Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 255 059 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


NA CĘTCE ŹRENICY I W OBIEKTYWIE

sobota, 30 stycznia 2010 12:54

 

...Ale najpierw moja ulubiona modlitwa < kliknij 

 

 

Na cętce źrenicy

i w obiektywie

 

 

    Od dziecka uwielbiam oglądać fotografie. Od dziecka też bardzo interesuje mnie fotografowanie. A za moich dziecięcych lat, to dopiero było fotografowanie. O rany, jak sobie przypomnę, ile to wrażeń się przeżywało, zanim jedno zdjątko fotograf pstryknął. O, chociażby to stare zdjęcie z mojego albumu.

 

 

Komunia mojej starszej siostrzyczki i kuzynki

 

 

Ciekawe, czy ktoś zgadnie, która to małolata Halszka, wśród tego

młodocianego babińca

 

 

    Pamiętam to nasze przygotowanie do tego zdjęcia, jakby to było dziś. Och, było na co popatrzeć, podziwiać, a nawet porządnie się wystraszyć. Toż to była iście piekielna sesja... fotograficzna. To były czasy! Wszystkie siedziałyśmy z  rozdziawionymi buziami. Mi to aż się buzia rozbolała od tego nieustającego rozdziawiania, a pupa z kretesem zdrętwiała, bo jeszcze do tego wszystkiego, kazano nam siedzieć. Jakbym mogła sobie wtedy postać, to pewnie nie musiałabym tak szkaradnie buzi rozdziawiać. Emocje na stojąco szybciej się rozchodzą. A tak, siedziałam jak ta jełopa i aż jęzor wylazł mi z przejęcia. Sam. Wprawdzie już wcześniej nieraz brałam udział w takiej piekielnej sesji, to jednak za każdym razem, każda następna, była dla mnie takim samym, wielkim przeżyciem. Bo też widok, jaki miałam przed oczyma, za każdym razem był niesamowity. Pan fotograf zanim zrobił zdjęcie, coś wyczyniał, coś odczyniał, coś sypał, coś przesypywał, coś mieszał, coś lał, coś przelewał, aż wreszcie, po takich dość długawych czarach-marach, zaczepiał na długim sztylu od miotły wacik nasączony jakimś śmierdzącym świństwem i mówił, że to jakaś magnezja... czy cóś. Potem wręczał mojemu Ojcu ten sztyl, a komuś innemu kazał robić tę najważniejszą rzecz - na trzy! Wówczas, kazał wujkowi. Wujek się śmiał, bo to dla niego nic a nic straszne nie było, wszak walczył na wojnie wśród wybuchów i ognia. O rety, pamiętam jak mi emocje rosły... Oczęta wychodziły z orbit. Ale nic, wlepiałam te swoje wybałuszone oczęta w wujka jeszcze bardziej. Wujek wziął do ręki jakąś śmiesznie długą zapałkę i zapalił ją, pocierając nią o coś takiego szorstkiego. O mamuńciu kochana, to się działo! Pan fotograf zawołał: - raz, dwa, trzy! Wujek przyłożył palącą się zapałkę do wacika... i nagle, świst, błysk! Aż mi w oczach pociemniało... No i po zdjęciu! Tylko dym i smród pozostał. A pan fotograf wołał ucieszony, że bać się tego dymu i zapachu nie należy, bo tak działa flesz w postaci magnezji... i basta! Pamiętam, że wtedy za nic nie chciałam pokazać, że się boję, i wkurzałam się, że mi się kolana pod stolikiem trzęsą.  

 

 

To zdjątko też z tego samego mniej więcej okresu, a na nim moja Mamcia i moje Siostrzyce

 

 

I czy po oczętach Halszki nie widać wyraźnie zainteresowania fotografowaniem? No bo panem fotografem na pewno jeszcze nie?

