie jakieś 30-45 min., a potem pędzę z wielką przyjemnością do podziemia, czyli do pomieszczeń sauny.

 

 

Komentarze do tego felietonu znajdują się > tutaj

 

 

 

******************************************

 



komentarze (2) | zaloguj się, aby dodać komentarz

MIERZ SIŁY NA ZAMIARY

wtorek, 29 marca 2011 20:58

 

 

Mierz

siły na zamiary

 

 

 

    O tak, trzeba nam mierzyć siły na zamiary, póki jeszcze nie jest za późno. Póki nie doszło do tragedii. Póki nie przeliczymy się ze swoimi siłami... i nic się już nie będzie dla nas liczyć. Oprócz zdrowia, które straciliśmy.  

    Spotkałam dzisiaj w mieście znajomą Serbkę. Niestety, smutna sprawa, spotkałam ją na wózku inwalidzkim. Kiedy ją zobaczyłam, własnym oczom nie mogłam uwierzyć. Byłam przerażona jej sytuacją.

    Jeszcze latem widziałam ją w pełni sił. Opowiadała mi wtedy, że kończą budowę domu w Serbii. Że pracują z mężem niemalże na 2 etatach, byleby jak najszybciej spłacić dom, który mają tutaj, w Niemczech, i jeszcze wybudować drugi dom w Serbii, dla córki. Za każdym razem, kiedy ją spotykałam, opowiadała tylko o swoich domach i różnych tam dobrach, w jakie domy te wyposażali. Wsłuchiwałam się zawsze w jej słowa, ale za nic nie mogłam zrozumieć, po co im tyle domów. Czy to warto tak szaleć i tracić zdrowie, pracując bez wytchnienia? Jasne, że posiadanie własnych domów, to dobra rzecz... Ale takim kosztem?! Nie, to nie dla mnie. Nigdy takich ludzi nie zrozumiem. A takich, co to gonią za dobrami materialnymi - różnego typu - jest niestety bardzo dużo... Którzy zapominają, a niektórzy może nawet nie wiedzą, iż w życiu są inne wartości, o wiele ważniejsze, niż mieć, posiadać, znaczyć wiele...  Rany, co to w ogóle za życie! Współczuję takim ludziom.

    Do takich ludzi niestety nic nie dociera. Zachłanność przysłania im oczy, zabija zdolność rozsądnego myślenia. Są zakodowani na posiadanie jak najwięcej dóbr materialnych... i nie ma zmiłuj! Pędzą, gnają, pracują ponad siły, niektórzy nawet rozpychają się łokciami, aby tylko mieć czym chwalić się przed innymi i... wzbudzać ich zazdrość. Śmieszą mnie tacy ludzie. Ale z drugiej strony, naprawdę jest mi ich żal, bo oto nagle w ich życiu przychodzi taki dzień, kiedy ich wycieńczony organizm „wystawia im rachunek”. Tak, jak to się zdarzyło mojej znajomej. Wylew krwi do mózgu, paraliż nóg, długa rehabilitacja, bez gwarancji powodzenia. I tak miała szczęście, jak mi sama mówiła, że ją odratowali, ponieważ jej stan był krytyczny. Czy te wszystkie jej domy cieszą ją teraz? Śmiem wątpić!... Ale o to z pewnością nigdy pytać jej nie będę.

 

 

 

 

    I czy to jest sens, tak gnać za dobrami materialnymi? Tego typu nieszczęście, jakie spotkało moją znajomą, przytrafia się najczęściej właśnie tym osobom, które w swoim życiu dobra materialne przedkładają ponad wszystkie inne wartości. Które przez całe życie szargają swoje zdrowie w pogoni za mamoną, za coraz to nowymi dobrami. Osobom, które - w dążeniu do szczęścia - nad dobra materialne przedkładają dobra duchowe, tragedie takie zdarzają się rzadko. Takie osoby potrafią też być o wiele bardziej szczęśliwe w życiu. Wiem, bo sama do takich osób należę.

