Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 896 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Życzenia sylwestrowe

poniedziałek, 28 grudnia 2009 12:27



Życzenia
Sylwestrowe





Święta, Święta... i po Świętach,
Nikt już o nich nie pamięta,
Wszak Sylwester już za pasem,
Każdy zdążyć chce przed czasem.

Nie mogąc być z Wami w Noworoczną Noc,
Ślę już Wam dzisiaj życzeń całą moc...
Bajecznej zabawy do białego rana,  
Skocznej muzyki, pysznego szampana!

 

*************************************

 


Z pewnością to nie całkiem prawda, co napisałam w powyższym wierszyku, że nikt z nas już o Świętach nie pamięta, bo wielu z nas pamięta. I długo pamiętać będzie. Ja, na ten przykład, szczególnie będę pamiętać. Dlaczego? Ano dlatego, że moja 7-mio letnia Wnusia specjalnie na okazję Wigilijnego Wieczoru, po raz pierwszy sama napisała opowiadanie o narodzinach Dzieciątka Jezus i sama też zrobiła do niego ilustracje. Kiedy nam wszystkim, zgromadzonym przy stole wigilijnym je odczytała, łzy wzruszenia popłynęły nam po policzkach.

 

                    


Moja Wnusia uwielbia malować. Talent malarski odziedziczyła po swojej Mamie, a mojej Córci. Czyżby też i uwielbienie do pismaczenia w Niej się odezwało? Ależ bym była dumna... Podwójnie!

 

 

 



komentarze (14) | zaloguj się, aby dodać komentarz

TEKSTY EPISTOLARNE: Marynia do Nastki; Nastka do Maryni

środa, 23 grudnia 2009 21:35
 
Jeśli kogoś z Was, moi Drodzy, interesują tego typu teksty i miałby ochotę zapoznać się z poprzednimi listami Nastki i Maryni, wystarczy kliknąć o właśnie tutaj > Wykaz opublikowanych tekstów, i tam pod poz. XVI "Teksty epistolarne" klikać w poprzednie listy przyjaciółek, które również zalinkowane.
Listy
przyjaciółek
 
 
@)-->-->--
 
Maryni & Nastki

 

                            

 

Witaj, Nastusiu Kochana!

 

Już Cię nawet przepraszać nie będę za moje długie milczenie, bo znając Ciebie, wiem, że mnie zrozumiesz, i że mi i tak wybaczysz. Straszliwie ostatnio zajęta jestem. A dni takie krótkie się zrobiły, że nawet nie wiem, kiedy kończy się jeden dzień, a zaczyna drugi. Nie lubię tego szaroburego, jesiennego okresu. Zima już jest lepsza, bo przynajmniej biało dookoła. Przez co i przyjemniej.

 

No i święta już za pasem. Wybieram się na cały okres świąt na wieś do mojej mamy. Wcześniej myślałam, że spędzę je w domu z Polą, i mamę do siebie ściągnę, ale okazało się, że Pola ze swoimi przyjaciółmi wyjeżdża na 2 tygodnie do Tajlandii. Wróci po Nowym Roku. Postanowiłam więc spędzić święta na wsi, w domu rodzinnym. Śladami dzieciństwa. Mama jest zachwycona, bo też woli swoją wieś, niż moje miasto. Kazan pewnie będzie też zachwycony. Wylata się po maminym ogromnym podwórzu, co niemiara.

 

Aha, Nastka, a za mojego Brona, to ja Ci uszy ponaciągam. Poczekaj tylko! Jak się u mnie wreszcie kiedyś zjawisz, będziesz latać po moim królestwie jak kłapciouch nr 7. Hihihi... Zobaczysz! Gadałam z Bronem na skypa i opowiadałam mu o Tobie, i o tym Twoim rozpuszczaniu cudzych mężów. Uśmiał się zdrowo i powiedział, że jak tylko wróci do Kraju, musisz do nas przyjechać. On osobiście wyśle Ci zaproszenie. Widzisz, jakie te chłopiska puste? Jak bardzo lubią być rozpieszczane? Będziesz miała pole do popisu. Przynajmniej w oczach Brona... No bo ja, obiecanego kłapcioucha nr 7, i tak z Ciebie zrobię.

