Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 255 058 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


ŚWIĘTA, ŚWIĘTA... I PO ŚWIĘTACH

poniedziałek, 27 grudnia 2010 16:38

 

 

 

Święta, święta...

i po świętach

 

 

 

    A jak minęły te najpiękniejsze rodzinne święta w roku? Ano bardzo różnie. Jak zwykle. Poszperałam nieco w Internecie, aby się dowiedzieć - jak różnie. No i przyznam szczerze, uczucia mam mieszane. Bo też najpierw weszło mi się na komunikaty policyjne, a te meldują, jaki jest bilans wypadków drogowych. A jest, wg mnie, niezbyt ciekawy. W okresie świąt doszło do 125 wypadków na polskich drogach, w których zginęło 10 osób, a 176 zostało rannych. I chociaż funkcjonariusze uważają, że Wigilia oraz świąteczny weekend upłynęły pod znakiem bezpiecznej jazdy, i że to najbezpieczniejsze święta od lat, to przecież każda śmierć na drodze jest ogromną tragedią dla bliskich. Bilans pożarów też nie jest zbyt pocieszający. Doszło do 509 pożarów, w których zginęło 11 osób. Kolejne zaś 8 osób zamarzło.

    Podsumowując okres świąt, policjanci twierdzą też, że tym razem było o wiele mniej bezmyślnych śmiałków, którzy zdecydowali się siadać za kółkiem po pijanemu. W Wigilię i dwa dni świąt zatrzymano 589 kierowców na podwójnym gazie. No nie wiem... i czym tu się chwalić? Przecież ta liczba jest porażająca! Tego akurat pojąć nie mogę, jak to możliwe, żeby aż tyle osób na podwójnym gazie jeździło? Zwłaszcza teraz, kiedy na drogach są tak ciężkie warunki, do tego wzmożone kontrole policji. Co za ludzie, a ci i tak siadają za kierownicę. Nic, tylko zupełny brak odpowiedzialności i wewnętrznej dyscypliny... Po prostu głupota!

    Na różnych forach internauci narzekają na masę nietrafionych prezentów, na przejedzenie, na niestrawności, na kłótnie rodzinne przy stole wigilijnym i świątecznym, zwłaszcza na tle politycznym. Można by tak wyliczać, i wyliczać, co też złego ludziom się w te święta przytrafiło... ale mam dość! Rany, to po co te święta właściwie są? Czy z wiarą mają coś wspólnego? U niektórych z pewnością tak. Ale czy jest jeszcze wielu takich prawdziwie, zgodnie z zasadami wiary świętujących? To jest pytanie.

    Zastanawia mnie fakt, że tak wiele osób pisze jak bardzo świąt nie lubi, i narzeka, że co roku tylko się męczy z rodziną przy stole świątecznym, bo wszyscy się o byle co kłócą i boczą na siebie. No to przepraszam, ale ja czegoś tu nie rozumiem... Skoro człowiek już z góry wie, że będzie się męczyć, to powinien unikać takich męczących sytuacji. OK., raz, dwa razy - dla wyższych celów - może się pomęczyć... Ale co roku? No jak to tak? Czy nie lepiej, aby taki męczący się człowiek sam sobie zorganizował święta i je przeżył po swojemu? Co, brak odwagi? Bo co ludzie powiedzą?

    Wychodzi na to, że Polacy jednak bardzo lubią się męczyć... Męczyć się i narzekać. Narzekać... i dalej się męczyć. Pewnie to już taka cecha narodowa Polaków.

   Ja jednak myślę, że aż tak źle nie było, że wielu Polaków miło spędziło święta. Co do policyjnego bilansu, to nie ma zmiłuj! Trzeba się z nim pogodzić! Statystyki też się nie zmieni. Ale co do opisów internatów, można by mieć zastrzeżenia. To znaczy, nie można na podstawie ich opisów generalizować i stwierdzać, iż we wszystkich rodzinach święta były be. Na forach internetowych piszą w większości takie osoby, które z natury lubią krytykować i ciurkiem narzekać. Ci, co są pogodni, pozytywnie nastawieni do życia, dalecy są od narzekania. Rzadziej też piszą. Na pisanie pewnie szkoda im czasu. A jak, lepiej każdą chwilkę pięknie przeżywać!

