Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 255 059 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Załapałam wirusa A/H1N1... (patrz poniżej)

sobota, 28 listopada 2009 14:29

 

Załapałam
wirusa A/H1N1

 



   Niestety. To pewne. Mam go w sobie. Skąd ta pewność? No bo skoro mój najmłodszy Wnusio załapał go w przedszkolu i od wczoraj jest chory, a ja przez cały czas z nim byłam, wszystko przy nim robiłam, na rękach biedulkę nosiłam - to jakżeby inaczej? Teraz tylko czekać, czy ten świński wirus się we mnie rozpanoszy... i z nóg mnie powali. W poniższym wpisie go pinkoliłam, a teraz stanęłam z nim oko w oko... A to ci dopiero! Zaraza jedna!!!

   Wczoraj wieczorem, kiedy od mojego Wnusia wróciłam do domu, nawtykałam się czosnku na wszelki wypadek. Może przepędzi tego skubańca z mojego organizmu. Zaś dzisiaj, z rana, pognałam do lasu, aby się porządnie wypocić. Zasuwałam świńskim truchcikiem po leśnych ścieżynkach ponad godzinę i rzeczywiście spociłam się jak:8prosiak.:-DMam nadzieję, że wypociłam tego skubanego świntucha. No zobaczymy... Najbliższy czas pokaże. 

   Przed chwilą rozmawiałam telefonicznie z moją Córką. Mówiła, że mój Wnusio chorutki jest jeszcze bardzo, ale trzyma się dzielnie. Po chwili i sam Wnusio zadzwonił do mnie.

   - Babciu, ale ty nie możesz być chora - powiedział, między jednym kichnięciem a drugim. - Bo jak ja wyzdrowieję, to kto mnie z przedszkola odbierze? Mama musi pracować. Papa też.

   No nie mam wyjścia. Muszę być zdrowa dla mojego Wnusia. Dla pozostałych Wnusiów również. Najstarszy Wnusio (z kolei od mojego Syna) jest już po chorobie. Wspominałam o tym poniżej 9 dni  temu. Ale ja w czasie jego choroby nie miałam z nim bezpośredniego kontaktu i z jego świńską... o pardon... grypą A/H1N1. Tym razem kontakt  miałam, i z Wnusiem, i z...  Łeee tam, będę się przejmować! Co ma wisieć, nie utonie!:-D


   Gdybym w najbliższych dniach zamilkła, oznaczać będzie niezbicie, że ten skubany wirus się jednak rozbisurmanił we mnie. No dobra, nie będę już przynudzać tym świńskim tematem, bo z pewnością każdy ma już go dość. Pożyjemy, to i zobaczymy... jak będzie. Ale tak na wszelki wypadek, mocnego zdróweczka Wszystkim życzę i sobie również! Halszka z:8A/H1N1:-D


 

                       

 

 

Z dzisiejszego duktu leśnego pozdrawiam ja i mój cień... Ha, jak widać, nogi mam długie... Może temu świńskiemu wirusowi nie uda się mnie z nich powalić?:-D



A to przy okazji wkleję jeszcze kilka innych zdjęć z dzisiejszego spotkania z Naturą.

 

           


      Dąb nad urwiskiem. Dzisiaj wygląda jak jeleń na rykowisku. A tam w 

                         dole, widać część mojego miasta.


 

             

 

          Też ten sam dąb na tle przepięknego błękitu dzisiejszego nieba


 

          


Zdrowo spocona, wracam autem do domu. Na wprost widać krzyż, czyli szczyt góry. (fotka trochę niewyraźna, bo robiłam ją w czasie jazdy przez szybę)

 

 



komentarze (19) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zaczarowane lustro

piątek, 27 listopada 2009 22:22

Zaczarowane lustro

(wiersz satyryczny ze zbioru - wydanego w Niemczech - w 2007r.)

 



Każdy człowiek ma piękną duszę...

Lecz w jej zakamarkach zło się puszy. 

Siedzi tam pyszne i dysputę prowadzi -

Z dobrą stroną duszy... Dobro mu wadzi.


Człowiek ze złem z reguły się nie godzi,

Jednak na pokuszenie, daje się złu wodzić...

Zło to wyczuwa, z zakamarków wyłazi,

Ogarnia całą duszę i ohydą swą razi.


Człowiek z taką duszą - zły się staje...

I wszystkim dookoła zły przykład daje.

Przed takim koniecznie postawić trzeba lustro,  

By siebie zobaczył... jako obleśne i złe bóstwo.


Wszak żadna to przecież forma oszustwa,

Że coś istnieje po obu stronach lustra...

Stając przed lustrem - kim jesteś się dowiesz,

Usłyszysz też głos, który ci szeptem powie:



Zanim zrobisz krzywdę bliźniemu,

Przyjrzyj się w lustrze odbiciu swojemu...

Lustro - jak zaczarowane - prawdę ci powie,

Że masz przecież SUMIENIE, które SIĘ o tym DOWIE...


 



komentarze (2) | zaloguj się, aby dodać komentarz

K-X ląduje (kolejny - 4 fragment)

czwartek, 26 listopada 2009 10:49

Jeśli kogoś z Was, moi Drodzy, interesuje opis powieści oraz poprzednie 3 fragmenty, proszę klikać tutaj:
 

 


K-X ląduje


Fragment dot. dekompresji czyli powrotu Chwatka i K-1

do własnego ciała 

(str. 227-246)


 


  - No dobra chłopaki. Dość tych sentymentów! - zawołał duch leśny Chwatko. - Bądźcie zdrowi i żyjcie w zgodzie z własnym sumieniem, a cała reszta przyjdzie sama... I żadnych łez! Żadnych więcej pożegnań! Biegnijcie już za waszą panią i bądźcie weseli. Będziemy do was wracać w przyszłości i razem spędzimy jeszcze wiele miłych chwil. A więc, do zobaczenia chłopaki!

   Mówiąc te słowa, Chwatko poczuł dziwne uczucie mrowienia na całym ciele. Domyślał się, że oto nadchodzi godzina zero. Nie wiele się zastanawiając, usiadł na trawie by nie upaść i nie zrobić Gryzowi krzywdy.

   - Do zobaczenia chłopaki! - powtórzył jeszcze raz i mocno uchwycił się trawy. Po czym prawie już szeptem dodał: - Zmykajcie, proszę was. Ja tu sobie jeszcze chwileczkę przed podróżą posiedzę. Jak tradycja nakazuje. A wy biegnijcie wprost do domu, i proszę was, nie oglądajcie się już za siebie... Biegnijcie kochane chłopaki...

   Chłopcy wyczuli, że duch leśny ma jakieś tam swoje powody, by zostać samemu. Uszanowali więc jego prośbę. A że duch, siedząc na trawie miał akurat głowę prawie na wysokości ich głów, podskoczyli jeszcze do niego z obu stron i pocałowali go jednocześnie w policzki. Potem odwrócili się momentalnie, i ze słowami: - „zawsze będziesz w naszych sercach" - pognali przez polanę jak dwa wichry.

  Chwatko patrzył za oddalającymi się chłopcami ze wzruszeniem. Nie uronił jednak ani jednej łezki. Był już pewien, że to nie koniec ich znajomości. Że nie bajdurzył mówiąc im, iż razem przeżyją jeszcze wiele miłych chwil. Patrzył za nimi tak długo aż zupełnie zniknęli za ścianą drzew. I chociaż czekała go w najbliższych minutach wielka niewiadoma, to jednak się nie przejmował. Nie czuł żadnego lęku. Czuł się szczęśliwy.

  - Gryziu, a tobie co? Czemu beczysz? - spytał nagle, wyrwany z zadumy buczeniem kuzyna. - Wierz mi, to nie koniec naszej znajomości z wielkimi chłopcami. Zobaczysz.

   - Tak myślisz? Bardzo bym chciał by była to prawda. Polubiłem ich. A myślisz, że będzie to kiedyś możliwe bym i ja mógł się im pokazać na oczy?

   - Tak myślę Gryziu. Z pewnoooośśśścią... - Chwatko nie skończył, bo zabrakło mu tchu.

   Gryziu zaniepokojony o kuzyna spuścił się po plecaku prosto na kępkę trawy. Na szczęście Chwatko nadal siedział na trawie, więc nie  miał wysoko. Podbiegł natychmiast do przodu i stanął między nogami kuzyna.

  - Chwatko, czy to już?! - spytał się szeptem i z wielką troską wpatrywał się w twarz wielkiego kuzyna. - Boli?

  - Nie wiem co jest. Nie czułem żadnego szarpnięcia, żadnego też gwałtownego zawrotu głowy, ale czuję tylko, że opuszczają mnie siły. Nawet tracę wzrok i czucie. I nie wiem już, czy jeszcze siedzę, czy już leżę na trawie.