 

 

    Od dziecka też uwielbiam fotografować. Pierwszy mój aparat fotograficzny to był Fied2. Och, co to za cudo techniki było w tamtych latach. Aparat ten przywieźliśmy ze Zbaraża. Jako 10-letnia dziewczynka byłam tam z rodzicami oraz moją o rok starszą siostrą. Rodzice chcieli oprowadzić nas śladami ich dzieciństwa oraz wczesnej młodości, zanim ich czerwona zaraza nie wygnała na tzw. Ziemie Odzyskane (pozbawiając ich rodziców ogromnego majątku). Zaraz na początku naszego tam pobytu, Ojciec kupił aparat fotograficzny (właśnie Fied2), abyśmy mogli uwiecznić wszystkie te ich ukochane miejsca oraz rodzinę tam pozostałą. Aparat miał być „rodzinny", ale jak Ojciec zobaczył, jakie ja mam zacięcie do pstrykania zdjątek, dość szybko przekazał go pod moją opiekę. Od tej pory stałam się fotograficznym kronikarzem rodzinnym... Dumnym kronikarzem. O rany, jeszcze jak dumnym! Moje dwie starsze siostry oprotestowały najpierw Ojca decyzję, ale kiedy same stwierdziły, że robienie zdjątek, to wcale nie jest taka łatwa rzecz, protestować przestały, i pogodziły się z faktem, że Fiedzik był pod moją opieką. I tak chyba ze 4 latka - szczęśliwa - pstrykałam zdjątka, gdzie tylko tatulo pozwolił. Czemu tak krótko? Ano temu, że w międzyczasie na świat przyszedł mój braciszek, i kiedy miał jakieś 3 latka, niezauważony przez nikogo, dorwał się do mojego ukochanego Fiedzia i... rozebrał go na czynniki pierwsze. Łooo matko moja, ale byłam załamana. Pozbierałam do woreczka wszystkie te rozebrane cząstki mojego skarbu, i z bólem serduszka, schowałam wysoko do szafy, coby się braciszek i do nich nie dorwał... i w perzynę nie obrócił.

    W moim życiu dzierlatki, przyszedł jednak czas, który zweryfikował podówczas moje pasje. Wystartowałam akurat w nowe życie, związane z dojazdami do średniej szkoły, no i jakoś z czasem zapomniałam o swojej pasji fotografowania. Nowa szkoła pochłonęła mój czas całkowicie. Dopiero kiedy się już na dobre zaaklimatyzowałam w tej nowej dla mnie społeczności, powoli zaczęłam sobie przypominać o fotografowaniu. Zaczęłam ciułać swoje kieszonkowe na Zorkę. Nie był to tak dobry aparat jak Fied, ale, co dla mnie było wtedy ważne, był dużo tańszy. I kiedy raz poszłam do naszego miejscowego fotografa, by dokładnie rozpytać się o cenę, opowiedziałam mu też o swoim przenicowanym przez braciszka Fiedziu, wtedy on kazał mi go przynieść do zakładu. Jaka była moja przeogromna radość, kiedy po paru tygodniach okazało się, że fotograf przywrócił mojego Fiedzia do życia, czyli do pstrykania fotek. Ależ byłam szczęśliwa! Znów mogłam oddać się swojej pasji.

    Potem, kiedy życie poszło do przodu, różnie bywało z realizowaniem mojej pasji. Zawsze jednak we mnie tkwiła. Przynajmniej w sferze moich marzeń. Aż do momentu, kiedy mogłam sobie już swobodnie pozwolić na jej realizację. Od tej pory, aparat fotograficzny nieustannie noszę w torebce, i zawsze moich najbliższych, i wszystko co ważne, fotografuję. Uwielbiam fotografować zwłaszcza krajobrazy i naturę. Mało tego, często też latam z kamerą video, bo ciągle to ja jestem kronikarzem rodzinnym. Najbardziej lubię jednak fotografowanie. Przy fotografowaniu, za każdym razem, czuję takie miłe podniecenie. A każdy zatrzymany w kadrze obraz, ma dla mnie bardzo duże znaczenie. O rany, ile ja pieniędzy wydałam na wywoływanie zdjęć. W Polsce to jeszcze mój syn dużo zdjęć wywoływał. Po mnie załapał bakcyla fotograficznego i już w wieku 10 lat łazienkę zamieniał na ciemnię - i ciurkiem wywoływał.

    Tu, w Niemczech, od kiedy Aniołek przyniósł mi pod choinkę cudowną „cyfrówkę", to już nawet z domu nie wychodzę bez niej. Zawsze mam ją przy sobie. Jak nie w torebce, to w kieszeni. Mało tego, w aucie zawsze wożę jeszcze i stary aparat. Tak na wszelki wypadek. Hihihi! Przezorny zawsze zabezpieczony.