 

 

 

 

 

****************************************

 

 

Impresja dnia

 

 

  

 

 

Spowolnienia czas... póki jeszcze czas

 

 

 

****************************************

 




komentarze (55) | zaloguj się, aby dodać komentarz

DZIEWCZYNKI DOJRZEWAJĄ RÓŻNIE

sobota, 26 marca 2011 16:33

 

 

 

Dziewczynki

dojrzewają różnie

 

 

 

    Jak różnie dziewczynki dojrzewają, przykład mam w swojej rodzince. Bardzo znamienny przykład. Otóż mam dwie wnuczki, jedną od córki, drugą od syna. Wiekowo między dziewczynkami jest tylko 8 miesięcy różnicy, ale kiedy się na nie patrzy, to ta różnica wydaje się być dużo, dużo większa. Jednak tylko z wyglądu, bo w rozwoju intelektualnym nie odbiegają od siebie.

 

 

 

Oto i moje wnuczki


  

 

Prawda, że różnica jest wyraźna?

 


 

    Przez dwa dni miałam obie wnuczki u siebie. Dziewczynki bardzo się lubią i często razem przebywają. Często też śpią razem, raz w jednym domu, raz w drugim, raz w trzecim. Czyli u mnie. Dzisiaj spały u mnie. Dużo razem rozmawiałyśmy, grałyśmy w różne gry, oglądałyśmy rodzinne albumy, trochę też filmy video z ich narodzin, przeze mnie, rodzinnego kronikarza, nagrane. Śmiechu było co niemiara, bo dziewczynkom, one same, wydawały się być jakieś takie poczwarne, śmieszne. W końcu ta młodsza spytała mnie:

    - Babciu, powiedz mi, już zawsze tak będzie, że my obie będziemy wyglądać razem jak Pat i Patafil?

    - A nie, zawsze nie... - zaśmiałam się. - Z czasem ta różnica między wami będzie zanikać, ale z pewnością do końca nie zaniknie... No bo jak ma zaniknąć, skoro twój tato nie jest taki wysoki, jak tato twojej kuzynki, który ma prawie 2 metry wzrostu?

    - No właśnie! - zawołała wtedy starsza wnuczka. - Moja mama jest tak jak i twoja mama i babcia, średniego wzrostu, ale mojemu tacie, to już... jak babcia mówi, Pan Bóg miarę zgubił... - zachichotała pociesznie i po chwili dodała: - To pewnie i ja będę wysoka.

    I tak pewnie będzie, że moja starsza wnuczka, czyli córka mojej córki, będzie wysoka. Wszystko na to wskazuje. Już w przedszkolu była najwyższa, a teraz, w szkole, tak samo. I ciągle rośnie... jak na drożdżach. A ile potrafi zjeść, to nikt nie może uwierzyć. Szczuplutka jest jak szczypiorek, a je jak przysłowiowy stary chłop. Jeszcze trochę, a będzie na mnie z góry patrzeć. Hihihi...! a za parę lat z pewnością pod pachą będę jej przechodzić.

    Tłumaczyłam dziewczynkom, że żadne dziecko nie ma na to wpływu, jakiego wzrostu będzie w dorosłym wieku. Że każdy człowiek wzrost ma zakodowany w genach, po rodzicach i dziadkach. Porównywanie się zaś do swoich rówieśników nie ma najmniejszego sensu. Każde niespokrewnione dziecko jest inne i podobieństwa w niespokrenionych dzieciach doszukiwać się nie można. Żadnego. Podobieństwo można szukać tylko w swoich rodzicach i dziadkach.

    - A przecież dziadkowie, rodzice mojego taty, nie są tacy wysocy jak mój tato - słusznie zauważyła moja starsza wnuczka. - Są średniego wzrostu.

    - Masz rację, kochana... - zgodziłam się z wnuczką. - To jest rzeczywiście dziwne. Pewnie twojego taty dziadek, albo pradziadek, był wysoki. Nie zdążyliśmy ich poznać, bo już nie żyją, ale z pewnością musiało tak być.