   Gryzio wystraszył się nie na żarty. Bał się, że coś złego może się stać Chwatkowi. Tym bardziej że Chwatko rzeczywiście bez sił opadł na trawę. Twarz jego zaczęła blednąć jak te białe lilie, które trzymał w dłoni, a oczy stawały się martwe. Gryzio biegał jak oszalały dookoła Chwatkowej głowy i nie wiedział jak mu pomóc.

  - Chwatko kochany, tylko nie umieraj! Błagam cię, tylko nie umieraj! Gdzie ten K-1?... K-1, ratunku! Chwatko umiera! Ratunku!!!

   Żadnego jednak odzewu ze strony K-1 Gryzio nie usłyszał. Zaczął więc skakać, bo wysoka w niektórych miejscach trawa zupełnie przysłaniała mu widok. Nigdzie jednak K-1 nie było widać. Gryzio z przerażeniem pomyślał, że może taki sam los spotkał również i jego. - „Co robić? Co robić?!" - krzyczał sam do siebie. Pierwszy raz w życiu tak bardzo się bał, i to nie o siebie, a o kogoś. I nie wiedział jak ma im pomóc. A to było najgorsze. Wtedy przypomniał sobie o gwizdku, który K-1 dał Chwatkowi. Zaczął przeszukiwać kuzyna kieszenie w kombinezonie. Nigdzie go nie mógł znaleźć. Chciało mu się wyć z rozpaczy. Chwatko leżał bez ruchu i nie dawał znaków życia. Gryzio miał już najgorsze myśli. W ostatnim odruchu desperacji, wskoczył Chwatkowi na jego lewe przedramię i z całych sił, dwoma rękami, zaczął ugniatać mu klatkę piersiową, by pobudzić jego serce. Chwatko jednak ani drgnął. Gryzio po chwili opadł zupełnie z sił i osunął się z jego przedramienia na ziemię. Było mu już wszystko jedno, bo zdał sobie nagle sprawę, że z nikąd pomocy nie można się spodziewać. Chciał umrzeć razem z kuzynem. Popatrzył tylko jeszcze na białe lilie (które niechcąco nieco stratował, biegając w panice dookoła Chwatka), i już chciał zamknąć oczy w oczekiwaniu na śmierć, gdy nagle coś zauważył. Lewa dłoń Chwatka była trochę rozwarta, a w niej pomiędzy końcówkami łodyżek kwiatów coś błyszczało. Gryzio wiedziony ostatnią nadzieją, zerwał się na równe nogi i zaczął grzebać w dłoni kuzyna. - „Gwizdek!" - krzyknął. Tak, Chwatko trzymał w dłoni gwizdek. Biedny Gryzio nie wiedział jak dmuchnie w ten potężny dla niego, niczym trąba jerychońska, instrument. Wiedział natomiast, że ten oto gwizdek jest jedyną i na pewno ostatnią szansą. Z wielkim trudem wprawdzie, ale udało mu się wygrzebać go z dłoni Chwatka. Jeden koniec gwizdka położył na ziemi, a drugi oparł o nadgarstek kuzyna. Sam szybko położył się na ziemi obok i chciał spróbować jakoś dmuchnąć. Ale niestety nie mógł złapać tchu po takim wysiłku. Przez chwilę leżał bez ruchu i sapał jak miech kowalski. Wreszcie nabrał dużo powietrza w płuca i już miał dmuchnąć w gwizdek, gdy nagle spostrzegł, że ta końcówka gwizdka, która służy do dmuchania jest u góry, czyli na nadgarstku Chwatka. - „Ty skończony jełopo, nie będziesz chyba w ziemię dmuchał!" - wrzasnął do siebie potwornie wściekły i całą operację ustawiania gwizdka rozpoczął na nowo. Z wściekłości na siebie i z desperacji, poszło mu to tym razem o wiele szybciej i nawet jakoś dziwnie tchu nie stracił. Poczuł się zgoła o wiele silniejszy. Siła go wręcz rozpierała. Położył się ponownie na ziemi i z całych sił dmuchnął w gwizdek.... I nic! Nic nie usłyszał i nic nie poczuł. Nie załamał się jednak tym, bo sobie przypomniał, że K-1 mówił, iż nikt gwizdka oprócz niego nie usłyszy. Złapał natychmiast za jego dolną część i zaczął go przeciągać na najwyższą w pobliżu kępkę trawy. Oparł go o nią i wszedł po gwizdku na sam szczyt. Przysłonił dłonią oczy i zaczął się rozglądać po całej polanie za K-1. Gryzio nie wiedział, z której strony może się K-1 spodziewać, bo to tylko Chwatko widział go wcześniej ukrytego za drzewami. Kręcił się więc nerwowo w kółko i po kilka razy lustrował polanę, miejsce po miejscu. I nagle zauważył, że nie daleko od niego, w miejscu gdzie rosła wysoka trawa, coś jakby się poruszyło. Nie wiedział co to było, bo nic oprócz poruszającej się trawy nie było widać. Długo się nie zastanawiając, zjechał po gwizdku na ziemię i pobiegł jak błyskawica w tamtym kierunku. Kiedy dobiegł do tego miejsca, serce mu mało z piersi nie wyskoczyło, i to nie z wysiłku po biegu przełajowym, lecz z okropnego widoku jaki tam zastał. K-1 leżał na trawie zwinięty w kłębuszek i sapał okropnie, jakoś tak gwiżdżąco i głośno.

   - K-1, przyjacielu kochany, dobrze że jesteś! - Gryzio rzucił się na twarze K-1 i próbował odgarnąć z nich jego długie, zielone włosy. - Błagam cię wstań. Wstań i ratuj Chwatka. Chwatko umiera... Błagam ratuj mojego kochanego kuzyna... Ratuj siebie! Ratuj was obu!!!

   - Grrrryyyzzziooo??? - K-1 wysapał z wielkim trudem i próbował się do Gryzia nawet uśmiechnąć. Lecz nagły grymas cierpienia wykrzywił mu obie twarze jednocześnie i zesłabł.

   K-1 był u kresu sił. Sam nie rozumiał co się stało, że tak nagle stracił moc wielkiego człowieka. Stracił w ogóle jakąkolwiek moc. Leżał tak w trawie jak ostatnie ścierwo w ludzkim ciele i nie miał siły nawet się podnieść. Stracił nawet rachubę czasu i już sam nie wiedział jak długo trwał w takim stanie. I dlaczego w ogóle znalazł się na trawie. Przecież stał za drzewem, kiedy dzieci odchodziły od Chwatka. Tak jakby przez mgłę, ale zaczynał coś sobie przypominać. Przypomniał sobie, że poczuł się nagle bardzo słabo i usiadł pod drzewem i... chyba stracił przytomność. A potem jakiś dźwięk nieco go ocucił. Tak, dźwięk. To był dźwięk gwizdka. Zrozumiał, że Chwatko wzywał go o pomoc. Przebłyskami świadomości kojarzył sobie, że z Chwatkiem musiało dziać się podobnie. Musiał się więc najprawdopodobniej oderwać od drzewa i ruszyć w kierunku wzywającego pomocy Chwatka. A potem, po drodze, to chyba znów stracił przytomność, dlatego leżał na polanie. Ale znów jakiś dźwięk pomógł mu odzyskać utraconą ponownie świadomość... Ale co to był za dźwięk? Bo że nie był to dźwięk gwizdka, tego był już pewien... To był czyjś głos. Tak, to był głos krzyczący, że Chwatko umiera. Gdy K-1 to wszystko sobie przypomniał, z wielkim wysiłkiem szeroko otworzył oczy. Wtedy widok Gryzia go w tym upewnił. Był zdruzgotany. - „Luno najukochańsza pomóż!" - wrzasnął w myślach wniebogłosy... I nagle poczuł, że trzyma w ręce radarton. Powolnym ruchem podnosił rękę wraz z nim do oczu i zobaczył na jego czasomierze, że ostatnie pięć minut z ich trzech godzin kompresji dopiero się zaczyna. Nadzieja jaka się w nim zatliła, sprawiła, że poczuł się na tyle mocny, aby szeptem odezwać się do Gryzia.

  - Jak dobrze, że jesteś. W tobie nadzieja. Naciśnij ten zielony przycisk. K-2 zaraz nas uratuje.

   Gryzio momentalnie nadepnął nogą przycisk radartonu i popatrzył na K-1. Niestety nie zauważył żadnej zmiany. Ale przypomniał sobie, że to może chwilę potrwać zanim K-2 dobiegnie do samopojazdu. Więc nieco się uspokoił. Nachylił się nad głowami leżącego K-1, i patrząc mu na przemian w dwie pary oczu, powiedział:

   - Chwatko tam umiera w samotności...

  K-1 wiedziony nagłą nadzieją i poczuciem odpowiedzialności za przyjaciela, poczuł nagle przypływ małej porcyjki sił. Zaczął się więc powoli czołgać, bardzo powoli, jak w zwolnionym filmie. Ale się doczołgał, wspomagany ogromną siłą woli, własną i Gryzia.