 

Melduję, że maluję nadal. I to z coraz to większa pasją. Tym razem podsyłam Ci portret mojego Brona z lat młodzieńczych. Odrysowałam go ze starego zdjęcia, które mi podarował wraz dedykacją w maturalnej klasie.

 

 

           

 

           

No jak? Fajniutki był, co nie? Nawet ten jego orli nos dodawał mu uroku. Ależ moje ślubne szczęście będzie miało niespodziankę, kiedy wróci. Jego ślubna, z nagła, zaskoczy go aż dwoma muzami naraz.

Nastusiu kochana, będę kończyć, ale chciałabym jeszcze złożyć Ci życzenia świąteczne i noworoczne.

 

Ykhm...! Ykhm...! No to więc tak:

 

Oby Święta były dla Ciebie tak radosne,

jak radosne są ptaszki na wiosnę...

Oby prezentów pod choinką multum było,

co by Twoją radość, bardziej wzbogaciło.

A Nowy Roczek Twe marzenia niechaj spełni,

co byś się mogła czuć szczęśliwa... i spełniona w pełni.

 

Ha, ale mi wierszyk wyszedł! Tylko się nie śmiej ze mnie, bom antytalent poetycki... Ba, w całej pismaczej ogólności antytalent ze mnie. Ale życzenia moje dla Ciebie, z serducha mojego wypływają, w którym Ty, zajmujesz dużo miejsca. Boś moją ukochaną psiapsiółką przecie.

Do życzeń moich dołącza się również Urszulka. Prosiła mnie o to. Ciągle się o Ciebie dopytuje. Mówi, że bardzo chciałaby Ciebie poznać i osobiście podziękować za lekcję życia, jakiej jej udzieliłaś w ostatnim Twoim liście. Do dziś o tym wspomina... i za każdym razem ryczy ze śmiechu, jakby jej kto pijawki do pięt przystawiał.

 

Pa, Kochana! Pędzę do zajęć, bo dzień wnet będzie się kończyć, a ja tyle mam jeszcze do zrobienia... Ależ zajęta jestem... Ależ ja to lubię! No to, że bardzo zajęta jestem. Bo, przyznam Ci się szczerze Nastusiu, ja się ogromnie cieszę, kiedy mam dużo zajęć. Wtedy chce mi się żyć. Nie znam słowa „nuda". O rany, chyba bym się rozchorowała, gdyby mi, co nie daj Bóg, przyszło się nudzić.

 

Buziam cieplunio i pozdrowionka ślę dla Ciebie i Twoich kochanych Dzieciaczków z Dzieciaczkami! Wesołych Świąt i samych wspaniałości w Nowym Roku! Przyjemnie Zajęta Marynaserce

 

 

@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--

                                                    

 

Witam Zapracowaną Psiapsiółkę!

 

A pewnie, że Cię rozumiem, bom sama zapracowana. I też przyznam, że być zapracowaną, bardzo lubię. Nawet ostatnio wcześniej wyskakuję z łóżeczka, aby tylko zdążyć wszystko zrobić, co sobie w nocy, przed uśnięciem, zaplanuję. To moje wcześniejsze wstawanie też polubiłam. Dzień wydaje się o wiele dłuższy, i taki jakiś radośniejszy. Nie na darmo stare polskie przysłowie mówi: „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje". Kiedy dawno temu, miałam taki zły okres w swoim życiu, że rankami z łóżka wyczołgać mi się nie chciało, czułam się potwornie. Nie miałam siły ani chęci na nic. Myślę, że takie ranne, niepotrzebne gnicie w łóżku, to pierwszy krok do popadnięcia w depresję, gdyż powstaje wtedy taki łańcuszek powiązań, a właściwie uzależnień. Długie spanie uzależnia i powoduje osłabienie organizmu, więc się śpi jeszcze dłużej. A im dłużej się śpi, tym bardziej się jest osłabionym. A jak się jest bardziej osłabionym, tym dłużej się śpi. No i błędne koło jak nic... I ani się człek obejrzy, a deprecha już na poważnie spoziera mu w oczy. Tak że powinnyśmy być Maryniu szczęśliwe, że łóżka nasze traktujemy jedynie jako miejsce nocnego wypoczynku, a nie, długogodzinnego wylegiwania się. A tak w ogóle, to myślę, że ludziom czynu, ludziom z pasją, takie nadmierne korzystanie z łóżka, rzadko się zdarza. Takim ludziom, też i depresja nie grozi. Co Ty na to, Pani Doktor? Mam rację?

