Bloog Wirtualna Polska
Są 1 267 832 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


SYNDROM OTELLA

niedziela, 28 listopada 2010 10:07

 ===========================================================

WYKAZ

wszystkich moich tekstów opublikowanych na blogu

i zalinkowanych - wg kategorii (<kliknij)

---------------------------------------------------------

ZAPRASZAM

na mój drugi blog:

http://PhotoHalszka.bloog.pl/

---------------------------------------------------------

 

 

 

Syndrom Otella

 

 

Wszyscy wiemy, że nie ma miłości bez zazdrości. Zazdrość nierozerwalnie wiąże się z miłością, upewnia, że komuś naprawę na nas zależy. Jednak jak to w życiu bywa, wszystko ma swoje granice, również i zazdrość. Jeśli zazdrość występuje w związku w stopniu umiarkowanym, scala go, jeśli jednak drastycznie się pogłębia, przyjmuje formę obsesyjnego, stałego zaabsorbowania myśleniem o zdradzie, może to oznaczać, że nasz partner cierpi na syndrom Otella, który w psychologii definiowany jest właśnie jako chorobliwa podejrzliwość i zazdrość. Nazwa tego syndromu pochodzi od imienia tytułowego bohatera dramatu Szekspira „Otello” (z 1603r.).

 

 

Potworne życie ma kobieta, której przyszło żyć z partnerem dotkniętym syndromem Otella. Jej codzienne życie usłane jest pasmem nieustannych ataków obłędnej zazdrości, ciągłych podejrzeń o zdradę. I może być nawet osobą o anielskiej wręcz osobowości, to to, i tak niewiele zmieni w oczach jej chorego zazdrośnika. A co znamienne, taki „Otello” wobec obcych zachowuje się zupełnie normalnie, tylko w domu staje się demonem i stwarza piekło swojej partnerce, zniewalając ją psychicznie i fizycznie.

 

Mówi się, że syndrom Otella to psychoza, która jest przejawem przewlekłego alkoholizmu i występuje w typowej formie u alkoholików lub też w stanie upojenia alkoholowego. Z pewnością wiele w tym prawdy, ale nie do końca. Ponieważ są alkoholicy, których syndrom Otella nigdy nie dotyka. Są też mężczyźni, którzy przejawiają chorobliwą zazdrość, a którzy sięgają po alkohol dopiero później, by sobie ulżyć, kiedy już nie potrafią poradzić sobie z męczącym ich nieustannie uczuciem zazdrości, podejrzeniami o niewierność, wreszcie, wstydem przed otoczeniem za swoją postawę - chorobliwego zazdrośnika.

 

Syndrom Otella, to choroba psychiczna, której początek jest na ogół powolny, a rozwój dalszy wolno postępujący. Partner dotknięty tą chorobą urządza nieustanne scysje, zadręcza pytaniami, co do wierności seksualnej, żąda wyjaśnień, śledzi każdy krok partnerki, sprawdza bieliznę osobistą, pościel, szuka "znaczących" śladów na ciele partnerki. Zmieniony wyraz twarzy, czy też gest, odczytuje jako bardzo "znamienny". Najbardziej przypadkowe i niewinne sytuacje, zdarzenia, wypowiedzi partnerki i innych osób, stają się w jego przekonaniu dowodami na zdradę.     

 

Mężczyzna z syndromem Otella potrafi bardzo mocno partnerkę z sobą związać. Potrafi do perfekcji grać na jej uczuciach. Mamić miłością. A jest wiele kobiet, które jak gąbki wciągają w siebie każde miłe słówko, każdy czuły gest, i kiedy kochają, nie zastanawiają się nad tym, czy słowa te i gesty są prawdziwe. I już tak mają, że lubią otaczać opieką swojego partnera. Ot, takie to zacięcie „samarytańskie”. Wrodzony odruch. Może potrzeba? Chorobliwą zaś zazdrość swojego partnera biorą za wielką miłość... a właściwie mylą z wielką miłością. Natomiast mężczyźni z syndromem Otella tylko takie właśnie wrażliwe kobiety wybierają na swoje partnerki życiowe.