   Malutki Gryzio, człapiąc za czołgającym się K-1 wpatrywał się w niego intensywnie i popychał go wzrokiem do przodu. Dalej i dalej, w kierunku Chwatka.

   Kiedy K-1 znalazł się już przy leżącym bez ruchu Chwatku, opadł bez sił tuż obok, ale zdążył go jednak chwycić za prawą rękę. Nie mógł niestety ścisnąć jej mocniej, bo sił mu już nie starczyło. A może Chwatko coś w niej trzymał i dlatego nie mógł?

   Dwa olbrzymy leżały na ziemi, a maciupeńki Gryzio biegał dookoła nich jak oszalały, jakby chciał tym pędem przyśpieszyć aktywizację wznowienia ich kompresji przez K-2. Nic się jednak nie działo. Kompletnie nic. Minuty z jednej strony w zastraszającym tempie uciekały, a z drugiej wlekły się żółwim tempem. I nic! Gryzio w końcu nie wytrzymał napięcia i w biegu rzucił się rozpaczliwie na twarz Chwatka i zamierzał zrobić mu sztuczne oddychanie „usta-usta".

   - Czyś ty Gryziu oszalał? Złaź z mojego ucha, bo będzie podobne do ucha pani Klodzi. - Ni stąd ni, zowąd zadudnił głos Chwatka jak z głębokiej studni.

   Gryzio odskoczył od kuzyna jak piorunem rażony. A że wdepnął w gęste i długie włosy K-1, leżące bezładnie na trawie, to też mu się nogi w nich poplątały i wyrżnął jak długi na górną głowę K-1. I zanim pokapował co się stało, zaczął się już przymierzać ze sztucznym oddychaniem do górnych ust K-1.

   - Czyś ty Gryzzziu oszzzalał? Przecieżżż ja jeszcze żżżyję. Wcale nie musiszzz się zzzze mną żżżegnać... - Przeraźliwie zgrzytający głos wydobył się z dolnych ust K-1.

  Gryzio zdębiał zupełnie. Z wrażenia osunął się na ziemię i padł pomiędzy głowami olbrzymów. Czyżby dostał pomieszania zmysłów? Czy rzeczywiście słyszał głosy swych przyjaciół? A właściwie głosy podobne nieco do głosów przyjaciół. Co to wszystko miało znaczyć? Gryzio, leżąc jak nieszczęście plaskate na ziemi, w myślach zadawał sobie tego typu pytania.

  - A może jednak moje zmysły są OK?  I to by oznaczało, że wy chłopaki dochodzicie do siebie?! - wrzasnął Gryzio w ogromnej nadziei i zerwał się na równe nogi, patrząc raz na twarz Chwatka, raz na twarze K-1.

   - A co ty myślałeś, drobinko nieboraczka, że ciebie na pastwę losu samego tutaj zostawimy? - Pytaniem na pytanie słabiutkim głosem odpowiedział Chwatko i zaczął zezować na kuzyna z pozycji leżącej, nadrabiając przy tym miną.

  Cały Chwatko. Nawet w tak groźnej dla jego życia sytuacji, myślał o innych i chciał rozweselić kuzyna. Gdy się ocknął, był bardzo zdziwiony tym co wokół niego się działo. Zastanawiał się skąd K-1 wziął się koło niego i dlaczego leżał obok i trzymał go za rękę. - „Może przysnąłem na chwilkę i nie usłyszałem jego nadejścia? Tak, tak chyba musiało być" - wytłumaczył sobie w myślach. Ale dlaczego Gryzio przed chwilą trenował bieg z przeszkodami, biegając wokół nich, i przeskakując przez ich kończyny dolne i górne, tego już Chwatko pojąć nie mógł. Głupio mu było spytać wprost, żeby się nie zdradzić swą nagłą słabością. Czekał więc aż to się samo wyjaśni w trakcie ich dalszej rozmowy.

  - Zdrzemnąłem się tylko na momencik - odezwał się znów po chwili półgłosem, dziwiąc się samemu sobie, dlaczego tak cicho mówi. - Już wstaję i wracamy do dzieci...

   - Chwatko leż, leż jeszcze - odezwał się K-1, zerkając na radarton. - Nie wiem co się dzieje, ale zbliża się już ostatnia minuta trzeciej godziny naszej kompresji i K-2 do tej pory nie uaktywniła zdalnego jej przedłużenia. A przecież Gryzio puścił jej sygnał. Martwię się, że coś tam z dziećmi niedobrego się dzieje... A my tu leżymy odłogiem i nie możemy im pomóc...

   - Jak to? Co ty K-1 gadasz? - Chwatko prawie krzyknął i poderwał się do wstawania. Opadł jednak bez sił z powrotem na ziemię i patrząc w niebo szepnął: - Błagam, tylko nie to...

   Groza jaka ogarnęła wszystkich trzech chłopców była nie do opisania. Zamilkli zupełnie i leżeli tak po środku polany bez czucia, sparaliżowani potwornym strachem o swych najbliższych. Tylko ich szeroko otwarte oczy zdradzały jakąkolwiek oznakę ich życia. Wszyscy trzej wpatrywali się w przepiękne wieczorne niebo i zaklinali cały wszechmocny Wszechświat (każdy po swojemu i każdy inaczej) i żarliwie błagali o ratunek... Aż tu nagle, jak nie szarpnie ciałem  K-1 i Chwatka. Dwa olbrzymy bezwiednie i bezwolnie wykonały gwałtowne ruchy nogami i rękami niczym dwa pajace na sznurku. A wykonały najpierw jednoczesny ruch ku dołowi, a potem z jeszcze większym impetem - ruch ku górze. A że K-1 trzymał Chwatka za rękę i powyżej ich złączonych rąk, a między ich głowami, leżał Gryzio, przeto biedaka wprawili w równie gwałtowny i niespodziewany ruch. Wystrzelił więc Gryzio do góry jak z katapulty, po czym runął w dół i wylądował wprost na gwizdku opartym na kępce trawy. Nieborak bezwładnie zawisł na brzuchu, a jego kończyny dolne i górne dyndały  w różnych kierunkach. W takiej poczwarnej pozycji Gryzio wyglądał jak siedem nieszczęść, i też tak się czuł. I chybaby już mu tak zostało, gdyby nie usłyszał nagle, gdzieś z niebios, potężny głos Chwatka.

  - A cóż ty drobinko nasza robisz tu na tym gwizdku? Chciałeś gwizdać? I to dmuchając w połowie gwizdka, a nie w jego ustnik? Oj, Gryziu, Gryziu, chyba musiałeś przeżyć wielki szok tu ze mną i zdurniałeś przeto z kretesem. Ze mną wszystko w porządeczku. Chciałem sobie tylko trochę odpocząć... No, popatrz na mnie... A i K-1 jest już przecież z nami. Gwizdać więc nie musisz.

   Chwatko na moment przeraził się brakiem reakcji kuzyna. Zamilkł więc i zaczął się zastanawiać jak ma mu pomóc.

   Wiszący bezwładnie Gryzio, też się przez moment zastanawiał, czy ten pięknie brzmiący głos Chwatka rozlega się już z zaświatów, czy może jakimś cudem ten ukochany kuzyn stoi nad nim w żywej i pełnej okazałości. Nie reagował jednak na jego głos, bo wolał tą  wspaniałą nadzieją rozkoszować się dłużej. Ale nagle poczuł, że pod brzuchem coś mu się zaczyna dziać. Wyraźnie poczuł coś ciepłego i miękkiego. To Chwatko usiłował delikatnie podsunąć kuzynowi pod brzuch swój palec wskazujący i ściągnąć go z twardego i zimnego gwizdka.

   - No choć tu do mnie ty moja kruszynko. Nie bój się, już ja ci pomogę - przemawiał łagodnym głosem.

   - O to to! O to to! O to to...! - Gryzio zaczął wrzeszczeć jak opętany, i ześlizgnąwszy się z palca Chwatka puścił się biegiem dookoła niego i K-1. - O to... błagałem wszystkie świętości  Wszechświata... I K-2 się spisała i zdążyła postawić was na nogi! I z wami już wszystko w porządku! I to znaczy, że i z dziećmi w enklawie też wszystko porządku!

   - No pewnie! A coś ty myślał, że może być inaczej? - zawołał Chwatko ucieszony ponowną fizyczną sprawnością kuzyna. - Powtarzam ci jeszcze raz: ze mną wszystko w porządku i nic złego się nie działo...

   - Skończ Chwatko, bo cię zaraz ugryzę! - wrzasnął Gryzio i wyhamował w miejcu. - Nic złego się nie działo?! Bo ty nic nie widziałeś! Myślałem, że tu z wami skonam. A ty mówisz, że nic złego się nie działo?!... I nawet nie wiesz co ja robiłem na gwizdku...?

   - No właśnie! Co ty na nim robiłeś? - Chwatko przerawał kuzynowi jego tyradę i patrzył zdziwionym okiem, to na niego, to na K-1.

