Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 896 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


JAK PRIMA APRILIS, TO PRIMA APRILIS

środa, 31 marca 2010 10:33

==========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

 

 

 

Jak Prima Aprilis,

to Prima Aprilis!

 

 

 

    Oto obrazek, jaki zobaczyłam pewnego 1 kwietnia w swojej lodówce, kiedy chciałam sięgnąć po mleczko do kawy...

 

 

 

 

Instalacja primaaprilisowa - wykonana specjalnie dla mnie przez moją Córeczkę. Piękna, nieprawdaż? (Błąd celowy). A ja wówczas mało zawału serca nie dostałam, tak się wystraszyłam... Ale w końcu śmiechu było co niemiara... Jak Prima Aprilis, to Prima Aprilis! Życzę Wszystkim w jutrzejszym dniu równie udanego! :-D:-D:-D

 

 



komentarze (17) | zaloguj się, aby dodać komentarz

PODZIĘKOWANIA DLA PANI GRAŻYNY KMITY ZA JEJ PIEŚŃ DLA MOJEJ MATKI

poniedziałek, 29 marca 2010 19:10

 

   Z całego serca dziękuję Pani Grażynie Kmicie za podanie linku do Jej pieśni na YouTube pt. "Na Podolu płacze kamień". Pieśń powstała, jak sama Pani Grażyna informuje w opisie do pieśni na YouTube, jako wyraz hołdu dla ludzi z Podola, i dedykuje ją Podolance Annie, mojej 83-letniej Matce, której wspomnienia miały wpływ na kształt tej pieśni. Przypomnę, że wspomnienia te, opublikowałam tutaj na blogu pt. „Byłam Podolanką... i na zawsze pozostanę".


   Jeśli ktoś z Was, moi Drodzy Czytelnicy, miałby ochotę posłuchać tej pieśni w wykonaniu Pani Grażyny, proszę kliknąć w jej tytuł, o właśnie tu > "Na Podolu płacze kamień"

 


Pani Grażyno, raz jeszcze, z serca dzięki za tę wspaniałą i wzruszającą pieśń. Dziękuję w imieniu swoim i mojej Mamy. Mama jest bardzo wzruszona. Słuchała jej już kilka razy. Za każdym razem płacze...  Pozdrawiam Panią serdecznie! Halszka@)-->-->--

 

 



komentarze (16) | zaloguj się, aby dodać komentarz

JAK POZNAŁAM EWĘ KURYLUK

sobota, 27 marca 2010 21:44


Jak poznałam

Ewę Kuryluk


Ewa Kuryluk: historyk sztuki, malarka, eseistka, pisarka, poetka, rysowniczka, autorka instalacji plastycznych, fotografik


 

 


   Ewę Kuryluk, jako moją kuzynkę, poznałam w niezwykłej sytuacji. Otóż kiedy parę lat temu, jak zwykle, oglądałam piątkowy program telewizyjny w TV Polonia pt. „Porozmawiajmy", gościem programu była właśnie Ewa. Gdy ją ujrzałam, byłam pod wielkim wrażeniem, gdyż nigdy wcześniej jej nie widziałam. Ba, nawet zapomniałam o jej istnieniu. Do czego muszę się ze wstydem przyznać. To znaczy wiedziałam, iż mój wujek, Karol Kuryluk (były Ministrem Kultury i Sztuki; Ambasador Polski w Austrii; Dyr. PWN) miał dwójkę dzieci: córkę i syna. Wiedziałam to od mojego ojca, który parokrotnie odwiedzał wujka w Warszawie. Ale że wujek zmarł wcześnie - w 1967r., a 4 lata po nim, mój ojciec, później nic już więcej o rodzinie Kuryluków nie słyszałam. Mama mojego ojca, a moja babcia, była siostrą ojca wujka Karola, a ona zmarła jeszcze wcześniej, bo w 1961r. Zaś Ewa, za czasów komuny, poza środowiskiem artystów, z pewnych względów, o których dopiero się od Niej dowiedziałam, nie za bardzo była znana szerszej społeczności w Polsce. Z Polski wyjechałam w 1989r., i dopiero będąc za granicą, zaczynałam dowiadywać się o twórczości Ewy Kuryluk. Jednak wtedy i tak nie kojarzyłam Jej z córką wujka Karola. Dopiero ten program „Porozmawiajmy" pozwolił mi rozpoznać ją jako moją kuzynkę. Ewa w programie tym wiele opowiadała o swoim życiu, o rodzicach, o młodszym bracie Piotrze. Od razu przypomniało mi się wszystko, co wiedziałam o jej rodzinie od mego ojca, a później już tylko z gazet. Byłam pod tak wielkim wrażeniem, że do końca programu, a nawet i po, próbowałam się dodzwonić do TV Polonia. Niestety, nie udało mi się. Postanowiłam więc napisać do programu „Porozmawiajmy" list z prośbą o przekazanie go Ewie. Tak też zrobiłam. Odpowiedzi jednak  nie otrzymałam.