 

Kobiety powinny się bardzo głęboko zastanowić, zanim zdecydują się związać z mężczyzną przejawiającym chorobliwą zazdrość. Powinny rozważyć, czy będą w stanie, czy będą miały siłę stawić czoła życiu z takim człowiekiem. Bo z tej choroby nie można się wyleczyć, można co najwyżej złagodzić jej przebieg, ale pod warunkiem, że partner sam będzie chciał podjąć leczenie. A to niestety zdarza się rzadko. Mężczyźni z tą chorobą, wstydzą się jej. Nawet przed samym sobą. Kryją się z nią przed otoczeniem. Trudno im jest poddać się stałemu leczeniu psychiatrycznemu. Wybierają łatwiejszy "środek farmakologiczny”, bardziej akceptowany w społeczeństwie (sic!) - alkohol. A niestety, syndrom Otella plus alkohol, nierzadko równa się - śmierć.

 

Syndrom Otella dotyka nie tylko mężczyzn. Dotyka także kobiety. Wiele jest takich kobiet, które swoją chorobliwą zazdrością potrafią także mocno zatruć życie swojemu partnerowi. Myślę jednak, że mężczyźni dotknięci tą chorobą są o wiele bardziej niebezpieczni. 

 

Znam historię kobiety, która przez lata przeżywała gehennę ze swoim mężem dotkniętym syndromem Otella. Jej życie było piekłem na ziemi. Mąż jej coraz częściej sięgał po alkohol. Nie pozwalał jej pracować, zamykał ją w domu, nie  pozwalał chodzić samej na zakupy, nawet do jego rodziców nie mogła iść sama. Wszędzie przecież czyhała na nią chmara mężczyzn, potencjalnych kochanków. W atakach zazdrości wielokrotnie była przez niego pobita. Kilka razy po pobiciu lądowała w szpitalu. Mimo to, bardzo kochała męża. Przez wszystkie lata wierzyła, że swoją dobrocią, wiernością, uczciwością, potrafi wyleczyć męża z zazdrości, zmienić jego stosunek do siebie, do życia. Starała się też nakłaniać go do leczenia. I owszem, leczył się, parokrotnie. Dwa razy nawet w szpitalu psychiatrycznym. Niestety, po krótkim czasie wszystko wracało do poprzedniego stanu. Raz, kiedy w ataku szału przystawił jej naładowany pistolet do skroni, zwątpiła we wszystko. Nie zabij jej. Dzwonek listonosza do drzwi - przeszkodził mu. Na drugi dzień, kiedy wytrzeźwiał, płakał jak dziecko, bo sam zdał sobie sprawę, że mógł ją rzeczywiście zabić. Mówił, że to jego miłość do niej - na szczęście - nie pozwoliła mu tego uczynić. Błagał o wybaczenie. Przysięgał poprawę. Obiecywał poddać się ponownemu leczeniu. W kobiecie jednak coś pękło. Postanowiła uciec od męża. Pomogły jej dzieci. Uciekli do innego miasta.    

 

Po paru latach separacji, udało jej się uzyskać rozwód ze swoim mężem-„Otellem”. A udało się tylko dlatego, że jej mąż związał się już z inną kobietą, o 20 lat młodszą. Było to 10 lat temu. Parę miesięcy temu, kobieta dostała tragiczną wiadomość. W Boże Narodzenie jej były mąż bestialsko zamordował swoją konkubinę na oczach ich malutkich dzieci oraz swojej matki. Niestety, za tę makabryczną zbrodnię nie został ukarany. Uznano go za niepoczytalnego. Jest leczony w szpitalu psychiatrycznym... No cóż, pewnie za jakiś czas, podleczony, wyjdzie ze szpitala, i to jako człowiek z czystą kartą, w świetle prawa niekarany... i znów poszuka sobie jakieś ofiary swojej chorobliwej zazdrości.

