Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 255 059 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


RACIBORSKA HALINKA

sobota, 26 lutego 2011 16:27

 

 

 

Lokomotywa

 


 

Stoi przy stacji lokomotywa,

Mała, zgrabna... i nic z niej nie spływa.

Żadna tłusta oliwa!

Prawdziwa jest jednak ta lokomotywa,

I jakże ładnie się nazywa.

Jak? Pewnie nikt nie zgadnie...

Ano Halinka się nazywa. Prawda, że ładnie?!


 

 

 

Jakby kto Halinkę jeno okiem zmierzył,

I w prawdziwość imienia jej nie uwierzył,

Niechaj do rączki weźmie lupę...

Ale niech przy okazji nie zagląda jej w pupę!;-):-D

 

 

 

 

 

 

Buźkę ma Halinka jak się patrzy...

Wesołymi oczętami na przechodniów patrzy.

No chyba nikt nigdy nie zaprzeczy,

Że ta Halinka jest całkiem do rzeczy!


 


Stoi Halinka cichutko pod drzewem,

Upaja się dochodzącym z dworca śpiewem.

A śpiew dla Halinki to turkot kół...

Kiedy go słyszy, jej dusza śpiewa wespół.

 

 

 

 

 

Raciborska Halinka

 

 

    Racibórz, to miasto mojego dorosłego życia. To właśnie z Raciborza wyjechałam ponad 20 lat temu do Niemiec. Pamiętam dokładnie, jak kilka lat przed moim wyjazdem, lokomotywkę Halinkę jako pomnik postawiono przed dworcem. Jaka byłam wtedy dumna, że mam swoją imienniczkę w takiej właśnie postaci. Bo też od dziecka mam sentyment do kolei. W dzieciństwie często się bawiłam na torach. Wspominałam o tym w moim opowiadaniu pt. „Tragikomiczna przygoda na torach” (<kliknij).

    Wracam jednak do historii lokomotywki Halinki. Otóż Halinka została wyprodukowana przez firmę Fablok w 1955 r. (nie zdradzę jednak, która z nas była szybciej „wyprodukowana”). Od tego też roku, jak szalona pędziła po wąskich torach gdzie tylko mogła... a raczej gdzie ją skierowano. Niestety, Halince nie było dane po torach zbyt długo „brykać”, bo już w 1985r. kolejarze wysłali ją na emeryturę (kurcze, taką młódkę, ledwo 30-letnią) i przekazali ją miastu. Halinka właśnie wtedy została ustawiona na placu Dworcowym, w  miejscu, w którym stoi do dziś. To wtedy też nadano jej przydomek "Halinka". Niestety nie od mojego imienia a od byłej zastępczyni naczelnika stacji PKP w Raciborzu. No ale w sumie na to samo wychodzi, bowiem pani zastępczyni naczelnika miała to szczęście być moją imienniczką. (śmiech).

    Lokomotywka Halinka nie stała jednak ciurkiem od 1985r. na placu Dworcowym. Pewnego dnia jej spokój został zakłócony. Niby to z konieczności, ale jednak.. Otóż pewnego dnia wywieziono ją do Rud Wielkich i oddano pod opiekę tamtejszemu Towarzystwu Miłośników Kolei Wąskotorowej. Celem przechowania i konserwacji. A wywieziono ją w momencie, kiedy to rozpoczął się remont pl. Dworcowego oraz przebudowa układu ulic w jego obrębie.      