    Koniecznie muszę w tym miejscu wspomnieć też o czymś, co w okresie świąt bardzo poruszyło moje serce. Chodzi mi o polską akcję ”Szlachetna paczka”. To bardzo chwalebne, i pocieszające, że tyle osób wzięło udział w tej jakże szlachetnej akcji. Widać, że Polaków stać na empatię i chętnie pomagają innym w potrzebie. Chylę czoła przed takimi Polakami! Widząc radość i łzy wzruszenia u obdarowanych ludzi, zwłaszcza dzieci, serce rośnie.

    Pewnie komuś może się to wydawać dziwne, że ja choć tyle już lat żyję na Obczyźnie, to tylko do świąt w Polsce się odnoszę. Dla mnie to nic dziwnego. Bo ja Polską żyję... i tak jakby w Polsce. U mnie w domu wszystko jest po polsku. Codziennie słucham polskiego radia, a telewizję, to tylko polską oglądam. Po polsku też obchodzę z dziećmi wszystkie święta. Mimo, iż mamy obecnie i Niemkę i Francuza w rodzince. No, może obchodzimy je też i nieco po naszemu - "zmodernizowane". Jesteśmy ludźmi bardzo aktywnymi, kochamy ruch na świeżym powietrzu, dlatego zanim zasiądziemy do stołu świątecznego, idziemy w las na długi spacer, albo na narty w góry. I to bez względu na pogodę. A potem już świętujemy tak jak w Polsce. Z dzieleniem się opłatkiem w wigilię włącznie. Tutaj w Niemczech opłatka nie uświadczysz, ale ja opłatek zawsze mam. Moja Mama już o to dba, i co roku przed Bożym Narodzeniem mi przysyła.

    Muszę przyznać, że u nas jeszcze nigdy nie doszło do jakiś niesnasek przy świątecznym stole. Zaryzykuję stwierdzenie, że dlatego tak jest, bo u nas nie pije się alkoholu. Jak już, to czasami symboliczną lampkę wina do posiłku.

Tak, święta Bożego Narodzenia miałam udane. Do tego, od niepamiętnych lat, w białym puchu... No to jak tu nie być zadowolonym ze świąt? Ale co tam:

 

 

Święta, Święta… i po Świętach,
 Mało kto już o nich pamięta...
Wszak Sylwester już za pasem,
Każdy zdążyć chce przed czasem.  

 

Wspaniałej Sylwestrowej Nocy,

Życzę więc Wszystkim z całej mocy...
Bajecznej zabawy do białego rana,   
Skocznej muzyki, pysznego szampana!

 

 

***

 

 

Jeszcze tylko parę nocek...

a Nowy Roczek postawi pierwszy kroczek.

Jeszcze tylko parę nocek...

a pełni nadziei w 2011 wkroczymy roczek.

 

 

 

 I obyśmy wkroczyli szczęśliwie! Tego życzę wszystkim moim blogowym Przyjaciołom oraz bezimiennym Czytelnikom... a i sobie przy okazji.

Pozdrawiam przedsylwestrowo... i znikam szykować się do Sylwestra! Halszka

 

 

 



komentarze (23) | zaloguj się, aby dodać komentarz

MOJE DLA WAS ŻYCZENIA

środa, 22 grudnia 2010 9:59

 

 

 

Moje dla Was

życzenia

 

 

 

 

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia,

Przesyłam Wam moje najszczersze życzenia:

Wiele prezentów, uśmiechów wkoło...

By było miło, serdecznie, wesoło!


 

 

 

A kiedy Rok Nowy stanie u progu,

Z jego nadejściem - polecam Was Bogu.

Niech Wam nie szczędzi zdrowia, pomyślności

I całorocznej z życia radości…

 


 

 

 

 

Wszystkim moim blogowym Przyjaciołom i Czytelnikom dedykuję moją ulubioną piosenkę (<kliknij) z tamtych lat, która w tak cudownym czasie świętowania w gronie rodzinnym, nigdy nie traci na aktualności,

oraz tę oto przepiękną kolędę (<kliknij). Buziaczki!   Halszka@)-->-->--

 



komentarze (10) | zaloguj się, aby dodać komentarz

NIE DLA MNIE SZAŁ PRZEDŚWIATECZNY

niedziela, 19 grudnia 2010 14:32

 

 

 

Nie dla mnie

szał przedświąteczny...