 

 

 

 

Z istotnymi komentarzami osób dotkniętych syndromem Otella (bezpośrednio lub pośrednio) można zapoznać się jeszcze i pod poniższym linkiem:

 

CHOROBLIWA ZAZDROŚĆ, to SYNDROM OTELLA  - poradźcie jak z nim żyć  < kliknij

 



komentarze (171) | zaloguj się, aby dodać komentarz

WARTO WSPOMINAĆ

czwartek, 25 listopada 2010 10:55

 

 

 

   No niech mi ktoś powie, że nie warto wspominać. Warto! I to jeszcze jak! A jak zechce nam się jeszcze głębiej pochylić głowy nad wspomnieniami, wspomnienia nasze mogą stać jeszcze piękniejsze. Mojej Blogowej Psiapsiółce Hani, Mistrzyni Fotomontażu, się zechciało, skopiowała jedno zdjątko z moich wspomnień pt. „A czas jak rzeka... popłynął” , i proszę bardzo, jak 16-letnią Halszkę ładnie wystroiła.


 

Jakby ktoś miał ochotę popodziwiać Hani dzieła - fotomontażu, podaję namiary na Jej blog:  http://violka-historie.blog.onet.pl/

 




komentarze (17) | zaloguj się, aby dodać komentarz

BZITKA KJOWA

poniedziałek, 22 listopada 2010 12:19

 

 


Bzitka kjowa*

 

Z cyklu: - „Świat oczami dziecka”

(fragment z mojej autobiografii)

 

 

 

 

    Był piękny, letni dzień. Niedziela. Koniecznie trzeba było ten dzień mądrze wykorzystać. Wybierałam się więc z moim 4,5 letnim braciszkiem nad rzekę. Chciałam się trochę poopalać i popływać. Ha, miałam już wielką wprawę w pływaniu, bo też na wczasach w Międzybrodziu, z których wróciliśmy dwa tygodnie temu, pływać się nauczyłam. I to sama. A nauczyłam się w ten sposób, że najpierw na płytkiej wodzie, dostając rękami dna, puszczałam się co chwilę i przepływałam kawalątek odległości, a potem już płynęłam co raz dalej i dalej. Styl to był wprawdzie rozpaczliwy, ale zawsze to jakiś styl. A najważniejsze, że dzięki niemu, to znaczy temu stylowi, zaczęłam pływać na coraz to głębszej wodzie. Aż wreszcie, bez większego już strachu przepłynęłam cały basen nad jeziorem - tam i z powrotem. To była frajda! Ależ byłam z siebie dumna. Tym bardziej, że już od początku lata na siłę próbowałam się nauczyć pływać w naszym cukrowniczym stawie rybnym, a tam nie udało mi się niestety. Ale to chyba tylko dlatego, że kiedy pewnego dnia zawzięcie trenowałam naukę pływania, i kiedy z wody chciałam coś zawołać do koleżanki siedzącej na brzegu, zachłysnęłam się wodą i wraz z wodą połknęłam… fuj, obrzydliwą kijankę, których w stawie aż się roiło. Myślałam, że z obrzydzenia się tam, wśród tego paskudztwa, utopię. Z przerażenia, wywołanego obrzydzeniem, na moment mnie sparaliżowało, ale po chwili się spamiętałam i na oślep zaczęłam walić  nogami i rękoma o wodę i jakimś cudem udało mi się do brzegu dostać. Potem przez cały czas chciało mi się rzygać, bo ciągle miałam na myśli, że to czarne świństwo pływa sobie w moim brzuchu. Odruchy wymiotne ustały mi dopiero na drugi dzień, kiedy wydaliłam z siebie przetrawioną kijankę. Od tego incydentu nie bardzo miałam ochotę na dalszą naukę pływania. Tak że teraz byłam przeszczęśliwa, że jednak już pływam. A pływanie tak bardzo mi się spodobało, że na wczasach, po paru dniach, nawet z moim braciszkiem na plecach spokojnie pływałam po jeziorze. Braciszek też miał frajdę. Tym większą, że nie czuł żadnego zagrożenia. Ze mną czuł się bezpiecznie. Wiedział, że ze mną żadna krzywda nie może go spotkać. Zapewne miał już to w swojej dziecięcej podświadomości zakodowane.