   Minął rok. Jaka to była dla mnie przeogromna radość, a i wzruszenie zarazem, kiedy pewnego dnia, dostałam z Paryża list od Ewy. Wnet weszłyśmy w kontakt telefoniczny. Przemiły kontakt. Długo rozmawiałyśmy, opowiadając o sobie i o swojej rodzinie. Okazało się, że mój list TV Polonia od razu przesłała na adres Ewy w Warszawie, ale że Ewa w tym czasie przebywała w swoim drugim domu, w Paryżu, po prostu się zawieruszył. To znaczy, dotarł na miejsce, tylko gosposia Ewy tak „skrzętnie" go przechowywała, że sama o nim zapomniała. Od tamtej pory, utrzymujemy ze sobą stały kontakt. Jestem bardzo dumna, że mam tak Wielką, znaną na całym świecie, Kuzynkę.

 

 


Folder z retrospektywnej wystawy Ewy w warszawskiej Zachęcie pt. „Ludzie z powietrza", który od Niej otrzymałam wraz z Jej pierwszym listem

 

 

 

 

 


 

Przy pracy

 

 

obraz Ewy z lat sześćdziesiątych

 



Ewa...  i Jej tajemniczy uśmiech

 

 

Zdjęcie niezbyt wyraźne, ponieważ pochodzi z książki Ewy - z prześwitującą na

odwrocie dla mnie dedykacją

 

 

 


Gorąco polecam chociażby jedną ze stron EWY KURYLUK, a mianowicie:


http://www.kuryluk.art.pl/


(strona Ewy redagowana jest w jęz. angielskim i polskim, w prawym górnym rogu strony - można je zmieniać. Stronę tę mam również zalinkowaną z prawej strony - w moich ulubionych stronach)

 


Jej dorobek artystyczny jest przebogaty. Warto wejść na tę stronę by się z nim zapoznać. Jak również, aby poznać Jej autobiografią. Tak pięknego i bogatego życia, a zarazem uwikłanego w jakże niesamowite i okrutne przeciwności losu, w dzisiejszych czasach, niewielu z Wielkich Ludzi doświadczyło w swoim życiu.

 




komentarze (10) | zaloguj się, aby dodać komentarz

DZIADEK WALENTY I JEGO SENTYMENTY

środa, 24 marca 2010 10:35


Dziadek Walenty

i jego

sentymenty

 

 

Pewnego razu dziadek Walenty,

Zapragnął wnukom kupić prezenty...

Wyszedł więc z domu o wczesnej porze,

Zanim poranne rozbłysły zorze.





Długa droga czekała dziadka...

Pieszo ją pokonywał jeno z rzadka.

Najczęściej bicyklem jeździł na bazar,

Czasami bryczką wiózł go Baltazar.


Tym razem jednak z wielką ochotą,

Na bazar poszedł właśnie piechotą.

Z kapeluszem w ręku i w dobrym humorze,

Szedł i szedł... mijając kolejne rozdroże.