 

 

 

 

    Niech szaleją ci, których to bawi. Mnie nigdy nie bawiło. Od dziecka pamiętam, jakie to szaleństwo było w domu, zanim zasiedliśmy do stołu wigilijnego. Rany, te porządki, te zakupy, to gotowanie, to pieczenie... etc. Wszyscy byliśmy tak wykończeni, że już nawet strojenie choinki nie sprawiało nam aż tak wielkiej radości. Teraz rozumiem, to były inne czasy. Ciężkie. O wszystko trzeba było walczyć. Zdobywać. Później, kiedy już sama miałam rodzinkę i własne dzieci, niestety nadal musiałam w tym szale przedświątecznym uczestniczyć. A wiadomo, jak było w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Nagie haki. Nagie półki. Wściekłe ekspedientki. Szarobura, komunistyczna rzeczywistość za oknem. Ale teraz, kiedy wszystko jest, i to przez cały rok na okrągło, to już nie rozumiem, dlaczego ludzie tak szaleją przed świętami. Ta cała bieganina. Szał zakupów, porządków. Wszyscy wykończeni, nerwowi. Czy tak się powinno przygotowywać do świąt? Komu i do czego potrzebna jest taka wykańczalnia? Dla tradycji?

    Tu, w Niemczech, odczuwa się gorączkę przedświąteczną, i owszem. Ale tylko gorączkę, żaden tam szał. Widać w sklepach zwiększoną ilość klientów i pełniejsze wózki z zakupami, ale to przecież normalne, trzeba się zaopatrzyć w świeże artykuły na kilka dni świątecznych, a i prezenty kupić. Oczywiście jeśli się ktoś wcześniej o nie nie postarał. 

    Od samego początku, od kiedy mieszkam w Niemczech, zauważyłam, że ludzie tutaj bardzo dbają o tradycje Świąt Bożego Narodzenia. Na pewno inaczej, niż w Polsce, ale jednak dbają. No cóż, Niemcy od wielu lat zamieszkują ludzie różnej nacji, różnej religii, i każda z tej nacji święta obchodzi po swojemu. Jednak wszędzie, w każdej miejscowości, władze, poprzez organizowanie różnych imprez świątecznych, dbają o to, aby Święta Bożego Narodzenia integrowały ludzi, nie dzieliły.

    Obecnie, Święta Bożego Narodzenia przeżywam z rodzinką zupełnie spokojnie... miło i radośnie. Nie ma już u nas przedświątecznych szaleństw. Przez to też nigdy nie jesteśmy wykończeni w okresie świąt. Po prostu świętujemy. Jasne, że wcześniej przygotowujemy się do świąt, ale na spokojnie. Prezenty pod choinkę kupujemy dużo wcześniej, przy okazji innych zakupów. Porządki? A i owszem robimy... na bieżąco. Nie ma więc u nas szaleństwa „generalnych porządków przedświątecznych”. Bo i po co, skoro dbamy o porządek i utrzymujemy go na co dzień? W końcu, to mieszkanie powinno nam służyć, a nie my mieszkaniu. Żeby tak latać na okrągło ze ścierą i pucować je...? Eee, to nie dla mnie. Szkoda czasu! Lepiej w tym czasie coś dla ducha zrobić, coś, co wprawi człowieka w lepszy nastrój. Życie mamy, jakby nie patrzeć, tylko jedno!

 

    O, ruszmy na przykład na wędrówkę, albo na spacer. Zima, to wspaniały czas na takie wyjścia z domu. Zapewniam, wraca się do domu jakby się było nowo narodzonym. A ile się ma potem energii i chęci do życia! Ha, korzyść ogromna!... I to nie tylko dla nas samych, ale i dla naszych domowników. Bo też  dzięki temu, że się sami lepiej czujemy, stajemy się lepsi i cierpliwsi dla innych.

 

 

 

 

 

Parę razy w tygodniu wybywam z domu do lasu, to wiem, jak to działa


 

 

To moja dzisiejsza ścieżka

 

 

 

 

 


 

Spokojnych i miłych dni przedświątecznych życzę Wszystkim moim blokowym Przyjaciołom oraz Czytelnikom!