    Jeszcze przez chwilę opowiadałam dziewczynkom jak sprawy się mają w naszej polskiej rodzinie, i kto do kogo jest podobny. Dziewczynki miały wiele pytań w tym temacie. Na zakończenie naszej rozmowy dziewczynki spytały mnie jeszcze, czy jak będą już stawać się kobietami, to czy też się będą tak różnić? Celowo dopytałam je o co im dokładnie chodzi, bo widziałam po ich minkach, że są własnym pytaniem trochę speszone. Trochę je ośmieliłam, no i konkretne pytanie w końcu padło: - „Czy jedna będzie miała już piersiątka, a druga jeszcze nie?”   

    Zastanowiłam się na moment, jakby tu je przekonać, że takie różnice w dojrzewaniu dziewczynek w tym samych wieku są normalne i porównywanie się między sobą jest bezcelowe. Przypomniało mi się wtedy, że mam stare zdjęcie z grupką moich koleżanek rówieśniczek. Postanowiłam im je pokazać i... przekonać obrazowo. Tym bardziej, że na zdjęciu tym jest też i moja kuzynka, także z pierwszej linii.

    Zdjęcie jest niestety bardzo sfatygowane. No cóż, jest wiekowe, i też wiele przeszło... Ale co trzeba - widać.

 

 

 

Grupa 13-latek na kolonii w Świnoujściu

 

 

Byłam ciekawa, czy moje wnuczki odgadną, która z dziewcząt to ja... Hihihi...! odgadły bezbłędnie!

 

 

 

    Pamiętam, że sama w dzieciństwie miałam problemy ze zrozumieniem różnic w wyglądzie między swoimi rówieśniczkami. Czasami się nawet martwiłam, że może ze mną jest coś nie tak, że tak różnię się od swoich koleżanek. Kto tam kiedy nam mówił o jakichś tam genach, podobieństwach w dojrzewaniu do swoich matek i babć. W szkole na pewno nie. A tak bardzo chciało się być podobnym do swoich koleżanek. Niektórych. Ma się rozumieć, że do tych bardziej rozwiniętych, o bardziej kształtnych figurkach, a zwłaszcza... piersiątkach.

 

 

 

 

 

 

****************************************

 

Impresja dnia

 

 

 

Strach ma wielkie oczy... ale mało mocy


****************************************

 



komentarze (56) | zaloguj się, aby dodać komentarz

WIOSNA PRZYWITANA

środa, 23 marca 2011 9:47

 

 

Wiosna

przywitana

 

     W pierwszym dniu wiosny wybrałam się z Wnuczkami do lasu by móc godnie wiosenkę przywitać. Żal mi było moich Wnuczków, że tutaj, w Niemczech, ani w przedszkolu, ani w szkole, tradycji takiej nie ma, i nikt z nauczycieli nawet wiele nie mówi, że oto wiosna nastała. Postanowiłam więc trochę dzieciaczkom poopowiadać jak to w Polsce uroczyście wita się Panią Wiosnę. A na taki temat, wiadomo, najlepiej opowiadać na łonie natury, dlatego zaraz po popołudniu, udaliśmy się do lasu.

    Będąc już w lesie, szliśmy na początku dróżkami i ścieżkami. Potem jednak wybraliśmy drogę na przełaj, żeby z bliska pooglądać drzewa i sprawdzić, czy aby nie budzą się już ze snu zimowego. Na niektórych drzewach rzeczywiście było widać już małe pączusie. Bardzo nas ten widoczek ucieszył. Po drodze ciągle Wnusiom opowiadałam o wiośnie. Wnuczki miały też wiele pytań, które nie pozostawiałam bez odpowiedzi. W końcu od tego gadania aż mi w ustach zaschło. Postanowiliśmy więc wyjść z lasu i pójść do Fräuleins Brünnele (Studzienka Panienki), aby napić się źródlanej wody, i jak zwykle, nad nią - na skałach - zapalić świeczkę. To taka nasza prywatna tradycja. Robimy tak od lat, przy każdej ważniejszej okazji.