 

No pięknie Ci wychodzi to portretowanie. Dzięki za portrecik Brona! Przystojniaczek z niego był... tzn. jest... że ho, ho! Bo mniemam, iż tak mu zostało. Ty, Marynia, teraz mi przyszło na myśl... a może Ty byś tak zaczęła sobie tymi zdolnościami portretowania na jarmarkach dorabiać, co? Hihihi!... No dobra, dobra, żartuję, ale przyznam, że bardzo ładnie Ci to wychodzi. A może kiedyś byś i mnie sportretowała dla moich potomnych? Hę? Ależ byłabym Ci wdzięczna!

 

Miło mi, że Bron chce mnie zaprosić. Kto wie, może uda mi się z Jego zaproszenia skorzystać. Bo też marzy mi się, aby w przyszłym roku wybrać się do Polski. Jak tylko moje marzenie się ziści, zawitam u Was z pewnością. No a wtedy... ha, kłapcioucha nr 7, to ja z Ciebie zrobię.

 

Podziękuj, proszę, Twojej sąsiadce Urszulce za życzenia.  Mówisz, że moja lekcja się Jej spodobała? Hihihi...! A wcale się Jej nie dziwię, że marzy o wykopaniu szefowej. Dobrze, że choć umie śmiechem reagować na tak podłą sytuację. Bo nie ma nic gorszego, jak mieć szefa w spódnicy... Brrrr! Aż mnie potelepało, na samą myśl. Całe życie jak diabeł święconej wody unikałam takiej sytuacji. No i na szczęście, udało mi się. Nigdy nie miałam szefa w spódnicy... Phiii, teraz nawet w spodniach nie mam.

 

Aha, zapomniałabym Ci się zwierzyć, że od jakiegoś czasu mam adoratora. Super nowinka, co?! Sama nie wiem, kto to jest. Wiem tylko tyle, iż jest znajomym mojej znajomej z Polski, z którą się poznałam dwa lata temu na Spotkaniu Polonusów w Berlinie, i czasami do siebie pisujemy. I wyobraź Ty sobie, że ten jej znajomy, wielki biznesmen, gdzieś u niej wypatrzył moje zdjęcie, wypytał kto zacz, i teraz morduje ją, aby nas z sobą poznała. No i Basiurka, bo tak ma na imię ta moja znajoma, wystosowała do mnie liścik, w którym wyłuszczyła mi sprawę mojego wirtualnego adoratora. Uśmiałam się, bo dla mnie to komiczna sytuacja. Odpisałam więc Basiurce, pół żartem, pół serio, że i owszem, możemy się poznać, bo w styczniu wybieram się do Berlina. Poznać się przecież zawsze można. Ale żeby jej znajomy nie robił sobie zbyt dużych nadziei, to od razu zaznaczyłam, że mam tylko jeden wymóg: - musi zadziałać chemia. Bo bez chemii, ani rusz. Biznesmen musi coś sobą prezentować (prócz interesu, ma się rozumieć), bym miała ochotę z nim spędzić choć chwilkę z mojego drogocennego czasu. Hihihi! Zobaczymy, jaki będzie ciąg dalszy, i co z niego wyniknie. Zamelduję Ci z pewnością.    