 

 

 

 



Pozdrawiam cieplutko... mimo siarczystej zimy za oknem... oraz tą oto piosenką   (<kliknij), pragnę wprowadzić Was w miły, przedświąteczny nastrój! Buziaczki!  Halszka@)-->-->--

 




komentarze (24) | zaloguj się, aby dodać komentarz

JADĘ ZA GRANICĘ, ALE WRÓCĘ... Z ZAGRANICY

środa, 15 grudnia 2010 19:28

 

 

 

Jadę za granicę,

ale wrócę... z zagranicy

 

 

 

 

    Brzmi to trochę jak masło maślane, ale, skoro „zagranica” wg słownika, to „obce kraje”, i słowa tego nie można mylić z wyrażeniami  za granicą - „w obcym kraju” i za granicę - „do obcego kraju”, to jakby nie patrzeć, jedzie się za granicę, ale wraca się z zagranicy... Hihihi...! albo i nie, jak w moim przypadku. Bo ja wyjechałam za granicę, ale już z zagranicy nie wróciłam... Ale ja nie o tym chciałam. Nie będę tutaj opisywać, dlaczego tak się stało, bo opasłe tomisko wyszłoby z tego mojego opisywania.

    Wracam więc do tematu wpisu. Otóż od kiedy mieszkam na Obczyźnie, czyli za granicą, nigdy nie miałam z tym problemu, kiedy pisać „zagranicą”, a kiedy „za granicą”. Byłam pewna, iż piszę poprawnie. Ale kiedy czytałam ostatnio w Internecie wypowiedzi różnych internautów na temat wyjazdów zagranicznych, pewność straciłam. Zauważyłam, że wielu internautów ma z tym problem... i też nie bardzo wie, na czym polega różnica w pisowni takich zwrotów jak: Jechać za granicę; Przebywać za granicą; albo: Wrócić z zagranicy. Piszą tak różnie, że na moment zwątpiłam, czy aby ja sama piszę poprawnie. W końcu tyle lat nie ma mnie w Polsce, a w przeciągu tego czasu, mogło się przecież w pisowni coś zmienić. Polonistką z wykształcenia nie jestem... Ale w stanie niepewności - co do poprawnej pisowni - też nie lubię trwać. By się upewnić, skorzystałam z dobrobytu Internetu i poszperałam w „Słowniku wyrazów kłopotliwych” Mirosława Bańko. No i upewniłam się. Nic się nie zmieniło. Pisownia łączna i rozłączna tych zwrotów pozostaje bez zmian. Uspokoiło mnie to. Bo też w moim akurat przypadku, zwrotów tych często muszę używać. Z zagranicą związana jestem przecież od wielu lat. A lubię wiedzieć, czy w pisowni nie popełniam błędów logiczno-językowych. Chociaż nie powiem, że nie zdarza mi się błędów popełniać. Bo zdarza się. Mam tylko nadzieję, że nie za często.    

 

 

    OK, koniec z gramatyką, bo chciałam jeszcze nawiązać do podróży zagranicznych... skoro aż tyle naczytałam się o nich w Internecie. Właściwie to chciałam wyrazić swój podziw dla Polaków, że tak hurmem jeżdżą na wczasy i  wycieczki zagraniczne. Podziw, ale też i zrozumienie. Przez tyle lat nie bardzo było to możliwe, to teraz, wielu Polaków chce nadrobić tamte stracone lata... i jeździ, i lata - po całym świecie. Pewnie też dlatego, iż wczasy krajowe często są droższe niż zagraniczne. A tego akurat nie umiem zrozumieć. Dziwne to bardzo!

    Tutaj z kolei, w Niemczech, w ostatnich latach zarysowuje się spadek liczebności osób wyjeżdżających na wczasy zagraniczne. Dlaczego? Ano dlatego, że ludzie obawiają się terrorystów islamskich. W Polsce pewnie nie odczuwa się aż tak zagrożenia z ich strony, ale tutaj, na Zachodzie, odczuwa się ogromne zagrożenie. Zwłaszcza po samobójczych zamachach z 11 września 2001r. w USA, a potem z 11 marca 2004r. w Hiszpanii, i z 7 lipca 2005r. w Wielkiej Brytanii. Na Zachodzie, co wszystkim tutaj jest wiadome, ciągle  przebywają liczne grupy islamskich terrorystów. Tu mieszkają, tu studiują... i tu organizują swoje siatki. Tu też, pewna ich część, po przeszkoleniu w kolebce terroryzmu w Afganistanie, czy Pakistanie, przygotowuje się do zamachów. Głównie samobójczych. Wypowiedzieli cywilizacji zachodniej święta wojnę (dżihad)... i nie ma zmiłuj! Obywatelom Zachodu nie jest łatwo żyć z takim przeświadczeniem.