    Na przełomie 2003 i 2004 r. stała się przedmiotem sporu pomiędzy radnymi i kolejarzami z Raciborza, a Towarzystwem Miłośników Kolei Wąskotorowej z Rud Wielkich. Towarzystwo odmówiło zwrotu Halinki, tłumacząc, iż nie stanowi ona majątku miasta i kolejarzy, a także wskazując na jej postępującą dewastację na raciborskim pl. Dworcowym. Było tak rzeczywiście. To zwłaszcza graficiarze serca dla Halinki nie mieli i „zdobili” ją z każdej strony. Raciborscy radni i kolejarze posądzili wtedy Towarzystwo Miłośników Kolei Wąskotorowej o kradzież lokomotywki. W Raciborzu awantura o Halinkę była tak duża, że powstał nawet Obywatelski Komitet, który walczył o jej powrót do Raciborza. Zaś prezes towarzystwa z Rud Wielkich usilnie i nieprzerwanie tłumaczył, że Halinkę zabrał legalnie. Koniec końców zgodził się ją oddać, ale dopiero wtedy, kiedy otrzymał policyjny nakaz zwrotu.

    Chociaż dzieje Halinki momentami zakrawają na komedię satyryczną, to jednak wszystko dobrze się skończyło. Wojna o nią zakończyła się szczęśliwie dla Raciborza, i od września 2004r. znów dumnie stoi na odnowionym pl. Dworcowym. W najbliższej zaś przyszłości Halinka ma dostąpić nawet wielkiego zaszczytu. Trwają bowiem starania o wpisanie jej do Szlaku Zabytków Techniki Województwa Śląskiego. Brawo Halinka!!!

 

 

 

PS

( z dnia 1.03.20011.)

 

Tak bardzo spodobał mi się opis Lokomotywki Halinki zamieszczony przez moją blogową Psiapsiółkę Hanię (<link do jej wspaniałego bloga), że postanowiłam go i tutaj zamieścić. Oto on:

 

 

„PIĘKNA TA TWOJA HALINKA...
i wszystkie atrybuty kobiecości ma jak trzeba ..
- oczy ogromne i przepastne ..
- koła do samej ziemi ...
- no i zderzaki do przodu ..
a jaka z niej elegantka ... tylko politycznie coś chyba nie tak - TW .. tajny współpracownik ??? ... oj, lustracja biedaczkę czeka...”

 

 



komentarze (23) | zaloguj się, aby dodać komentarz

WIZYTA U GINEKOLOGA MOŻE BYĆ TEŻ ZABAWNA

wtorek, 22 lutego 2011 11:07

 

 

 

Wizyta

u ginekologa

może być też zabawna

 

 

    Wczoraj byłam na badaniach u ginekologa. Mój obecny ginekolog pochodzi z Czech. Jestem pod jego opieką od 3 lat. Mój poprzedni ginekolog był Niemcem. Pod jego opieką byłam aż 15 lat. Przeszedł jednak na emeryturę i jego praktykę przejął właśnie ten Czech. Na początku bardzo żałowałam, gdyż lubiłam swojego starego lekarza. Nadawaliśmy na podobnych falach. Zawsze mieliśmy o czym pogadać i pożartować. Pod jego opiekę oddałam także moją córkę. Na szczęście okazało się, że z nowym lekarzem nie jest źle. Polubiliśmy się także. I to od samego początku. Tym bardziej, że zawsze możemy sobie pogadać po swojemu i pożartować ile wlezie, bowiem on zna polski, a ja czeski. Nic w tym dziwnego, oboje w swoich Ojczyznach mieszkaliśmy na terenie przygranicznym. Kiedy się spotykamy, przy wszystkich mówimy po niemiecku, ale kiedy tylko drzwi jego gabinetu ginekologicznego za nami się zatrzasną, „zasuwamy”, każdy w swoim języku. Najpierw pogadamy sobie zdrowo i pośmiejemy się, a potem pan doktor przystępuje do badania.

    Wczoraj było tak samo, i kiedy leżałam już „dyspozycyjnie rozwalona” na leżance ginekologicznej, czekając na to niezbyt miłe badanie (chyba żadna kobieta badań tych nie lubi), pan doktor zamilkł, po czym z powagą zabrał się za mnie. Uważnie badał co trzeba i jak trzeba, czyli wziernikiem, i po chwili... brrr! palcem. Nie wiem, czy wskazującym, czy którymś innym, ale wiem, że był to jego paluch. Ależ byłam spięta. Za każdym razem jestem. Tym razem pewnie stres był silniejszy, albo ja słabsza w tym dniu, bo nagle nie wytrzymałam tej ciszy gabinetowej... i tego tam... i dla rozładowania swojego nieprzyjemnego uczucia, odezwałam się:

    - No, panie doktorze, chyba pan nie zaprzeczy, że „dobra by była dla ginekologa wygoda, gdyby oko w palcu dała mu przyroda”? - powiedziałam, i wystraszona, natychmiast się zamknęłam.