 

Wielgachne dzięki również i Tobie Maryniu za piękne życzenia! No co chcesz? Fajne życzonka Ci wyszły. Aż się wzruszyłam. W drodze rewanżu, powinnam Ci malowane życzenia przesłać. Niestety, takowych nie prześlę, bo do malowania za czorta talentu nie mam. Moje Wnuczki lepiej ode mnie malują. O, spójrz! Podsyłam Ci szopkę własnoręcznie namalowaną i sklejaną przez moją 6-cio letnią Wnuczkę.

 

          

 

Prawda, że ma talent? Ale to z pewnością nie po mnie, a po swojej Mamie, a mojej Córci.

 

A teraz moje dla Ciebie życzonka. Ślę Ci je wraz ze stroikiem mojego stołu wigilijnego:

          

 

 

         Życzę Ci Maryniu wiele miłości...

        Niechaj w Twym sercu nieustannie gości.

        I to nie tylko z okazji Świąt i Nowego Roku,

        Ale zawsze i wszędzie, na każdym kroku.

 

        Bądź szczęśliwa Przyjaciółko kochana!

        Tryskaj energią od samego rana...

        Promieniuj radością na wszystkich dookoła,

        Zadziwiaj talentami i... pisz epistoła.

 

 

Z utęsknieniem czekam na każdy Twój liścik. Pozdrawiam cieplunio! Zaniedbana Epistolarnie Nastka serce


@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--



komentarze (5) | zaloguj się, aby dodać komentarz

MOJE DLA WAS ŻYCZENIA...

sobota, 19 grudnia 2009 23:34

 

Moje dla Was

życzenia

 

  

 

 

     Z okazji Świąt Bożego Narodzenia,

         Przesyłam moje najszczersze życzenia:    

     Wiele prezentów, uśmiechów wkoło,

     By było miło, serdecznie, wesoło!

 

     A kiedy Rok Nowy stanie u progu,

     Z jego nadejściem - polecam Was Bogu.

     Niech Wam nie szczędzi zdrowia, pomyślności,

    I całorocznej z życia radości...

 

 

Jolanta Borek-Unikowska.jpgNamalowała ustami Jolanta Borek-Unikowska

 

 
 
Widok z mojego okna

         

 

 

Zapowiadają się piękne, białe Święta... Cudownie! A kiedy nadejdzie Wigilijny Wieczór, i z pierwszą gwiazdką  wraz z Rodzinką zasiądę do stołu, myślami będę z Wami, moi Drodzy Bloogowi Przyjaciele oraz bezimienni Czytelnicy.  Tradycyjnie podzielę się też z Wami  opłatkiem. Tu, w Niemczech, nie ma takiej tradycji, ale ja opłatki mam. Nawet bardzo dużo.:-D Dostałam z Polski od mojej Mamy, Siostry i Przyjaciółki. Tak że wystarczy dla Wszystkich.:-) Zdrowych i radosnych Świąt, Kochani! Halszka@)-->-->--serce@)-->-->--

 

 

 



komentarze (17) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Śnieżne przygody

sobota, 19 grudnia 2009 12:07
Śnieżne przygody



Gdy śnieżek prószy na dworze,

Dzieciaki są w dobrym humorze,

Sanki, narty wyciągają,

I górki w pobliżu szukają.


Już znalazły, już zjeżdżają,        

Choć się ciągle wywracają...

Lecz nikomu to nie szkodzi,

Dobry humor nie zawodzi.


                         Hejże dzieci! Hejże - ha!

                         Jazda z górki! Zabawa trwa!


A śnieg sypie, sypie wkoło...

Dzieciom ciągle jest wesoło.

Każde śnieg do garści bierze,

Będą walczyć jak... rycerze (?)


Krzyki, piski, śmiechu wiele,

Kulki śnieżne trafiają w cele...