    Po ostatnich nieudanych akcjach z przesyłkami zawierającymi materiały wybuchowe, terroryści z Al-Kaidy wymyślili szatański plan. Ostrzega brytyjski wywiad. Chcą nafaszerować ładunkami wybuchowymi zabawki wysyłane do domów towarowych w Europie i USA. Bomby miałyby wybuchać w sklepach, zabijając wielu ludzi, w tym dzieci. Potworność!

    Natomiast w ubiegłym roku, Al-Kaida próbowała w Boże Narodzenie dokonać zamachu na amerykański samolot pasażerski. Jej terrorysta miał bombę ukrytą w majtkach. Tylko dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności ładunek nie eksplodował, a terrorystę obezwładnili pasażerowie i załoga samolotu.

    Moja starsza siostra z Polski, też miała niedawno okazję przeżyć chwile grozy związane z terrorystami. Na szczęście nie bezpośrednio a pośrednio. Wracała wraz z mężem samolotem do Polski po 10-dniowej wycieczce po Egipcie. W Niemczech, we Frankfurcie nad Menem, mieli międzylądowanie. Było to jakieś 3 tygodnie temu, kiedy w Niemczech ogłoszony był akurat najwyższy stopień zagrożenia terrorystycznego. Jak mi opowiadała, na lotnisku we Frankfurcie pracownicy służby lotniska okropnie ich przetrzepali. Z dokładnością do - bielizny. Była bardzo zbulwersowana, bo nie dość, że wracała do domu z niezbyt miłymi doznaniami po pobycie w Egipcie, gdzie przez wielu muzułmańskich tubylców byli bardzo źle traktowani, to jeszcze taka nieprzyjemna sytuacja spotkała ich w cywilizowanym kraju. Mówiła, że wyleczyła się z wycieczek zagranicznych na bardzo długo.

 

    Tak, terroryzm, zwłaszcza islamski, skutecznie utrudnia nam życie. Podróżowanie po świecie przede wszystkim. Mimo to, nie możemy dać się zwariować... Choć przyznać trzeba, że podróżowanie po świecie nie sprawia już aż tak wielkiej przyjemności co kiedyś. No bo jakże może sprawiać, skoro człowiek z duszą na ramieniu musi wsiadać do samolotu, wpatrywać się w twarze współpodróżnych, i z lękiem obserwować ich zachowania?

 

 



komentarze (19) | zaloguj się, aby dodać komentarz

NIEGDYSIEJSZA PODRÓŻ DO NIEGDYSIEJSZEGO WIELKIEGO BRATA

niedziela, 12 grudnia 2010 10:58

 

 

 

Niegdysiejsza podróż

do niegdysiejszego

Wielkiego Brata

 

Z cyklu: - „Świat oczami dziecka”

  (fragment z mojej autobiografii)

 

 

 

 

    Często wspominam tę podróż z mojego dzieciństwa, bo też była to moja pierwsza podróż za granicę. Ha, ale nie byle jaką zagranicę, bo do ZSRR, a dokładniej, na Ukrainę. Pojechałam tam z rodzicami i starszą siostrzyczką oraz z braciszkiem w maminym brzuszku.