    A wystraszyłam się reakcji doktora, bo on buchnął nagle tak głośnym śmiechem, że na początku to nawet nie rozpoznałam śmiechu w tym jego „buchnięciu”. Doktor wyciągnął tego, no... brrr... palucha, i przestał mnie badać. Klapnął na swój fotelik, i rechotał dalej w najlepsze. Gdy byłam już pewna, że to tylko jego śmiech, odezwałam się ponownie, pytając:

    - A co pana tak rozbawiło? Czyżby pan tego dowcipu nie znał?

    - Ne, nikdy jsem neslyšel* - wydukał doktor, i dalej rechotał.

    - Nigdy pan nie słyszał? A przecież to stary dowcip... z brodą, nawet już z bardzo długą brodą - powiedziałam już też się śmiejąc. Gdy złapałam oddech, dodałam: - No tak, to jest możliwe, że pan nie słyszał, bo pan jest młodym ginekologiem, z epoki ultrasonografiii... i w razie jakby co, może pan użyć USG.

 

 

(obrazek z Internetu)

 

 

 

    Gdy zadowolona z dobrych wyników badań ginekologicznych wróciłam do domu, co rusz parskałam śmiechem. Nie, nie z tego starego dowcipu, ale z miny doktora, i jego pociesznego rechotu.

 

 

---------------------------------------------------------------------------------------------------

* Ne, nikdy jsem neslyšel - (jęz. czeski) Nie, nigdy nie słyszałem

 

 



komentarze (39) | zaloguj się, aby dodać komentarz

W POSZUKIWANIU PRZEDWIOŚNIA

sobota, 19 lutego 2011 14:32

 

 

 

W poszukiwaniu

przedwiośnia

 

 

 

Pobiegłam dziś do lasu by sprawdzić naocznie,

czy już się aby zbliża wytęsknione przedwiośnie.

Kocham tę porę roku... wyczekuję jej rokrocznie,

kiedy nadchodzi, ogarnia mnie radość aż serce rośnie!

 

 

***

 

 

 

Moje obrazowo-wierszowane impresje

z poszukiwania przedwiośnia

 

 

 

 

 

 

Na leśnych dróżkach już wielkie roztopy,

i z wszystkich drzew śnieżne zniknęły czopy.

Dróżki choć śliskie, maszerowałam uparcie...

pobliskie drzewach dawały mi oparcie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ze śliskiej dróżki, weszłam w leśną głębinę,

a tam śniegu ani śladu, ależ miałam minę...

Zdziwioną bardzo, ale i radosną,

bo las zawsze tak wygląda - tuż przed wiosną!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Drzewa niesamowite kompozycje utworzyły,

niektóre wyglądały jakby wręcz ożyły.

Nie mogłam wyjść z podziwu, patrząc na te dzieła...

A nostalgia za wiosną jeszcze większa mnie wzięła.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zaglądnęłam po drodze i do ptasiej budki...

Ptaszków w niej nie było, tylko dwa leśne ludki.

Udały, że mnie nie widzą, to i ja udałam,

i dalej równym krokiem - pomaszerowałam.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W środku lasu wdrapałam się na ambonę,

ale że mgła spuściła akurat zasłonę,

toteż niewiele z niej zobaczyłam...

Nie czekając aż opadnie, dalej w drogę ruszyłam.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nagle poczułam narastające pragnienie...

a po mojej herbatce zostało tylko wspomnienie.