Nikt się jednak nie mazgai,

Wszak to frajda dla rozbrykanej zgrai.


                         Hejże dzieci! Hejże - ha!

                         Kulkami rzucamy! Zabawa trwa!


A śnieg sypie, sypie z nieba...

Tego właśnie dzieciom trzeba.

W miękki, biały, śnieżny puch,

Każde robi głośne - buuuch!!!


Czas zabawy ciągle trwa,

A to właśnie nowa gra...   

Dzieci rękami, nogami machają,

Kształty skrzydeł w śniegu odbijają.


                          Hejże dzieci! Hejże - ha!

                          Orła robimy! Zabawa trwa!


A śnieg sypie, sypie z nieba...

Och, jak dużo go potrzeba!

Wszak bałwanka lepić pora,

Musi stanąć do wieczora.


Trzy kule dzieci już turlają,

I jedną na drugiej ustawiają.

Teraz garnek, marchew, węgielków wiele,

No i bałwanek stoi, śnieżni przyjaciele!



                   

 

 

             Hejże dzieci!  Hejże - ha!

             Bałwanka lepimy! Zabawa trwa!

                         

             Hejże dzieci! Hejże - ha!

             Baraszkujmy po śniegu, póki ZIMA TRWA!!!

 




komentarze (6) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Przeklęta data 13 grudnia 1981r.

środa, 16 grudnia 2009 10:42

 ===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAM

na mój drugi blog:

http://PhotoHalszka.bloog.pl/

----------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

 

Przeklęta data
13 grudnia 1981r.

 

 

   Dzień 13 grudnia, wcześniej kojarzył mi się zawsze z piosenką Kasi Sobczyk:

 

         „Trzynastego nawet w grudniu jest wiosna.

          Trzynastego każda droga jest prosta..."

 

     Bo taki już ze mnie wesoły i pozytywnie nastawiony do życia człowiek. Natomiast data 13 grudnia 1981r., tak jak i wszystkim  Polakom, nie kojarzy mi się dobrze. I już do końca życia w pamięci będę miała koszmar, jaki w tym dniu przeżyłam...  

   13 grudnia 1981r. nie było wiosny, a droga była prosta jedynie dla Jaruzelskiego i jego pofyrtanej, komunistycznej świty.

 

   W dniu ogłoszenia stanu wojennego, od tygodnia byłam u mojego Wujka w Niemczech. Wujek ściągnął mnie do siebie, do Monachium, siłą... perswazji. Chciał mnie przekonać do emigracji do Kanady. Fakt, miałam wtedy dość  takiej Polski. Przede wszystkim bałam się o przyszłość moich dzieci w tak rozdygotanym kraju. Jednakowoż, nie umiałam sobie wyobrazić życia w innym kraju. Wujka, starszego pana po 70-ce, wcześniej nie znałam osobiście, mieliśmy tylko kontakt listowny. W listach, od jakiegoś już czasu, Wujek przemawiał mi do rozsądku i nakazywał poważnie traktować to, co w Polsce się dzieje. Pisał, że jak najszybciej powinnam opuścić kraj, póki on jeszcze żyje i może mi pomóc. Uważał też, że prognozy dla Polski na następne długie lata nie są dobre, bo komuna tak szybko nie odpuści. Że „Związek Nasz Bratni" jest realnym zagrożeniem dla Polski. Wujek był od lat redaktorem paryskiej „Kultury", z pewnością wiedział więc o wiele więcej niż ja, szary obywatel Polski Ludowej. Rozsądek podpowiadał mi wierzyć mu. Ale serce? Serce chciało Polski. Nikt, kto wtedy nie miał możliwości wyjazdu z kraju, pojęcia mieć nie może, co za dylemat musiał przeżywać każdy z nas, który taką potencjalną możliwość miał. Wszak była szansa by uciec od tego niebezpiecznego bagna i nadzieja na lepsze życie dla dzieci. Czy właśnie ze względu na dobro dzieci, godziło się szansy takiej nie wykorzystać? Z drugiej zaś strony, chciało się żyć w Polsce. Przecież Polska, to nasz ukochany Ojczysty Kraj. Tu nasze dzieciństwo. Tu nasza młodość. Tu nasze życie. Straszny był to dylemat. Człowiekiem szarpały przeróżne wątpliwości. A najgorsza była ta niepewność, ta wielka niewiadoma, co czeka nas w nieznanym świecie. Czy aby na pewno lepsze życie? Ale w jeszcze gorszej sytuacji byli ci, którzy nie mając żadnej możliwości wyjazdu z kraju, mimo wszystko, nawet z narażeniem życia, uciekali przez zieloną granicę. Ba, byli nawet tacy, co porywali samoloty. Z pewnością ich serca nie mniej były rozdarte.