 

 

 

Oto Fräuleins Brünnele (Studzienka Panienki)

Wiekowa już jest ona - rocznik 1909



 

 

 

Świeczka, a jakże, już się pali

 

 



     Mieliśmy ze sobą nawet 2 świeczki, ale nie mogliśmy drugiej zapalić, bo Wnuczkowi wpadła do studzienki... Niechcąco, ma się rozumieć. Wnuczkowi smutno się zrobiło, więc go uspokoiłam i powiedziałam, że postaram się świeczkę ze studzienki wyciągnąć, że potem ją w domu wysuszymy i przy następnej okazji zapalimy. Nachyliłam się nad studzienką, żeby wzrokiem zmierzyć jej głębokość... i nagle - chlup!... i pomiar dokonany, tyle że ręką. To Wnuczek mnie potrącił... niechcąco, ma się rozumieć, i wpadłam ręką do studzienki - po samą pachę. Wnuczki się wystraszyły. Wnuczek się aż rozpłakał. Mi też niezbyt miło się zrobiło, bo woda była lodowata. Ale od tego się przecież nie umiera. Zdzierżyłam to niemiłe uczucie i szybko zajęłam się uspokajaniem Wnuczków. Powiedziałam im, że nic mi się nie stało, i że świeczkę i tak wyciągnąć trzeba, żeby nikt sobie nie pomyślał, iż zaśmiecamy studzienkę. No i skoro głębokość studzienki niespodziewanie poznałam już, zanurkowałam ręką raz jeszcze i... świeczkę wyciągnęłam.

 

 

 

Studzienka aż taka głęboka nie jest... Na szczęście!

 

 

 

    Po operacji wyławiania świeczki zimno mi było okropicznie, dlatego też rzuciłam hasło: - „Biegiem do auta!” No i pobiegliśmy w kierunku parkingu. Wnuczki śmiały się już i były bardzo zadowolone z biegu. Lubią ze mną biegać.   

    Po drodze opowiedziałam im jeszcze pewną historyjkę z młodości, kiedy to także zaliczyłam niespodziewaną kąpiel. Oczywiście opowiadałam nie do końca dokładnie, żeby je tylko swoimi „wyczynami” rozbawić, a nie zdemoralizować. Babcią przecież jestem!

 

    Już dawno temu historyjkę tę opisałam w swoich wspomnieniach. Jeśli ktoś miałby ochotę o niej przeczytać, proszę kliknąć w jej zalinkowany tytuł: > „Niespodziewana kąpiel”.

 

 

Niespodziewana kąpiel była to rzeczywiście... Oj, bardzo niespodziewana

 

 

 

Jednak z perspektywy czasu, niespodziewanie... zabawna

 

 

 

***

 

 

Wiadomość dla mojej Czytelniczki

o imieniu Lawinnia...  

      

Z serduchasercedziękuję Ci Lawinnio za słowa uznania dla mojego bloga pozostawione w Księdze Gości. Twoje słowa przekonują mnie, że warto pisać bloga, motywują jeszcze bardziej. Miło mi ogromnie, że jesteś Fanką mojego bloga. Pozdrawiam Cię bardzo gorąco... i zapraszam! Halszka@)-->-->--

 

 

 


***************************************

 

 

Impresja dnia

 

 

 

 

 

Symbioza natury z dziełem człowieka

 

 

 

***************************************

 

 



komentarze (41) | zaloguj się, aby dodać komentarz

NIESPODZIEWANA KĄPIEL

środa, 23 marca 2011 9:23

===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAM

na mój drugi blog:

http://PhotoHalszka.bloog.pl/

----------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

 

 

Niespodziewana

kąpiel

 

 

    Zawsze z wytęsknieniem wyczekiwałam wakacji. Niemalże co roku spędzałam je u cioci w małej wsi w Kotlinie Kłodzkiej. Pięknie tam było. Tam zawsze coś fajnego się działo. O nudzie mowy nie było. Tym bardziej, że miałam tam kuzyna w swoim wieku i jego kolegów. Oni też zawsze z wytęsknieniem czekali wakacji i... mojego przyjazdu. A potem się działo! Obowiązki, obowiązkami, co trzeba było pomóc cioci, się pomogło... i jazda żyć! A co?! Młodość ma swoje prawa!