    Uwielbiam naturę, i często bywam na jej łonie, to też fotek mam ogrom. Wszystkie je przenoszę do komputera, gdyż wielką przyjemność sprawia mi przeglądanie ich na monitorze. Nawet zdjęcia ze starych rodzinnych albumów zeskanowałam sobie do komputera. Wszystkie. I też często je przeglądam. Tak że oprócz normalnych albumów, które w moim domciu pysznią się na regałach, mam już też co najmniej naście albumów w komputerze. Każdy z nich zawiera setki zdjęć. Jedynie swoich zdjęć mam niewiele. Nie lubię być fotografowana. Z prostej przyczyny... Jestem niefotogeniczna. To nie tylko moje zdanie. Wszyscy tak mówią. Nie wiem, czemu tak się dzieje. Jedni wychodzą na każdym zdjęciu wspaniale, niekiedy nawet lepiej niż w rzeczywistości, a inni, tacy jak ja, wychodzą jak - nie przymierzając - czupiradła. Trzeba z dziesięć zdjątek co najmniej zrobić, żeby móc choć jedno jako tako dobre wybrać, na którym jest się w miarę podobnym do siebie. Oj, niesprawiedliwe to!

    A jeszcze coś. Nie wiem, czy ktoś z Was zauważył, że to właśnie przede wszystkim osoby kochające fotografowanie są mało fotogeniczne? Bo ja zauważyłam. I nie mam pojęcia, czemu tak się dzieje. Może dlatego, że obiektyw lubi mieć takie osoby tylko z tyłu, a nie z przodu? A może na odwrót, może właśnie dlatego, osoby takie lubią fotografować, bo same są mało fotogeniczne? Pewnie jakoś tak podobnie to się dzieje.

 

    Zaraz, muszę jednak skorygować to, co powiedziałam wyżej, iż swoich zdjęć mam niewiele, wszak ostatnio mam ich coraz więcej. Pstryka mi je mój najmłodszy, 4-letni Wnusio. Coś mi się wydaje, że i on załapał babcinego bakcyla, gdyż bardzo lubi robić zdjęcia. A że doskonale wie, iż ja zawsze mam aparat przy sobie, więc oprócz fotografowania po drodze ciężkich maszyn budowlanych, które wprawiają go w podziw, przy okazji fotografuje jeszcze i mnie. Tak że, czy chcę czy nie chcę, do zdjęcia ustawiać się muszę.

 

 

Oto jego wczorajsza fotka. Zrobił mi ją, kiedy odbierałam go z przedszkola

 

 

 

Wnusiowi bardzo spodobały się babcine skórzane spodnie, więc babcia koniecznie musiała się do zdjątka ustawić

 

 

 

A to jedna z moich wczorajszych fotek. Mój ogród w wieczornej poświacie

 

 

Wyszłam do ogrodu na dźwięk zapalonego motoru sąsiada, bo ryk motoru wręcz uwielbiam, zwłaszcza Harley'a , a że drugim dźwiękiem, jaki sprawia mi ogromną przyjemność, jest dźwięk pstrykającego aparatu fotograficznego, nie omieszkałam i tego dźwięku przy okazji posłuchać. Prawda, że się opłaciło?

 

 



komentarze (42) | zaloguj się, aby dodać komentarz

MYSZKA DETEKTYW

czwartek, 28 stycznia 2010 17:30

Myszka Detektyw



- Co tam się dzieje, czy ktoś z was wie? -

Spytała Myszka Rybki dwie.

- Coś się dzieje, lecz co, nie wiemy,

Same to dziwo wciąż obserwujemy,

I z niczym nam się nie kojarzy,

To coś, co tam na drzewie się jarzy.


Myszka tym czymś zaciekawiona,

Chce sprawę wyjaśnić, jak to ona.

Nie darmo detektywem zwą ją przyjaciele,

A to zobowiązuje... i znaczy wiele.

Myszka myśli: - Może to ogień? E, chyba nie,

Dawno by zgasł, wszak wiaterek dmie.


- Podpłyńcie do brzegu, Rybki kochane,

I zostańcie w ukryciu do pomocy przygotowane,

A ja tymczasem skoczę do norki,

Przyniosę piasku ze dwa worki,

Bo gdyby to coś się ogniem okazało,

Gasić tylko wodą, będzie za mało.


Myszka szybciutko do norki wskoczyła,

Ubranko Sherlocka Holmesa założyła,

Dużą lupę do ręki złapała...