Pobiegłam więc do źródełka ze skał wytryskującego

i napełniłam sobie brzuszek - aż do pełnego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przechodził pan leśniczy i pstryknął mi fotkę...

potem porozmawialiśmy sobie troszkę.

Spytałam go, czy zima się już kończy,

a on ze śmiechem rzekł, że wiosna już pędzi na koniu rączym.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zmęczona już nieco poszłam przez polanę...

to droga na skróty... do domu szybciej się dostanę.

Po drodze podziwiałam zgrabne kretowiska,

i nabierałam nadziei, iż pora przedwiośnia - już bliska.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Schodząc z polany, wkurzyłam się równo,

gdyż o mały włos, a wlazłabym w gówno...

Hihihi...! albo jak kto woli: - wkurzyłam się równo,

że szukałam przedwiośnia, a znalazłam... gówno.

 

 

***

 

 

Przedwiośnie

 

 

 

Gdy do domu wróciłam uwierzyć wprost nie mogłam,

 że po lesie przedwiośnia uparcie szukałam, 

i takie sobie urządzałam za nim biegi,

a tu nagle - w moim ogrodzie - widzę przebiśniegi.

 

 

  

  

A przecież to właśnie te kwiatuszki białe,

takie radosne, piękne - choć bardzo małe,

są niezaprzeczalną oznaką przedwiośnia...

I to jest najprawdziwsza prawda... żadna przenośnia!

 

 

 

 

 

 

PS

(z dnia 21.02.2011.)

 

 

 

 

 


A dziś ulicę odśnieżam równo...

widocznie nie na darmo wlazłam w to owcze gówno.:-D

Ale co tam... wiosenka tuż-tuż!

Skoro w mym ogródku przebiśniegi kwitną już.

 

 

 

 

 

 

 

 

Pobiegam w tym śniegu do lasu i dziś...

To nic, że wyglądałam jak biały miś.

Musiałam przecież sprawdzić, czy nie zamarzł potoczek...

Huuurrraaa... nie zamarzł!!

A to oznacza, że przedwiośnie się nie wstydzi i nie spuszcza oczek.

 

 

 

***

 

 

  Każdego roku pod koniec lutego sprawdzam ten oto potoczek. Jeśli jest zamarznięty, znaczy, że zima jeszcze potrzyma. Jeśli zaś płynie wartkim nurtem, oznacza niezbicie, iż wiosna tuż-tuż.

 Jestem pewna, że moje kolejne fotograficzne impresje zawierać  już będą  obrazki w barwach  wiosennych. 

 

 



komentarze (35) | zaloguj się, aby dodać komentarz

KIEDY DZIECKU UMIERA ZWIERZĄTKO

wtorek, 15 lutego 2011 19:26

 

 

Kiedy dziecku umiera zwierzątko


 

 

    Kiedy dziecku umiera ukochane zwierzątko, ogarnia je czarna rozpacz. Śmierć ukochanego zwierzątka jest bowiem dla niego bardzo, ale to bardzo smutnym wydarzeniem. Nic w tym dziwnego, wszak dziecko traktuje swoje zwierzątko jak przyjaciela, jak członka rodziny. I my, dorośli, nie możemy rozpaczy jego bagatelizować. Mówić mu, że nie powinno się smucić, bo to tylko zwierzę.

    W zeszłą niedzielę miałam okazję doświadczyć, jak bardzo dziecko potrafi cierpieć z powodu utraty swojego ukochanego zwierzątka-przyjaciela, bowiem mojej Wnuczce umarła świnka morska.

    Wnuczka kocha jazdę na nartach (<kliknij), i cały dzień była z rodzicami i z młodszym braciszkiem w Alpach Austryjackich na nartach. Kiedy wrócili do domu, rodzeństwo od razu pobiegło do pokoju swoich dwóch świnek by je nakarmić i pobawić się z nimi. Niestety, okazało się, że świnka Wnuczki, Lucy, leży i się nie rusza, zaś świnka Wnuczka, Mercy, w bezruchu stoi nad nią. Moje kochane Wnuczęta wpadły w rozpacz i zaczęły płakać.