A kiedy już prawie na bazar dochodził,

Nagle nowy pomysł w głowie mu się zrodził:

Ażeby swojego sługę Baltazara,

Wysłać nad morze po kubańskie cygara.


- Wnuki na prezenty poczekać jeszcze mogą -

Głośno pomyślał, i zawrócił tą samą drogą.

Szedł raźnym krokiem, pogwizdując wesoło...

Podziwiał przyrodę, rozglądając się wokoło.


A kiedy był już nieopodal swojego domu,

Spostrzegł, że ktoś tam się skrada po kryjomu.

Chybcikiem wydobył kozik zza pazuchy,

I krzyknął: - Hola! Stój! Czyżeś głuchy?!


Ten ktoś jednak dziadka nie słuchał wcale,

I puścił się do ucieczki... lecz biegł ociężale.

Wystraszył się wtedy dziadek Walenty,

I zaczął krzyczeć - jak najęty:


- Stać... stać... stać dobrodzieju!

Dobrodziej coś ukradł?!... A ty złodzieju!!!-

I puścił się pędem z kozikiem w dłoni,

Mając nadzieję, że złodzieja dogoni.

 


 


Co tchu gnał i krzyczał dziadek Walenty,

A złodziej uciekał... i milczał jak zaklęty.

Lecz nagle się stała rzecz przedziwna,

Coś rymnęło na ziemię, jakaś rzecz żeliwna.


Zatrzymał się wtedy dziadek Walenty,

I sięgnął do kieszeni po cukierek z mięty,

Gdyż tchu mu zbrakło, a był ciekawy,

Co rzucił na ziemię ten złodziejaszek cherlawy.


I kiedy podszedł, i zobaczył co to było,

Aż siadł na ziemi...Tak go to poruszyło!

Wszak była to od bicykla żeliwna rama,

Jego własna! Nie tylko podobna... czy taka sama.


Zziajany przeokropnie, zawołał na Baltazara,

I kazał mu do śmieci wyrzucić wszystkie cygara,

Bo nagle postanowił już nigdy do ust nie wziąć żadnego,

Nawet najmniejszego, nawet... kubańskiego!


Zadowolony z siebie, podziękował Opatrzności,

Że zesłała mu złodzieja, do którego nie czuł już złości.

Kozikiem na powrót ramę bicykla przykręcił,

I od razu na przejażdżkę ogromnej dostał chęci.





Och, jakże szczęśliwy był dziadek Walenty,

Aż znów zapragnął kupić wnukom prezenty...

W mig usiadł na bicykl i ruszył na bazar,

A za nim z koszem na prezenty podążał Baltazar.

 

 



komentarze (17) | zaloguj się, aby dodać komentarz

RYK MOTORU TOWARZYSZY MI OD DZIECKA

poniedziałek, 22 marca 2010 17:02


Ryk motoru

towarzyszy mi od dziecka


 


 

    Kiedy byłam małą dziewczynką, mój Ojciec, będąc z wizytą w swoim rodzinnym mieście Zbarażu, kupił tam sobie nowiusieńki motor Iż-49, i przywiózł go pociągiem do domu. Rany, co to była za wspaniała maszyna. Ciężka, ogromna... jak russische Panzer. Niestety, oprócz wielu „posiedzeń" na Iżu, nigdy nim nie jechałam. Ojciec mnie nigdy nie przewiózł. Nie miał prawa jazdy. Motor stał u nas w korytarzu kilka miesięcy i wreszcie Ojciec postanowił, że prawa jazdy robić jednak nie będzie, a motor sprzeda. Ależ byłam zawiedziona. Jak dziś pamiętam, co Ojciec mówił. A mówił, że nie będzie na trumnie jeździł. Ma zamiar jeszcze pożyć. Wygląda na to, że mój Ojciec smykałki do motorów za grosz nie miał.