I z norki jak z procy wyleciała,  

O workach piasku zapominając,

Gnała wnet brzegiem rzeki, niczym zając.


Myszka detektyw pod drzewem już stoi...

Zagląda do góry. Niczego się nie boi.


- Nic się nie jarzy, nie widzę już blasku,

Dobrze, że nie tachałam ze sobą piasku,

Bo to nie ogień... lecz co u licha?

Dowiem się na pewno... To żadna pycha,

To obowiązek detektywa...

A z obowiązkiem już tak bywa,

Że spełniać go zawsze trzeba -

Pomyślała Myszka, wznosząc oczy do nieba,

I z wrażenia aż podskoczyła, bo coś zobaczyła...

Lupę do oczu w mig przyłożyła,

I oniemiała... Na drzewie siedziała Sroka

I bezczelnie spoglądała na nią spod oka.


Aż tu nagle: - Złodzieje, złodzieje!!! -

Krzyczą Rybki, a Sroka się skrzekliwie śmieje.

Rybki oburzone: - Łapać złodzieja!

Myszko kochana, w tobie nadzieja! -

Wreszcie wypełzły na rzeki brzeg,

strzepały z siebie żabi skrzek,

I zaszlochały: - Ktoś ukradł nam złote puzderko,

A z nim i nasze piękne lusterko...

W czym się będziemy teraz przeglądały,

Łuski nasze modelowały, o wygląd dbały?


- Nie rozpaczajcie, Rybeńki wy moje,

Ja was w rozpaczy zaraz ukoję...

Fantazji detektywistycznej popuszczam wodze

I metodą dedukcji - do wniosku dochodzę,

Że złodzieja daleko szukać nie muszę,

Siedzi na drzewie i nastawia uszu.

Tak, to Sroka ukradła wasze lusterko...

Oddawaj natychmiast, Sroko złodziejko!

Słoneczko twój czyn niecny zdradziło,

Gdyż po lusterku mocno świeciło...

Kradniesz bezczelnie wszystko co się świeci,

Większej złodziejki nie masz na tym świecie!     

Pojmij ty wreszcie, że kradzież nie popłaca,

Bo od złodzieja każdy się odwraca...

Masz jednak szanse naprawić swe wady,

Posłuchaj więc Sroko mej dobrej rady:

Przeproś Rybki i przyznaj się do kradzieży,

Gdyż tylko wtedy każdy ci uwierzy,

Żeś błąd swój zrozumiała i chcesz się poprawić.

Wyrządzoną zaś krzywdę musisz naprawić.

I zapamiętaj, ten kto krzywdzi innych,

Na samotność jest skazany, i to z własnej winy.

Krzywdząc więc innych, krzywdzi najbardziej siebie...

Niechaj to złodziejko w końcu dotrze do ciebie.

 

                                                 Ilustracja mojej siedmioletniej Wnusi

 


- No jak Sroko, do poprawy gotowa?

Czy trzeba ci tłumaczyć wszystko od nowa?

 

 



komentarze (13) | zaloguj się, aby dodać komentarz

SŁABOŚĆ DO RĘKAWICZEK

wtorek, 26 stycznia 2010 19:12

Moja Muza na najbliższe dni...  (kliknij)


Znałam kiedyś te słowa. Zapomniałam. Nie wiedziałam, że powstała z nich pieśń. Dzięki mojej Siostrze, już wiem. Dziękuję Ci Kochana Siostrzyczko! Jestem bardzo wzruszona.

*************************************************************************




Słabość

do rękawiczek

 


    Nie wiem, czy powinnam być z tego zadowolona, czy nie, ale ja mam taką dziwną słabość do rękawiczek. Pewnie to podobna słabość jak u niektórych kobiet - do butów i torebek. Jak sięgnę pamięcią, zawsze miałam ich od groma i ciut, ciut. Różnych, przeróżnych. I ciepłych na zimę - w różnych kolorach, i z różnej włóczki, i z wszystkimi paluszkami, i z jednym paluszkiem, i skórzane ocieplane. A jakże! I na inne pory roku, nie inaczej. Przede wszystkim skórzane, tyle, że z cieniutkiej skórki, i też w różnych kolorach. A i z różnych tkanin również. Zwłaszcza bawełniane. Ba, nawet ażurkowe miałam... Tzn. mam. Nadal. O, chociażby takie.