 

 

 

A to właśnie fotka z naszych wczasów w Międzybrodziu

  

Ja z braciszkiem i z koleżeństwem z podwórka

 

 

 

Nad potokiem Żarnówka


  

Z mamą i braciszkiem

 

 


    Wracam do naszego niedzielnego wypadu nad rzekę. Kiedy dotarliśmy już nad rzeką, zobaczyłam, że tama jest spuszczona. Ucieszyłam się. Postanowiłam rozłożyć koc nieco dalej od tamy, gdzie nie było aż tak głęboko. Chciałam przecież z braciszkiem pochodzić po wodzie. W tym miejscu rzeka przepływała obok naszej cukrowni. Też i tama należała do cukrowni. Idąc dalej, zauważyłam, iż duży odcinek wzgórzystego brzegu rzeki, graniczącego z ogrodzeniem cukrowni, został zamknięty parkanem. Zdziwiło mnie to bardzo, bo nigdy do tej pory tego parkanu tam nie było. Można było sobie iść wzdłuż rzeki aż do najbliższej wsi. Postanowiłam zignorować tę całą drewnianą blokadę. Bo co mi tam! Na terenie cukrowni przebywać mogłam zawsze bez problemu. Przesadziłam braciszka przez parkan i sama przelazłam. Po czym, w odległości może 50 m od tego parkanu, a tuż przy brzegu rzeki, rozłożyłam koc. Przebrałam braciszka w spodenki kąpielowe, zdjęłam z siebie sukienkę, i w stroju kąpielowym usiadłam z nim na kocu. Na początek zachciało nam się jeść. Po zjedzeniu dużej części domowych smakołyków, wzięłam braciszka na ręce i wlazłam z nim do rzeki. Braciszek coś tam na początku marudził, ale po chwili chlapaliśmy się już jak dwa morsy. Aż bryzgi leciały na wszystkie strony świata. Fajnie było. Woda było wprawdzie brudna, ale była przynajmniej ciepła i… mokra. Kiedy braciszek po długim moczeniu zaczął nagle szczękać zębami, wystawiłam go na brzeg i kazałam okryć się ręcznikiem. Sama zaś chciałam jeszcze trochę popływać. Szybko jednak zmieniłam zdanie, gdyż tego dnia jakoś zbyt dużo szczurów wodnych pływało przy brzegu. Nie to, że się ich bałam, nie. Ja się ich tylko brzydziłam straszliwie. Gramoliłam się akurat na brzeg, kiedy nagle usłyszałam nasilający się tętent. Natychmiast popatrzyłam w tamtym kierunku, i zdębiałam. Spomiędzy krzewów, rosnących na wzgórzystym brzegu rzeki, wyleciała rozjuszona krowa, i z podniesionym ogonem, gnała w naszym kierunku. W momencie przypomniało mi się jak parę dni temu tatuś mówił do mamusi, iż dyrektor kupił sobie krowę. Przerażona potwornie wyskoczyłam z rzeki i rzuciłam się na koc. Chwyciłam braciszka pod pachę i jak szalona zaczęłam z nim uciekać w stronę parkanu. Braciszek krzyczał wniebogłosy a ja gnałam resztkami sił, czując już na plecach złowrogi, chrapliwy oddech wściekłej krowy. W ostatniej dosłownie chwili dopadłam parkanu. Przekaturlałam braciszka po ziemi pod parkanem, a sama przesadziłam go szczupakiem. Byliśmy uratowani. Krowa wyhamowała przy parkanie i stanęła jak wryta. Wreszcie, prychając na wszystkie strony spienioną śliną, głośnym i przeciągłym muczeniem dała wyraz swojemu niezadowoleniu. Po czym się odwróciła i dostojnym krokiem poszła brzegiem rzeki. Braciszek wtulił się we mnie, i szlochając, powiedział: - „Bzitka kjowa”. - Biedny, tak bardzo był przerażony. Szybko go jednak uspokoiłam, bo zaczęłam bawić się z nim w puszczanie kaczek po wodzie. W czasie tej zabawy, cały czas zaglądałam jednak za dyrektorską krową. Musiałam przecież wrócić tam jeszcze raz, aby pozbierać nasze rzeczy. Z daleka widziałam jednak, że krowa stoi przy naszym kocu i nie odchodzi. Martwiło mnie to bardzo, ale co było robić, trzeba było czekać aż łaskawie odejdzie. Prawie dwie godziny czekaliśmy, a krowa nic, jak stała, tak stoi nadal. Nerwy już mnie brały na to głupie bydlę. A jeszcze do tego wszystkiego, braciszek zaczął marudzić, że chce papu. No to zaczęłam się już rozglądać za jakimś kosturem, z myślą, że jednak będę musiała to wstrętne krowisko jakoś sama przepędzić. Kiedy już stałam przy parkanie z pokaźną gałęzią w ręce i nabierałam odwagi by parkan przeskoczyć, usłyszałam nagle czyjeś głośne nawoływania: - „Malina, Malinka, chodź do mnie!” - Wychyliłam głowę zza parkan i zobaczyła portiera z cukrowni jak idzie ze wzgórza ku rzece. Jakżesz się ucieszyłam na jego widok. Ta wstrętna Malina najwyraźniej też, bo zaczęła radośnie muczeć i człapać w kierunku portiera - na usługach jej pana dyrektora. Portier nas nawet nie zauważył. Poklepał to wstrętne krówsko po zadzie, i razem z nią, oddalił się w stronę bocznej bramy cukrowni. Wtedy ja, dłużej się nie zastanawiając, posadziłam braciszka w wysokiej trawie, a sama przeskoczyłam parkan i pognałam po nasze rzeczy. Gdy dotarłam na miejsce, myślałam, że dostanę szoku. Wszystkie nasze rzeczy były stratowane i wymieszane jak groch z kapustą. Mało tego, koc był w dużej części wystrzępiony i przerzuty, braciszka spodenki w połowie zżarte, w połowie wymaćkane, nawet moja kosmetyczka była nadżarta i zielona od krowiego pyska. Rany, ależ byłam wściekła! Miałam ochotę popędzić za tym głupim, nieużytym, dyrektorskim bydlęciem i nakopać mu do zadka. Co za krowa! Musiałam jednak wracać do braciszka. W pośpiechu pozbierałam z ziemi wszystkie pozostałości po naszym ekwipunku, i z myślą, że poskarżę się na to dyrektorskie krowisko tatusiowi, pobiegłam do braciszka.