    To po kim ja odziedziczyłam zamiłowanie do pędu, do szybkości zapierającej dech w piersiach, do świstu w uszach, do rozwianych włosów? Moja Mama mówiła, że pewnie po jej Dziadku ułanie. Wprawdzie mój Pradziadek nie na motorze, a na koniu szarżował, ale pewnie coś w tym jest, bo i ja konie kocham. A do Pradziadka to ja nawet i z wyglądu podobna jestem. Tak mówi moja rodzina.

    Jako młodziutka nastolatka, jeździłam już na motorowerze, na sławetnym Komarze. Ja i dwójka moich kolegów, mieliśmy takie same niebieskie Komary. Wszędzie jeździliśmy razem, i to nawet tak samo ubrani. Pamiętam, że moja krawcowa, na moją usilną prośbę, uszyła nam takie same spodnie a'la-dżinsy i koszule w drobniutkie kwiatuszki na czarnym tle. Ależ fajnie wyglądaliśmy. To były czasy!

    W wieku 18 lat zrobiłam prawo jazdy na motor i samochód. Ani dnia nie czekałam. Od razu ruszyłam na polskie drogi. (Choć i bez prawa jazdy wcześniej też mi się zdarzało... Oj, zdarzało... Ale o tym sza!). Rany, ile ja kilometrów natrzaskałam motorem. A nie byle jakim motorem, bo nowiusieńką SHL-ką. Ha, to był motor wówczas! :-D No, w każdym bądź razie lepszy od WSK-i... i droższy.



A oto i SHL-ka... Super motor, nieprawdaż?

 

 

Moja pierwsza dłuższa wyprawa motorem... Wakacje w Międzybrodziu k/Żywca

 

 


    Lubiłam szybką jazdę... i zawsze jeździłam jak szalona... gaz do dechy, ile fabryka dała. Niektórzy mnie przestrzegali, że jak tak będę jeździć, śmiercią naturalną na pewno nie umrę. Na szczęście, nigdy wypadku na motorze nie miałam. Raz tylko pikowałam po brukowej jezdni, ale to mój chłopak wtedy prowadził motor. Chcąc ominąć dziewczynkę, która wtargnęła niespodziewanie na jezdnię, wpadł w poślizg na mokrym bruku, no i wywaliliśmy się jak ta lala.

    Jeździłam na motorze bez względu na pogodę. Deszcz, ulewa, czy burza, żadna dla mnie przeszkoda. Wtedy jeszcze nie było można nigdzie kupić kombinezonów na motor, ale jakoś sobie radziłam. Sprawiłam sobie ciuchy z ortalionu, i jak było zbyt zimno, by nie przemarznąć, kolana, krzyż i piersi gazetami pod spodem owijałam.

 

 

 

Po maturze, wakacje w Bieszczadach - Jabłonki

 

 

Fotka niewyraźna, bo wycięłam dość pokaźne tło. A tłem był pomnik człowieka, który się kulom nie kłaniał (wiadomo, kto to taki)... Nie chcę mieć u siebie tego alkoholicznego pseudo-bohatera

 


    Tak, motor był moją pasją. A jazda nim, radością. Kochałam to uczucie pędu... i wolności. Wielką frajdę sprawiało mi wchodzenie w zakręty, kładzenie się motorem do samego niemalże asfaltu. Ha, tylko ten kto jeździł, albo jeździ motorem, wie o czym mówię. Przed moim miastem stał ogromny wiadukt kolejowy, a pod nim, biegła szosa. Och, jakże uwielbiałam to miejsce. Przed wiaduktem dwa ostre zakręty, i za wiaduktem kolejne dwa ostre zakręty. Cudownie tam się kładło motor. Raz, jak skądś wracałam do domu, pięknie weszłam w dwa zakręty, a na trzecim, za wiaduktem, mało nie pocałowałam asfaltu, delikatnie rzecz ujmując. Z jadącej przede mną ciężarówki, spadły snopki. Ja elegancko już wyłożona, a tu nagle snopki na zakręcie - do połowy drogi. Na szczęście udało mi się jakoś wyprostować motor... i w porę wyhamować. Na pierwszym snopku.