Mają już zdrowo ponad 30 lat, a ciągle są w stanie nienaruszonym

 


Hihihi! Nawet mi się fajnie udało odciąć siebie od swojej ażurkowej rączki



    Niektórych rękawiczek nie miałam nawet okazji założyć. O niektórych nawet zapominałam... Ale je miałam, i mam! Sporo. Coś mi się wydaję, że je chyba nawet kolekcjonuję. Czy chcę, czy nie chcę... kolekcja sama się robi.   

    Czasami nawet śpię w rękawiczkach. Nie, to nie są fanaberie, czy kaprysy podstarzałej „dziewczynki". Śpię w rękawiczkach z czysto praktycznych powodów, a właściwie pielęgnacyjnych powodów. Bo ja na odmianę nie cierpię gumowych rękawiczek. Na gumę mam uczulenie. No i kiedy oddaję się sprzątaniu, na ten przykład, to czynię to gołymi rękami. A przy takim sprzątaniu, wiadomo, ma się kontakt z różnymi chemikaliami, po których, co tu dużo gadać, zostaje ślad na rączkach. No to, aby się pozbyć tych niechcianych śladów, i osobiste rączki doprowadzić do porządku, przed spaniem smaruję je grubo kremem odżywczym, albo oliwą... i wskakuję do łóżeczka, zakładając oczywiście wcześniej, bawełniane białe rękawiczki... I tak sobie spuniam.

    Pewnie się zastanawiacie, co mnie tak nagle naszło na takie wyznania. Ano zupełnie przypadkowo mnie naszło. Bo kiedy byłam dzisiaj... no gdzie?... oczywiście - w lesie, to tam znalazłam samotną rękawiczkę na śniegu. Realną, nie tę z piosenki Alibabek.


Ja, Halszka, i samotna rękawiczka na śniegu

 

 

    Rękawiczka, jak rękawiczka, a mnie wprawiła w zdumienie. Taka ładniutka, a taka samotna... i to jeszcze na śniegu. Biedulka! Żal mi się jej w końcu zrobiło. Bo już taki wrażliwy, uczuciowy ze mnie człowieczek. (Hihihi...! Pewnie dlatego właśnie, lubię pisać bajki). Podniosłam rękawiczkę i przyjrzałam się jej wnikliwie. Była piękna, i taka cieplutka. I choć było mi jej żal, że taka samotna biedulka, powiesiłam ją na gałęzi pobliskiego drzewa. Pomyślałam sobie, że w ten sposób będzie bardziej widoczna, i ten ktoś, komu się ona wymsknęła, będzie miał możliwość swoją zgubę (od pary) odnaleźć. Wcześniej jednak, do jej śladu na śniegu, przyłożyłam swoją rękawiczkę, i odcisnęłam jej ślad również... Poczułam zadowolenie. Samotnej rękawiczce z pewnością będzie teraz raźniej czekać na swojego właściciela z rękawiczką od pary. 

 

 

 

 

 

    Zadowolona z siebie pobiegłam do auta. Siadając za kierownicą, zmieniałam rękawiczki z wełnianych na skórzane, coby mi się kierownica lepiej rączek trzymała, i pojechałam do domciu. W domciu, z lubością popatrzyłam na swoje dwie pary użytych rękawiczek, i powiesiłam je na kaloryferze. Rzecz jasna, aby ładnie wyschły. Po wypiciu porannej kawki, zabrałam się natychmiast za porządki. Za szorowanie łazienki. Bez rękawiczek, ma się rozumieć. Wszak guma mnie mierzi!

    Kiedy wieczorem spojrzałam na swoje ręce, byłam pewna, że spać pójdę w rękawiczkach. Bawełnianych. Białych. Koniecznie białych.


    Aha, i koniecznie też z Dżemem! Nie, nie z tym do jedzenia. W łóżeczku, po umyciu, ząbków niczego już nie jadam. A zwłaszcza słodkości. Dżem do słuchania mam na myśli - do kołyski (kliknij).