    Pamiętam, że rodzice bardzo długo starali się o wizę na wyjazd. Koniecznie chcieli nam pokazać swoje strony z lat dzieciństwa i młodości oraz swój majątek, jaki tam zostawili... Eee tam, zostawili, Sowieci im wszystko zabrali i z kartą majątkową wyrzucili na Ziemie Odzyskane. W końcu udało im się wizę pozyskać, ale tylko dlatego, że ze Zbaraża otrzymali depeszę o treści: - „Ojciec umierający. Przyjeżdżajcie natychmiast”. Depeszę tę przysłała ojca starsza siostra, która jako jedyna z jego rodzeństwa pozostała w Zbarażu wraz z ich rodzicami. Depesza pomogła. Dostaliśmy w końcu tę upragnioną wizę... no i pojechaliśmy. Pod koniec sierpnia. Byłam bardzo, ale to bardzo zadowolona z takiego stanu rzeczy. Raz, że czekała mnie tak daleka i długa podróż, a drugi raz, co było jeszcze większym powodem do radości, że we wrześniu nie będzie mnie w domu, a to oznaczało, że szkoła sobie trochę na mnie  poczeka.

 

 

 

Zdjęcie z naszego wspólnego paszportu  

(braciszka niestety nie widać)

 

  

 

 

 

 

A to zdjęcie z ojca paszportu


 

 

 

 

    Pojechaliśmy pociągiem. Przez całą drogę jechaliśmy z duszą na ramieniu, ponieważ nikt z nas wiedzieć nie mógł, ile jest prawdy w tej depeszy. Zaś na granicy, w Przemyślu, mieliśmy dodatkowo straszliwe kłopoty. Służba graniczna chciała nas zawrócić z powrotem do domu. Dlaczego? Ano dlatego, że moja mama sama sobie wymieniała zdjęcie w paszporcie (poprzednie jej się nie podobało), stare odklejając, a nowe, ładniejsze wg niej, przyklejając. Przetrzymywano nas z tego powodu na przejściu granicznym ładnych parę godzin. Sowieccy żołnierze brali już mamę za szpiega. Nerwów zjedliśmy co  niemiara. Mamusi się aż brzuch straszliwie rozbolał. A tam, no, w tym jej brzuchu, wiadomo, był przecież dzidziuś. Tatuś się wtedy wnerwił jeszcze bardziej, a nam trudno było zgadnąć, czy na nierozsądek mamusi, czy też na straż graniczną. Fakt faktem, wnerwił się okrutnie, i zostawiając nas same, zniknął na długą chwilę. A po tej właśnie długiej, pełnej niepewności i strachu chwili, wraz z jego powrotem, okazało się nagle, że możemy jechać dalej, bo mamusię uratowało zdjęcie w naszym wspólnym paszporcie. O, właśnie to  na którym mamusię w końcu łaskawie rozpoznano, a bezprawną zamianę zdjęcia na dokumencie wielkiej wagi, jakim jest jej osobisty paszport, wybaczono. No i dzięki Bogu, a właściwie tatusiowi, który, jak później wyszło na jaw, wziął sprawę w swoje ręce (i nie tylko ręce), przekroczyliśmy granicę i mogliśmy jechać dalej. Mamusia odetchnęła z ulgą, aż ją dzidziuś przestał boleć... to znaczy brzuszek. Wszyscy odetchnęli z wielką ulgą. Ja też. Dziwiła mnie tylko jedna rzecz, dlaczego tatusiowi zaczął się tak nagle język dziwacznie plątać? Czyżby te negocjacje ze służbą celną tak go zmęczyły? Ale to, oprócz mojego chwilowego zdziwienia, ważne nie było. Ważne było tylko to, że mogliśmy jechać dalej. Jednak zanim ruszyliśmy, znów przyszło mi popaść w stan głębokiego zadziwienia. Tym razem zadziwiali mnie kolejarze, którzy biegali koło wagonów naszego pociągu i coś tam przy nich grzebali, stukali, walili. Wreszcie nie wytrzymałam i spytałam tatusia, o co tym kolejarzom chodzi. Tatuś nie od razu mi odpowiedział, najwyraźniej już usypiał umęczony negocjacjami. Ale kiedy ponowiłam swoje pytanie, prosto do jego ucha, wymamrotał w odpowiedzi, że teraz będziemy jechać szerokimi torami, i kolejarze dopasowują właśnie rozstaw osi pociągu do rozmiarów torów. No coś takiego! A to ci atrakcja! Moje zadziwienie zamieniło się wnet w wielki podziw. Tak wielki, że gdy pociąg wreszcie ruszył, pobiegłam do ostatniego wagonu by przez oszklone drzwi lepiej widzieć te dziwacznie szerokie tory... no i zagraniczne krajobrazy oczywiście.