    Moje „wariacje" motorowe zakończyłam dopiero wtedy, kiedy byłam w ciąży z moją Córeczką. Chociaż nie od razu. Pamiętam, że byłam już chyba w 3 m-cu ciąży, kiedy wracając od mojej Siostry, zepsuł mi się motor. Wiele rzeczy przy motorze sama umiałam naprawić, ale wtedy było coś poważniejszego. Nie umiałam sobie poradzić. Ponad 5 km, i to w większości pod górkę, zmuszona byłam pchać motor z powrotem do miasta, w którym moja Siostra mieszkała. To była moja ostatnia jazda w ciąży. Potem i tak już przyszła zima. A kiedy urodziłam Córeczkę poprzysięgłam sobie, że już na motor nie usiądę. Miałam dla kogo żyć. Nie miałam prawa narażać swojego życia. Motor kazałam mężowi sprzedać. Żeby mnie broń Boże nie kusił. I pewnie bym wytrwała... gdyby nie mąż. Była wiosna, mąż przygotowywał motor do sprzedaży. Kiedy uśpiłam moją ukochaną Córeczkę, wyszłam na podwórko, aby zobaczyć jak mu idzie. Szło dobrze, kończył akurat wymieniać sprzęgło. A jak skończył, zaproponował mi, abym zrobiła próbną jazdę. Wzbraniałam się jak mogłam, mając na uwadze, co sobie poprzysięgłam. Wtedy mąż na to, że tylko po naszej ulicy. No i niestety, nie wytrzymałam. I choć tylko w pantoflach domowych byłam, wskoczyłam na motor. A jak już wskoczyłam, to mnie poniosło. Zapragnęłam po raz ostatni poczuć ten cudowny pęd... a i pożegnać się z motorem. Moje matczyne poczucie obowiązku nie pozwoliło mi jednak jechać zbyt daleko. Nie miałam nawet kasku na głowie. Niedaleko naszego domu była betonowa droga. Lokalna. Z Kombinatu PGR. Tam pojechałam. Pędziłam sobie szczęśliwa... a tu nagle, z bocznej drogi, osłoniętej zabudowaniami PGR-u, wyjechał traktor i zajechał mi drogę. Nie będę już nawet opisywać jak wyszłam z tej opresji, ani też swoich odczuć, ale o jednym wspomnę: Moja malutka Córeczka stanęła mi przed oczyma. Od tej pory, przez długie już lata, nie usiadłam na motor. Tym bardziej, że po 2 latach, jeszcze i Syneczek przyszedł na świat. Dopiero tu, w Niemczech, ale niestety zbyt rzadko niż bym chciała.


Tyle mi zostało obecnie z mojej dawnej pasji

 

 

... że sobie czasami choć w garażu na motorze posiedzę

 

 

    Nigdy jednak nie przejdę ulicą, aby nie zareagować na pędzący z rykiem motor. Zawsze przystanę, popatrzę, posłucham, uśmiechnę się szeroko i... idę dalej. A kiedy mój Syn wpada do mnie z rykiem do ogrodu, to aż serce mi się raduje... Potem truchleje. Jak zawsze! Kiedy Syn odjeżdża.

 

 


Powyższe wspomnienie opublikowałam również, łącznie z
aktualnym wpisem, w kategorii - z cyklu: "Z życia wzięte", pt. "Ryk motoru muzyką dla ucha", i wszystkie komentarze znajdują się w tamtym miejscu. Jeśli ktoś z Was miałby ochotę je poczytać, wystarczy, że kliknie w zalinkowany tytuł. 




komentarze (0) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  813 715  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Halina Krüsch Czopowik

Facebook i Google

Wszystkie teksty oraz zdjęcia tutaj opublikowane są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie. (Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dn. 4.02.1994 r., nr 24, poz. 83). Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję, jak ktoś o nią prosi. 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tu także swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 813715
Wpisy
  • liczba: 738
  • komentarze: 10335
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 2983 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to