    Kiedy moja Córka usłyszała głośny, przejmujący płacz, dochodzący z pokoju świnek, przerażona, w momencie zbiegła na dół. Widząc, co się stało, sama się rozpłakała. Bo też moja Córka bardzo lubiła te świnki i zawsze o nie dbała.

    Po chwili moja Wnuczka z płaczem zadzwoniła do mnie.

    - Babciu, moja świnka nie żyje!

    - Och, jakie to smutne! - zawołałam do słuchawki przerażona jej płaczem. -  Biedna....  No ale cóż mamy zrobić, moja kochana?! Tak już w życiu jest, że wszystkie żywe istoty muszą kiedyś odejść do innego wymiaru... Ale wiesz co, one tylko ciałem odchodzą, bo tak po prawdzie, żyją nadal... Żyją tak długo, jak długo będziemy o nich pamiętać... i pamięć o nich w serduszku nosić.

    Po krótkiej rozmowie udało mi się Wnuczkę uspokoić. Opowiedziałam jej wtedy jeszcze o moich zwierzątkach z dzieciństwa, a także o zwierzątkach jej Mamy z dzieciństwa. Na jej prośbę, obiecałam jej też, że napiszę coś o świnkach na swoim blogu.

 

    Bardzo mi było żal Wnuczki. Wnuczka zresztą też. Tak samo był smutny. Jak to dobrze, że, wiedziona przeczuciem, kupiłam im pod choinką pluszowe świnki morskie o takim samym futerku co ma Lucy i Mercy. Od tej pory śpią z nimi. Oczywiście każdy ze swoją. Teraz te przytulanki jeszcze bardziej będą im potrzebne.

    Natomiast te dwie żywe świnki morskie, moja Córka kupiła swoim dzieciaczkom już ponad 2 lata temu. W jednym z wolnych pokoi urządziła świnkom istny raj. Dwie duże klatki połączyła ze sobą, i w jednej zrobiła im jadalnię i sypialnię, a w drugiej wybieg, z różnymi przyrządami do zabawy. Pokój oczywiście przystroiła różnymi obrazami, kwiatami, a naprzeciw klatek urządziła kącik dla dzieci, ze stolikiem i fotelami włącznie.

    Wszyscy bardzo lubiliśmy te świnki. Często tam siadałam w fotelu i przyglądałam się ich harcom. Świnka Wnuczki, była bardziej ruchliwa i widać było, że podporządkowała sobie świnkę Wnuczka. Hihihi...! podobnie jest i u moich Wnuczków.

    W okresie lata, czasami i zimy, kiedy wyjeżdżali całą rodzinką na urlop, codziennie jeździłam świnki karmić. Rybki akwariowe także. Lubiłam to zajęcie. W lecie świnki były zawsze na dworze, w ogrodzie. Córka kupiła im specjalnie taką drewnianą, dwuczęściową budkę, jak dla królików, tyle, że nieco mniejszą. Pamiętam, że jak tylko wchodziłam na podwórko, to te kochane świntuszki wydawały z siebie takie pocieszne piski. Nie widząc mnie jeszcze, już mnie wyczuwały.

 

    Kiedy uspokoiłam Wnuczkę, porozmawiałam jeszcze z Córką. Wreszcie ustaliłyśmy, że pochowamy świnkę w ogrodzie, obok złotej rybki, która zmarła rok temu. Wnuczka, słysząc to, znów buchnęła płaczem. Po chwili się jednak uspokoiła i przystała na to. Na drugi zaś dzień, poprosiła Mamę smutnym głosem, aby kupiła jej nową świnkę morską. Powiedziała, że o Lucy nigdy nie zapomni, bo bardzo ją kochała, ale teraz, kiedy jej nie ma, martwi się bardzo o Mercy, że jak będzie sama, to ze smutku też może umrzeć. Córka oczywiście chciała natychmiast spełnić jej prośbę, byleby już tak nie cierpiała. Po lekcjach w trójkę objeździli wszystkie sklepy zoologiczne, a świnki morskie jakby wcięło, w żadnym sklepie świnek nie było. W końcu w oddalonym o 50 km mieście, udało im się świnkę kupić. Taką malutką... za to dwa razy droższą.