 

 

*Bzitka kjowatłum. z jęz. dziecięcego:

                          brzydka krowa

 

 

 

***

 

 

    Dzisiaj, kiedy tylko spotkamy się z braciszkiem, wspominamy nasze dzieciństwo. A mamy co wspominać, i z czego się pośmiać. Ponieważ ja, jako najmłodsza z sióstr, matkowałam mu najbardziej i często spędzałam z nim czas. Ale z tej akurat historyjki z krową w tle, o dziwo, braciszek krowy nie pamięta. Pamięta za to, że mu „ała” w wodzie zrobiłam. Musiałam się zdrowo nagłówkować by skojarzyć sobie fakty i ustalić, co też to ja nawyrabiałam, że mojemu kochanemu braciszkowi ała zrobiłam... Biedulka! W końcu mi się przypomniało, że wcześniej, zanim wybrałam się z nim nad rzekę, przymierzałam zeszłoroczny strój kąpielowy. Chciałam sprawdzić, czy jeszcze nie jest za ciasny, wszak cycuszki przez rok urosły mi nieco. Okazało się, że staniczek był jednak już troszeczkę za mały, ale że strój bardzo mi się podobał, wciskałam się w niego na siłę... No i? No i jedno ramiączko od stanika się oderwało. Żeby nie tracić czasu, niewiele myśląc, przypięłam je agrafką. Pewnie stąd to „ała”. Musiało tak być, że kiedy chodziłam z braciszkiem po wodzie, nosząc go na rękach, agrafka się odpięła... Och, ta bzitka agjafka!

 

 

 

 

Komentarze do tego teksty znajdują się na stronie głównej. Jeśliby ktoś miał ochotę je poczytać, proszę kliknąć > tutaj.  