   Gryzio mógłby tak wrzeszczeć jeszcze bardo długo, by rozładować swój głęboki stres w jakim tkwił po uszy w ostatnich minutach. Ale przypomniało mu się, że to jeszcze nie koniec jego przygód z tymi wielkoludami. Skończył więc wrzeszczeć tak szybko jak zaczął i puścił mimo uszu pytanie Chwatka. Zdał sobie sprawę, że to nie czas i miejsce, aby chłopcom opowiadać co się z nimi działo i co on z nimi przeżył. A co jeszcze przeżyje? Bał się pomyśleć. - „Opowiem im wszystko dokładnie dopiero wtedy, gdy ich oczy będę miał na wysokości swoich oczu" - pomyślał sobie, i łagodnym już głosem spytał:

   - Bardzo was bolało?

   - Można to było jakoś znieść - odpowiedział K-1.

   - No coś ty! Nic nie bolało. Tylko trochę spać się chciało - wyraził swoje zdanie Chwatko, robiąc dobrą minę do złej gry.

   - Aha, akurat! Uważaj, bo uwierzę - zawołal Gryzo zniesmaczony brakiem szczerości kuzyna. - To co robi w twojej prawej ręce ten spory kawałek darniny?

   - No właśnie tego nie wiem.

   - Nie wiesz? To ja ci powiem. By nie krzyczeć z bólu drapałeś palcami ziemię... I to z bólu ją wyrwałeś. Nie rozumiem dlaczego nie jesteś szczery? Ale mniejsza o to...

   - Nie, nie, poczekaj. To nie tak, że ja nie chcę być szczery. Jesteś przy nas jak kruszynka... Dlatego ja po prostu, chciałbym ci ze wszech miar oszczędzić...

   - No właśnie! Ty już mi lepiej niczego nie oszczędzaj, bo tego się nie da oszczędzić... Tkwię z wami w tym wszystkim od początku do końca, i chcę wiedzieć. Wróć! Ja muszę wiedzieć! Bo we trójkę jesteśmy za wszystko odpowiedzialni. I nie ma to wcale żadnego znaczenia, że ja wyglądam obecnie przy was jak mała kruszynka. Wy i tak macie wypożyczone tylko ciała. A za wszystko co się stanie i tak  razem będziemy odpowiadać. I to bez względu na wielkość. Zrozumieliście?!

   - Wow! To było mocne! - zawołał K-1. - Masz zupełną rację Gryziu. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. I to szczerze, bez najmniejszego kamuflażu... Zrozumiałeś Chwatko?!

   - Jesteście super, chłopaki! - zawołał Chwatko z uśmiechem od ucha do ucha. - Pogadamy jeszcze na ten temat. Jak będziemy już we własnej skórze. A teraz chłopaki, zbierajmy się, bo musimy w niecałe już pół godziny dobiec do samopojazdu.

   Chwatko zwinnym ruchem włożył Gryzia do plecaka. Pozbierał rozsypane na trawie białe lilie. I ruchem ręki dał znak do startu.

    Dwa wielkoludy biegły co sił wielkimi krokami przez polanę, potem na przełaj przez las. Chłopcy omijali ścieżynki leśne, aby na skróty szybciej dotrzeć do samopojazdu. Ale niestety, gdzieś w połowie drogi zabrakło im sił, i to prawie jednocześnie. Zmartwiło ich to bardzo. A Gryzia wręcz przeraziło. Ten mały ludek zaglądał ze swojej ambony obserwacyjnej i widział, że tempo chłopców słabnie coraz bardziej. Podejrzewał więc, że chłopcy nie dadzą rady dobiec do mety. Milczał jednak i czekał na rozwój sytuacji. Bo też nic innego mu nie pozostało.

   - I co robimy? - spytał Chwatko, patrząc na równie słabnącego w biegu K-1.

   - Sam już nie wiem co jest z nami. Dlaczego tak szybko tracimy energię? No, teraz w trakcie przedłużonej kompresji, to jeszcze jakoś jest zrozumiałe. Chociaż też nie do końca, bo nieco za szybko opuszczają nas siły, i za intensywnie. No a wcześniej, to już w ogóle nie rozumiem co to było i co to działo się z nami. Momentami zastanawiam się czy to przypadkiem nie ta z góry założona przez naszych naukowców celowość użycia ludokompresora nie zaważyła na naszym złym samopoczuciu. Ludokompresor przeznaczony jest przecież tylko i wyłącznie do użycia w obronie koniecznej przed człowiekiem, w razie zagrożenia z jego strony. Pamiętasz, zastanawialiśmy się nad tym. Widocznie nasza potęga i moc miała być wykorzystana do walki z człowiekiem, a nie do pomocy człowiekowi. Jak wrócimy na Księżyc to będę musiał naszym naukowcom zgłosić o tym problemie. I niech coś z tym fantem zrobią. Bo jak życie pokazuje, z człowiekiem nie trzeba walczyć, tylko trzeba mu pomagać... No a swoją drogą, muszę się też do czegoś przyznać. Miałeś rację Chwatko. Przesadziłem co nieco z naszą wielkością. Specjalnie zaprogramowałem ludokompresor na taką wielkość. I to bardziej chyba ze strachu przed wielkim człowiekiem aniżeli z rozsądku. I teraz myślę, że to z pewnością też zaważyło na naszym samopoczuciu... Przepraszam Chwatko. To moja wina...

   - Oj, K-1, wcale nie musisz mnie przepraszać. Naprawdę. Mówię szczerze. I niczego też nie żałuję. Może masz rację z tym co mówisz, ale to teraz i tak nie zmieni faktu, że musimy się jakoś pozbyć tego cielska. A któremu bądź co bądź, dużo zawdzięczamy... Powiedz mi  K-1, gdybyś wiedział, że tak będzie z nami, zrezygnowałbyś z użycia ludokompresora?

   - Nie, na pewno nie. Jestem szczęśliwy, że mogliśmy pomóc Rafałowi i Bronkowi. No i trochę też pozostałym dzieciom... Chwatko zatrzymajmy się tam pod tym olbrzymim drzewem, bo coś mi się przypomniało i muszę to sprawdzić.

   Chłopcy dobiegli jakoś, a właściwie doszli już tylko do wielkiego grabu. Oparli się rękami o jego pień i sapali przeraźliwie niczym dwie lokomotywy stojące na stacji. Gryzio zaś wylazł na klapę plecaka, i oparty o lewe ramię Chwatka, sapał razem z nimi. Chyba dla towarzystwa. Albo ze zdenerwowania, że oto nadchodzą ostatnie minuty wielkości chłopaków i jemu znów przypadnie w udziale być bezpośrednim widzem ich męczarni. I tylko widzem, gdyż nie może zrobić nic, by chłopcom pomóc. No, może poza naciśnięciem odpowiedniego przycisku na ludokompresorze. Pod warunkiem oczywiście, że do niego dotrą. A to o wiele za mało, by czuć satysfakcję z bycia pomocnym. I to go bardzo wkurzało. Chciał najnormalniej w świecie pomóc chłopakom. Sprawić, by poczuli ulgę w cierpieniu, a nie tylko się ich cierpieniu przyglądać. Samego ich pompowania (czyli kompresji, tak szumnie i naukowo nazywanej przez K-1) nie mógł znieść, bo widok był okropny. A co dopiero będzie przy ich wypompowywaniu (czyli dekompresji, równie szumnie i naukowo nazywanej przez przyjaciela kosmitę), to już bał się pomyśleć. Bo jakiż widok czeka go na końcu, skoro nawet przed chwilą chłopcy swoim cierpieniem i zachowaniem dali mu porządną próbkę zawodności tych nieziemskich możliwości ludokompresora? Bał się o tym myśleć, ale jednak musiał. Bo nie dało  się o tym nie myśleć. A tłumaczenia K-1, co mogło być przyczyną tej zawodności ludokompresora, wcale do niego nie przemawiało w tym momencie ani też nie uspokajało. Jeszcze kilkanaście minut, a przyjdzie mu być świadkiem tego niepewnego i nieprzewidywalnego aktu powrotu chłopaków do własnej skóry. Na samą tylko myśl, Gryziowi skóra cierpła. Jego własna skóra. - „A co będzie jak ludokompresor ze swoją dekompresją zawiedzie (o ile w ogóle do niego zdążą dotrzeć) i chłopaki pękną jak dwa balony przekłute igłą?" - myślał Gryzio z przerażeniem. - „Brrrr...! Tylko nie to!" - wrzasnął do swoich myśli i odpędził je natychmiast. - „A co będzie jak chłopakom nie uda się jednak dotrzeć na czas do samopojazdu?" - myślał Gryzio dalej i czuł, że włos jeży mu się na głowie. Odpędził szybko i te myśli i zaczął się starać w ogóle nie myśleć. Nie za bardzo mu to jednak wychodziło. Pomyślał więc, że może lepiej będzie zacząć gadać, by zagłuszyć te traumatyczne myśli. Wspiął się więc po szelkach plecaka jeszcze wyżej i usiadł Chwatkowi na ramieniu. I patrząc kuzynowi prosto w jego lewe oko, powiedział łagodnym tonem:

   - Nie bój się Chwatko, jeszcze tylko krótka chwila i będziesz normalny. - Po czym mocno się wychylił i poklepał po ramieniu blisko stojącego K-1, i dodał: - I ty K-1 też... A powiedz K-1, to co chcesz sprawdzić, to ma związek z waszym powrotem do normalności?