   Wujek wiedział o moich dylematach, dlatego postanowił ściągnąć mnie do siebie, żeby pokazać mi Zachód i oswoić z nim. Uważał, że wtedy łatwiej będzie mi podjąć decyzję. Rozsądek podpowiadał mi, że powinnam pojechać i przynajmniej spróbować się rozejrzeć. Tak też zrobiłam. Po kilkudniowym nocnym koczowaniu pod Biurem Paszportów, wywalczyłam paszport i od razu, tak żeby się nie rozmyślić, wykupiłam bilet. Dzieci zostawiłam pod opieką mojej mamy, i z myślą, że jadę tylko na dwa tygodnie, z duszą na ramieniu pojechałam na Zachód. Po raz pierwszy w życiu.

   W nocy z 12-go na 13-tego grudnia, byłam z Wujkiem na przyjęciu zorganizowanym dla uchodźców z Polski. Poznałam tam wielu polskich azylantów. Przegadałam z nimi całą noc. Opowiadali mi swoje potworne przeżycia związane z ucieczką z kraju. Rany, książkę by można było napisać, takie to dramatyczne historie były. Każdy z nich dziwił mi się, że chcę wracać do Polski. Namawiali, żebym została. Ja byłam jednak nieugięta. Wiedziałam, że bez dzieci nawet mowy być nie może, bym gdziekolwiek na Zachodzie została.

  Kiedy wróciłam z Wujkiem do domu, prawie już świtało. W domu jeszcze powspominaliśmy na wesoło wszystkie zabawne historie z przyjęcia, pośmialiśmy się, i ja, gdzieś tak około godziny 8-mej, położyłam się spać. Wujek już się nie kładł. Żartował, że się może nawet walić i palić, on jednak swoim wieloletnim zwyczajem, codziennie pisze od godz. 8-ej do 12-tej, i tym razem też będzie. Zasiadł do biurka i zaczął stukać na maszynie do pisania. Rytmiczne stukanie maszyny, dobiegające z jego gabinetu, uśpiło mnie momentalnie. Ledwie usnęłam, a tu nagle w drzwiach mojego pokoju stanął Wujek, i z przerażoną miną, już od drzwi, wołał:

   - Halszka, obudź się! Coś złego dzieje się w Polsce.

   Zerwałam się na równe nogi i jak porażona, pobiegłam do jego gabinetu, gdzie stał telewizor. Jak zobaczyłam Jaruzelskiego i dotarło do mnie o czym mówi tym swoim monotonnym głosem, myślałam, że zwariuję.

   - Chryste, przecież tam zostały moje dzieci... Tam jest moja rodzina! - powtarzałam wkoło.

   Szalałam ze strachu przede wszystkim o swoje dzieci. Wujek na różne sposoby próbował mnie uspokoić. Jednak nie udawało mu się. Sam miał nietęgą minę. Po chwili rozdzwonił się telefon. To moi nowo poznani Polacy dzwonili do mnie. Też byli okropnie przerażeni. Każdy z nich zostawił przecież rodzinę w Polsce. Każdy z nich tak samo szalał z niepokoju. Nie wiedzieliśmy, co robić... Co stanie się z naszymi rodzinami w Polsce. Co stanie się z Polską.