 




komentarze (35) | zaloguj się, aby dodać komentarz

MOJA MAŁA OJCZYZNA W ZIMOWEJ SZACIE

piątek, 22 stycznia 2010 17:01

 


Moja mała

Ojczyzna

w zimowej szacie

 

    Jeszcze tylko parę tygodni i przywitamy przedwiośnie. Pewnie każdy już marzy nie tylko o przedwiośniu, ale o wiośnie. Nic dziwnego, wszak to najpiękniejsza pora roku. Ja też kocham wiosnę, ale i zimę lubię. Zwłaszcza w ostatnich latach, od kiedy mogę swobodnie korzystać z jej uroków. Niemalże codziennie jestem w bezpośrednim z nią kontakcie. Uwielbiam szczególnie poranne wędrówki (tudzież: biegi, marszobiegi) po zaśnieżonym lesie. Cudowny to czas. Do domu wracać się nie chce. Serio! Przy sobie mam zawsze moje kochane „pstrykadło", i co tylko zwróci moją uwagę, fotografuję... A potem, w domu, po raz wtóry podziwiam uwiecznione przez siebie obrazki.

    Oto naście moich zdjątek z przedwczorajszej, wczorajszej i dzisiejszej wędrówki po mojej małej, zimowej Ojczyźnie:


         

To zdjątko pstryknął mi dzisiaj mój 4-letni Wnusio na naszym popołudniowym spacerku po pobliskich ulicach



A oto i mój zastępca od „pstrykadła". Cierpliwie czeka na babcię



         

Schodzimy w dół naszej ulicy. Mojemu Wnusiowi tylko czapeczkę widać



         

Z samego rana zasuwam piechotą na szczyt swojego „Olimpu", czyli na najwyższą górę w naszym mieście o dość dziwnej nazwie, bo Ochsenberg, co znaczy w dosłownym tłumaczeniu: Góra Wołowa (pewnie już gdziesik o tym wspominałam)



         

Po drodze mijam najpiękniejszy dom w mojej okolicy... No przynajmniej dla mnie jest taki. Kocham naturę... A domek, jak widać, też



        

To jest wejście do ogrodu tegoż pięknego domku



         

Z poślizgiem, ale wspinam się coraz wyżej. Tu wyraźnie widać, w jakiej kotlinie mieszkam



         

Taki sam widok, uchwycony dzień wcześniej i o jeszcze wcześniejszej porze, bo o brzasku



          

Droga powrotna z góry... Słoneczko już coraz piękniej przyświeca



         

Jestem prawie w połowie podejścia na naszą najwyższą górę, czyli mój „Olimp". Zdjatko z wczoraj. Widać, że śniegu jeszcze więcej przez noc napadało



       

Schodzę już ze szczytu góry, ale w kierunku przeciwnym do mojego domu. Na wprost, za tym cudownym, zimowym drzewem, widać małą karczmę


To samo drzewo pokryte bajeczną szadzią uwieczniłam dzień wcześniej w cudowny, słoneczny poranek 

 


         

Po drodze widzę, że drwale, mimo siarczystego mrozu, pracują wytrwale... i nadal wywożą drzewo z lasu



         

Moja przydomowa oaza spokoju - mój ogród. Pozjeżdżaliśmy trochę z Wnusiem „z górki na pazurki"... Tylko ślady po naszych „niby sankach" zostały



             

Wiewióreczki, to bardzo częste goście w moim ogrodzie, ale rude, które w zimie zmieniają futerko na szare. Dzisiaj jednak, po raz pierwszy, odwiedziła mnie czarna wiewióreczka





komentarze (37) | zaloguj się, aby dodać komentarz

I PO KONKURSIE... DLA MNIE

czwartek, 21 stycznia 2010 18:09

 

I po konkursie...

dla mnie

 



   Dziękowałam Wam na bieżąco, moi Drodzy, za Wasze głosy oddane na mój blog, i teraz, na zakończenie, chciałabym jeszcze raz serdecznie podziękować! Niestety, nie wszystkie Wasze głosy oddane na mnie zostały zaliczone przez Szanowną Kapitułę Konkursu, chodzi mi tu o głosy z Zagranicy. Organizatorzy konkursu nie przewidzieli takiej możliwości. Na zadane pytanie w tej kwestii - dlaczego tak się dzieje? - odpowiedzieli: "Osoby przebywające poza granicami Polski mogą oddawać swoje głosy tylko wtedy, gdy posiadają numer telefonu dowolnego polskiego operatora. Wówczas głosują dokładnie tak samo jak osoby z Polski - wysyłając smsy z numerem bloga na numer 71 222. Jeżeli zaś nie posiadają numeru telefonu polskiego operatora, to niestety nie mogą oddawać głosów w Konkursie." I tyle! Dziwi mnie to bardzo, wszak blogi są internetowe, to i na całym świecie mogą mieć swoich czytelników wśród naszych Rodaków. Ja sama mam kilka ulubionych blogów i próbowałam na nie zagłosować... i nici z tego. No cóż, pozostaje jedynie ukłon w stronę Organizatorów konkursu, aby w przyszłości to zmienili.