 

 



komentarze (3) | zaloguj się, aby dodać komentarz

BZITKA KJOWA

poniedziałek, 22 listopada 2010 10:01

 

 

Bzitka kjowa*

 

Z cyklu: - „Świat oczami dziecka”

(fragment z mojej autobiografii)

 

 

 

    Był piękny, letni dzień. Niedziela. Koniecznie trzeba było ten dzień mądrze wykorzystać. Wybierałam się więc z moim 4,5 letnim braciszkiem nad rzekę. Chciałam się trochę poopalać i popływać. Ha, miałam już wielką wprawę w pływaniu, bo też na wczasach w Międzybrodziu, z których wróciliśmy dwa tygodnie temu, pływać się nauczyłam. I to sama. A nauczyłam się w ten sposób, że najpierw na płytkiej wodzie, dostając rękami dna, puszczałam się co chwilę i przepływałam kawalątek odległości, a potem już płynęłam co raz dalej i dalej. Styl to był wprawdzie rozpaczliwy, ale zawsze to jakiś styl. A najważniejsze, że dzięki niemu, to znaczy temu stylowi, zaczęłam pływać na coraz to głębszej wodzie. Aż wreszcie, bez większego już strachu przepłynęłam cały basen nad jeziorem - tam i z powrotem. To była frajda! Ależ byłam z siebie dumna. Tym bardziej, że już od początku lata na siłę próbowałam się nauczyć pływać w naszym cukrowniczym stawie rybnym, a tam nie udało mi się niestety. Ale to chyba tylko dlatego, że kiedy pewnego dnia zawzięcie trenowałam naukę pływania, i kiedy z wody chciałam coś zawołać do koleżanki siedzącej na brzegu, zachłysnęłam się wodą i wraz z wodą połknęłam… fuj, obrzydliwą kijankę, których w stawie aż się roiło. Myślałam, że z obrzydzenia się tam, wśród tego paskudztwa, utopię. Z przerażenia, wywołanego obrzydzeniem, na moment mnie sparaliżowało, ale po chwili się spamiętałam i na oślep zaczęłam walić  nogami i rękoma o wodę i jakimś cudem udało mi się do brzegu dostać. Potem przez cały czas chciało mi się rzygać, bo ciągle miałam na myśli, że to czarne świństwo pływa sobie w moim brzuchu. Odruchy wymiotne ustały mi dopiero na drugi dzień, kiedy wydaliłam z siebie przetrawioną kijankę. Od tego incydentu nie bardzo miałam ochotę na dalszą naukę pływania. Tak że teraz byłam przeszczęśliwa, że jednak już pływam. A pływanie tak bardzo mi się spodobało, że na wczasach, po paru dniach, nawet z moim braciszkiem na plecach spokojnie pływałam po jeziorze. Braciszek też miał frajdę. Tym większą, że nie czuł żadnego zagrożenia. Ze mną czuł się bezpiecznie. Wiedział, że ze mną żadna krzywda nie może go spotkać. Zapewne miał już to w swojej dziecięcej podświadomości zakodowane.

 

 

 

A to właśnie fotka z naszych wczasów w Międzybrodziu

  

Ja z braciszkiem i z koleżeństwem z podwórka

 

 

Nad potokiem Żarnówka

 

  

Z mamą i braciszkiem

 

 