   - I tak, i nie. Poczekajcie tylko na moment. Zrobię to szybko i zaraz wam powiem co dalej.

   Chwatko i Gryzio przypatrywali się jak K-1 grzebał w swoim pasie bezpieczeństwa i rozkładał na ściółce tuż pod grabem różne wyciągnięte z niego przedmioty. Potem szybkimi ruchami coś przykręcał, coś odkręcał, pomrukując przy tym w wielkiej zadumie. Wreszcie wszystkie te przedmioty i przedmiociki razem połączył w jedną całość i mocno nią potrząsał. Chłopcy nic z tego nie rozumieli, ale nie pytali o nic. Nie śmieli przeszkadzać.

   K-1 zajęty swoimi myślami i tym co robił, popatrzył nagle do góry na grube konary i rozłożyste gałęzie grabu, i sam do siebie powiedział: - „Nie, tu nie." - Odszedł parę metrów dalej, gdzie przestrzeń pomiędzy koroną starego grabu i koronami rosnących tuż obok młodszych jego braci była większa. Stanął w rozkroku i dwa razy nacisnął coś na czubkach swych potężnych butów. Ku zdziwieniu bardzo zaciekawionych i wpatrzonych w każden jego ruch chłopców, coś zaczęło się wysuwać z obu jego butów naraz. Zarówno z przodu, jak i z tyłu od pięt. Z tym, że z przodu jego butów wysuwało się na boki od wewnętrznej ich strony i zbliżało się do siebie, natomiast z tyłu wysuwało się coraz dalej do tyłu i to równolegle do siebie. A i było też dużo dłuższe niż to coś z przodu. I kiedy przestało się już wysuwać, K-1, stojąc ciągle w rozkroku, złączył ze sobą to wysunięte „coś" z przodu (wyglądające jak gdyby dwie cienkie rurki) i w miejscu złączenia przymocował ten przedmiot, który wcześniej złożył z różnych części wydobytych z pasa bezpieczeństwa. Po czym się wyprostował, oglądnął za siebie, i popatrzył na to „coś", co mu się wysunęło z tyłu butów, a co w pełnej już okazałości zaczęło przypominać dwie dość szerokie płozy. Znów chwilę pomruczał, ale już z zadowolenia. Popatrzył jeszcze raz do góry i krzyknął: - „Wszechmocna Luno pomóż nam i miej nas w opiece!" Potem podskoczył parę razy do góry, i za którymś już wyskokiem coś mu pod butami zaszumiało, zabuczało, i rozległ się tak jakby dźwięk silnika. A pomiędzy czubkami jego butów, ta część, którą tam przymocował zaczęła się kręcić na podobieństwo śmgła. No i K-1... najnormalniej w świecie uniósł się i zawisł w powietrzu. Wtedy ze szczęśliwą, ale i nieco szelmowską miną na dolnej twarzy, i z zabawnym zezem w oczach górnej twarzy, wrzasnął do chłopców:

  - Wskakujcie moi drodzy! Kosmopropeller K-1 ułatwi nam dotrzeć do samopojazdu, a przede wszystkim przyśpieszy nasze tam dotarcie. - Po czym spojrzał ponownie na niebo i zawołał donośnie: - Dzięki ci Wszechmocna Luno!

   Chłopcy byli zachwyceni. Lecz na dłuższe trwanie w zachwycie nie było czasu. Chwatko to rozumiał więc wnet ruszył do działania. Szybko się schylił i położył na ziemi troszeczkę zmarniałe już białe lilie, które do tej pory trzymł w prawej ręce. Lewą zaś ręką nadal przytrzymywał siedzącego na swym ramieniu Gryzia, by ten nieborak nie spadł z takiej wysokości prosto w lilie. Bo szkoda by było nie tylko Gryzia, ale również i tych pięknych kwiatów. Potem prawą, wolną już ręką, otworzył klapę plecaka, a drugą ręką zdjął delikatnie Gryzia z ramienia i wcisnął go do środka. Po czym, nie wiele się zastanawiając, podniósł z ziemi lilie i je również włożył do plecaka, obok Gryzia.

   Gryziowi zrobiło się dużo ciaśniej. Nie skomentował jednak tej ciasnoty, gdyż wciąż oniemiały trwał w zachwycie. Tak wielkie wrażenie wywarło na niego to burczące i unoszące się dzieło K-1. I nawet z plecaka, wychylając się najdalej jak tylko mógł (z szeroko  otwartymi oczami i rozdziawioną buzią), nie przestawał filować na wiszącego nad ziemią K-1.

   Chwatko natomiast uznał, że wszystko już zabezpieczył. Potrząsnął tylko delikatnie plecakiem, aby jeszcze się w tym upewnić, i podbiegł do K-1.

   - A jak mam stać? - spytał.

   - Wskakuj na tylne płozy i trzymaj się mnie mocno za pas.

   Chwatko posłusznie wykonał polecenie K-1. I po chwili, wolnym ruchem ku górze, niczym pionowzlot, unosili się razem ponad korony drzew. Potem to „coś" (co K-1 nazwał kosmopropellerem K-1) na moment ucichło i chłopcy zawiśli na wysokości czubków koron drzew. I jak się okazało, po to tylko, aby ten przedziwny pionowzlot zmienił swój dźwięk na wyższy i jego śmigło zaczęło się kręcić jeszcze szybciej. No i trzej chłopcy, z osiągniętego wcześniej pułapu, w pionowej pozycji (czyli na stojąco), polecieli w poziomej linii, z wyznaczonym przez K-1 azymutem na enklawę.

   K-1 ze szczęścia śmiał się cichutko, ale na tyle zgrzytająco, że aż wszystkie przelatujące w pobliżu ptaki wypłoszył. I słowiki, i sikorki, i pliszki, i zięby, i strzyżyki, i jerzyki, i czyżyki, i najmniejsze nawet mysikróliki. Ptaki akurat przygotowywały się do wieczornego śpiewu po upalnym dniu. I gdy usłyszały śmiech K-1 wystraszyły się tak bardzo, że z głośnym i przeraźliwym piskiem rozfrunęły się po niebie we wszystkich kierunkach. Nawet dwa duże jastrzębie, które przygotowywały się do wieczornych łowów odfrunęły w pośpiechu, kryjąc się za koronami drzew. A dwóm kukułkom siedzącym na pobliskim krzewie leszczyny i kukającym na przemian, aż kukanie w gardle uwięzło ze strachu. Natomiast dwa czarne bociany, które już z natury są wyjątkowo płochliwe, na dźwięk niezwykłego śmiechu K-1 doznały szoku i zawisły w bezruchu w powietrzu. A gdy wreszcie nieco otrząsnęły swe pióra z szoku, zaczęły lotem szybowcowym kołować nad wysokim bukiem, w gęstwinie liści którego, ukryte było ich gniazdo z czteroma pisklętami. Para czarnych bocianów opuściła już wcześniej swe gniazdo, gdyż z obowiązku rodzicielskiego zamierzała udać się na podmokły skraj lasu w pobliżu bagien, aby zdobyć trochę małych żabek na kolację dla swych dzieci. Spłoszona okrutnie, jeszcze długi czas szybowała na drzewem, bojąc się obrać jakikolwiek inny kierunek lotu.

   K-1 nawet się nie zorientował, że swym śmiechem spowodował takie przerażenie i spustoszenie wśród ptactwa. No cóż, na ptakach nie bardzo się jeszcze znał. Cieszył się tylko, że ni stąd, ni zowąd, przestrzeń powietrzną mieli wolną.

   Chwatkowi zaś szkoda było spłoszonych i wystraszonych ptaków. Ale pocieszał się w duchu, że za jakąś chwilę, gdy ptaszki otrząsną swe piórka z zamieszania, którego oni są winni, wrócą ponownie do swych instynktownych i stałych zajęć.

   K-1 nie przestawał się jednak śmiać. Wprawdzie śmiał się coraz ciszej, ale jego cichutki nawet śmiech, tym co go nie znali, mógł wydawać się przerażający. K-1 jednak nie zawsze zdawał sobie z tego sprawę. Nigdy przedtem nikt nie zwracał nawet uwagi na jego śmiech. Więc teraz, kiedy ogromna radość wziąła górę nad jego uczuciami i rozumem, śmiał się bez ustanku. Przecież z radości, którą sam sobie sprawił i swym przyjaciołom, nie mógł tak od razu przestać się śmiać.