   Choć mój blog nie przeszedł do III tury konkursu, i nie wszystkie głosy zostały zaliczone, to jednak wszystko razem wziąwszy, nie ma dla mnie większego znaczenia. Ogromne znaczenie natomiast ma dla mnie to, że byliście ze mną i na bieżąco komentowaliście cały przebieg tego, co tu ukrywać, niewydarzonego konkursu. Niewydarzonego, bo jak sami go opisywaliście, nie cieszy się wśród Was, doświadczonych blogowiczów, dobrą opinią. No cóż, teraz wiem, że mieliście rację. Bo ja naiwnie sądziłam, że to najpierw profesjonalne Jury będzie rozpatrywać blogi, a potem nastąpi głosowanie. Ale że nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło, wzbogaciłam się o nowe doświadczenie. A to już jest coś! Teraz wiem, że zawsze najpierw trzeba wnikliwie czytać regulaminy, a potem działać. Nie na odwrót. Tak że w sumie zabawę miałam taką sobie... Chociaż nie, miałam zabawę, ale innego typu.

   Aha, no przecież powinnam o swoim wyniku w konkursie wspomnieć. Otóż tak, moi Drodzy, dzięki Wam, mój blog zajął 58 miejsce spośród 534 blogów w kategorii: „Blogi Literackie". Myślę, że to w sumie i tak, mimo wszystko (o czym wyżej), nawet niezły  wynik, jak dla takiej jak ja, spoza granic Kraju... i której blog istnieje w sieci dopiero od niespełna pół roku.

   Z pewnością większość blogów, które przeszły do III tury, to blogi ludzi młodych. Młodzi, jak to młodzi, mają dużo znajomych. O, chociażby w szkole. Wystarczy, że się przelecą po klasie i nazbierają głosów, że ho, ho! Albo np. w dyskotece. No, tam to dopiero można głosików nazbierać. Ile potem taki blogowicz ma głosów od osób, które jego blogu w ogóle na oczy nie widziały, to on sam nawet nie wie. No i czy taki konkurs jest fair? Czy takie głosowanie jest miarodajne? Czy świadczy o wartości blogu? Oto jest pytanie... o pardon... oto są pytania! Mało tego, z czystej ciekawości pozaglądałam po tych najwyżej notowanych blogach i... i naśmiałam się co niemiara. Otóż poczytałam tam w komentarzach, jak to znajomi blogowiczów zapewniają ich o oddanych głosach, i to nie tylko z własnej komórki, ale z komórek, jakie tylko w domu od swoich domowników mieli dostępne. Ba, w jednym przypadku (jak przeczytałam), to nawet od sąsiada komórki poszły w ruch, choć nieborak i jego członkowie rodziny bloga na oczy nie widzieli.

   Łee tam, będę się przejmować! Pisać swojego bloga i tak nie przestanę. Pisanie bloga, działa jak narkotyk. Uzależnia! I to mimo braku tego typu -  konkursowych - sukcesów.

   Pewnie tak zawsze jest w tego typu konkursach. No weźmy chociażby Konkurs Piosenki Eurowizji, gdzie od lat dobrze jest nam znana ta forma SMS-go głosowania. No i jak ten konkurs wygląda? Wiadomo jak! W myśl sąsiedzkiej solidarności... kraje przyścienne wytrwale i z pełną determinacją głosują przede wszystkim na siebie. A dlaczego np. tureckie piosenki co roku mają tak wysokie notowania? Proste! Choć Turcy mieszkający w Turcji głosować na swoich wykonawców nie mogą, mogą za to Turcy mieszkający poza granicami swojego kraju. I też to czynią. Bo Turcy, to bardzo solidarny Naród. Solidarnie głosują więc na wszystko, co tureckie. A że Turków porozrzucanych po świecie jest ogrom (chociażby w samych Niemczech jest ich ok. 2 min), nic więc dziwnego, że na Eurowizji tureckie piosenki są słyszalne. I nieważne, czy „wpadają w ucho", bo są na tak wysokim poziomie, czy też nie.