    Wracam do naszego niedzielnego wypadu nad rzekę. Kiedy dotarliśmy już nad rzeką, zobaczyłam, że tama jest spuszczona. Ucieszyłam się. Postanowiłam rozłożyć koc nieco dalej od tamy, gdzie nie było aż tak głęboko. Chciałam przecież z braciszkiem pochodzić po wodzie. W tym miejscu rzeka przepływała obok naszej cukrowni. Też i tama należała do cukrowni. Idąc dalej, zauważyłam, iż duży odcinek wzgórzystego brzegu rzeki, graniczącego z ogrodzeniem cukrowni, został zamknięty parkanem. Zdziwiło mnie to bardzo, bo nigdy do tej pory tego parkanu tam nie było. Można było sobie iść wzdłuż rzeki aż do najbliższej wsi. Postanowiłam zignorować tę całą drewnianą blokadę. Bo co mi tam! Na terenie cukrowni przebywać mogłam zawsze bez problemu. Przesadziłam braciszka przez parkan i sama przelazłam. Po czym, w odległości może 50 m od tego parkanu, a tuż przy brzegu rzeki, rozłożyłam koc. Przebrałam braciszka w spodenki kąpielowe, zdjęłam z siebie sukienkę, i w stroju kąpielowym usiadłam z nim na kocu. Na początek zachciało nam się jeść. Po zjedzeniu dużej części domowych smakołyków, wzięłam braciszka na ręce i wlazłam z nim do rzeki. Braciszek coś tam na początku marudził, ale po chwili chlapaliśmy się już jak dwa morsy. Aż bryzgi leciały na wszystkie strony świata. Fajnie było. Woda było wprawdzie brudna, ale była przynajmniej ciepła i… mokra. Kiedy braciszek po długim moczeniu zaczął nagle szczękać zębami, wystawiłam go na brzeg i kazałam okryć się ręcznikiem. Sama zaś chciałam jeszcze trochę popływać. Szybko jednak zmieniłam zdanie, gdyż tego dnia jakoś zbyt dużo szczurów wodnych pływało przy brzegu. Nie to, że się ich bałam, nie. Ja się ich tylko brzydziłam straszliwie. Gramoliłam się akurat na brzeg, kiedy nagle usłyszałam nasilający się tętent. Natychmiast popatrzyłam w tamtym kierunku, i zdębiałam. Spomiędzy krzewów, rosnących na wzgórzystym brzegu rzeki, wyleciała rozjuszona krowa, i z podniesionym ogonem, gnała w naszym kierunku. W momencie przypomniało mi się jak parę dni temu tatuś mówił do mamusi, iż dyrektor kupił sobie krowę. Przerażona potwornie wyskoczyłam z rzeki i rzuciłam się na koc. Chwyciłam braciszka pod pachę i jak szalona zaczęłam z nim uciekać w stronę parkanu. Braciszek krzyczał wniebogłosy a ja gnałam resztkami sił, czując już na plecach złowrogi, chrapliwy oddech wściekłej krowy. W ostatniej dosłownie chwili dopadłam parkanu. Przekaturlałam braciszka po ziemi pod parkanem, a sama przesadziłam go szczupakiem. Byliśmy uratowani. Krowa wyhamowała przy parkanie i stanęła jak wryta. Wreszcie, prychając na wszystkie strony spienioną śliną, głośnym i przeciągłym muczeniem dała wyraz swojemu niezadowoleniu. Po czym się odwróciła i dostojnym krokiem poszła brzegiem rzeki. Braciszek wtulił się we mnie, i szlochając, powiedział: - „Bzitka kjowa”. - Biedny, tak bardzo był przerażony. Szybko go jednak uspokoiłam, bo zaczęłam bawić się z nim w puszczanie kaczek po wodzie. W czasie tej zabawy, cały czas zaglądałam jednak za dyrektorską krową. Musiałam przecież wrócić tam jeszcze raz, aby pozbierać nasze rzeczy. Z daleka widziałam jednak, że krowa stoi przy naszym kocu i nie odchodzi. Martwiło mnie to bardzo, ale co było robić, trzeba było czekać aż łaskawie odejdzie. Prawie dwie godziny czekaliśmy, a krowa nic, jak stała, tak stoi nadal. Nerwy już mnie brały na to głupie bydlę. A jeszcze do tego wszystkiego, braciszek zaczął marudzić, że chce papu. No to zaczęłam się już rozglądać za jakimś kosturem, z myślą, że jednak będę musiała to wstrętne krowisko jakoś sama przepędzić. Kiedy już stałam przy parkanie z pokaźną gałęzią w ręce i nabierałam odwagi by parkan przeskoczyć, usłyszałam nagle czyjeś głośne nawoływania: - „Malina, Malinka, chodź do mnie!” - Wychyliłam głowę zza parkan i zobaczyła portiera z cukrowni jak idzie ze wzgórza ku rzece. Jakżesz się ucieszyłam na jego widok. Ta wstrętna Malina najwyraźniej też, bo zaczęła radośnie muczeć i człapać w kierunku portiera - na usługach jej pana dyrektora. Portier nas nawet nie zauważył. Poklepał to wstrętne krówsko po zadzie, i razem z nią, oddalił się w stronę bocznej bramy cukrowni. Wtedy ja, dłużej się nie zastanawiając, posadziłam braciszka w wysokiej trawie, a sama przeskoczyłam parkan i pognałam po nasze rzeczy. Gdy dotarłam na miejsce, myślałam, że dostanę szoku. Wszystkie nasze rzeczy były stratowane i wymieszane jak groch z kapustą. Mało tego, koc był w dużej części wystrzępiony i przerzuty, braciszka spodenki w połowie zżarte, w połowie wymaćkane, nawet moja kosmetyczka była nadżarta i zielona od krowiego pyska. Rany, ależ byłam wściekła! Miałam ochotę popędzić za tym głupim, nieużytym, dyrektorskim bydlęciem i nakopać mu do zadka. Co za krowa! Musiałam jednak wracać do braciszka. W pośpiechu pozbierałam z ziemi wszystkie pozostałości po naszym ekwipunku, i z myślą, że poskarżę się na to dyrektorskie krowisko tatusiowi, pobiegłam do braciszka.