    Pamiętam, że kiedy byłam na wakacjach jako 15-latka, to któregoś dnia mojego pobytu na wsi, a właściwie nocy, wybraliśmy się z kuzynem Ryśkiem, i jego kolegą Frankiem, do księdza na jabłka. Wiedzieliśmy, że to głupie kraść u księdza jabłka, kiedy u cioci w sadzie jabłek od groma, ale że tego dnia trzeba było jeszcze coś mocniejszego przeżyć, by ruszyć rozleniwioną pracą w polu  adrenalinę, się wybraliśmy. A i pieczone w ognisku jabłuszka nam się marzyły. A zakazane przecież lepiej smakują. Wszak nam już nasza prarodzicielka Ewa dała tego przykład. A to pewnie w genach nam zostało.  

    No dobra, nie będę owijać w bawełnę i przyznam się od razu, że to był mój pomysł z tymi zakazanymi jabłkami. I wszystko byłoby super, gdyby nie idiotyczny wyskok Ryśka. Wprawdzie wlazł z Frankiem do sadu księdza, kiedy ja stałam na czatach i w razie niebezpieczeństwa miałam gwizdem dać im znać, ale co z tego, jak ten bałwan „niebezpieczeństwo” sam sprowokował. Siedząc na jabłoni, zaczął rzucać jabłkami w moim kierunku, a ja nie mając pojęcia, że to jego robota, pomyślałam, że to ktoś rzuca we mnie kamieniami. Chciałam sprawdzić, kto to, i skąd rzuca. W zupełnych ciemnościach poleciałam w kierunku pobliskiej drogi. Chciałam się zaczaić w przydrożnym rowie na delikwenta i w razie potrzeby, spłoszyć go, udając warczenie psa. Niestety, ani jedno, ani drugie nie doszło do skutku, bo nagle zza krzewów wyłoniła się jakaś postać z psem. Wpadłam w panikę, bo pomyślałam sobie, że to z pewnością jest ksiądz. Nie wiele myśląc, padłam na ziemię, i czołgając się, zawróciłam z powrotem pod sad, by jakoś ostrzec chłopców. Gwizdać przecież nie mogłam. Kiedy zbliżałam się do celu, zauważyłam nagle jak chłopcy nieco dalej  przeskakują ogrodzenie i biegną akurat w tym kierunku, gdzie widziałam księdza z psem. Spanikowałam jeszcze bardziej, bo nie wiedziałam, co to ma znaczyć i przed kim oni w ogóle uciekają. Zerwałam się na równe nogi i chyłkiem pobiegłam za nimi. Niestety, chłopcy jak gdyby się rozpłynęli w powietrzu i nigdzie nie było już ich widać. Kiedy dobiegłam do drogi, zobaczyłam w oddali, na tle wiejskich latarni, iż ta postać z psem idzie dalej w kierunku wsi. Uspokoiłam się nieco, bo to oznaczało, iż ksiądz to jednak nie był. Przez moment się zastanawiałam co mam dalej począć. Chłopców ani widu ani słychu, a ja sama pośród ciemności. Odczekałam jeszcze chwilkę i wreszcie głośnym i przeciągłym gwizdem - na czterech palcach - dałam wyraz swojej dezaprobacie. Jakie było moje przerażenie, kiedy nagle usłyszałam przytłumiony krzyk Ryśka:

    - Halszka uciekaj!