   Chciałam do Polski... Już! Natychmiast! Ale jak?! Granice zamknięte. Telefony głuche. Poczta niemiecka nie przyjmowała listów do Polski, ani żadnych innych przesyłek. Wiadomości z Polski nie docierały. Telewizja niemiecka co rusz puszczała jedynie przemówienie Jaruzelskiego. Horror! Potworny horror!

   Wujek przekonywał mnie, żebym już została. Że na razie załatwi mi legalny pobyt w RFN, a potem przez Czerwony Krzyż ściągniemy moje dzieci. A kiedy dzieci do mnie dotrą, to już tylko - kierunek Kanada. Nie chciałam nawet o tym słyszeć. Bez dzieci? Mowy nie ma! Przecież nikt nie był w stanie mi powiedzieć, jak długo przyszłoby mi na dzieci czekać.

   Następne dni były dla mnie potworne. Miotałam się ze strachu o dzieci i szukałam jakiejkolwiek możliwości, aby skontaktować się z domem. Niestety, wszystkie moje próby paliły na panewce. Wreszcie nawiązałam kontakt z moją dobrą znajomą, z którą w Polsce pracowałam w tej samej szkole, a która już 2 lata wcześniej uciekła przez Jugosławię wraz z całą swoją rodziną. Znajoma mieszkała w Diseldorfie. Pojechałam tam do niej, gdyż ona specjalnie dla mnie uruchomiła kontakty ze swoją ciotką mieszkającą w Holandii, która przy kościele organizowała transport z pomocą humanitarną dla Polski. Wysłałyśmy na adres jej ciotki paczkę oraz list do mojej matki. Kierowca TIR-a był znajomym ciotki. Obiecał osobiście paczkę dostarczyć oraz czekać na odpowiedź moich najbliższych. Chciałam, aby dali mi znać, co z nimi, co z dziećmi, no i oczywiście, co mam robić. Zostać, czy wracać? TIR z 20-tonami darów dla mieszkańców mojego miasta, miał wyjechać w nocy w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia. Niestety, nie wyjechał. Tego dnia, późnym wieczorem, zadzwoniła ciotka by nam przekazać tę hiobową wiadomość. Okazało się, że żona kierowcy, kiedy tylko zobaczyła w telewizji jakiś reportaż z Polski nakręcony ukrytą kamerą, nie chciała go puścić. Zrobiła wielkie larum, że męża na śmierć nie puści, bo w Polsce czołgi jeżdżą po ulicach, a wojsko i milicja strzela do ludzi.

  Załamana, wróciłam natychmiast do Monachium. Byłam u kresu wytrzymałości psychicznej. I kiedy tylko otworzyli granicę, ku sprzeciwowi Wujka, natychmiast wykupiłam bilet powrotny.

  Dnia 9 stycznia 1982r., wracałam już do Polski. Na dworzec w Monachium odprowadzał mnie Wujek oraz kilkanaścioro polskich azylantów. Żegnali się ze mną ze łzami w oczach. Bez słów. Słowa były zbędne. Wiadomo było gdzie jadę. Każdy z nich na swój własny sposób przeżywał moment pożegnania. Ale każdy też z nich, jakoś tak dziwnie wpatrywał się we mnie, jak gdyby widział we mnie łącznika między nim a Polską.

   Pociąg relacji Monachium-Wrocław jechał niemalże pusty. Byłam tak bardzo sparaliżowana lękiem o swoich najbliższych, że mało co zapamiętałam z podróży. Pamiętam tylko tyle, że całą tę podróż, trwającą wieki, przepełniało mnie pragnienie, aby jak najszybciej znaleźć się w domu i chwycić moje dzieci w ramiona.