    Na szerokich torach, dojechaliśmy do Lwowa, we Lwowie mieliśmy przesiadkę do Tarnopola, a w Tarnopolu do Zbaraża. Mimo że podróż trwała grubo ponad dobę, i usłana była wieloma trudnościami, ale też i atrakcjami (no, przynajmniej dla mnie), nie czułam żadnego zmęczenia. Na dworcu w Zbarażu tatuś wziął taksówkę i taksówkarz zawiózł nas do domu dziadka. Ale zanim zawiózł, zdrowo nas nastraszył, bo opowiadał nam po drodze, jak to niektórzy jego rodacy podszywają się za taksówkarzy i polują na gości z Polski. Wywożą ich potem do lasu, gdzie czekają pomagierzy, i tam mordują. Po czym zakopują ich we wcześniej wykopanych dołach i uciekają ze wszystkimi bagażami. O rany, ale byliśmy przestraszeni. Zwłaszcza my, dziewczynki. Dobrze, że nie musieliśmy zbyt długo taksówką jechać, i przez żaden las, bo nie wiem, jak byśmy tę podróż przeżyły. Na szczęście dom rodzinny tatusia mieścił się prawie w centrum Zbaraża. Dojechaliśmy cali i zdrowi.

 

 

 

Rodzice z dziadkiem Janem

 

  

 

To było bardzo wzruszające przywitanie. Łzy wszystkim ciurkiem płynęły. Na szczęście okazało się, że dziadziuś był całkiem zdrowy

 

 

    Dziwnie było w tym Zbarażu. Wszystko było inne niż u nas. Inne domy, inne ulice, ludzie inaczej ubrani. A w ludziach najbardziej zadziwiało mnie to, że wielu z nich miało gębę pełną  złota... to jest, złotych zębów, chciałam powiedzieć. Rany, wyglądali jak jakieś cyborgi. Ale podobali mi się. Codziennie chodziliśmy gdzieś z wizytą. Wszędzie bardzo miło nas przyjmowano.

    Często też chodziliśmy na zbaraski cmentarz, na grób babci. Babcia zmarła parę miesięcy przed naszym przyjazdem. Na jej pogrzebie niestety nie mogliśmy być, gdyż bezduszni urzędnicy z Polski na jej pogrzeb nas nie wypuścili. Dlatego staraliśmy się jak najczęściej być przy grobie babci i palić świece. Ale nie tylko przy grobie babci bywaliśmy. Na zbaraskim cmentarzu leży bardzo dużo członków naszej rodziny. Byliśmy też i na mszy za babci wieczne odpoczywanie. Ale nie w kościele, tylko w cerkwi. Z kościoła polskiego po wojnie Sowieci zrobili jakiś magazyn. Śmiesznie było w tej cerkwi. Wszyscy się żegnali jakoś tak dziwnie, po trzy razy. A ten ich ksiądz, a właściwie pop, był tak śmiesznie ubrany i miał strasznie długą brodę, jak Mikołaj, tyle że czarną. I za nim się pojawił przy jakimś takim czymś, podobnym do ołtarza, to najpierw kilka bram mu otwierano, aby wreszcie mógł stanąć w pełnej okazałości i zawyć potężnym głosem jakąś ukraińską, cerkiewną pieśń. Śmiać mi się chciało okropnie, ale że mnie mamusia co chwilę piorunowała wzrokiem, to też jakoś śmiechem nie buchnęłam. Ale łatwe to wcale nie było, tak się hamować.

    Parę razy też chodziłam z dziadziusiem na cmentarz zbaraski i w innym celu. Otóż chodziliśmy zbierać czerwone owoce dzikiej róży na herbatkę dla niego. Dziadzio mówił, że taka herbatka bardzo dobrze mu robi na zdrowie. Z chęcią więc tam z nim chodziłam, i jak na akord zbierałam to czerwone paskudztwo, bo bardzo chciałam, aby dziadzio jeszcze długo pożył i nas w Polsce odwiedził.