   Chwatkowi ta radość też się udzielała, i to mocno. Lecz patrzył na otaczającą ich przyrodę okiem ziemianina, dlatego coraz bardziej żal mu się robiło wszystkich ziemskich ptaszków. Nie chciał jednak robić K-1 przykrości i przerywać mu w ten sposób okazywanej radości. Zrozumiał, że K-1 musi mieć szczególny powód do jej takiego właśnie okazywania. Postanowił więc sposobem wpłynąć na K-1, by ten przestał się śmiać. Postanowił go zagadać. Przytrzymał ręką jego rozwiane, długie włosy i nachylił się do jego ucha.

   - Toż to wspaniała rzecz, ten, no... ten twój... jak to było... no, kosmo... - Chwatko specjalnie robił krótkie pauzy i niedopowiedzenia, aby K-1 wciągnąć do rozmowy.

   - Nie uwierzysz... nie uwierzycie, ja sam nie mogę w to uwierzyć! - K-1 z wielkim entuzjazmem podłapał temat, tym samym przestając się śmiać. - Ta wspaniała rzecz nazywa się kosmopropeller K-1, już wam mówiłem. I sam go tak nazwałem, bo też go sam od początku do końca skonstruowałem. I widzicie chłopaki? On działa! I to jeszcze jak! Przed przylotem na Ziemię zacząłem go składać, ale nie zdążyłem złożyć go do końca i zrobić próbnych lotów. Mój ojciec zresztą mówił, że nie będzie mi potrzebny, gdyż wystarczy nam samopojazd ziemski... No i widzicie! Starsi nie mogą wszystkiego przewidzieć, bo i skąd. Skąd mogą wiedzieć, co nam, ich dzieciom, czasami okazuje się niezbędne, no, a już przynajmniej przydatne. To dla mnie wielkie przeżycie, bo kosmopropeller to moje pierwsze dzieło. Pierwsze dzieło przyszłego konstruktora, jakim zamierzam zostać. No, chłopaki, możecie mi pogratulować, bo dzięki mnie unosicie się w waszej atmosferze niczym te wasze ptaszki, a nawet lepiej niż one, gdyż one muszą machać skrzydłami, a wy nie musicie niczym machać...

   - Gratulujemy, gratulujemy! - rozległo się zza pleców K-1.

   - Dzięki chłopaki! Nie wiecie ile to dla mnie znaczy! - K-1 dalej tryskał entuzjazmem. - I muszę wam powiedzieć, że też jestem z siebie bardzo dumny... No ale niestety, na mojej własnej dumie i waszych gratulacjach musi się skończyć, bo nikt się o tym nie może  dowiedzieć. Przynajmniej na razie... Moje kochane „dziecko"! Mój kochany kosmopropeller! Hurrrra!

  - Jesteś naprawdę wspaniałym konstruktorem! - zawołał Chwatko co nieco głośniej, gdyż się wystraszył, że K-1 znów powróci do swego śmiechu radości.

  - Twoim kosmopropellerem... Apsssik!... lata się o niebo lepiej... Apsssik!... niż gołębiami z Gołębich Linii Lotniczych... Apssik! Apssik! Apsssik! - wydał ocenę przeszczęśliwy Gryzio, zaglądając przez lewe ramię kuzyna, i kichając niemiłosiernie od intensywnego zapachu białych lilii.

   - Gryzio, co z tobą?! Zaplujesz mi całe plecy! - zawołał rozbawiony Chwatko. - Nie zapomnij, że to są pożyczone plecy.

   Bezpiecznie, spokojnie oraz w bardzo miłych nastrojach chłopcy przesuwali się po niebie, ześlizgując się po ostatnich złocistoczerwonych promieniach zachodzącego słońca. Chłopcy umilkli jednocześnie. Tak jakoś sami z siebie. Wczuli się zapewne w tę uroczystą i wzniosłą chwilę, w jakiej przyszło im szczęśliwym trafem uczestniczyć. Z lotu ptaka (czyli z kosmopropellera) podziwiali przecudne widoki na niebie i na ziemi. Bezkresne, błękitne niebo, przyozdobione tudzież białymi kłębami chmur i przetkane złotoczerwonymi promieniami chowającego się za horyzont słońca, wyglądało tak cudnie i tak romantycznie. Patrząc w ten bezkres piękna zapominało się o wszelkich przyziemnych sprawach i kłopotach. Czuło się wolność każdym zmysłem, każdym najmniejszym nawet nerwem. A pod nogami, wspaniała Matka Ziemia, wyglądała tak bajecznie i tak kolorowo.

   Lot kosmopropellerem K-1 był tak zajmującym przeżyciem, że chłopcy zupełnie zapomnieli o wcześniejszych problemach i nawet o tych co na nich czekają. Ale niestety, wszystko co jest miłe, też musi się kiedyś skończyć.

   Nim chłopcy się spostrzegli, dolatywali już do enklawy. Żal było im kończyć tę niezwykłą podróż, ale gdy nawigator kosmopropellera dał sygnał, że zbliżają się do miejsca docelowego, przyrzekli sobie, że to nie jest ich ostatni lot tym wspaniałym wynalazkiem K-1.

   Po chwili chłopcy zawiśli w powietrzu. Lecz nieco dalej od enklawy, aby być niezauważonym prze znajdujące się w niej dzieci. Silniczek kosmopropellera zwolnił obroty i śmigło zaczęło kręcić się już o wiele wolniej. I chłopcy powoli, bardzo powoli, bez żadnych turbulencji, zaczęli opadać na ziemię. W krótkiej chwili wylądowali miękko na leśnej ściółce tuż obok samopojazdu. Chłopcy byli tak uradowani, że to co ich za moment miało spotkać, wydało im nagle niczym szczególnym, czego mogliby się bać. Tym bardziej że o dziwo, K-1 i Chwatko czuli się całkiem nieźle.

   Przygotowania do dekompresji przebiegały więc bardzo spokojnie, bez żadnych problemów i wstrząsów. Chwatko zwinnym ruchem dwóch rąk naraz, wyciągnął Gryzia i białe lilie z plecaka. Gryzia postawił na ziemi, a sam z liliami w ręce położył się wraz z K-1 obok samopojazdu. K-1 chwycił Chwatka za rękę. A Gryzio jako doświadczony już giermek wielkoludów, podbiegł do samopojazdu i nacisnął żółty przycisk na ludokompresorze. Wspomaganie dekompresji zostało uaktywnione. Gryzio szybciutko jeszcze wyciągnął mały wężyk ze schowka ludokompresora i jeden jego koniec położył na ciągle olbrzymiej ręce K-1. No i... się zaczęło.

  Gryzio sam sobie się dziwił, że w ogóle nie jest przerażony. No owszem, wolał nie patrzeć na chłopaków i nie widzieć przebiegu dekompresji, dlatego stał odwrócony do nich tyłem, ale tym razem nie zatykał sobie uszu. Dokładnie słyszał więc za plecami całą tę orkiestrę dętą jaką chłopcy swymi dźwięcznie kurczącymi się powłokami zaimprowizowali. Bo syczało, dmuchało, gwizdało, trąbiło... i ciszej, i głośniej. I w wyższej tonacji, i w niższej. I dramatycznie, i pogodnie. I razem, i z osobna. Istna orkiestra. Gryzio jednak nic a nic się nie bał. Był pewien, że za chwilę będzie po wszystkim i chłopcy staną za nim w pełnej i już normalnej okazałości. Po krótkiej chwili poczuł wyraźnie, że ktoś klepie go po ramieniu.

   - No, nasza drobinko, już jest po wszystkim. - Głos Chwatka zabrzmiał jakoś tak cicho i mętnie.

   - Tylko nie drobinko - zawołał ucieszony Gryzo i odwrócił się momentalnie do tyłu. - Cha, cha, cha! Już nie drobinko! Wypraszam sobie słyszeć to z waszych ust, bo niczym się nie różnicie już ode mnie. I chwała wam za to... wreszcie... kochane chłopaki. Jak się cieszę! W końcu wróciliście do siebie. Cha, cha, cha! Nie będę już miał przed wami takiego respektu, ale i tak wolę was takich... takich swojskich.

   - Ja też wolę widzieć ciebie takiego samego jak my, aniżeli ciągle uważać, żeby na ciebie nie nadepnąć - zaśmiał się cichutko K-1. - Widzicie chłopaki, już po wszystkim. A muszę wam się przyznać, że sam się nie spodziewałem, iż tak wspaniale przeżyjemy te trzy i pół godziny naszego życia. I że w tym czasie uda nam się też pomóc dzieciom z Domu Dziecka. Bo zgodzicie się ze mną, że w normalnych warunkach nie wiele moglibyśmy im pomóc. Tym bardziej, że przez naszych rodziców jesteśmy ograniczeni czasem. A tak, korzystając z ludokompresora uzyskaliśmy nie tylko wielkość wizualną, ale przede wszystkim wielkość duchową, i bądź co bądź, umysłową. W przypadku umysłowej wielkości, mówię zwłaszcza o sobie, bo nie wiem czy na normalnie umiałbym wymyślić to wszystko co wymyśliłem z duszdiaskopem i wyrocznią. No fakt, że się podpierałem moją wirtualną encyklopedią, ale całej tej najważniejszej oprawy o życiu człowieka, na pewno bym nie wymyślił. Czuję to teraz bardzo wyraźnie, momentami myślałem jak dorosły. I do tego też muszę się wam przyznać: bycie dorosłym bardzo, ale to bardzo mnie zmęczyło.