    Jak piorunem rażona, zerwałam się natychmiast do ucieczki. Na łeb na szyję gnałam przed siebie, nie wiedząc zupełnie gdzie gnam. W gnanie włożyłam jednak całą swoją energię, i gnałam jak szalona. Wreszcie zaczęłam się kierować w stronę pierwszych zabudowań gospodarskich. Myślałam, że tam poczuję się bezpieczniej. I kiedy biegłam już opłotkami i coraz bardziej się uspokajam, nagle w pewnym momencie, ziemia uciekła mi spod nóg i… niech to szlag!... wylądowałam po pas w jakiejś wodzie. Z przerażenia, krew mi się w żyłach zmroziła. Z zimnej wody zapewne także. A kiedy po chwili do moich nozdrzy doleciał zapach tej wody, myślałam, że pagibnę tam od razu. Okazało się, że wpadłam do najnormalniejszego w świecie gnojowiska. A co gorsza, nie mogłam się z niego wydostać, bo dno było muliste i śliskie. Szamotałam się tam jak szalona, i już myślałam, że przyjdzie mi tam rzeczywiście pozostać na wieki, kiedy nagle, nad głową, zobaczyłam dwie postaci. Był to Rysiek i Franek. Ależ mnie uszczęśliwił ich widok.

    Kiedy mnie chłopcy wyciągnęli z tego cuchnącego gnojowiska, zaczęli się nagle tarzać ze śmiechu po ziemi. Wpadłam w konsternację. Bo jakże to tak, ja tu mało się nie utopiłam w gnojówce, a oni się śmieją? Wreszcie wydukałam:

    - No, teraz można się śmiać, ale było gorąco - i puściłam się biegiem w kierunku rzeki Białej, by zmyć z siebie to śmierdzielstwo.

    Chłopcy ze śmiechem ruszyli za mną. Biegnąc za moimi plecami, Rysiek, ciągle rechocząc, wysapał:

    - Chciałaś adrenaliny, to ją masz, i to wszystko dzięki nam, twoim najlepszym kumplom.

    Okazało się, że to Rysiek już wcześniej cichcem zaaranżował cały ten spektakl z zakazanymi jabłkami w tle, i kiedy wlazł z Frankiem do sadu, bez przerwy miał mnie na oku. A potem, razem udali ucieczkę przed „niebezpieczeństwem” i z ukrycia obserwowali moje poczynania. Ależ byłam wściekła na nich obu, kiedy mi to, ubawieni po pachy, zakomunikowali. Pół nocy przesiedziałam w rzece i z wściekłości nie odzywałam się do nich. Ale kiedy mnie w końcu zaczęli przepraszać i przyznawać, że to jednak był rzeczywiście idiotyczny żart z ich strony, moja wściekłość zaczęła mnie powoli opuszczać. Tym bardziej, że było mi coraz bardziej zimno. No a kiedy Rysiek cichcem przyniósł mi z domu mój płaszcz kąpielowy, powoli zaczęłam już nawet draniom wybaczać. Wybaczyłam zaś całkowicie, kiedy siedziałam już na brzegu otulona moim cieplunim płaszczem kąpielowym i rzucałam w nurt rzeki moje zapaskudzone ciuchy. Wtedy już też zaczęłam się głośno śmiać, bo w końcu musiałam Ryśkowi przyznać rację. Faktycznie, tej nocy adrenalina buzowała mi we krwi jak szalona… A że była też i trochę zbrukana i śmierdząca, to nic!

 

 

 

Na drugi dzień, po nocce pełnej wrażeń, radosna byłam na powrót... No bo jakże by inaczej?

 

   

 

Wykąpana w Białej ponownie i... pachnąca już na powrót

 



komentarze (4) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zdjęcia w galeriach.


piątek, 22 września 2017

Licznik odwiedzin:  812 280  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Halina Krüsch Czopowik

Facebook i Google

Wszystkie teksty oraz zdjęcia tutaj opublikowane są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie. (Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dn. 4.02.1994 r., nr 24, poz. 83). Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję, jak ktoś o nią prosi. 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tu także swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 812280
Wpisy
  • liczba: 738
  • komentarze: 10335
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 2982 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to