    Byliśmy też na Zamku Zbaraskim. Chcieliśmy zobaczyć gdzie przebywali niektórzy bohaterowie z Trylogii Henryka Sienkiewicza. Ja szczególnie chciałam obejrzeć bramę wjazdową, aby móc sobie wyobrazić, jak Skrzetuski uciekał przez nią po pomoc. Zamek zrobił na mnie ogromne wrażenie. Szkoda tylko, że był bardzo zniszczony. No ale cóż, Polaków w Zbarażu bardzo mało po wojnie pozostało i nie ma komu się tym zająć. Ale słyszałam jak ciocia mówiła do tatusia, że kiedyś mają jednak remont zacząć. Fajnie by było. Zbaraż, to w sumie piękne miasto. Szkoda, że dalej nie należy do Polski.

    W oddalonych o 10 km od Zbaraża - Dobrywodach, w mamusi rodzinnej wsi, też było fajnie. Kiedy tam przyjechaliśmy autobusem, mamusia na początku strasznie się bała, bo od wojny była tam po raz pierwszy. Bała się zwłaszcza spotkania ze swoją najlepszą przyjaciółką z tamtych lat, Marusią. Bo jak się mamusia dowiedziała, Marusia, jako rodowita Ukraina, też należała do banderowców i po wojnie zesłano ją za to na Sybir. Mamusia miała obawy, że Marusia może myśleć, że to ona ją wydała, skoro przed końcem wojny uciekła wraz z rodziną z Dobrowód do Zbaraża. No i jak szliśmy przez wieś, cały czas nas nerwowo upominała byśmy mówili szeptem, bo gdy nas ktoś usłyszy, że mówimy po polsku, to może nam krzywdę zrobić. Tatuś się śmiał z jej lęku i uspokajał, że nikomu nie pozwoli nas skrzywdzić. Po chwili i tak się okazało, iż to, czy mówimy głośno czy nie, nie jest już ważne, ponieważ cała chmara dzieciaków leciała za nami, rozpoznając w nas cudzoziemców. I to tylko po ubiorze. Tak że kiedy doszliśmy do mamusi ulicy i jej byłego domu, z chmarą rozhukanych dzieciaków za plecami, lęk mamusi okazał się być zupełnie zbyteczny, gdyż Marusia czekała już na nas przy domu. Widać, że na wsi wieści szybko się rozchodzą. Spotkanie dawnych przyjaciółek było bardzo miłe i wzruszające. Obie rzuciły się sobie w ramiona i długo płakały cichutko. A potem to już było miłe przyjęcie u Marusi w domu. A jeszcze potem, zwiedzaliśmy mamusi dom rodzinny i zabudowania gospodarcze, a nawet ich ogromne kamieniołomy, z których, jak mówiła Marusia, połowę Tarnopola po wojnie wybudowano. Spodobało mi się w tych kamieniołomach bardzo. Byłoby gdzie poszaleć. Oj, byłoby! No ale cóż, czas szybko zleciał i trzeba nam było wracać do Zbaraża. A po kilku też dniach, przyszła pora i na powrót do domu. Wszak było już po połowie września. Rok szkolny już dawno się zaczął.

    Do domu wracaliśmy też z duszą na ramieniu, gdyż do Zbaraża przyszedł telegram, iż tym razem dziadzio Wojtek (mamy ojciec) jest bardzo chory. Ten telegram akurat, niestety, okazał się zawierać prawdziwą treść. Kiedy wróciliśmy, dziadzio następnego dnia zmarł. Rozpacz była straszna, bo dziadziuś Wojtek wcale nie był jeszcze taki stary. Miał zaledwie 74 lata. No ale cóż było zrobić? Siła wyższa.

    Natomiast dziadek Jan jeszcze dwa razy odwiedzał nas w Polsce. Żył 94 lata.

 

 

Oto zdjątko z pierwszej wizyty dziadka Jana

 

  

 

Sumiaste ma dziadziuś wąsiska, nieprawdaż? Tuptałam za dziadziusiem krok w krok, tak bardzo mi się podobał

 

 



komentarze (25) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 29 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  806 520  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Halina Krüsch Czopowik

Facebook i Google

Wszystkie teksty oraz zdjęcia tutaj opublikowane są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie. (Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dn. 4.02.1994 r., nr 24, poz. 83). Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję, jak ktoś o nią prosi. 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tu także swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 806520
Wpisy
  • liczba: 738
  • komentarze: 10335
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 2897 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to