   Kiedy pociąg popołudniu dotarł do granicy, zostałam tam dokładnie przetrzepana przez wopistów i zwykłych żołnierzy. Wzięli mnie też w krzyżowy ogień pytań, i jeden przez drugiego, wypytywali mnie, co robiłam w RFN, i dlaczego teraz akurat wracam do Polski. Jak nakręceni maglowali mnie, zadając te same pytania. Boże, myślałam, że mnie wykończą tym ogniem pytań. W końcu dali mi spokój i wzięli się za innych pasażerów. Zabrali mi tylko wszystkie moje zdjęcia, jakie jeszcze przed stanem wojennym zrobił mi Wujek w Wiosce Olimpijskiej w Monachium.

  Wreszcie pociąg ruszył. Kiedy przekroczyliśmy granicę polsko-NRD-owską, było już ciemno. Cały czas stałam przy oknie i z przerażeniem patrzyłam na obraz pogrążonej w ciemnościach Polski. Myślałam, że oszaleję ze strachu. Nie, nie o siebie się bałam, bałam się o moje dzieci i rodzinę. Bałam się nawet sobie wyobrażać, jak żyją w tym mrocznym, ponurym... w stanie wojennym kraju.

  Około godziny 18-tej, pociąg dotarł do Wrocławia. We Wrocławiu miałam przesiadkę. Kiedy wyszłam z pociągu na ciemny dworzec, przeraziłam się jeszcze bardziej. Wszędzie wałęsali się rosyjscy żołnierze* z przyklejonymi do twarzy marsowymi minami. Wszyscy byli jakoś tak dziwnie ubrani. Najdziwniejsze to były te ich szynele, długie, prawie do samej ziemi. Na posadzce dworca, nie wiedzieć czemu, porozsypywane były trociny, które zamiatane szynelami ruskich sołdatów, fruwały w powietrzu po każdym ich przejściu. Ten widok był przerażający. Czułam się jak w transie. Zupełnie nie pamiętam, jak dojechałam do swojego miasta, i jak dostałam się do domu. Pamiętam tylko, że jakąś niby taksówką. Niby, bo normalna to ona z pewnością nie była. W środku siedziało dwóch podpitych ormowców. Doszłam do siebie dopiero wtedy, kiedy znalazłam się w domu wśród swoich najbliższych, wśród swoich ukochanych istot. Lęk i przerażenie, natychmiast przerodziło się w niewypowiedziane szczęście. Tak bardzo byłam szczęśliwa, że było mi już wszystko jedno, co dzieje się za oknem. Najważniejsze, że mogłam wreszcie przytulić swoje dzieci.

 

 

Na zdjęciu mój Wujek z Monachium - redaktor paryskiej „Kultury". To jest jedyne zdjęcie, jakie zachowało mi się z tamtego okresu. Wszystkie inne, wopiści zabrali mi na granicy.

       

 

 

 

* Pisząc po latach te wspomnienia zorientowałam się, że to nie mogli być rosyjscy żołnierze, skoro nie było interwencji ZSRR. Nie mogli, ale jednak byli. Pamiętam ich dokładnie, jakby to było wczoraj. Snuli się po dworcu niemrawym krokiem i rozmawiali po rosyjsku. Do dziś pojęcia nie mam skąd tam się wzięli. Może byli to żołnierze wojska radzieckiego (stacjonowało pod Wrocławiem) - w podróży do swojego kraju, albo gdzieś tam? To całkiem możliwe. Tak myślę dzisiaj. Co nie zmienia jednak faktu, że to oni mnie wtedy najbardziej przerazili. Polscy żołnierze i zomowcy, których tam też było wielu - nie byli mi aż tak straszni.



komentarze (24) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  813 674  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Halina Krüsch Czopowik

Facebook i Google

Wszystkie teksty oraz zdjęcia tutaj opublikowane są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie. (Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dn. 4.02.1994 r., nr 24, poz. 83). Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję, jak ktoś o nią prosi. 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tu także swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 813674
Wpisy
  • liczba: 738
  • komentarze: 10335
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 2983 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to