 

 

Na zdięciu moja Wnuczka ze świnką braciszka, Mercy, oraz jej koleżanka z jej świnką Lucy

 

  

 

Mam tylko takie fikuśne zdjątko z obiema świnkami...

 moja Wnuczka nawet nie wie, że je mam. Będzie miała niespodziankę.

 

 

Świnka Mercy w swojej sypialni

 

Taka samotna i taka smutna...

 

 

    Z mojego dzieciństwa pamiętam, jaka sama zrozpaczona byłam, kiedy mój piesek zginął pod kołami pędzącego ulicą samochodu. Miałam wtedy jakieś 6, 7 latek. Niosłam go z płaczem do domu, nie bacząc nawet, że całe moje białe rajtuzki były brudne od jego krwi... i kupy. A muszę w tym miejscu dodać, że już wtedy straszliwą pedantką byłam. Moja Mama zawsze mówiła, że kiedy tylko zdarzyło mi się wybrudzić, zaraz biegłam się przebrać. Tym razem, z rozpaczy, nie w głowie mi były moje białe rajtuzki. Tak bardzo kochałam mojego pieska Mikusia. I tak strasznie żal mi go było. Pochowałam go w ogrodzie. Zrobiłam mu piękny grób, posadziłam stokrotki, i nawet malutką figurkę aniołka na grobie mu postawiłam. Codziennie biegałam się tam modlić. To było dla mnie straszne przeżycie... Musiało nim być, skoro to wszystko tak dokładnie pamiętam do dziś. 

 

    Obiecałam też Wnuczce przeczytać jej raz jeszcze moją bajeczkę o świnkach, którą napisałam kilka lat temu, a do której ona później, jako 6-latka (wtedy), zrobiła ilustrację. Wprawdzie bohaterkami mojej bajki nie są świnki morskie, a świnki z kosmosu, ale zawsze to świnki.

    Jeśliby ktoś miał ochotę bajkę tę swoim dzieciom lub wnuczkom poczytać, zamieszczam do niej link. Oto i on: „Przygoda świnek nie z tej planety”  (<kliknij).

 

 

 

A to ilustracja mojej Wnuczki do tej bajki

Hihihi...! widać, że świnki są z kosmosu... antenki mają na uszach, jak się patrzy

 

 

  

 

 

Proszę Państwa, oto APO-Lineus i APO-Lonia oraz pani Puchaczowa we własnej osobie!

 



komentarze (34) | zaloguj się, aby dodać komentarz

HEJ, NA NARTY!

wtorek, 15 lutego 2011 12:52

 

 

Hej, na narty!

 

 

Piękna pogoda jest dziś na dworze.

Trudno więc nie być w dobrym humorze,

Śniegiem prószyło przez całą noc...

Białego puchu na dworze moc.

 

Hej, na narty... hejże-ha!

Póki piękna pogoda trwa!

 

  

 

Kto kocha zimę, ten już wie,

Co dziś będzie robił... i gdzie.

I my kochamy zimowe uroki,

Zwłaszcza narciarskie, bielusieńkie stoki.

 

Szus na nartach... hejże-ha!

Póki piękna pogoda trwa!


 

 



komentarze (0) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 29 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  806 610  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28      

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Halina Krüsch Czopowik

Facebook i Google

Wszystkie teksty oraz zdjęcia tutaj opublikowane są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie. (Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dn. 4.02.1994 r., nr 24, poz. 83). Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję, jak ktoś o nią prosi. 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tu także swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 806610
Wpisy
  • liczba: 738
  • komentarze: 10335
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 2897 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to