 

 

*Bzitka kjowatłum. z jęz. dziecięcego:

                          brzydka krowa

 

 

 

***

 

 

    Dzisiaj, kiedy tylko spotkamy się z braciszkiem, wspominamy nasze dzieciństwo. A mamy co wspominać, i z czego się pośmiać. Ponieważ ja, jako najmłodsza z sióstr, matkowałam mu najbardziej i często spędzałam z nim czas. Ale z tej akurat historyjki z krową w tle, o dziwo, braciszek krowy nie pamięta. Pamięta za to, że mu „ała” w wodzie zrobiłam. Musiałam się zdrowo nagłówkować by skojarzyć sobie fakty i ustalić, co też to ja nawyrabiałam, że mojemu kochanemu braciszkowi ała zrobiłam... Biedulka! W końcu mi się przypomniało, że wcześniej, zanim wybrałam się z nim nad rzekę, przymierzałam zeszłoroczny strój kąpielowy. Chciałam sprawdzić, czy jeszcze nie jest za ciasny, wszak cycuszki przez rok urosły mi nieco. Okazało się, że staniczek był jednak już troszeczkę za mały, ale że strój bardzo mi się podobał, wciskałam się w niego na siłę... No i? No i jedno ramiączko od stanika się oderwało. Żeby nie tracić czasu, niewiele myśląc, przypięłam je agrafką. Pewnie stąd to „ała”. Musiało tak być, że kiedy chodziłam z braciszkiem po wodzie, nosząc go na rękach, agrafka się odpięła... Och, ta bzitka agjafka!

 



komentarze (17) | zaloguj się, aby dodać komentarz

PIERWSZY ŚNIEG

sobota, 20 listopada 2010 14:32

 

 

 

Pierwszy śnieg

 

 

 

Pierwszy śnieżek u nas już...

spadł bardzo nieśmiały,

ale piękny jest...

 bo taki śnieżnobiały.

 

 

  

 

 


Choineczki w białej szacie

do lasu zapraszają,

i o Bożym Narodzeniu,

milutko przypominają.


  

 

 

 

A leśnicy śniegu się wystraszyli,

swój sprzęt w te pędy porzucili,

i do swych domów

chybcikiem „spinkolili".


  

   

 

A ja stoję sobie w śniegu,

i śniegu się nie boję...

nawet kiedy mocno sypie,

dalej sobie stoję.

 


I będę tak stała,

aż bałwanem się stanę...

Hihihi! ale tylko śnieżnym...

 Że co, że i „innym”? Trudno, taka już zostanę!

 

 

***

 

     Pozdrawiam Wszystkich Czytelników bardzo gorąco oraz życzę wspaniałego weekendu... Aha, no i wypadałoby jeszcze życzyć przyjemnej ciszy wyborczej i baaaardzo mądrego wyboru


 

                   w Wyborach Samorządowych! Halszka@)-->-->--

 




komentarze (13) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zdjęcia w galeriach.


piątek, 22 września 2017

Licznik odwiedzin:  0  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Halina Krüsch Czopowik

Facebook i Google

Wszystkie teksty oraz zdjęcia tutaj opublikowane są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie. (Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dn. 4.02.1994 r., nr 24, poz. 83). Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję, jak ktoś o nią prosi. 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tu także swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 812281
Wpisy
  • liczba: 738
  • komentarze: 10335
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 2982 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to