   - To znaczy, że ten cały duszdiaskop ze swą wyrocznią, to tylko twoje wielkie kłamstwo? - spytał się Gryzio z nieco zawiedzioną miną. - A ja tak bardzo byłem nim zachwycony, że też chciałem moją osobistą duszę dać prześwietlić... Ty, ty, K-1! Ty oszuście!

  - O wypraszam sobie! Tylko nie oszuście! - K-1 uśmiechnął się łobuzersko i pokiwał palcem Gryzowi. - Jak się coś robi w dobrej wierze, to się nie jest oszustem. I to co się robi, też nie jest ani oszustwem ani kłamstwem, tylko jest... tym, no... no poczekaj... jak to się u was nazywa...?

   - Pic na wodę! - stwierdził ubawiony Gryzio.

   - A nie, bo fortel! - zawołał równie wesoły Chwatko.

   - No, sam widzisz Gryziu. Nie było picu, bo nie było wody. A był za to fortel. Tak, Chwatko, masz rację, to właśnie słowo znalazłem sobie w mojej wirtualnej encyklopedii. A szukałem za nim specjalnie, by się choć trochę poczuć rozgrzeszonym. Bo muszę się wam przyznać, że trochę mną targały wyrzuty sumienia z tego powodu, iż wielkich chłopców robiłem w balona... choć to było przecież dla ich dobra. Ale jednak. Szukając więc wyjaśnień z psychologii co do zachowań Bronka i Rafała, nie omieszkałem też i dla siebie poszukać wyjaśnienia własnego zachowania. 

   - Ty, K-1, ale ja też myślałem, że to prawda, a nie żaden pic... o, przepraszam... a nie żaden fortel z twojej strony z tym duszdiaskopem - zarechotał zabawnie Chwatko. - Okazuje się więc, że to nie wielkich chłopców robiłeś w balona, bo w sumie im pomogłeś uwierzyć w siebie oraz w dobro, a mnie i Gryzia zrobiłeś w balonik. Dwa baloniki. Jeden mały i jeden ogromny... No nie, Gryziu?! Cha, cha, cha! Ale wiesz, może to i lepiej, że tak było, no i że nam to wyjaśniłeś, bo już gotowy byłem uwierzyć, że z jakimś nawiedzonym kosmitą mamy do czynienia i momentami aż mnie ciarki po plecach przechodziły... Aha, jeszcze jedno K-1, jak ty tak ładnie umiesz wszystko wyjaśniać i rozgrzeszać, to może zdejmij też i ze mnie ciężar odpowiedzialności za fizjonomię pani Klodzi. Bo wiesz, nie daje mi to spokoju. Powiedz, że z chwilą naszej dekompresji też i jej buźka z nowego wyglądu wróciła do normy. Po prostu nie chcę, aby ona cierpiała z mojego powodu dłużej niż to potrzebne.

   - A dlaczego z twojego powodu?

   - No a nie? Te ośle uszy i ten nos Pinokia...

   - Zaraz, zaraz, ty chyba nie myślisz, że to ty masz z tym coś wspólnego?

   - A nie?!

   - No jasne, że nie! To przecież ja na odległość wstrzyknąłem jej w uszy i nos żądła z jadem owadzim...

   - Nie gadaj!

   - A jednak! Nie musisz się więc o nic martwić Chwatko. Po pierwsze, to moja robota, a po drugie, działanie tego owadziego jadu mija po godzinie. To jest super wynalazek dziadka K-X. Wymyślił go po którejś podróży na Ziemię. No, wyjaśnione, rozgrzeszone i wszystko pomyślnie załatwione... Ty, Chwatko, a nie czujesz, że... dobrze się czujesz? No wiesz, że nic cię nie boli. Bo ja dziwnie jakoś, bardzo dobrze się czuję.

   - Ja też czuję się świetnie. Żadnego bólu mięśni i żadnego też bólu głowy. Żadnego bólu w ogóle. Czuję się tak samo jak przed  kompresją, a może nawet i lepiej, bo jest mi teraz lżej na duszy i na sercu, że mogliśmy się na coś przydać.

   - Tak się cieszę chłopaki! - zawołał Gryzio. - Bo już się miałem pytać jak się czujecie i czy was mocno bolała ta wasza dekompresja.

   - I to też jest dla mnie bardzo dziwne, bo nic mnie nie bolało. Tyle że nie była przyjemna, ale o bólu nie było mowy. A mówię szczerze, gdyż mam też porównanie do tej mojej pierwszej dekompresji. Muszę o tym wszystkim zgłosić naszym naukowcom. Gdyż przychodzi mi na myśl, że to może dlatego przez chwilę poczuliśmy się źle, tam na polanie, bo zużyliśmy naszą moc na zupełnie inne cele niż to było zaprogramowane w ludokompresorze. Zamiast być groźnym i walczyć, my pomagaliśmy, my się śmialiśmy, my się wzruszaliśmy, a nawet płakaliśmy, no, przynajmniej ja płakałem, bo ty, Chwatko, to miałeś tylko mokre oczy. Ale może właśnie dlatego teraz czujemy się dobrze, bo zamiast być groźnym i złym, my byliśmy dobrzy? Może moja babcia K-Alpha ma rację, mówiąc że tylko dobro jest wszechmocne... Tak czy inaczej, jedno jest pewne, dawno nie byłem taki szczęśliwy.


                                                                                 łącznie 313 stron

 

 



komentarze (4) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Szumią drzewa w lesie

niedziela, 22 listopada 2009 21:46

 


Szumią drzewa

w lesie



O czym szumią drzewa,

Gdy wiatr im na liściach gra?


Szumią o zamierzchłych czasach,

O przeróżnych ludzkich losach...

Długo żyjąc, wiele widziały,

Choć w jednym miejscu zawsze stały.

Szumią o wszystkim, co kto woli...

O ludzkiej doli... i niedoli.

Szumią o ludzkiej podłości i krzywdzie,

Nie lubią tego wprawdzie...

Ale jeśli chcesz, i o tym poszumią-

Wszak drzewo to najlepiej wyszumieć umie.

Szumią o pięknie - całego - świata,

Gdyż los ludźmi po Ziemi miota...

A potem ludzie pod drzewem siadają,

I o cudach świata opowiadają.

Szumią o wielkiej potędze miłości,

O oczarowaniu... a nawet zazdrości.

Wszystko to od ludzi usłyszały,

Bo też jak niemy spowiednik przez wieki stały.

A dzieciom... piękne bajki opowiadają.

Między gałązkami pochowane je mają.

Zbierały bajeczki przez wiele lat,

A układał je na drzewie malutki skrzat.


Wystarczy się pod drzewem położyć,

Złożone ręce pod głowę podłożyć,

Zamknąć oczy i się wsłuchać...

A drzewo ci będzie szumieć do ucha...

               

I ty mój drogi, wyobraźni oczami,

Żył będziesz w bajce z innymi postaciami.

A będą w niej dobrzy i źli ludzie...

Będziesz walczył w znoju i wielkim trudzie-

Ze złem całego świata i ohydnym potworem.

I zawsze zwyciężysz... i to z honorem.

Upojony zwycięstwem uwierzysz w siebie...

I w dobrych ludzi - na Ziemi... nie w Niebie.

Zło będziesz zawsze dobrem zwyciężał,

Bo pojmiesz dobro, i w nim będziesz tężał.


Niebiańskie uczucia... Prawda?

A takie uczucia - szum drzew ci da.

Chcesz więcej? - Pozostań w lesie...

Aż mały skrzat kolejną bajkę przyniesie.

 

 


A gdy czas już będzie do rzeczywistości powrócić,

Wstań i obejmij drzewo, zanim do domu wrócisz.

Poczujesz w sobie błogie ukojenie i anielski spokój,

Twe smutki pójdą precz, a w duszy zapanuje pokój.

 

 



komentarze (4) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Bieg po zdrowie... nieważne jaki

niedziela, 22 listopada 2009 14:32

 


Bieg po zdrowie...
 nieważne jaki

 


 

   W poniższym wpisie wspominałam na temat serotoniny, zwanej hormonem szczęścia. Wspominałam tylko, a tak po prawdzie... mojej prawdzie, to ja bym mogła na jej temat dużo „nawspominać".:-DMam ku temu powody. Potwierdzone. Medycznie. Przez mojego lekarza domowego.