   Niestety, dzisiaj w każdej dziedzinie życia rządzi pieniądz. Na ten przykład, weźmy sport. Przecież w sporcie o zdrowej rywalizacji to już nawet mowy być nie może. To co dopiero w tego typu SMS-owych konkursach, które stworzone zostały właśnie po to, aby na SMS-ach zarobić? Rany, jak sobie tylko pomyślę, że poniektórzy sportowcy tyle milionów zarabiają, a tak wielu biednych ludzi na świecie umiera z głodu, to dopiero szlag mnie trafia! No cóż, w dzisiejszym świecie, mamy do czynienia z nową chorobą cywilizacyjną, pod tytułem: „bielmo pieniądza". To już wręcz pandemia, bo coraz więcej ludzi ma tym „bielmem" zasnute oczy.

   Dobrze, że chociaż w przypadku naszego blokowego konkursu cały dochód z SMS-ów przekazany będzie na szczytne cele - na turnusy rehabilitacyjne dla osób niepełnosprawnych. Tak donoszą Organizatorzy konkursu. Ale czy aby na pewno - cały?


   Na zakończenie powiem jeszcze jedno. Otóż uważam, że mimo wszystko, warto jednak pisać blogi w necie. A na poparcie moich słów, zacytuję tutaj pozostawiony u mnie wierszyk przez mojego blokowego Przyjaciela, Belferka:


           „Witaj Halszko po krótkiej przerwie,
            znów wpadłem na chwilę do Ciebie.
            Jak człek na wojaże się zerwie,
            to powraca do przyjaciół mile.
            Nic nie wiedziałem o konkursie,
            zresztą nie zawracam sobie tym głowy.
            Pseudo-literaci są w kursie,
            o zwycięstwie zwykłych nie ma mowy.
            Pisz dalej to co dusza gra,
            grono wielbicieli Cię w sercu ma."


   No i czyż nie mam racji? A pewnie, że mam!... Zawsze znajdzie się ktoś, dla kogo nasze tutaj pismaczenie - coś znaczy. I to jest największa satysfakcja!

 

 



komentarze (21) | zaloguj się, aby dodać komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 29 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  806 593  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

O mnie

Piszę, rozkoszuję się przyrodą, zażywając ruchu na jej łonie oraz fotografując ją... a potem znów piszę. W międzyczasie robię też wiele innych, jak mniemam, pożytecznych rzeczy. Lubię żyć aktywnie oraz w miarę moich możliwości, pomagać ludziom. Nie wiem, co to nuda. Dużo się uczę, a uczę się przede wszystkim siebie, aby swoją zdolność bycia szczęśliwym, móc rozwijać jeszcze bardziej… dla siebie, dla innych.

O moim bloogu

Halina Krüsch Czopowik

Facebook i Google

Wszystkie teksty oraz zdjęcia tutaj opublikowane są mojego autorstwa, stanowią moją własność i są prawnie chronione. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie. (Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dn. 4.02.1994 r., nr 24, poz. 83). Rozpowszechnianie materiałów z mojego bloga jest dozwolone wyłącznie za moją zgodą. Nadmieniam, że często ją daję, jak ktoś o nią prosi. 

O czym tutaj piszę?

Mieszkam poza granicami Kraju już ponad 25 lat, dlatego opisywane tutaj moje spostrzeżenia z dnia codziennego, to niejako konfrontacja życia w Polsce z życiem w Niemczech, i na odwrót. Konfrontacja, która potrafi czasami zadziwić, czasami zdenerwować, czasami wręcz bawić i śmieszyć.

Publikuję tu także swoje wspomnienia, teksty epistolarne oraz fragmenty twórczości, i tej już wydanej, i tej, która czeka na wydanie.

 

5 - Bajkopisarka z pierwszym krytykiem i z postaciami z jej pierwszej baj ki.jpg

Bajkopisarka Halszka z pierwszym krytykiem i postaciami z jej bajki "Deszczowa przygoda". 

Zdjęcie z artykułu "Marzenie o bajkach" w Czasopiśmie "Samo Życie"

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 806593
Wpisy
  • liczba: 738
  • komentarze: 10335
Galerie
  • liczba zdjęć: 887
  • komentarze: 231
Punkty konkursowe: 5367
Bloog istnieje od: 2897 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to