    Bodajże 2 lata temu, robiłam sobie kompleksowe badania, i wtedy, mój lekarz zbadał mi również stężenie serotoniny w mojej osobistej surowicy. Kiedy po kilku dniach przyszłam do niego, aby dowiedzieć się jak wyglądają moje wyniki, on na mój widok, już od drzwi wołał:

   - No, pani Halszko, teraz to ja się już nie dziwię, skąd u pani ten nieustający uśmiech na twarzy.

   - O rany, coś ze mną nie tak? - wystraszyłam się, bo zaraz przeleciała mi po głowie taka myśl, że może doktor jakiejś czubkowatej choroby się we mnie doszukał.

   - Ależ tak, tak... nawet bardziej niż tak, rzekłbym... - zaśmiał się doktor. - Badanie wykazało, że ma pani tak wysoki poziom serotoniny, że tylko pozazdrościć. Mogłaby pani nią obdarować nawet kilka osób.

   Do domu wróciłam bardzo zadowolona, gdyż okazało się, że wszystkie inne wyniki też miałam dobre. I pewnie szybko bym zapomniała o wszystkich tych badaniach (no bo skoro wyniki są dobre, to po co o nich dłużej myśleć?), ale ta serotonina nie dawała mi spokoju. To znaczy, cieszyłam się oczywiście, że mam jej dużo, bo coś tam trochę wiedziałam, że ma ona dobry wpływ na zdrowie, na psychikę człowieka. Bo chyba nie na darmo nazwana jest też hormonem szczęścia? Chciałem się jednak czegoś więcej o niej dowiedzieć, więc kiedy tylko przekroczyłam próg mojego domku, momentalnie poczłapałam do komputera i zaczęłam buszować po Internecie w poszukiwaniu bliższych informacji na jej temat. To, czego się o niej dowiedziałam, zainteresowało mnie bardzo. Toż to istna skarbnica zdrowia. Od jej poziomu zależy stan zdrowia fizycznego i psychicznego. Zwłaszcza psychicznego. Człekowi, który ma jej odpowiedni poziom, żadna depresja nie grozi. Nie będę się rozpisywać o jej roli w organizmie, bo też informacji o tym, każdy może sobie sam w Internecie poszukać. W każdym bądź razie, od tej pory, postanowiłam szczególnie o nią zadbać i nie dopuścić do obniżenia jej poziomu. No bo skoro mam już jej na tak fajniutkim poziomie, to szkoda by było nieopatrznie poziom jej obniżyć i w jakowąś depresję wpaść... Albo w cóś podobnego.:-DJak  się doczytałam w Internecie, to papusiam na co dzień w większości takie jedzonko, które podnosi jej poziom. Wspominałam już, jestem roślinożerna. Chociaż żadna tam ze mnie wegetarianka... A broń Panie Boże!  Czasami i kiełbachę potrafię spałaszować ze smakiem. Mięsiwa jednak rzadko jem. A jak już, to przeważnie drób i ryby. Natomiast informacja o tym, że ruch ma pierwszorzędny wpływ na poziom serotoniny, bardzo mnie ucieszyła. Bo też ruchliwa, to ja od urodzenia jestem. Całe życie uprawiałam sporty. Różne. W ostatnich latach najchętniej biegam, maszeruję, wędruję, pływam, pedałuję. Ale zanim się dowiedziałam o tej jakże ogromnej roli serotoniny, też mi się zdarzało popadać w lenistwo, i z wiekiem, niezbyt się do sportu przykładać. Pamiętam, że często miałam wtedy momenty, iż nie czułam się najlepiej. Od kiedy mam świadomość roli serotoniny, staram się dbać o nią. Szczerze przyznać jednak muszę, iż mimo tej mojej świadomości, czasami i teraz leń mnie ogarnia, i nie chce mi się za bardzo w jakiś większy ruch wprawiać. No to wtedy się zmuszam, żeby choć po lesie pobiegać. Bo też znam już siebie i wiem, że za każdym razem, kiedy się zmuszę, i do lasu dotrę, to taka jestem szczęśliwa, że mi się z kolei do domu wracać nie chce. A kiedy już wracam, bo w końcu wrócić kiedyś trzeba, to zawsze z uśmiechem na twarzy. Czuję się jak nowo narodzona. Energia mnie wręcz rozpiera.

   Zdaję sobie sprawę, że wielu osobom to, o czym piszę, może wydać się dziwne, albo nawet wręcz śmieszne. Ale to są moje własne metody na życie, na zdrowie. Każdy może mieć inne. Najważniejsze, aby je w ogóle mieć... A nie tylko padać na kolana i błagać Boga o wszystko. To żadna metoda. Bo też na litość boską, czy Pan Bóg ma czas zajmować się każdym człekiem, a zwłaszcza zdrowym, tylko leniwym? Póki mamy zdrowie, sami powinniśmy o nie dbać... i swoją osobą, nie zawracać Bogu głowy.

   Mam jeszcze jedną metodę na zdrowie. Dendroterapia. Wszyscy wiemy o leczniczych właściwościach ziół. Niewielu jednak wie, że podobne działanie lecznicze i kojące mają drzewa. Uzdrawiającą mocą drzew zajmuje się właśnie dendroterapia. Od zawsze kocham  drzewa i ich szum (<kliknij). Jako  dziecko ciągle na drzewach przesiadywałam, zupełnie się nie zastanawiając, czy one mają jakiś zdrowotny wpływ na zdrowie człowieka, czy też nie. Zaś od kilku lat, od kiedy jestem już świadoma ich wpływowi, kiedy tylko jestem w lesie, przytulam się do drzew. Zwłaszcza do dębów.

  Dzisiaj, kiedy skończyłam „bieg po zdrowie" po leśnych dróżkach, potuptałam jeszcze do mojego dębu rosnącego nad stromym urwiskiem, do którego często się przytulam.


                       

 To zdjątko zrobiła mi moja Wnusia tego lata. Z prawej strony widać w dole kawalątek mojego miasta. (już je wcześniej zamieściłam w mojej galerii).

 


Lubię to miejsce. Lubię ten mój dziwnie rozgałęziony, niemalże wiszący dąb. Jest taki inny niż te, co pamiętam z Polski. Tutaj, gdzie mieszkam, to w ogóle rzadko można spotkać dęby. A ja już w Polsce, ze wszystkich drzew, najbardziej właśnie dęby lubiłam. Czemu? A pojęcia nie mam. Tak mam. Pewnie jakaś chemia. A może magia, albo cóś?;-):-D


   W tym ogromnym lesie, gdzie najczęściej biegam, znalazłam jedynie dwa dęby. Poniżej, to jest właśnie ten drugi dąb, do którego się przytulam. Dziwne, ale i ten dąb rośnie nad bardzo stromym urwiskiem.      


         


To zdjątko zrobiłam właśnie z pozycji przytulańska. Prawda, że cudownie wygląda?

 

 

 

 

Bieg po zdrowie

        

     Biegam po lesie, po leśnych dróżkach kołuję...

     Coraz szybciej i szybciej, choć tchu mi brakuje.

     Uparcie i wytrwale własne pokonuję słabości,

     I nagle czuję - jak wiosna w mym sercu się mości.


     Dziwne to uczucie, wszak daleko do wiosny,

     Jednak jej ślad w sercu odczuwam radosny.

     Poprawia się mój nastrój i samopoczucie,

     Pogoda ducha powraca, a nawet i... chucie. 


     Z wiosenką w sercu powracam do domu... 

     Czuję zmęczenie, nie skarżę się jednak nikomu,

     Wszak warto było się tak zdrowo pomęczyć,

     By spostrzec jak Natura do człeka się wdzięczy. 


     Dość kontakt mieć z jej łonem, kiedy tylko się da,

     A ono już sprawi, iż przestaje być ważna pogoda...

     Czy wiosna, czy zima, czy słońce, czy plucha,

     Radośni będziemy, a i uśmiechnięci - od ucha do ucha.



PS

(z 28 listopada)

 

 

Pozwoliłam sobie skopiować z poniższych komentarzy dzisiejszy wierszyk Belferka-Krzykota w temacie mojej serotoninki oraz zacytować w tym miejscu.  Oczywiście za Jego zgodą... Udzieloną mi na piśmie raz na zawsze.:-DZ serducha dzięki Belferku za fajowy wierszyk!



                Wśród codziennej bieganiny,
                mając obok wielu mruków.
                Ważny jest poziom serotoniny,
                pomimo zawiści pomruków.

                Bajkopisarska Serotonino,
                Ty nad poziomy wzlatuj.
                Uśmiechniętą zawsze miną,
                zasmucony świat poratuj.


 



komentarze (10) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 29 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  806 588  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Halina Krüsch Czopowik

Facebook i Google

Wszystkie teksty oraz zdjęcia tutaj opublikowane są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie. (Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dn. 4.02.1994 r., nr 24, poz. 83). Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję, jak ktoś o nią prosi. 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tu także swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 806588
Wpisy
  • liczba: 738
  • komentarze: 10335
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 2897 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to